sobota, 17 stycznia 2015

Podsumowanie 2014


Każdy kolejny rok przechyla szalę moich muzycznych namiętności w kierunku rodzimych wykonawców i ich wydawnictw. Przyznam z radością, że przez ostatnie 12 miesięcy, nagrania polskich artystów gościły w moich odsłuchach tak często jak chyba jeszcze nigdy dotąd, spychając wydawnictwa zagraniczne do głębokiej niszy. Stąd też tak niewiele na 1 uchem / 1 okiem wpisów dotyczących tego co wydarzyło się na świecie. Bez wątpienia, działalność tego bloga będzie coraz bardziej podporządkowana tej tendencji.

Dla mnie osobiście 2014 był wyjątkowo intensywny. Radości i stresy świeżego ojcostwa,  niespodziewanie mobilizująco, podziałały na moją pasję opisywania świata z perspektywy muzyki. Obcowanie z mnogością projektów, zarówno o szerokiej, jak i kameralnej sile rażenia; kopanie, co raz głębiej i głębiej, podążanie ścieżkami wytyczonymi przez muzykę było dla mnie zarówno przyjemnością jak i nauką. Dlatego utrzymanie ilości wpisów z ubiegłego roku, oraz nawiązanie obiecującej współpracy z M|I Kwartalnik Muzyczny i polish-jazz.blogspot.com, a także zawarcie nowych, inspirujących znajomości okołomuzycznych traktuję, jako wyjątkowo satysfakcjonującą nagrodę za cały trud, poświęcony próbie jak najprecyzyjniejszej eksploracji dźwiękowych zakamarków.

Tendencje / Zjawiska

 

Jeśli 2013 był dla polskiej muzyki niezależnej rokiem przełomu, wielce satysfakcjonującym, choć długo wyczekiwanym plonem, tak 2014 wydaje się o tyle ciekawszy, że ukazał scenę niezależną okrzepłą i ukształtowaną na równym, wysokim poziomie artystycznym.
  • solidarność - warto na wstępie wyróżnić gest solidarności z narodem ukraińskim, w trakcie majdanowej rewolucji, którym była charytatywna składanka PL2UA. W błyskawiczną akcję zaangażowała się prawie setka rodzimych, niezależnych muzyków, którzy dołączali do bandcamp'owego profilu swoje kompozycje. W rezultacie gigantyczna kompilacja zatrzymała się na 93 utworach, możliwych do pobrania po przekazaniu symbolicznej wpłaty na rzecz Fundacji Otwarty Dialog, działającej na rzecz osób potrzebujących pomocy na Ukrainie. 
  • terenowe rejestracje, field recording, nagrania terminy - te sformułowania, były chyba najczęściej odmienianymi w 2014 na łamach 1/u/1/o. Ślady użycia tej "praktyki" równie często można było usłyszeć w ambiencie, jak i w techno, muzyce improwizowanej, konkretnej, gitarowej, a także w jazzie, czy folku.
  • drone - mroczne burdony zadomowiły się w kompozycjach rodzimych wykonawców, demonstrując szeroki wachlarz możliwych zastosowań zarówno w czystej, ambientowej formie, jak i w mariażach z gitarową, jazzową, czy elektroniczną narracją.
  • edukacja i interpretacja - „Białoszewski do słuchu” „Erdada na taśmę”, "Fotogram", „Grupa w składzie”, "Onomatopeja". Działalność Bołt Records, Trzeciej Fali, czy Requiem to nie stawianie klasykom przedwczesnych pomników, a poszukiwanie i wskrzeszenie oryginalnych artystycznych koncepcji, oraz interpretacja twórczości mistrzów, zaprezentowana w kontekście współczesnych muzycznych inspiracji i trendów.
  • legendarne powroty - reanimacja Księżyca i nowe płyty RongWrong, Pathman i Spear. Koniunktura, czy nie, na fali ubiegłorocznych (2013) nostalgii, przypomniały o sobie ikony obuhowej stajni, czyniąc to w zaskakująco dobrym stylu. 
  • 20 lat Requiem Records i 10 lat Lado ABC - to dowód, że pomimo dojrzałego wieku można wciąż pozostawać progresywnym w poszukiwaniu nowych muzycznych języków. Można poszerzać horyzonty wydawnicze jak Requiem na jazz (Trzy Tony, Jachna/Buhl, Tape), albo jak Lado ABC bezkompromisowo rozwijać unikalną estetykę z zaskakującym artystycznym efektem (Ed Wood, Der Father, Baaba, Lotto, Szamburski, Jerz Igor)
  • słuchowiska - nieradiowy teatr wyobraźni w 2014 zyskał sobie spore grono zwolenników wśród twórców zorientowanych wokół polskiego niezalu. Ludowe przypowieści, bajki, fantastyka, motywy biblijne i apokaliptyczne, to tylko wycinek kreatywnie zainscenizowanych narracji. Czy można już mówić o rozkwicie tej jakże pojemnej i bogatej formy ekspresji? O tym z pewnością przekonamy się w 2015. Tymczasem zachęcam do sięgnięcia po 2 numer M|I Kwartalnika Muzycznego, w którym, szerzej opisuję to zjawisko.
  • prasa - papier wrócił w wielkim stylu. Jeszcze we wrześniu wyobrażałem sobie powroty papierowej prasy muzycznej spoglądając przez pryzmat legendarnej Anteny Krzyku, Plastiku, czy Machiny. Teraz, pół roku po inauguracji i po dwóch numerach M|I i Noise Magazyn odnoszę wrażenie, że tak dobrych merytorycznie i ambitnych tytułów w polskiej prasie muzycznej jeszcze nie było.
  • niemal wszyscy krytycy i recenzenci zwrócili uwagę, że 2014 należał w dużej mierze do solowych, ale jakże bogatych aranżacyjnie i brzmieniowo projektów. Mnie pozostaje do zacnego grona solistów (Zemler, Szamburski, Mazurkiewicz, Wójciński) dorzucić pomijanego Kamila Szuszkiewicza, który nagrał znakomity materiał dla Wounded Knife
  • artyści - Jedną z bardziej zauważalnych tendencji w 2014 na polskiej scenie niezależnej, było adaptowanie medium dźwiękowego przez artystów wizualnych. Oprócz archiwaliów "Trzeciej Fali" (Grupa W Składzie, Onomatopeja), młodo-pokoleniowej ofensywy spod znaku Penerstwa (Bąkowski, Smoleński), oraz inicjatywy warszawskiej Zachęty ("The Artist") w trend wpisuje się również Łukasz Jastrubczak, który zainaugurował działalność nowego rodzimego labelu Super, oraz Grzegorz Pleszyński, bydgoski performer i artysta, (ściśle współpracujący z Arturem Maćkowiakiem), który albumem "Rock & Roll History of Art" udanie przeniósł awangardowe idee sztuk wizualnych w przestrzeń muzyczną.

