WG-264 Bambino 4 to bodaj najpopularniejszy polski gramofon. Produkowany w Łódzkich Zakładach Radiowych Fonica od swoich poprzedników różnił się m.in. mechanizmem i wariantami prędkości obrotów. W związku z odchodzącą do lamusa płytą szelakową zrezygnowano z prędkości 78 obr/min, wprowadzając wartość 16⅔. Bambino do dziś jest darzone szczególnym sentymentem, będąc wcale nierzadkim elementem wystroju polskich mieszkań. Wspomina o tym w wywiadzie dla portalu Miej Miejsce Joanna Szumacher, która gramofonowi zadedykowała swój najnowszy projekt, zatytułowany oczywiście „Bambino”.
Dla artystki, która w ubiegłym roku wraz z Pawłem Cieślakiem, oczarowała słuchaczy wydawnictwem „Kopyta zła”, „Bambino” jest koleją odsłoną parasłuchowiskowej kreacji. Bardziej tradycyjnej niż musicalowe „Kopyta”, ale równie multidyscyplinarnej. Fizyczną formą wydawnictwa, mocno z resztą limitowanego (10 egzemplarzy), jest artystyczna książka w skład której wchodzą fotografie, tekst tytułowego opowiadania, oraz utwór „Mija”, wydany w formie transparentnej kartki dźwiękowej, wytłoczonej w laboratorium Sebastiana Buczka – Altanova Press. Opowiadanie, zostało również zaadaptowane na słuchowisko radiowe i udostępnione publicznie w sieci. W takiej formie praca nabrała nowych kontekstów, które mogłyby pozostać niezauważone, albo których w samym (znakomitym skądinąd) tekście nie ma, gdyż wiążą się nierozerwalnie ze sferą audio. I właśnie to słuchowisko (nie miałem przyjemności zapoznać się z artbookiem) stało się przedmiotem niniejszej recenzji.
<Uwaga spoilery> Gramofon Bambino 4 pełni w opowieści funkcję wehikułu czasu, który przenosi słuchacza w lata 70-te, oraz wprowadza do fabuły, traktującej o 19-letnim Łukaszu, który postanawia zerwać z siermięgą wiejskiego życia i wyjechać do miasta w celu realizacji swojej pasji. Jest nią muzyka. Bohater przybywa do Łodzi taszcząc pod pachą ukochane Bambino. Jego wizycie towarzyszą typowe lęki „obcego”. Poczucie niedopasowania i zagubienia, ale i ambicja odnalezienia się w zgiełku miasta. Wtóruje mu ludzki tumult, wszechobecny zamęt, bród, oraz korowód zjawiskowych osobowości. Sam gramofon znajduje swoje miejsce jedynie w kilku epizodach opowieści. Początkowo jako symbol emancypacji bohatera z czasem okazuje się być dźwiganym przez niego brzemieniem, bez żalu porzuconym w finale.
Warstwa literacka „Bamino” jest niezwykle wciągająca. Posiada dobry rytm opowiadania historii, której siłą są przede wszystkim doskonałe epizody, zaludnione przez pełne kolorytu, wyraziste postacie. Te, obleczone grubą warstwą cynizmu, zniechęcenia i życiowego rozczarowania, wewnątrz skrywają tęsknotę i odruchy serdeczności. Szumacher, która sama jest łodzianką z wyboru, w sugestywny sposób oddała chropowatość i surowość łódzkiego PRL-u. Można u niej znaleźć z jednej strony obskurne zaułki, chaotyczne targowisko, zadymiony dancing, ale i zachwyt nad magią neonów, czy wdzięczną estetyką sklepowych witryn. Opis rzeczywistości, celny i obrazowy, przytomnie nie dominuje nad fabułą. Ta z kolei pomimo swojej narastającej posępności, za sprawą lekkiego pióra Szumacher nie przytłacza słuchacza / czytelnika. W adaptacji słuchowiskowej wpływ na to ma również lektor wcielający się zarówno w rolę narratora, głównego bohatera, jak i wszystkich pozostałych postaci. Lektorem „Bambino” jest Patryk Pietrzak wokalista łódzkiego indie rockowego zespołu Ted Nemeth, a przy tym także aktor filmowy i teatralny. Jako słuchacz bardzo szybko przekonałem się do jego nieco naturszczykowskiej kreacji, aby po chwili zżyć się z nią na dobre. Pietrzak w zajmujący sposób wczytuje się w opowiadanie, ciekawie akcentuje słowa i moduluje dialogi. Jego głos w zabawny sposób ulega delikatnym egzaltacjom, które nie przekraczają granic zmanierowania, mieszcząc się w aktorskiej konwencji.
