Podczas gdy basista Wojtek Juchniewicz szlifował repertuar czekającej na premierę płyty Trupy Trupa, pozostali muzycy tria Wolność; Krzysztof Topolski i Adam Witkowski pod jego nieobecność założyli nowy zespół: Woda.
Nie wiem czy członkowie duetu, jako mieszkańcy wybrzeża w swoim życiu zetknęli się bliżej z przemysłem stoczniowym; czy w dzieciństwie zakradali się do doków, basenów portowych; podglądali pracę w traserni, stalowni, walcowni; gościli w fabrycznych hangarach? Ich płyta wydaje się bowiem zainspirowana dźwiękosferą stoczni. „Woda” pełna jest mechanicznych odgłosów; twardych, ostrych, metalicznych, które rozchodzą się w potężnej przestrzeni akustycznej, generując masywne echa i pogłosy.
Industrialny anturaż stanowi dla Topolskiego i Witkowskiego osnowę wartkiej jazz-rockowej improwizacji, przeplatanej elektroakustycznymi impresjami. Te pierwsze są efektem zorganizowanej i temperamentnej gry Topolskiego (perkusja), której sekunduje Witkowski eksponujący szeroką paletę gitarowych preparacji. Połowa duetu Nagrobki skwapliwie sięga do arsenału przesterów, sprzężeń, zgiełkliwych spiętrzeń („Ciernisko”), którymi zagęszcza strukturę kompozycji nakreśloną przez dynamiczną perkusję. W momentach swobodniejszych posługuje się zaś figurami z rezerwuaru blues-rockowej improwizacji („Hydrozabawka”). Wymiennie z gitarą, Witkowski korzysta z własnoręcznie skonstruowanej rababy, (arabski instrument strunowy, którego początki sięgają VIII wieku), będącej dla muzyka instrumentem z ujmującą, osobistą historią w tle.
Drugą grupę utworów wyznaczają kompozycje oparte na sonorystycznych eksploracjach („Za to Ka”; „Umm ORB”; „Oblężenie Sopotu”). To one w głównej mierze nadają nagraniu industrialnego sznytu, eksponując dźwięki metaliczne, przemysłowe, szumy, stukoty, a także podwodne nagrania terenowe, łącznie ze zmodyfikowanym odgłosem fal morskich („Ciernisko”). Tam również pierwszoplanową rolę odgrywają warunki akustyczne. Sesja nagraniowa, odbyła się co prawda w sopockim teatrze BOTO, jednak pogłos jaki udało się wygenerować można uznać za dodatkowy instrument w rezerwuarze muzyków, z którego ochoczo i umiejętnie korzystają. Całość dźwiękowego inwentarza dopełnia syntezatorowa elektronika, generująca szumy, liczne chropowate faktury w tłach, a także delikatne ornamentujące arpeggia („Plug in the water”). Narracja kolejnych kompozycji jest gęsta i treściwa w instrumentacje i efekty, na tyle, że muzycy nie muszą sięgać po ekspresyjne kulminacje aby uwydatnić muzyczną dramaturgię swojego repertuaru.
Duet Topolski - Witkowski nie leje wody. Ich oparta na improwizacji współpraca jest wyrazista i doskonale zorganizowana. Efekt zaś tej współpracy jest przystępny i przekonujący. Woda wrze, buzuje, piętrzy się i faluje; bije swobodnym strumieniem, a kiedy trzeba skraca nurt, by biec zwartym ciekiem.
WODA „Woda”
2017, thisisnotarecord
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 października 2017
sobota, 2 września 2017
Nie zasłaniać oczu - 19 Wiosen „Cesarstwo zwierząt”
Licząc od pierwszej próby (jesień 1992) łódzki zespół 19 Wiosen już o sześć lat przekroczył swoją tytularną metrykę i może hucznie świętować swoje srebrne wesele. Przez ćwierć wieku, nie stracić wigoru, a przede wszystkim nie przehandlować artystycznej niezależności... zasługuje to na docenienie.
W centrum miasta pojawia się truchło wieloryba. Wiadomość roznosi się w błyskawicznym tempie. Ciekawska gawiedź gromadzi się wokół, aby nasycać swoją próżność widokiem gargantuicznego truchła. Ten opis nie jest migawką ze stojącej nierządem Niniwy, i nowym wcieleniem przypowieści o Jonaszu. To również nie deskrypcja „Harmonii Werckmeistera” Beli Tarra. To fabuła „Jednoryba”, piosenki otwierającej „Cesarstwo zwierząt”. Jednak wspomniane wyżej przykłady zdradzają, że tam gdzie pojawia się wielka ryba, tam swój woal roztacza widmo katastrofy. Traf chciał, że owo widmo spektakularnie wieńczy również najnowszą płytę łodzian. Zanim jednak do tego dojdzie zaznamy iście karnawałowego danse macabre, seansu zepsucia i nieprawości, zwątpienia i afirmacji. A wszystko w scenerii rozgwieżdżonego firmamentu, przy zgiełku gitar i rozbuchanych klawiszy. I pamiętajcie aby „po usłyszeniu nadciągającego huku nie zasłaniać oczu”.