Labele 2014

Tutaj chciałbym wyróżnić dwie chałupnicze, kasetowe oficyny Pawlacz Perski i Wounded Knife, które wydają dużo, regularnie i bezkompromisowo. Ich kuratorzy, Lech Nienartowicz i Mateusz Wysocki, oraz Janek Ufnal i Paulina Oknińska podejmują odważne decyzje wydawnicze, kładąc nacisk na świeżość eksperymentu i swobodę improwizacji. Ich muzyczne wybory często posiadają intrygujący potencjał intelektualny, a dźwiękowej zawartości kaset zawsze towarzyszy unikatowa oprawa graficzna. 

 

Debiuty 2014

Zamilska, Daniel Spaleniak, Sutari, Duy Gebord

Mieć na oku/uchu w 2015

Cetieu, Sutari, Duy Gebord, Dot Dot, How-How, Micromelancolié, Fischerle, K, Michał Wolski, Tomasz Sroczyński, Jacek Mazurkiewicz, Zamilska. Mimo, że większość z wymienionych w tym akapicie artystów jest już dość dobrze rozpoznawana i doceniana wśród słuchaczy, to moim zdaniem znaleźli się na takim etapie twórczości, na którym można oczekiwać od nich rzeczy naprawdę zaskakujących.

Artysta 2014

Wacław Zimpel - człowiek orkiestra (Wacław Zimpel To Tu Orchestra - "Nature Moves"), rozchwytywany w kraju (Gaba Kulka - "The Escapist") i zagranicą (Olie Brice Quintet - "Immune to clockwork") sprawdzający się doskonale w przedsięwzięciach kameralnych (OloWalicki - "Kot (Czy też kotka)") i nasyconych zadumą (Ircha - "Black Bones"). Z roku na rok jego poczynania imponują, co raz to większą samoświadomością, która pozwala mu na podejmowanie znakomicie trafnych artystycznych wyborów.

Płyty roku 2014 PL


Pole - Radom (Kilogram Records)
Kapital - No new age (Bocian Records)
Innercity Ensemble - II (Instant Classic)
PRO8L3M - Art Brut
Wacław Zimpel To Tu Orchestra - Nature moves (Fortune)
Baaba - Easterchristmas (Lado ABC) - recenzja M|I Kwartalnik  Muzyczny (zima 2014)
Dot Dot - City animal (Pawlacz Perski)
Jacek Mazurkiewicz - Chosen poems (Multikulti)
Daniel Spaleniak - Dreamers (Antena Krzyku)
Fischerle & Micromelancolie - Moulding (Chemical Tapes) - recenzja M|I Kwartalnik Muzyczny (jesień 2014)
We Draw A - Moments (Brennnessel Rec.)
Zamilska - Untune (Mik Musik)
The Phantom - Lp1 (Silverback Recordings)
Olo Walicki - Kot (czy też kotka?) (Instytut Kultury Miejskiej)
Msza święta w Altonie - Bezkrólewie (Requiem Records) - recenzja M|I Kwartalnik Muzyczny (jesień 2014)
Grupa W Składzie - bez tytułu  (Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych "Trzecia Fala")
Lautbild - Prolekult (Mik Musik)
Paweł Szamburski - Ceratitis capitata (Lado ABC)
Jerz Igor - Mała płyta (Lado ABC)
Rongwrong - Krwy (Requiem Records)
Spear - Black holes, dead stars and melting genes (Requiem Records)
WIDT - WIDT (Circon Records)
Bartek Kujawski - Szczupak (BDTA)
Pleszynski - Rock & roll history of art (Wet Music)
How-How - Knick Knack II (FYH! Records)
Zalewska & Kalinowski - Droga do Tarszisz (Latarnia Records)
John Lake - Carcosa (BDTA)
Skinny Girls - Because You're Worthless
Onomatopeja - Onomatopeja (Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych "Trzecia Fala")
Pokorski - # 33 (Monotype) / Hominal (Innergun Rec)  
Mech - Plaits (Minicromusic)


  • Zagranica 


Swans - To be kind (Young God Records) - recenzja
Valerio Tricoli - Miseri Lares (PAN) - recenzja
Wildbirds & Peacedrums - Rhythm (Leaf Label) - recenzja
Dean Blunt - Black Metal (Rough Trade)
Ariel Pink - pom pom (4 AD)
Einstürzende Neubauten - Lament (Mute)
Fire! Orchestra - Enter - recenzja M|I Kwartalnik Muzyczny (jesień 2014)
Zara Mcfarlane - If You Knew Her (Brownswood Recordings) - recenzja
Frisch + Wehowsky - Which head you're dancing in? (Monotype Rec.) - recenzja M|I Kwartalnik  Muzyczny (jesień 2014)
Peder Mannerfelt - Lines Describing Circles (Digitalis Recording) - recenzja
Ital - Endgame (Planet Mu) - recenzja
Loscil - Sea Island (Kranky)
Pharoah & The Underground - Spiral Mercury (Clean Feed Records)
Sleaford Mods - Divide and Exit (Harbinger Sound)
Run The Jewels - 2 (Mass Appeal)
FKA Twigs - LP1 (Young Turks)
Vessel - Punish honey (Tri Angle) - recenzja
Ben Frost - A u r o r a - (Bedroom Community) - recenzja





poniedziałek, 12 stycznia 2015

"Catalogue des Arbres" Jacaszek & Kwartludium / recenzja + wywiad

Płyta roku 2014 wg. raz uchem / raz okiem.


Wielu intensywnych wrażeń przysparza nocny spacer po lesie. Wyostrza zmysły, wyczula na każdy akustyczny detal czający się w leśnym poszyciu i w poruszanych wiatrem konarach drzew. Każdy dźwięk tyleż fascynuje co przeraża, wyzwalając poczucie obecności „obcego”. Budzi grozę przed niewidzialnym a słyszalnym, obecnym a nienamacalnym. „Catalogue des Arbres” Michała Jacaszka jest niczym notatnik sporządzony z takiej leśnej wędrówki, obfitujący detalami, lecz trzymający w tajemnicy źródło ich pochodzenia. Z imponującą wiernością autor przepisuje audiosferę lasu w muzyczną materię, ukazując zarazem jej harmonijność, jak i chaos. Dysponując biblioteką nagrań terenowych, wieloletnim producenckim doświadczeniem, oraz zapraszając do współpracy Kwartludium  - zespół, wykonujący klasyczną muzykę współczesną - udało się Jacaszkowi postawić kolejny krok w swojej muzycznej ewolucji, tworząc dzieło onieśmielające kunsztem i wyrafinowaniem. Jest to zarazem album niezwykle wymagający dla słuchacza i determinujący do wielce uważnego słuchania, który prawdopodobnie wystawi na próbę zwolenników dotychczasowej ambientowej twórczości producenta, zyskując zainteresowanie wśród odbiorców nurtów klasycznych.