Na oddzielne uznanie zasługuje reżyseria dźwięku, o którą zadbała sama autorka „Bambino”, choć jak mniemam niemały wpływ na jej pracę miały doświadczenia ze współpracy z Pawłem Cieślakiem. Lektorowi towarzyszy nieustanny podkład dźwiękowy; różnego rodzaju szumy, szmery, elektroniczne tekstury, odgłosy miasta, o typowo łódzkich, industrialnych proweniencjach oraz przede wszystkim trzask winylowej płyty. Wiele tu również akustycznych detali, onomatopei nadających uroku całości. Błyskotliwym zabiegiem montażowym jest antycypowanie niektórych wydarzeń fabularnych, wypowiedzi, czy pojedynczych słów, odgłosem, bądź dźwiękową, często karykaturalną ilustracją. Równie absorbująca jest epizodyczna obecność żeńskiego głosu, który niczym intuicja, zaświatowym szeptem podaje bohaterowi słowa, bądź powtarza wypowiedziane wcześniej przez niego.
Słuchowisko wieńczy wydana na pocztówce piosenka „Mija”. Kompozycja o solidnie zniekształconym cyfrowym akompaniamencie, widmowej melodii i takiej samej wokalizie, mogłaby pochodzić z repertuaru uznanej wytwórni Blackest Ever Black. Słowa „wszystko znika... wszystko mija.." snują się jak senne mary. A wieńcząc słuchowisko, nadają, tej dotąd raczej realistycznej opowieści, akcentu sennej poetyki.
Podobnie jak projekt Joanny Szumacher jest realizacją łączącą w sobie różne dyscypliny sztuki (muzyka, literatura, fotografia, słuchowisko), tak również samo opowiadanie i jego adaptacja dźwiękowa splatają wiele motywów literackich. Począwszy od toposów; „ucieczka ze wsi do miasta”, oraz „podróż zakończona przemianą wewnętrzną bohatera”, poprzez fabułę wpisującą się w nurt powieści społeczno-obyczajowej, egzystencjalizm, aż po akcenty nadrealistyczne (sny spajające klamrą opowieść, czy kafkowski robak we śnie bohatera i jego w ekranowym odbiciu). Mnie jednak (ze względu na czas i miejsce akcji, a także ze względu na poczynania, przemyślenia i losy bohatera) „Bambino” wiedzie w stronę rodzimej kinematografii z lat 70. W rozterkach życiowych bohatera, moralnych zwątpieniach, w jego inicjacji w dorosłość, oraz w potyczkach z gorzką i nieprzejednaną rzeczywistością dostrzegam codzienność w jakiej funkcjonowali bohaterowie fabuł i dokumentów Krzysztofa Kieślowskiego. Z kolei wzorów nieporadnej i zagubionej w wielkim mieście postaci Łukasza szukałbym wśród bohaterów filmów Janusza Kondratiuka. Natomiast cały pejzaż lat 70-tych, który tak nienachalnie przytoczyła Szumacher jawi się niczym rzeczywistości zarejestrowana na taśmach Polskiej Kroniki Filmowej w latach 70.