Zrealizowana z cegiełek fanów płyta ma wielu bohaterów, a każdy z nich przy realizacji materiału popuścił lejce fantazji, nie ograniczając zbytnio swojej ekspresji. Imponująca jest energia jaka promienieje z tego nagrania. Dwanaście kompozycji 19 Wiosen to w znacznej większości utwory o wartkiej narracji, gęstych, pełnych przepychu aranżacjach i wyrazistej produkcji. Utrzymane w szybkich tanecznych tempach, oparte są co prawda, na nieco leciwych rockowych akordach (choć pojawiają się echa i punk, i ska), ale gitarową ociężałość sprytnie maskuje fantazyjna artykulacja klawiszy i ogólna melodyjność repertuaru, za który w głównej mierze odpowiedzialny jest Grzegorz Fajngold; klawiszowiec, filar zespołu, a obok wokalisty jedyna postać w obecnym składzie, towarzysząca zespołowi nieprzerwanie od początku istnienia.
Fajngold, czyli popularny Fagot jest postacią, o której przy odsłuchu „Cesarstwa zwierząt” nie sposób choćby na chwilę zapomnieć. Jego klawisze spektakularnie panoszą się w nagraniach, przepełniając je na wskroś swoją obecnością. Odnaleźć je można we wszystkich planach kompozycji. W jednej chwili eksponują swoje bombastyczne rozdęcie, uderzając ścianami syntezatorowych progresji, aby następnie wić cienkie stróżki klawiszowych melodii, będących dedykacją dla twórczości Kapitana Nemo, czy Marka Bilińskiego. Syntezatory rzadko kiedy milkną na „Cesarstwie”. Przy ich pomocy Fajngold bawi się dramaturgią i dynamiką materiału, co przynosi efekty w postaci przebojowych refrenów i zamaszystych kulminacji.
Równie radosną ekspresją może poszczycić się Paweł Cieślak, producent i realizator płyty, a także kompozytor dwóch dźwiękowych miniatur. W rzeczywistości jego obecność jest równie słyszalna i efektowna co klawiszowy akompaniament Fagota. Dzieje się tak za sprawą rozpoznawalnych patentów produkcyjnych, z którymi mogliśmy osłuchać się przy okazji płyt; „Dziwo” duetu 11, a także ubiegłorocznych „Kopyt zła”. Nakładki wokali, zniekształcone chórki, szemrzące w tłach glitchowe tekstury, oraz dopracowane detale pojawiają się na „Cesarstwie” równie radośnie co bezpretensjonalnie. Jego produkcyjne zabiegi nadają instrumentom, ziarnistego brzmienia zostawiającego charakterystyczny chropowaty ślad słyszalny najbardziej w „Jednorybie”, „Człowieku pingwinie”, czy „2036”. Autorstwa Cieślaka są dwa osobliwe tematy; „Bracia Dylanowie II” będący pastiszem estetyki gospel, oraz utwór tytułowy będący surrealistycznym kolażem zwierzęcych odgłosów.
Od strony muzycznej zabrakło płycie jedynie większego zniuansowania materiału, wyraźniejszych pauz i kontrastów. Nietrudno odnieść wrażenie, że aranżacje piosenek są na tyle gęste że nawet gdyby ktoś chciał jeszcze coś dodać, to nie ma na „Cesarstwie zwierząt” miejsca, na choćby jeden dodatkowy dźwięk. To bogactwo co prawda olśniewa swobodą ekspresji i imponuje rozmachem stylizacji, jednak chwilami wydaje się przytłaczające i zbyt jednorodne. Na korzyść zespołowi wyszłoby również odświeżenie brzmienia gitary, chyba że to zakorzenienie w klasycznej rockowej artykulacji leży w programowej wizji dziewiętnastek, a jego zadaniem jest równoważyć nieokiełznane epifanie klawiszy Fajngolda.