Główną inspiracją do nagrania „Catalogue des Arbres” był „Katalog ptaków” dwudziestowiecznego francuskiego kompozytora Oliviera Messiaena, którego ornitologiczna pasja zainspirowała do przelania na partyturę ptasich treli. Sam Jacaszek tak charakteryzował jego twórczość w wywiadzie z Pawłem Buczkiem udzielonym jeszcze w grudniu 2011 na łamach PopUp: „To jest bardzo ciekawa postać, troszeczkę zapomniana. Są awangardziści, są tradycjonaliści, a on funkcjonował gdzieś pośrodku. To niesamowicie wszechstronny i płodny kompozytor. Messiaen eksplorował zagadnienie ptasich śpiewów. Niczym ornitolog zapisywał ptasie głosy, a następnie transponował je na fortepian. (…)Do tego dobudowywał harmonie, jako że ptaki zawsze brzmią w kontekście przyrody. Inne odgłosy ptasie, drzewa, woda - to wszystko wydaje dźwięk. I on również odtworzył tę aurę, tzw. pył dźwiękowy, który je otaczał.” . (…)po raz pierwszy doszło do tak radykalnej ich interpretacji, a właściwie do niemal stuprocentowego „renderingu”

Obecność nawiązań i bezpośrednich cytatów transkrypcji Francuza przewija się przez całą płytę Jacaszka mniej lub bardziej widmowymi lapidariami. Tony fortepianu, mimo iż nie stanowią osnowy albumu, stają się motywami najbardziej rozpoznawalnymi i posiadającymi największy ciężar znaczeniowy. Pozostałe klasyczne instrumentarium (skrzypce, klarnet, perkusjonalia, wibrafon) jak i elektroniczne zabiegi oraz field recording zatracają swe kontury, wzajemnie imitując swe odgłosy w organicznej impresji. Proporcje pomiędzy poszczególnymi elementami kompozycji są wyważone z niezwykłą starannością,  przez co ich pochodzenie bywa trudne do identyfikacji. Szum liści jawi się jako spreparowany noise, pomruki dronów odbierają tożsamość żywym instrumentom, elektronika imituje odgłosy otoczenia, zaś sonorystyka akustycznego instrumentarium podszywa się pod odgłosy przyrody. Podobną koncepcję dźwiękowego kamuflażu, opartą na zacieraniu granic między materiami syntetycznymi, a naturalnymi odgłosami terenowych rejestracji zaprezentował Emiter  na tegorocznej płycie „Air |Field | Feedback” . Jednak to płyta Jacaszka realizuje tą koncepcje niemalże z absolutną precyzją. Tylko bystre i wytrwałe ucho rozpozna źródło dźwięku, dostrzeże jego modulację i rozpozna zabiegi studyjne. 

Aby owa mistyfikacja okazała się zabiegiem koherentnym, konieczna była zmiana w podejściu do kompozycji i fabuły albumu. „Jeżeli w tym albumie znalazłoby się za dużo melodii i harmonii, zbyt wiele konkretu, to moja idea znalazłby się w niebezpieczeństwie. Chciałem niejako „nagłośnić” muzykę przyrody, a więc poruszałem się w obszarze dużych subtelności, których przekroczenie mogłoby „spłoszyć” właściwy odbiór. Chodziło o znalezienie momentu, w którym muzyka jest trochę w domyśle, ukryta, a jednak obecna.” – zwierzał się producent Jakubowi Knerze w czerwcowym wydaniu PopUp. Jacaszek rezygnuje w dużej mierze ze spiętrzeń i kulminacji dźwięku. Dramaturgia jest budowana wertykalnie z mikro wątków, odgłosów, szumów, pojedynczych dźwięków instrumentów i ich pogłosów, zaś zmienności i ruchliwości muzycznej tkanki przypomina mrowisko. „Catalogue des Arbres” jest misternie utkany z detali, które nie tworzą między sobą połączeń w rozleglejsze formy, nabierając w skali utworu impresyjnego wyglądu. Jacaszkowi udaje się sztuka niebywała, jaką jest organizacja dźwięków w układ przypominający enigmatyczną plątaninę fraz i samotnych dźwięków, sugestywnie oddający działanie sił porządkujących naturę. W chaosie odnajduje kunsztowność. Plecie organiczny ornament, pozbawiony centrum i rozproszony w kompozycyjnej entropii. Można doszukiwać się w jego ekspresji elementów charakterystycznych dla jazzowej instrumentacji, jak w utworze „A book of Lake (Roseliere)”, jednak z pewnością bliższa jest ona współczesnym formom muzyki klasycznej, konkretnej, czy elektroakustycznej. 

Nawet tak integralna dla nagrań Jacaszka atmosfera sakralności dźwięku i doniosłości muzyki na „Catalogue des Arbres” została stonowana tak, aby uwagę słuchacza skupić na doskonałości koncepcji i realizacji samej muzyki niż na nastrojowych uniesieniach. Tym samym muzyka staje się goła, istniejąca bez wznoszonej dramaturgicznymi patentami emocjonalnej nadbudowy. To niezwykle szczere muzyczne doświadczenie oznacza niezwykłą świadomość własnych intencji twórcy, oraz udaną próbę ukazania muzyki samej w sobie. Być może wiąże się to z faktem, że muzyk po raz pierwszy w swojej karierze porzuca inspiracje kulturą na rzecz natury. Po trenach, bajkach, lamentach, pieśniach liturgicznych, przyszedł czas na eksperyment inspirowany głosem przyrody, czyli elementem profanum ucieleśniony dźwiękowymi tajemnicami „śpiewających drzew”

Są dwa krótkie fragmenty na płycie Jacaszka, które swą zjawiskowością i efemerycznością oddziałują na mnie najmocniej. Pierwszy to moment „lirycznego westchnienia”, łagodnego uniesienie i wybrzmienia instrumentów w miniaturowej orkiestracji, około 4 minuty „Sigh (les peupliers)”. Drugi to preludium otwierające finałowa kompozycję „Kingdom (les chenes  les bouleaux)”, gdzie artysta z pomocą chóru 441Hz, z mimetyczną wrażliwością imituje audiosferę leśnego ekosystemu, w którym ożywiona przyroda wydaje z siebie wibrujący, dronowaty pomruk, rozchodzący się równomiernie w wiszącym, porannym powietrzu. 