Szumacher okazała się niezwykle bystrą obserwatorką i pomysłową adaptatorką, potrafiącą za pomocą detali i subtelności oddać wiarygodny i sugestywny obraz świata przedstawionego. Jej organiczna praca zaprocentowała udaną rekonstrukcją gierkowskiej epoki, oraz wiernym przedstawieniem włókienniczego miasta, uwiarygodnionych sugestywnymi epizodami, postaciami, dialogami. Autorce udało się stworzyć wielce przekonującą scenografię, w zaskakująco subtelny sposób. Tutaj bowiem świat opowieści kreują nie gesty, bądź czyny bohaterów, a pojedyncze słowa, dźwięki, detale architektoniczne, nazwy ulic, tytuły piosenek („Strange is this world”). Jednak kluczowym w tym zagadnieniu wydaje się fakt, że kreacja Szumacher nie została skażona retrosentymentem, czy melancholią. Sama zaś fabuła mimo tak sugestywnej scenerii okazuje się być niezakotwiczona w przedstawionej rzeczywistości i równie dobrze mogłaby toczyć się w zupełnie innej epoce.
„Bambino” jest słuchowiskiem bliższym tradycyjnym formom radiowym, niż podejściu eksperymentalnemu. Po awangardowych, formalnych ekscesach i rekonstrukcjach twórców pierwszej fali zjawiska „niezależnych, pozaradiowych słuchowisk” nadszedł czas na bardziej klasyczną, acz pogłębioną treściowo narrację. Obok „Bambino” dowodzą temu choćby tegoroczne realizacje Krytyki Politycznej, jak i prace Michała Turowskiego.
JOANNA SZUMACHER „Bambino”
2017, Altanova Press
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Altanova Press. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Altanova Press. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 grudnia 2017
czwartek, 2 czerwca 2016
Robótki ręczne / RSS B0YS "M0NKYY BL00D"
Koronkowe aranżacje, ażurowa rytmika, melodie, akustyczna gitara, dźwięki przyrody terenowe rejestracje. Wszechobecna selektywność, subtelność i delikatność. Nie uwierzylibyście, ale to opis nowego wydawnictwa RSS B0YS.
Zmiana jest diametralna, momentami wręcz porażająca. Zupełnie jakby ktoś inny stanął za sterami RSS-ów. Swoją drogą takie rozwiązanie nie jest niemożliwe, bowiem tożsamość członków zespołu wciąż nie została oficjalnie ujawniona, pozostając kwestią domysłów, które, co dobre dla projektu, co raz mniej zaprzątają uwagę śledzących poczynania grupy.
Nie trudno zauważyć co wpłynęło na przewartościowanie konwencji eresesów. "M0NKYY BL00D" powstało podczas wyprawy muzyków do Brazylii i właśnie tamtejsze zwiewne rytmy bossa novy i samby zastąpiły obecne do tej pory afrykańskie wątki i potężne techno nawałnice. Dodając do tego akustyczną gitarę, galopujące synkopy elektronicznych perkusjonaliów, a także egzotyczne poćwierkiwania ptaków otrzymamy smakowity lekkostrawny koktajl. Miejscami przypomina on fascynacje Brazylią Uwe Schmidta przelewane w stylistykę delikatnej, klikanej elektroniki w projektach Lisa Carbon, Atom Heart, czy Flanger.
Odciążenie muzyki RSS B0YS od gęstych basów i miarowych, ciężkich uderzeń pozwoliło wysunąć na pierwszy plan elementy dotąd zagłuszane przez tektoniczny zgiełk generowany przez duet. Kunsztownie utkane elektroniczne ornamenty, sploty klików ażurowe jak maskujące tożsamość serwety na twarzach wykonawców. Wyobraźnie przejęła we władanie mlaskająca, "cielesna" elektronika korespondująca z samplodelicznymi eksperymentami Matthew Herberta i bezpośrednio nawiązująca do estetyki click'n'cut.