Aranżacyjnemu rozbuchaniu, partneruje równie okazała warstwa literacka Marcina Pryta. To doprawdy niebywałe, w jaki sposób pozbawione rymów, rozbudowane i opisowe teksty mieszczą się we frazach akompaniamentu. Wydaje się, jakby piosenki 19 Wiosen były w stanie zawrzeć więcej słów niż jest dla nich miejsca. Weźmy za przykład dwa wersy z utworu „Porozumienie stron”; „Stoję przy taśmie kompletacyjnej, jak zwykle układam według specyfikacji produkty.” – trzeba to usłyszeć zamknięte w 16-stu taktach, aby docenić tę osobliwość. Wszędzie indziej, zwłaszcza w rapie, ów efekt nadganiania rytmu przez wokalistę sprawiałby wrażenie karkołomnego i amatorskiego, jednak nie w przypadku Marcina Pryta, u którego zostaje przekształcony w stylistyczny atrybut, a jego użycie zdeterminowane jest rozwojem fabuły. Ta krąży zaś wokół dawno już określonej tematyki. Pojawiają się zatem na „Cesarstwie” wątki kosmiczne („Hau Hau”; „Firmament”), ale też relacje bliskie zwykłej codzienności i historii prywatnych („Porozumienie stron”; „Bracia Dylanowie”). Pryt obdarzony błyskotliwym zmysłem obserwacji, celnie puentuje otaczającą rzeczywistość, demaskując mapę cywilizacyjnych zagrożeń („Honor kapituły”; „LCD”). Kiedy zaś wypowiada się na inny z dyżurnych tematów; o apokalipsie, wojnie i braku perspektyw, to w jego słowach pobrzmiewa zwątpienie – „... mogę zapewnić, że nawet na milimetr ku dobru ten świat bliżej nie przeniesie się”) („Bracia Dylanowie I”) W kontekście katastrofy zdaje się poszukiwać jednak postaw mających zachować resztki człowieczeństwa, chroniących przed pogrążeniem się w „odwiecznym szambie ludzkich nieprawości”. Śpiewa zatem: – „Wszystko jest bez znaczenia. Wszystko jest nadaremno i jeszcze nigdy nie znaczyło tyle co nic.” – aby po chwili dodać – „Ale wchodzę w to wszystko, jak w masło i w ciemno, bo naprzeciwko możesz być Ty” („Bracia Dylanowie”). Teksty Pryta implikowane humanistyczną zadumą, nie stronią jednak od ciętych punkowych bon motów; wśród których moim faworytem pozostaje ironiczne: „Nasze życia nabrały sensu przy urnach niedaleko kredensu" („LCD”). Głównym bohaterem płyty pozostają jednak zwierzęta („Jednoryb”; „Człowiek Pingwin”; „Ptaszki za oknem”), obdarzone przez autora świadomością istnienia i potrzebą wolności silniejszą niż u osobników „ludzkiego getta”.
Śpiewającemu, deklamującemu, i wrzeszczącemu Prytowi towarzyszy Dziewczyna Rakieta (Demolka), dzieląca z nim wokale w wybranych piosenkach. Jej chłodny, niski, zdystansowany a przy tym melodyjny wokal wyśmienicie wpasowuje się w post-punkową estetykę. Swój głos w dwóch fragmentach użyczyła również Felicja Fajngold, córka Grzegorza, zwiastując tym samym nadejście drugiego pokolenia w szeregach 19 Wiosen. Z resztą „Cesarstwo” to w ogóle familijny album. W jego realizacji wzięli udział także Karolina Kościelecka-Cieślak - ptasi chór w „Ptaszki za oknem”, oraz Marlena Gemel (syntezator w „Ptaszki za oknem”).
„Cesarstwo zwierząt” to tuzin przebojowych nawałnic, gwarantujący skok endorfin. Może być dawkowane zamiast kofeiny, tauryny, nikotyny, i tym podobnych, lub razem wziętych. To absolutny pocisk. I mimo że muzycznie nie odkrywa nowych horyzontów, pozostając przywiązanym do arsenału około punkowych ekspresji, to trudno usiedzieć w miejscu przy takiej dawce energii jaką serwuje zespół.
Słucham kolejnej płyty 19 Wiosen i mam wrażenie, ze twórcy mają pełną świadomość tego, że po ćwierć wieku działalności nie muszą nic nikomu udowadniać. Można kochać ten zespół albo nienawidzić, żadna pośrednia perspektywa się tu raczej nie sprawdzi (stąd też zastępy wiernych psycho-fanów). Ale pokażcie mi drugi band z ćwierćwieczem na karku, który nigdy nie popełnił rozboju na sztuce, wciąż trzyma fason, i mimo lecących lat zdaje się być ponad obiegiem czasu.