„Katalog drzew” musi zaskoczyć nawet największych fanów i znawców muzyki Michała Jacaszka. Zarówno bowiem koncepcja jak i jego realizacja jawi się jako niezwykle unikalna sygnatura twórczości, nie mająca żadnego innego odpowiednika w świecie dźwięku. Jacaszek postawił kolejny, gigantyczny krok swojej muzycznej ewolucji przeskakując oczekiwania i wyobrażenia, oraz obdarowując słuchaczy jedną z najbardziej niezwykłych i oryginalnych płyt nagranych na przestrzeni ostatnich lat w Polsce.

Jacaszek & Kwartludium - „Catalogue des Arbres” 
2014, Touch




"Dalej i głębiej" - wywiad z Michałem Jacaszkiem 


Twój „Katalog drzew” stoi według mnie w całkowitej kontrze do wszystkiego co do tej pory
nagrałeś. Po trenach, bajkach, lamentach, pieśniach liturgicznych, muzyce zainspirowanej
architekturą sakralną przyszedł czas na eksperyment inspirowany żywiołem przyrody. Porzuciłeś
kulturę na rzecz natury, ze sfery sacrum przeszedłeś w sferę profanum. Dlaczego doszło do tej
zmiany? Rozczarował Cię porządek i powtarzalność panująca w kulturze, a zafascynował żywioł i
jego nieokiełznanie?

MJ. To ciekawe i trochę zaskakujące spostrzeżenie. Wprawdzie każdy mój album zawsze poprzedzał jakiś mniej lub bardziej zdefiniowany koncept, ale taka generalizacja nie przyszła mi do głowy.
Odniesienie do kultury na pewno  nie były aż tak ścisłe. Treny bardzo luźno odwoływały się do literatury, a „Glimmer”  nawiązuje do baroku tylko ze względu na obecność klawesynu. Album „Catalogue des Arbres” także czerpał inspirację z pewnego zjawiska w kulturze, mianowicie współczesnej muzyki poważnej. Z kolei moje wcześniejsze albumy powstawały m.in. pod wpływem fascynacji pejzażem, przestrzenią krajobrazu. Kłopot z odpowiedzią na to pytanie polega chyba na tym, ze nie da się do końca oddzielić natury od kultury, która warunkuje nasze postrzeganie rzeczywistości, w tym przyrody. Nie do końca zgadzam się też z Twoim rozróżnieniem sacrum-profanum. Ja w parku czuję podobną atmosferę, jak w kościele.

Łatwo jest podszywać się pod naturę?

MJ. Myślisz, że udała mi się taka sztuka? Mam nadzieje, że na albumie udało się osiągnąć coś co nazwałbym twórczą imitacją muzyki przyrody. Jeśli słuchacze potwierdzą tę intuicję, to muszę powiedzieć, że nie przyszło to łatwo  Po nagraniach i zgromadzeniu potrzebnego materiału około  roku spędziłem na samym znajdowaniu  proporcji między dźwiękami natury, a partiami instrumentalnymi.

Odnoszę wrażenie, że w porównaniu z twoimi wcześniejszymi dokonaniami najnowsza
płyta pozbawiona jest tak tożsamych z twoją muzyką emocji i namiętności. Jest neutralna i
wyrafinowana… jak natura. Dla mnie jest to zdecydowanym atutem, który zapewne trudno było
uzyskać komponując album.

MJ. Emocje wciąż są tu obecne, ale inne: być może jest chłodniej, bardziej dyskretnie. Różnica jest taka jak między lamentem, a melancholijną medytacją. Oba stany wiążą się z emocjami, tylko pierwszy jest bardziej spektakularny. Natura też ma różne oblicza, potrafi się wściec,  albo szeptać – i faktem jest, że ta łagodniejsza odmiana przyrody bardziej zainspirowała album. Być może różnica, którą zauważyłeś wynika z czego innego: z większego dystansu do siebie i większej pokory wobec tematu albumu.

Na „Glimmer” dźwięki piętrzyły się w bloki hałasu zmierzając do kulminacji, na „Catalogue des Arbres” muzyka ulega rozproszeniu na pojedyncze dźwięki i jednorazowe zdarzenia.
Przypadłością tej entropii jest fakt, że „Katalogu drzew” nie można odtworzyć z pamięci. Nie
pozostaje żadna melodia, struktura rytmiczna, motyw dźwiękowy który można by opowiedzieć,
zanucić. Pozostaje intensywne estetyczne przeżycie. Brak typowej, linearnej narracji podnosi
znacząco poprzeczkę dla twoich dotychczasowych słuchaczy.

MJ. Jeśli tak jest rzeczywiście, to możliwe że wynika to ze wspomnianego już respektu wobec naczelnej inspiracji: drzew, natury. Więcej słuchałem tego co mówi przyroda, mniej odwoływałem się do własnych emocji, choć takie rozróżnienie jest chyba dość dyskusyjne.

Zachowania natury przebiegają często według innej dramaturgii niż byśmy oczekiwali jako odbiorcy spektaklu, czy utworu muzycznego. Są artyści, którzy przyjęli taką radykalną postawę : „biernego” odtwórcy narracji przyrody. Np. Peter Ablinger i jego „Rain pieces”, John Luther Adams (m.in. „Become Ocean”), czy oczywiście Olivier Messiaen, z jego „Katalogiem ptaków” na fortepian. Wynikła z tego fascynująca muzyka, ale rzeczywiście bardzo wymagająca wobec przeciętnego słuchacza. Oceniam, że mój „Catalogue des Arbres” nie jest, aż tak bezkompromisowy i podlega w dużej części zwykłym regułom kompozycyjnym, a więc następuje w większości utworów  pewien typowy progres: od cichego do głośnego, od prostego do złożonego.

Jak już zauważyłem w recenzji dla MI Kwartalnika Muzycznego, jest na twojej płycie taki moment (wstęp do „Kingdom (Les Chenesles Bouleaux)”), w którym instrumenty i chór 441Hz z
mimetyczną wrażliwością odtwarzają teatr przyrody. Słuchając tego fragmentu przed oczami
miałem wczesny letni poranek, w którym cisza nocy spotyka się z pierwszymi aktywnościami
dnia. Widzę skraj lasu, unoszącą sie mgłę, bezruch i delikatne szemrzenie owadów będące
interludium dziennej foniczności. Jęk przyrody. Czy nagrywając tą płytę też miałeś przed oczami
podobne obrazy i próbowałeś unieśmiertelnić je w muzycznej formie?

MJ. Bardzo  cieszy mnie  kiedy moja muzyka generuje obraz, a szczególnie  kiedy ten obraz jest bliski mojej wizji. Pracując nad „Kingdom”  miałem  podobny obrazek przed oczami, dochodzą do tego kolory, ruch. Każdy z utworów opiera się na innej wizji, i zawsze wizja, (zresztą związana często z konkretnym miejscem, gdzie dokonywałem nagrań) jest zapalnikiem, pierwszym impulsem. Dotyczy to również wcześniejszych płyt.