19 WIOSEN „Cesarstwo zwierząt”
2017, Kosmopolitania Medjateka
W centrum miasta pojawia się truchło wieloryba. Wiadomość roznosi się w błyskawicznym tempie. Ciekawska gawiedź gromadzi się wokół, aby nasycać swoją próżność widokiem gargantuicznego truchła. Ten opis nie jest migawką ze stojącej nierządem Niniwy, i nowym wcieleniem przypowieści o Jonaszu. To również nie deskrypcja „Harmonii Werckmeistera” Beli Tarra. To fabuła „Jednoryba”, piosenki otwierającej „Cesarstwo zwierząt”. Jednak wspomniane wyżej przykłady zdradzają, że tam gdzie pojawia się wielka ryba, tam swój woal roztacza widmo katastrofy. Traf chciał, że owo widmo spektakularnie wieńczy również najnowszą płytę łodzian. Zanim jednak do tego dojdzie zaznamy iście karnawałowego danse macabre, seansu zepsucia i nieprawości, zwątpienia i afirmacji. A wszystko w scenerii rozgwieżdżonego firmamentu, przy zgiełku gitar i rozbuchanych klawiszy. I pamiętajcie aby „po usłyszeniu nadciągającego huku nie zasłaniać oczu”.
Zrealizowana z cegiełek fanów płyta ma wielu bohaterów, a każdy z nich przy realizacji materiału popuścił lejce fantazji, nie ograniczając zbytnio swojej ekspresji. Imponująca jest energia jaka promienieje z tego nagrania. Dwanaście kompozycji 19 Wiosen to w znacznej większości utwory o wartkiej narracji, gęstych, pełnych przepychu aranżacjach i wyrazistej produkcji. Utrzymane w szybkich tanecznych tempach, oparte są co prawda, na nieco leciwych rockowych akordach (choć pojawiają się echa i punk, i ska), ale gitarową ociężałość sprytnie maskuje fantazyjna artykulacja klawiszy i ogólna melodyjność repertuaru, za który w głównej mierze odpowiedzialny jest Grzegorz Fajngold; klawiszowiec, filar zespołu, a obok wokalisty jedyna postać w obecnym składzie, towarzysząca zespołowi nieprzerwanie od początku istnienia.
Fajngold, czyli popularny Fagot jest postacią, o której przy odsłuchu „Cesarstwa zwierząt” nie sposób choćby na chwilę zapomnieć. Jego klawisze spektakularnie panoszą się w nagraniach, przepełniając je na wskroś swoją obecnością. Odnaleźć je można we wszystkich planach kompozycji. W jednej chwili eksponują swoje bombastyczne rozdęcie, uderzając ścianami syntezatorowych progresji, aby następnie wić cienkie stróżki klawiszowych melodii, będących dedykacją dla twórczości Kapitana Nemo, czy Marka Bilińskiego. Syntezatory rzadko kiedy milkną na „Cesarstwie”. Przy ich pomocy Fajngold bawi się dramaturgią i dynamiką materiału, co przynosi efekty w postaci przebojowych refrenów i zamaszystych kulminacji.
Równie radosną ekspresją może poszczycić się Paweł Cieślak, producent i realizator płyty, a także kompozytor dwóch dźwiękowych miniatur. W rzeczywistości jego obecność jest równie słyszalna i efektowna co klawiszowy akompaniament Fagota. Dzieje się tak za sprawą rozpoznawalnych patentów produkcyjnych, z którymi mogliśmy osłuchać się przy okazji płyt; „Dziwo” duetu 11, a także ubiegłorocznych „Kopyt zła”. Nakładki wokali, zniekształcone chórki, szemrzące w tłach glitchowe tekstury, oraz dopracowane detale pojawiają się na „Cesarstwie” równie radośnie co bezpretensjonalnie. Jego produkcyjne zabiegi nadają instrumentom, ziarnistego brzmienia zostawiającego charakterystyczny chropowaty ślad słyszalny najbardziej w „Jednorybie”, „Człowieku pingwinie”, czy „2036”. Autorstwa Cieślaka są dwa osobliwe tematy; „Bracia Dylanowie II” będący pastiszem estetyki gospel, oraz utwór tytułowy będący surrealistycznym kolażem zwierzęcych odgłosów.
Od strony muzycznej zabrakło płycie jedynie większego zniuansowania materiału, wyraźniejszych pauz i kontrastów. Nietrudno odnieść wrażenie, że aranżacje piosenek są na tyle gęste że nawet gdyby ktoś chciał jeszcze coś dodać, to nie ma na „Cesarstwie zwierząt” miejsca, na choćby jeden dodatkowy dźwięk. To bogactwo co prawda olśniewa swobodą ekspresji i imponuje rozmachem stylizacji, jednak chwilami wydaje się przytłaczające i zbyt jednorodne. Na korzyść zespołowi wyszłoby również odświeżenie brzmienia gitary, chyba że to zakorzenienie w klasycznej rockowej artykulacji leży w programowej wizji dziewiętnastek, a jego zadaniem jest równoważyć nieokiełznane epifanie klawiszy Fajngolda.
Aranżacyjnemu rozbuchaniu, partneruje równie okazała warstwa literacka Marcina Pryta. To doprawdy niebywałe, w jaki sposób pozbawione rymów, rozbudowane i opisowe teksty mieszczą się we frazach akompaniamentu. Wydaje się, jakby piosenki 19 Wiosen były w stanie zawrzeć więcej słów niż jest dla nich miejsca. Weźmy za przykład dwa wersy z utworu „Porozumienie stron”; „Stoję przy taśmie kompletacyjnej, jak zwykle układam według specyfikacji produkty.” – trzeba to usłyszeć zamknięte w 16-stu taktach, aby docenić tę osobliwość. Wszędzie indziej, zwłaszcza w rapie, ów efekt nadganiania rytmu przez wokalistę sprawiałby wrażenie karkołomnego i amatorskiego, jednak nie w przypadku Marcina Pryta, u którego zostaje przekształcony w stylistyczny atrybut, a jego użycie zdeterminowane jest rozwojem fabuły. Ta krąży zaś wokół dawno już określonej tematyki. Pojawiają się zatem na „Cesarstwie” wątki kosmiczne („Hau Hau”; „Firmament”), ale też relacje bliskie zwykłej codzienności i historii prywatnych („Porozumienie stron”; „Bracia Dylanowie”). Pryt obdarzony błyskotliwym zmysłem obserwacji, celnie puentuje otaczającą rzeczywistość, demaskując mapę cywilizacyjnych zagrożeń („Honor kapituły”; „LCD”). Kiedy zaś wypowiada się na inny z dyżurnych tematów; o apokalipsie, wojnie i braku perspektyw, to w jego słowach pobrzmiewa zwątpienie – „... mogę zapewnić, że nawet na milimetr ku dobru ten świat bliżej nie przeniesie się”) („Bracia Dylanowie I”) W kontekście katastrofy zdaje się poszukiwać jednak postaw mających zachować resztki człowieczeństwa, chroniących przed pogrążeniem się w „odwiecznym szambie ludzkich nieprawości”. Śpiewa zatem: – „Wszystko jest bez znaczenia. Wszystko jest nadaremno i jeszcze nigdy nie znaczyło tyle co nic.” – aby po chwili dodać – „Ale wchodzę w to wszystko, jak w masło i w ciemno, bo naprzeciwko możesz być Ty” („Bracia Dylanowie”). Teksty Pryta implikowane humanistyczną zadumą, nie stronią jednak od ciętych punkowych bon motów; wśród których moim faworytem pozostaje ironiczne: „Nasze życia nabrały sensu przy urnach niedaleko kredensu" („LCD”). Głównym bohaterem płyty pozostają jednak zwierzęta („Jednoryb”; „Człowiek Pingwin”; „Ptaszki za oknem”), obdarzone przez autora świadomością istnienia i potrzebą wolności silniejszą niż u osobników „ludzkiego getta”.
Śpiewającemu, deklamującemu, i wrzeszczącemu Prytowi towarzyszy Dziewczyna Rakieta (Demolka), dzieląca z nim wokale w wybranych piosenkach. Jej chłodny, niski, zdystansowany a przy tym melodyjny wokal wyśmienicie wpasowuje się w post-punkową estetykę. Swój głos w dwóch fragmentach użyczyła również Felicja Fajngold, córka Grzegorza, zwiastując tym samym nadejście drugiego pokolenia w szeregach 19 Wiosen. Z resztą „Cesarstwo” to w ogóle familijny album. W jego realizacji wzięli udział także Karolina Kościelecka-Cieślak - ptasi chór w „Ptaszki za oknem”, oraz Marlena Gemel (syntezator w „Ptaszki za oknem”).
„Cesarstwo zwierząt” to tuzin przebojowych nawałnic, gwarantujący skok endorfin. Może być dawkowane zamiast kofeiny, tauryny, nikotyny, i tym podobnych, lub razem wziętych. To absolutny pocisk. I mimo że muzycznie nie odkrywa nowych horyzontów, pozostając przywiązanym do arsenału około punkowych ekspresji, to trudno usiedzieć w miejscu przy takiej dawce energii jaką serwuje zespół.
Słucham kolejnej płyty 19 Wiosen i mam wrażenie, ze twórcy mają pełną świadomość tego, że po ćwierć wieku działalności nie muszą nic nikomu udowadniać. Można kochać ten zespół albo nienawidzić, żadna pośrednia perspektywa się tu raczej nie sprawdzi (stąd też zastępy wiernych psycho-fanów). Ale pokażcie mi drugi band z ćwierćwieczem na karku, który nigdy nie popełnił rozboju na sztuce, wciąż trzyma fason, i mimo lecących lat zdaje się być ponad obiegiem czasu.