Twoja płyta wręcz mieni się dźwiękami. Ze względu na niezwykłą kunsztowność, aż trudno
uwierzyć, że wszystkie kompozycje zostały zaplanowane co do jednego dźwięku. Czy jest na
„Catalogue des Arbres” fragment, w którym coś wyrwało się spod kontroli i przemieniło się w
improwizacje?

MJ. Muzycy z Kwartludium cały czas improwizowali w czasie nagrań,  może fortepian był jako tako „zaprogramowany”, ponieważ Piotr nawiązywał do utworów Messiaena. A zatem moja kontrola polegała raczej na selekcji improwizowanych partii i  znalezieniu dla nich odpowiedniego miejsca  oraz proporcji. Tak więc owe „bloki improwizacyjne” są spontaniczne, tylko ich umiejscowienie w utworze jest wynikiem „kalkulacji”.

Czy masz w planach koncertować z repertuarem „Katalogu drzew”? Wydaje się, że jedynymi
miejscami dgodnymi odtworzenia tego materiału byłyby filharmonia, teatr. A może las byłby
najodpowiedniejszym miejscem i zarazem akompaniamentem dla wykonania „Catalogue des
Arbres”?

MJ. Tak, mamy plany koncertowe, zresztą wykonywaliśmy już „Katalog” w filharmonii krakowskiej na zeszłorocznym Unsoundzie;  fragmenty albumu prezentowałem też niedawno na solowych występach w USA.  W styczniu 2015 zagramy w Gdańsku na „Dniach Muzyki Nowej” ,w lutym w londyńskiej Cafe Oto, w kwietniu mamy zagrać w Hadze na festiwalu Rewire.

Wracasz do swych starych albumów? Czy wciąż dowiadujesz się z nich czegoś nowego o sobie i
swojej muzyce?

MJ. Raczej nie wracam. W trakcie pracy nad płytą każdy utwór jest przeze mnie przesłuchiwany koło tysiąca razy, nie mam już potem siły. Wyjątkiem jest „Glimmer”, którego wciąż słucham z przyjemnością, „Pentral” z kolei wciąż żyje na koncertach, gdzie ten materiał wykonywany jest przy użyciu systemu dookólnego.  To dla mnie wciąż atrakcyjne doświadczenie.

Jaki będzie zatem kolejny twój krok. Czy będzie nim projekt Rimbaud realizowany z Mikołajem Trzaską i Tomkiem Budzyńskim. Dokąd zmierza muzyka Jacaszka?

Z Tomkiem i Mikołajem rzeczywiście od wiosny przygotowujemy płytę, gramy już nawet sporadyczne koncerty. Nasza muzyka oscyluje gdzieś między intymnością a agresywnym noisem, a punktem wyjścia są wybrane frazy z wierszy Artura Rimbaud.

Zaczynam powoli przymierzać się do nowego albumu dla Ghostly International, z którą to wytwórnią jestem związany kontraktem. Nie wiem, w którą stronę się to potoczy czuję potrzebę zrobienia czegoś lżejszego, odprężającego. Zależy mi na przygodzie, eksperymentowaniu, zapuszczaniu się tam gdzie jeszcze nie byłem, sprawdzaniu się w rożnych wyzwaniach, okolicznościach. Mój mikromanifest artystyczny mógłby brzmieć prosto: „dalej i głębiej”.



Recenzja ukazała się na łamach M/I Kwartalnik Muzyczny 01/2014
Wywiad ukazał się na www M/I

sobota, 10 stycznia 2015

In glitch we trust / Duy Gebord "Mildew"

Strzępki, grzyby, mszyce, lęgniowce, pleśń, śluz, soki roślinne, insekty, pasożyty, szkodniki, płyny organiczne. Mikroorganizmy, niedostrzegalna materia królestwa zwierząt i królestwa roślin wypełniła tracklistę nowej płyty Duy'a Gebord'a. I choć występujący pod tym pseudonimem Radosław Sirko, tytułami kompozycji sugeruje konotacje ze światem przyrody, album "Mildew" jawi mi się raczej, jako zakamuflowana refleksja o kulturze (dez)informacji. Próba skatalizowania popkulturowego szumu, w ramy fabularnej opowieści.

Słuchacz zaznajomiony z wcześniejszymi wydawnictwami tego muzycznego eksperymentatora, powinien być oswojony z totalną anarchią jego kompozycji. "Wszystkie płyty staram się tak konstruować, żeby w utworach dało się za każdym razem odnajdywać coś nowego, żeby było dużo głosów, które mogą prowadzić, może nawet kilka opowieści naraz" - zdradza Sirko. W utworach Geborda może wydarzyć się wszystko, czego akurat byśmy się nie spodziewali. Raz zostaniemy przytłoczeni ścianą hałasu, aby już za chwilę kiwać głową w trip-hopowym rytmie, bądź otworzyć usta ze zdziwienia, słysząc zarzewie gitarowej melodii. Nie inaczej jest na "Mildew" z tą różnicą, że estetyczne cytaty nie atakują kontrastami i dysonansami, a subtelnie podane układają się w niezwykle spójny, hipnotyczny materiał. I mimo, że przy pierwszym odsłuchu odbiłem się od tej płyty przytłoczony jej gęstością i intensywnością, tak teraz, po kilkunastu seansach, słucham jej z niebywałą przyjemnością, nie mogąc zrozumieć swojej początkowej reakcji.

Tym co mnie najbardziej zaskakuje w tym materiale, to zadziwiająco spójne jak na Geborda budowanie nastroju albumu. Do tej pory był to element, który praktycznie nie występował w jego nagraniach, ulegając pod naporem chaotycznej dynamik zmian, będącej odzwierciedleniem popkulturowej estetyki nadmiaru, estetycznego pomieszania i eklektycznego przesytu. Tym razem Sirko prowadzi narrację linearnie, płynnie przechodząc od kompozycji do kompozycji, dbając o dramaturgię i fabułę. Oczywiście autor nie zrezygnował przy tym z dysonansów, czy deformacji. O tym jak obszerną wyobraźnią muzyczną dysponuje Sirko, świadczy z kolei jego podejście do kompozycji, w których niemal całkowicie rezygnuje z powtórzeń, modyfikując swój dźwiękowy eksperyment na bieżąco, w toku utworu. W tej praktyce korzysta z szerokiego wachlarza eksperymentalnych praktyk: nakładanych na siebie chmur szumów, glitchowych kawalkad, elektronicznych faktur, wokali, modulowanych instrumentów (pianino, gitara), field recordingów,  stukotów, hałasów, dźwięków chłodnych, graniastych i odstraszających. Rozmaite warstwy snują wielowątkowe mikroopowieści przerzucając słuchacza między planami.