19 WIOSEN „Cesarstwo zwierząt”
2017, Kosmopolitania Medjateka
czwartek, 5 czerwca 2014
Krew, pot i łzy (cz. 2) / Swans - "To Be Kind"
SWANS - "To Be Kind" / 2014 / Young God Records
Na wstępie muszę przyznać, że nigdy nie należałem do psychofanów Swans, podobnie jak do dziś nie
jestem fanem gitarowych brzmień. Nie jest jednak możliwością obojętnie przejść
obok takiego muzycznego kolosa jakim jest "To Be Kind". Grzechem byłoby zignorować
wizję tak totalną i bezkompromisową, jaką funduje nam Michael Gira z
ekipą.
Owa bezkompromisowość ujawnia się nie
tylko w ekspresji i charyzmie lidera, oraz ekstremalnym brzmieniu
zespołu, ale choćby w samej idei nagrywania albumów wyzywająco długich,
będących próbą i wyzwaniem dla współczesnych odbiorców. W działaniach
Giry imponuje zaciekłość i dyscyplina w realizowaniu artystycznej wizji, bez cienia ustępstw wobec przemysłu
muzycznego, słuchaczy, lecz przede wszystkim wobec samego siebie. Kogo obecnie byłoby stać na wydanie dwugodzinnej płyty zawierającej
kilkunasto i kilkudziesięciominutowe kompozycje. Kto zrobiłby to w tak
brawurowy sposób, aby w trakcie stu dwudziestu minut nawet na chwilę nie stracić
atencji słuchacza? Odpowiedź może być tylko jedna.
Scenariusz realizacji monstrualnego materiału Swansów jest niezwykle finezyjny
począwszy od wyważenia proporcji i rozplanowania ich w dwóch godzinach
materiału. "To Be Kind" brawurowo splata ze sobą najbardziej skrajne
elementy; potęgę gitarowego grania, industrialnego brzmienia i
punkowej energii, z niezwykłym flow, unoszonym bluesowym i quasi
funkowym groovem. Wpadające w ucho kaznodziejskie deklamacje Giry,
wyliczanki, nawiedzone zaśpiewy, oraz wytrwałe
budowanie kulminacji, repetytywny trans i psychodeliczne odjazdy
zakomponowane radykalnym noisem gitar i brutalną, choć dynamiczną
perkusją przybierają wręcz przebojowy sznyt;
łatwo wpadając w ucho pomimo destrukcyjnego brzmienia i obfitych,
agresywnych aranży. To wszystko gotowane w jednym kotle tworzy dzieło
skończone, domknięte w każdym detalu, i przedstawione w okazałą, monumentalną całość. Nawet pomimo ekstremalnie
rozbudowanych kompozycji, nie doświadczamy dłużyzn i nudy. Każda
"rozwlekła" kompozycja jest uwarunkowana emocjonalnie, oraz prowokuje
stan fizycznego wręcz, odczuwania muzyki. Bo "To Be Kind" to krew, pot, łzy, oraz katharsis.
Gira niczym genialny, acz przerażający demiurg z wyrachowaniem i doświadczeniem planuje dźwiękową egzekucję, wywołując wcześniej gorączkę i obłęd. Niespiesznie i z pełną kontrolą prowadzi narrację nie oszczędzając siebie i słuchacza. Kiedy w niewielu przypadkach pozwala sobie wyciszyć i spuścić z tonu robi to tylko po to aby po chwili dokręcić śrubę i ścisnąć za jaja.
Trzeba przyznać, ze bezbłędnie
panuje nad dramaturgią i emocjami słuchacza. Uwodzi ("Kirsten Supine"),
odurza ("Some Things We Do"), hipnotyzuje i omamia ("Just A Little Boy" -
jakby żywcem wycięty z repertuaru Angelo Badalamentiego; "Bring The Sun / Toussaint L'Ouverture
" - przejście po
między częściami tej najdłuższej kompozycji zaaranżowane psychodelicznymi plamami
pianina fendera sprawia, że zamiast demonicznego Giry spodziewam się
głosu Jima Morrisona deklamującego słowa "Father (...) I Wan't To Kill You"),
wprowadza w trans ("A Little God In My Hands"), aby wreszcie
pobudzać ("Screen Shot"), przerażać i wywoływać ekstazę ("She Loves Us",
"Oxygene"). Warto jednak zaznaczyć, że wszystkie te elementy potrafią
oddziaływać również wewnątrz pojedynczych kompozycji.