"Mildew" to album na którym przesyt i chaos zostają ujarzmione przez linearną narrację i sugestywny klimat. To co najbardziej konstytuowało dotychczasową twórczość autora, mianowicie bezkompromisowe czerpanie z popkulturowego śmietnika, na "Mildew" odzywa się w użyciu eklektycznej palety odgłosów i brzmień, bądź jako dalekie widmo gatunków, których ślady można w odnajdywać kompozycjach. W rezultacie otrzymujemy płytę odhumanizowaną, brudną brzmieniowo, momentami wręcz opresyjną, a mimo to sprawiającą niebywałą satysfakcję. Hipnotyczną, wielowątkową i wyrazistą. Najciekawiej skomponowaną i najbardziej spójną z dotychczasowych produkcji Duya Geborda.



DUY GEBORD - "Mildew"
2014, BDTA





czwartek, 8 stycznia 2015

Fenomenologia dźwięku / Damasiewicz, Lebik, Ferrandini "veNN circles"

"veNN Circles" to projekt założony przez Gerarda Lebika (elektronika) i Piotra Domasiewicza (trąbka), w ramach którego do eksperymentalnych, w pełni improwizowanych sesji live electronics zapraszani są muzycy działający, zarówno w ramach współczesnej awangardy, sound artu, jak i reprezentujący scenę jazzowej improwizacji.

Wydany nakładem Bocian Records album, jest rejestracją sesji do której duet zaprosił Portugalczyka Gabriel Ferrandini'ego; znakomitego, poszukującego perkusistę młodego pokolenia, występującego na całym świecie z tuzami współczesnego free. Ta edycja "veNN Circles", zarejestrowana już w 2012 roku, to elektroakustyczne słuchowisko oparte na sonorystycznej preparacji instrumentów, metalicznych obiektów, oraz adaptowanej do potrzeb improwizacji elektronice.

Dźwiękowy performance trzech instrumentalistów odbywa się poza wszelakimi schematami przynależnymi tradycyjnej muzycznej ekspresji. Muzycy przystępują do badawczego procesu, w trakcie którego poszukują dźwiękowych relacji w zbiorze akuzmatycznych odgłosów, terenowych rejestracji, czy sonorystycznych preparacji. Wśród tego abstrakcyjnego wywodu dominują dźwięki o metalicznej fakturze i jej najprzeróżniejszych odcieniach. Zimne, chropowate, masywne, wykazujące industrialne proweniencje. Okazjonalnie dochodzą do głosu szczątki klasycznej artykulacji, wtedy też najczęściej jako źródło dźwięku ujawnia się perkusja, wprowadzająca kilka arytmicznych przelotów. Swą tożsamość ujawnia również trąbka, identyfikowana odgłosem przedmuchiwanego przez ustnik powietrza. Do tego zestawu dołącza oszczędna i beznamiętna elektronika, nieingerująca w abstrakcyjne dialogi dźwiękokształtów. Można ją rozpoznać głównie jako metaliczny dron, bądź też przybiera formę zredukowaną do buczącego sygnału elektrycznego, czy wibrującej w tle sinusoidalnej fali.

"veNN Circles" w wykonaniu trio Damasiewicz, Lebik, Ferrandini, intensywnością eksperymentu, nagromadzeniem dźwiękowych bodźców, i nielinearną narracją przypomina znakomity (ubiegłoroczny już) album Valerio Trcoli'ego "Miseri Lares" (PAN), z tą różnicą, że eksperymentalne nagranie Włocha; na analogową elektronikę i taśmy, wykazuje tendencje do teatralizacji dźwięku w mroczną fabułę. W przypadku tria nie ma mowy, o choćby odrobinie fabularyzacji. Ekspresja "veNN Circles" jest stricte intelektualna, ze wzgardą traktująca harmonię, nastrój, czy melodię. To zdecydowane odcięcie emocji od instynktów, dekonstrukcja muzyki w dźwiękową abstrakcję.

Bezkompromisowa wypowiedź trójki instrumentalistów, to poruszanie się w materii pozbawionej ograniczeń. Operowanie poza skalą i harmonią. Emancypacja z kanonów i konwencji. Elektroakustyczna analiza współzależności dźwięków, w interakcji z innymi dźwiękami, przestrzenią, odbiorcą, a wreszcie z samym artystą. Dźwiękowe materiałoznawstwo, badające akustyczne właściwości instrumentów i obiektów dźwiękowych. Proces formułowania w czasie rzeczywistym unikalnego, amuzycznego języka i systemu komunikacji między artystami, obowiązującego tylko tu i teraz, w trakcie improwizacyjnej sesji.

GERARD LEBIK, PIOTR DAMASIEWICZ, GABRIEL FERRANDINI - "veNN circles"
2014, Bocian Records.


wtorek, 6 stycznia 2015

Kości pamięci / Ircha "Black Bones"

2014 w wykonaniu muzyków Irchy był wyjątkowo pracowity i przyniósł wiele znakomitych wydawnictw, bez których trudno wyobrazić sobie miniony rok. Solowy album Pawła Szamburskiego "Ceratitis Capitata", ekwilibrystyczne i przebojowe Pole Michała Górczyńskiego, oraz wyciszone Kwartludium, akompaniujące Jacaszkowi do "Catalogue Des Arbres". Natchnione albumy hiperaktywnego Wacława Zimpla, występującego w spektakularnych (Wacław Zimpel To Tu Orkiestra), kameralnych (Olie Brice Quintet) i komercyjnych, nie pozbawionych elegancji składach (Gaba Kulka). I wreszcie intrygujące kooperacje spiritus movens Irchy - Mikołaja Trzaski: m.in. Trzaska / Mazur / Pandi, Rubin / Trzaska / Masel. Jeśli chciałbym ustalić wspólny mianownik dla większości z tych albumów to nie ulega wątpliwości, że czwórka klarnecistów w swoich twórczych wyborach kieruje się poszukiwaniem sakralnych wątków w muzyce, oraz badaniem folkowych tradycji, w których przemierza najbardziej odległe kultury. Nie powinno zatem być żadnym zaskoczeniem, że czwarty już album Irchy "Black Bones", choć zrealizowany w 2013 roku, podąża dokładnie takimi samymi ścieżkami, jakimi jego członkowie solo.