Zwaliste, bluesowe ballady, natchnione muzycznym spleenem
przepoczwarzają się w psychodeliczny odjazd, aby eksplodować
industrialnym skowytem pełnym gniewu i furii. Swans jednak nie epatują
zgiełkiem bezmyślnie, każde użycie najcięższe artylerii jest w pełni
zaplanowane i uzasadnione dramaturgicznie, przydając albumowi dynamiki,
barwnych kontrastów i niezwykłej witalności.
Artysta
o takiej charyzmie jakiej posiadaczem jest Michael Gira, wolałby spłonąć w
piekle niż zadowolić się kompromisem. Wolałby milczeć, nie mając nic do
powiedzenia. Gdyby nie był pewny, że jego dzieło nie spełni jego własnych ambicji
nigdy nie doszłoby do wznowienia działalności Swans. Dlatego nie powinno
dziwić, że po powrocie do nagrywania zespół nadal rzuca na kolana
swoimi dokonaniami, bez odwoływania się do muzycznej historii jaką
stworzyli przez ponad trzydzieści lat swojego istnienia Gdyby ich działalność rozpoczęła się w 2010 albumem "My Father
Will Guide Me Up A Rope To The Sky" dziś również zostaliby
ochrzczeni muzycznymi gigantami. Jednak bez takiego bagażu doświadczeń, żaden
zespół nie byłby w stanie wykreować epickich spektaklów na miarę "The
Seer", czy "To Be Kind". Stąd 60cioletni dziadkowie z pełnym animuszem
kopią zadki kolejnego pokolenia, oczarowując słuchaczy i
zawstydzając muzyków wyhajpowanych zespolików w stylu Arcade Fire.
Gira uwarzył dzieło idealne i w pełni skończone. Jako 60cioletni artysta dokonał wnikliwej autoanalizy swoich muzycznych doświadczeń i po egzorcyzmach "The Seer" skomponował dzieło świetnie wyważone i urozmaicone. "To Be Kind" osiąga sakralność hałasu, ujarzmiając chaos i zaprzęgając go w linearne struktury, bez utraty drapieżności i nieokiełznanej energii. Z tego muzycznego kotła nie warto uronić choćby kropli.
Gira uwarzył dzieło idealne i w pełni skończone. Jako 60cioletni artysta dokonał wnikliwej autoanalizy swoich muzycznych doświadczeń i po egzorcyzmach "The Seer" skomponował dzieło świetnie wyważone i urozmaicone. "To Be Kind" osiąga sakralność hałasu, ujarzmiając chaos i zaprzęgając go w linearne struktury, bez utraty drapieżności i nieokiełznanej energii. Z tego muzycznego kotła nie warto uronić choćby kropli.
Nie ma zatem wstydu rozpoczynać swojej przygody ze Swans od ich
najnowszych albumów "The Seer" i "To Be Kind". Trzeba być jednak
przygotowanym, że odwrotny kierunek w podróży po dyskografii zespołu
jawi się niczym zmierzanie prosto do jądra ciemności, w krainę
autodestrukcji, chaosu, brutalności, do pierwotnego zewu instynktów i
namiętności.
Ps.
Po wielokrotnej lekturze "To Be Kind" w mojej wyobraźni zrodziło się
muzyczne marzenie, które połączyłoby twórczym radykalizmem drapieżność i
bezkompromisowość Swans z temperamentem Matsa Gustafssona. Zawsze kiedy
na "To be Kind", zgiełk wznosi się o kilka poziomów nad powierzchnię
narracji, konwulsyjnie wybuchając mocą swojej ekspresji, w spiętrzonej
ścianie gitar, perkusji i syntezatorów dostrzegam idealne miejsce dla
rzeźnickiego saksofonu Szweda. Jedynie taki zestaw muzyków zasługiwałby na określenie "męskie granie".
***
***
Choć doświadczenie, różnica wieku i wielkość dokonań na to nie przystoi, to z pewną dozą dobrych chęci można uznać że Swans (Gira) i Ben Frost grają w tej samej lidze. Z pewnością filozofia ich twórczości jest bardziej zbieżna ze sobą niż przeciwstawna. Obaj muzycy ujarzmiają chaos sprowadzając jego nieprzewidywaną moc w sidła kompozycji. Testosteron, temperament i rozmach jest wyznacznikiem ich ekspresji, dzięki czemu ich dzieła są skrajnie emocjonalne i euforyczne. Emanacja hałasem, zgiełkiem, brudem, brutalnością, mimo swej opresywności ma działanie oczyszczające. Szokuje i podnieca zarówno w formie cyfrowej Frosta, jak i gitarowej Giry, (choć instrumentalne podziały między artystami są co raz mniej widoczne). Obaj muzycy jednakowo nie uznają kompromisów i nie przebierają w środkach, aby ich muzyka stała się doświadczeniem jak najbardziej fizycznym. Jak dotąd obaj swymi najnowszymi albumami brutalnie (dosłownie i w przenośni) znokautowali cała stawkę muzycznych wydawnictw mających premierę w 2014 roku i stali się inspiracja fali młodych (głównie elektronicznych) brutalistów, którzy zdominowali ostatnie miesiące na międzynarodowej scenie niezależnej.
Część 1 "Krew, pot i łzy" / Ben Frost "A u r o r a"
Część 1 "Krew, pot i łzy" / Ben Frost "A u r o r a"
poniedziałek, 18 lutego 2013
Nowy rozdział / Nick Cave & The Bad Seeds - Push The Sky Away
Po pięciu latach oczekiwań powraca Nick Cave ze swoim flagowym The Bad Seeds. Push The Sky Away to już piętnasty tytuł legendarnej grupy, ale zdecydowanie nowy muzyczny rozdział w karierze.
Na przestrzeni minionych pięciu lat od wydania Dig Lazarus, Dig!!! Cave zdecydowanie nie próżnował Skupił się m. in współpracy z Warrenem Ellisem przy pisaniu muzyki filmowej (m.in. The Road) i teatralnej (Faust), napisał książkę (Śmierć Bunny'ego Munro) oraz nagrał dwa ociekające rockową brutalnością albumy z pobocznym projektem Grinderman.
W macierzystym projekcie The Bad Seeds w tym czasie nastąpiły personalne przetasowania, które miały niebagatelne przełożenie na nagranie właśnie ukazującej się płyty Push The Sky Away.
W 2009 z zespołu odszedł wieloletni współkompozytor Mick Harvey, zaś na nagranie najnowszego albumu do składu powrócił Barry Adamson. I jak za działaniem czarodziejskiej różdżki z muzyki zniknął cały zadziorny charakter, surowość i nerwowy, rockowy pazur, na rzecz stylowej elegancji, kameralnej, intymnej atmosfery.
Push The Sky Away to dziewięć wystylizowanych, delikatnych kompozycji ujętych w klamrę, jaką tworzą urokliwy, otwierający album We No Who U R i tytułowy, zamykający album, absolutnie magiczny Push The Sky Away.
Na płycie pojawiają się niespotykane dotąd na płytach Cave'a pasaże
syntezatorowych plam i subtelna elektronika, które nadają albumowi
kontemplacyjny, ambientowo-filmowy nastrój.
Na pierwszym planie zdecydowanie objawia się ilustracyjna narracja Warrena Ellisa (genialnego multiinstrumentalisy), znana z jego świetnych, nastrojowych ścieżek dźwiękowych, a doskonała produkcja Nicka Launay'a tym razem pozwala odegrać zacną rolę ciszy i skupieniu.
W melancholijnej atmosferze szkicowo zarysowują się kompozycje oparte jedynie na szczątkowych drganiach gitary i basu zawieszonych w rozmytych dźwiękach pianina Rhodesa, a gdzieniegdzie dopełnione wlewającymi się w kompozycję smykami.
Doskonale a chwilami wręcz jazzowo brzmi w tym zestawie perkusja; przestrzenna, oszczędna i precyzyjna zarazem.
Sam Cave również dostosował się do hipnotycznego nastroju muzyki. Nie
wykrzykuje już głosem nawiedzonego kaznodziei natchnionych psalmów, w towarzystwie potężnych, hymnicznych kompozycji, ale wraz z cudownym damskimi
chórkami uwodzi i hipnotyzuje swoimi przypowieściami.
Okazjonalnie pojawiają się momenty bardziej klasyczne wpasowujące się w bluesowo rockowe proweniencje i będące spoiwem ze starymi, klasycznymi momentami z twórczości zespołu.
Finishing Jubilee Street, oraz Higgs Boson Blues to powrót do klasycznej formuły rockowej piosenki spod znaku Nick Cave & The Bad Seeds, w których album zyskuje najbardziej wyrazisty i zdecydowany charakter.
Nowa płyta Cave'a prawdopodobnie podzieli słuchaczy przyzwyczajonych do gromkiego i momentami brutalnego brzmienia poprzednich płyt na zawiedzionych stępionym temperamentem nowego rozdziału w twórczości zespołu, jak i na entuzjastów zachęconych ciepłem i skromnym pięknem tego albumu.
Ciekawostka: autorem psychodelicznego klipu do utworu We No Who U R jest kontrowersyjny francuski reżyser Gaspar Noe - m. in Nieodwracalne, Enter The Void.
NICK CAVE & THE BAD SEEDS - Push The Sky Away
Bad Seed Ltd. 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)