Mimo iście "gwiazdorskiej" obsady instrumentalistów, królem na "Black Bones" jest przede wszystkim klarnet. Konia z rzędem temu, kto w ciemno zidentyfikuje autorów poszczególnych partii tego malowniczego instrumentu. Mimo iż umownym liderem pozostaje Trzaska to w toku narracji współpraca przebiega w pełni pluralistycznie. Soliści dzielą przestrzeń kompozycji jedynie na motyw i akompaniament, namiętnie cieniując i dopieszczając każdy wątek. Taką grą zespołową, skupioną na każdym detalu opowieści udaje się zbudować niezwykle uduchowioną atmosferę pełną subtelnych wzruszeń i uniesień. Główną rolę odgrywa w nagraniu melodyka, która oszczędnie i nienachalnie sięga po motywy żydowskie, czerpiąc zarówno z tradycji sefardyjskiej, jak i chasydzkiej. Pełnią one jednak w materiale jedynie rolę przystanków od których muzycy rozpoczynają fabularne poszukiwania, bądź też stanowiąc puentę ich wypowiedzi.

Aby zachować ciągłość skupionej atmosfery, klarneciści rezygnują ze swingu, szaleńczych wybuchów jazzowej ekspresji i sonorystycznych eksperymentów. Nie obowiązują tu "zasady" wolnej improwizacji, a muzycy zwięźle trzymają się tematu, wzbogacając jego brzmienie wielowymiarową paletę odcieni. Wątki i motywy ewoluują dość szybko, a kwartet nie ma w zwyczaju powracać do nich, rozwijając narrację dalej. Wyjątkiem są przywoływane tradycyjne melodie, stanowiące punkty orientacyjne nagrania. 

"Black Bones" to album podwójny. Pierwsza jego część została zrealizowana w maju 2013 w warszawskim Quality Studio, druga zaś, jest zapisem występu Irchy w Stacji Falenica, w sierpniu tegoż roku. Imponujące jest to, jak intymną atmosferę uzyskaną podczas studyjnej rejestracji, udało się muzykom przenieść w realia koncertowe. Kluczem, jak mniemam, jest wymiana energii zarówno między samymi instrumentalistami, jak i miejscem wykonania (w przypadku płyty live). Stacja Falenica to bowiem ostatni przystanek przed Treblinką, dla tysięcy żydów z likwidowanych w 1942 gett w Rembertowie, Falenicy i Otwocku. Obie płyty stanowią najdelikatniejsze, najbardziej stonowane i wyciszone z dotychczasowych nagrań Irchy. Czwórka znakomitych klarnecistów w nienachalnym, duchowym uniesieniu potrafiła narzędziami współczesnej improwizacji zinterpretować tradycję, oraz przekazać pamięć po jej depozytariuszach.

MIKOŁAJ TRZASKA IRCHA CLARINET QUARTET - "Black Bones"
2014, Kilogram Records

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Mikroimprowizacja / Noël Akchoté & Mikrokolektyw

Spotkanie Mikrokolektywu z Noël'em Akchot'em - francuskim mistrzem gitary, muzykiem, który niczym kameleon adaptuje się zarówno w realiach wolnej jazzowej improwizacji, awangardowej kameralistyki, eksperymentalnej elektroniki, czy też jako interpretator muzyki klasycznej, oraz... piosenek Kylie Minouge - jest zapisem zaskakująco kameralnej, improwizowanej sesji nagraniowej, do której doszło w styczniu 2014, we wrocławskim Ośrodku Postaw Twórczych. Jej owocem jest świeżo wydana, w labelu Francuza (Noël Akchoté Downloads), godzinna płyta wymagająca od słuchacza wzmożonej koncentracji i podzielności uwagi.

Wspólna sesja muzyków sprawia wrażenie starcia bezkontaktowego, prowadzonego trzema równoległymi do siebie, instrumentalnymi wątkami. Każdy z muzyków pozostaje skoncentrowany na własnej improwizowanej ścieżce, z rzadka ingerując w artykulację współtowarzyszy. Do takiej ekspresji sympatycy muzyki Kuby Suchara i Artura Majewskiego powinni być przygotowani ich ostatnim autorskim albumem "Absent Minded", ale przede wszystkim materiałem "Tone Hunting" - kooperacją z Anną Kaluzą i Rafałem Mazurem wydaną dla renomowanej, portugalskiej wytwórni Clean Feed. Mamy zatem do czynienia, z formułą dynamicznej,a wręcz instynktownej wymiany bodźców dźwiękowych będącej wynikiem dialogu znakomitych technicznie instrumentalistów. Elementy fabularne, melodie, przewodnie motywy, powtórzenia, czy linearność narracji zostają wyrzucone poza obręb jazzowego języka, którym posługują się Suchar. Majewski i Akchoté. Zrębem porozumienia, w którym przecinają się trzy równoległe impresje okazuje się być temperatura i intensywność improwizacji, które instrumentaliści z wyczuciem kontrolują.

Impresyjna muzyka tria, oparta została na pełnych wirtuozerii wypowiedziach przybierających formę kunsztownej ornamentyki. Muzycy kreślą, abstrakcyjne struktury i układy arabesek, a forma ich artykulacji przybiera intymny charakter, pozbawiony wykrzykników, mocnych kontrastów i podziału na lidera i tło. Trzej dżentelmeni uprawiają demokratyczną formę w której wymianie ulegają jedynie plany na których wybrzmiewają instrumenty. I tak, w cyrkularnym cyklu trąbka Majewskiego, lub gitara Akchoté wysuwają się na prowadzenie podczas gdy drugi z instrumentów, wraz z perkusją Suchara funkcjonują jako akompaniament. Na nastrój improwizacji ma wpływ redukcja przestrzeni dźwiękowej wokół instrumentów, która okrojona z przestronności ech i pogłosów generuje kameralny charakter nagrania. W takich warunkach impresja jazzowa zostaje prowadzona intymnie, a dźwięki nawlekane są niezwykle gęsto. Fakt ten jednak sprawia, że trąbka Majewskiego i gitara Akchoté operujące w podobnych rejestrach, momentami wchodzą sobie w drogę, co niekorzystnie wpływa na selektywność nagrania.

Płyta Mikrokolektywu z Akchoté proponuje muzykę nieustannego ruchu, o olbrzymiej dynamice dialogu. To narracja funkcjonująca bez podziału na wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Wypowiedź zbudowana z kaskady drobnych jazzowych gestów; unikalnych i błyskawicznie przemijających, układająca się w abstrakcyjną układankę. Wspólna improwizacja tria Suchar - Majewski - Akchoté, finalnie okazuje się być niezwykle szkicowa w swojej prostocie, delikatna i pozbawiona spektakularności donośnych gestów. Muzycy unikają bezpośredniego kontaktu zarówno ze sobą jak i ze słuchaczem. Są oszczędni w epatowaniu technikami improwizacyjnymi, a także w użyciu efektów. Z elektroniki będącej dotąd ważną częścią kompozycji Mikrokolektywu, zrezygnowali całkowicie.
Rozmach i moc tej płyty ujawnia się w gęstej i intensywnej artykulacji muzyków, wyrażonej w subtelnych i kameralnych dialogach.

Noël Akchoté + Mikrokolektyw
2014, Noël Akchoté Downloads


niedziela, 4 stycznia 2015

Kołysanki miejskie / Skinny Girls "Because You're Worthless"

Wszelakie czasowe cezury uzmysławiają mi, jak bardzo jestem wciąż zapóźniony i niezorganizowany w opisywaniu świata z perspektywy muzyki. Kolejny raz odzierają ze złudzeń, że da się zrecenzować wszystko co zrobiło wrażenie (lub nie). Kiedy w większości internetowych serwisów, portali, blogów etc. na dobre trwają żniwa podsumowań i rankingów, remanenty i inwentaryzacje, Ja nadal tkwię po uszy zanurzony w muzyce, której nie zdążyłem w 2014 opisać. Biorąc pod uwagę, że w listopadzie i grudniu wydawcy wcale nie wzięli świąteczno-noworocznych urlopów i wydawali dużo i dobrze, próba opisania tego (nie wspominając już o dokładnym przesłuchaniu) przybiera wręcz skalę heroicznego wyzwania, zwłaszcza dla kogoś kto dobę dzieli między słuchanie, pisanie, pracę zarobkową, życie rodzinne i odrobinkę snu. Jeśli jednak wszystko pójdzie zgodnie z ambitnym planem, to muzyczny rok 2014 zakończy się na łamach 1/u/1/o pod koniec stycznia. Co prawda jestem świadomy, że nowe produkcje AD 2015 już dopraszają się uwagi, bo przecież nowy Mikrokolektyw z Noelem Akchoté, Mazzscare czy Duda i Arszyn z Pawlacza Perskiego od jakiegoś czasu pobrzmiewają w moich głośnikach, jednak zaległe Skinny Girls, Ircha, Lebik z Domasiewiczem i Ferrandinim, To Tu Orkiestra, Duy Gebord, Fischerle, Szpura z Wójcińskim i Strychańskim z 2014 wywołują wyrzuty sumienia, bezdyskusyjnie zasługując na przelanie w tekst. Zapewne pojawi się jeszcze coś zupełnie nieoczekiwanego, co zaprzątnie moją uwagą i rozpali bezwstydną muzyczną ciekawość. Wtedy wszystkie te ambitne plany, (nie mam złudzeń) zawalą się na amen, a początek roku przyjdzie mi świętować może i w marcu. Póki co zamiast trwonić czas i energię na kolejne roczne podsumowanie, wolę poświęcić uwagę tematom zaległym i bardziej absorbującym, oraz zakończyć 2014 z czystym sumieniem choćby i w marcu.

Jednym z nagrań domagających się wspomnienia o nim w kontekście 2014 roku, zdominowanego wysypem ambientowych produkcji, jest "Because You're Worthless" - materiał Macieja Sławskiego nagrywającego pod kryptonimem Skinny Girls. Jego album z 2013 "If I Am What You Want Sometimes" zawierający (jak sam autor podkreśla) ambientowe kołysanki, był nominowany w plebiscycie na "Łódzką Płytę Roku" organizowanym przez dodatek Gazety Wyborczej "Co jest grane". Od tego czasu dźwięczne i melodyjne kompozycje Skiny Girls nabrały muskulatury i obrosły brudem, w większym stopniu oddając aurę i atmosferę miasta w którym zostały skomponowane i nagrane. Choć industrialny charakter Łodzi odchodzi powoli do lamusa, a miasto poszukujące nowej tożsamości i nie mogące dalej żyć mitem włókienniczego ośrodka, przeżywa aktualnie swoją największa przemianę od czasów Ziemi Obiecanej, to ciężar tych przepoczwarzeń odbija się w nagrywanej tutaj muzyce. Tak jest z "Because You're Worthless", które sam autor ocenia jako brzmieniową ewolucję "w ciągu ostatniego roku moja muzyka stała się głośniejsza i bardziej oparta na rytmie, choć nadal starałem się zachować błogość i spokój, w które zawsze celowałem w moich utworach."

Materiał na "Because You're Worthless" został nagrany podczas sesji w Radio Żak, studenckiej rozgłośni Politechniki Łódzkiej, zaś wokale i gitarowe preparacje zostały dograne w sypialni producenta. To, z pozoru kuriozalne zestawienie estetyki industrialnej z zaciszem sypialnianego studia, okazuje się jednak, jakże adekwatną metaforą miasta, które po burzliwej rewolucji, łagodnieje ujawniając, swój nie do końca jeszcze doceniany kreatywny potencjał.

"Because You're Worthless" zostało wypełnione industrialnym pomrukiem; stłumionymi echami pracującej maszynerii. Chłodne drony, metaliczna rytmika, drobinki glitchowego pyłu, dźwiękowa szaruga, rozlewają się rezonującymi plamami wybrzmiewając gęstą i zamgloną materią. Zaszumiałe przestrzenie, przerywane mozolnym, fabrycznym stukotem stają się, eterycznym akompaniamentem dla hipnotycznych wokaliz i melodeklamacji. Centralną część albumu, wkomponowaną pomiędzy spiętrzone hałasy i drapieżne kulminacje, stanowi łagodna kompozycja "Jean", będąca w zasadzie piosenką, albo jak wolałby autor kołysanką. Prosta melodia, żeński wokal i glitchowy szum tworzą mroczny, a przy tym jakże liryczny, zaświatowy nastrój, wycięty niemal żywcem z księżycowej muzyki Coila. Nie zdziwiłbym się, gdyby właśnie ta skromna i zapadająca w pamięć kompozycja była pretekstem dla nagrania całego "Because You're Worthless". To "Jean" bowiem, antycypuje pełne emocjonalnego uniesienia zwieńczenie albumu. A jest nim eksplozja cyfrowego hałasu współgrająca z podniosłością klawiszowych progresji i widmowością melodii, wyłaniających się podprogowo ze ściany noisu.

"Because You're Worthless" nie ma ambicji przekraczania granic, czy odkrywanie niezbadanych lądów. Jego zadaniem jest budowanie nastroju według sprawdzonych ambientowych prawideł, i to Sławskiemu udaje się znakomicie. Zaostrzenie estetyki okazało się, posunięciem logicznym i trafnym. Przydało nagraniom charakteru, a jednocześnie nie odebrało im intymnego nastroju kołysanki. Skinny Girls znakomicie panuje nad klimatem i kreowaniem dramaturgi opartej na linearnie rozwijającej się narracji. Subtelne gesty muzyczne, łagodna dynamika zdarzeń, kontemplacyjne motywy, uwodzące melodie i hipnotyzujące wokale tworzą album intrygujący, i urokliwy. Mocny industrialny stelaż został natchniony melancholijnym rozmarzeniem, zjawiskowo łącząc brutalność z delikatnością.


SKINNY GIRLS - "Because You're Worthless" 
2014, wydanie własne