Zmiana, którą na "M0NKYY BL00D" zafundował nam duet techno mocarzy przyszła w mojej ocenie w najodpowiedniejszej chwili, kiedy to dotychczasowa konwencja osłuchała się i przestała zaskakiwać, wyczerpawszy uprzednio formułę wielkiego łomotu. Zdecydowanie jest mi po drodze z takim odświeżeniem muzyki duetu. Nawet jeśli zmiana nie jest permanentna to wprowadza potrzebne wytchnienie w dyskografii grupy.
"M0NKYY BL00D" to w rzeczywistości esencja ekspresji eresesów, wywleczona jedynie na drugą stronę. Skrywająca brutalizm pod wystylizowanym ozdobnym ściegiem. W końcu rytm, choć wyrażony mniej dosadnie, wciąż buzuje i napędza muzykę zespołu, zaklinając pętle w tanecznym rytuale.
RSS B0YS "M0NKYY BL00D"
2016, Mik.Musik.!. / Altanova Press
Zmiana jest diametralna, momentami wręcz porażająca. Zupełnie jakby ktoś inny stanął za sterami RSS-ów. Swoją drogą takie rozwiązanie nie jest niemożliwe, bowiem tożsamość członków zespołu wciąż nie została oficjalnie ujawniona, pozostając kwestią domysłów, które, co dobre dla projektu, co raz mniej zaprzątają uwagę śledzących poczynania grupy.
Nie trudno zauważyć co wpłynęło na przewartościowanie konwencji eresesów. "M0NKYY BL00D" powstało podczas wyprawy muzyków do Brazylii i właśnie tamtejsze zwiewne rytmy bossa novy i samby zastąpiły obecne do tej pory afrykańskie wątki i potężne techno nawałnice. Dodając do tego akustyczną gitarę, galopujące synkopy elektronicznych perkusjonaliów, a także egzotyczne poćwierkiwania ptaków otrzymamy smakowity lekkostrawny koktajl. Miejscami przypomina on fascynacje Brazylią Uwe Schmidta przelewane w stylistykę delikatnej, klikanej elektroniki w projektach Lisa Carbon, Atom Heart, czy Flanger.
Odciążenie muzyki RSS B0YS od gęstych basów i miarowych, ciężkich uderzeń pozwoliło wysunąć na pierwszy plan elementy dotąd zagłuszane przez tektoniczny zgiełk generowany przez duet. Kunsztownie utkane elektroniczne ornamenty, sploty klików ażurowe jak maskujące tożsamość serwety na twarzach wykonawców. Wyobraźnie przejęła we władanie mlaskająca, "cielesna" elektronika korespondująca z samplodelicznymi eksperymentami Matthew Herberta i bezpośrednio nawiązująca do estetyki click'n'cut.
Zmiana, którą na "M0NKYY BL00D" zafundował nam duet techno mocarzy przyszła w mojej ocenie w najodpowiedniejszej chwili, kiedy to dotychczasowa konwencja osłuchała się i przestała zaskakiwać, wyczerpawszy uprzednio formułę wielkiego łomotu. Zdecydowanie jest mi po drodze z takim odświeżeniem muzyki duetu. Nawet jeśli zmiana nie jest permanentna to wprowadza potrzebne wytchnienie w dyskografii grupy.
"M0NKYY BL00D" to w rzeczywistości esencja ekspresji eresesów, wywleczona jedynie na drugą stronę. Skrywająca brutalizm pod wystylizowanym ozdobnym ściegiem. W końcu rytm, choć wyrażony mniej dosadnie, wciąż buzuje i napędza muzykę zespołu, zaklinając pętle w tanecznym rytuale.
RSS B0YS "M0NKYY BL00D"
2016, Mik.Musik.!. / Altanova Press
niedziela, 17 stycznia 2016
Jedzcie jarzyny! / Bartek Kujawski "A kto słaby, niech jada jarzyny"
Ależ strzał! Pierwsza na blogu recenzja tegorocznego wydawnictwa, a już mocny kandydat na płytę roku 2016!
Muzyki Bartka Kujawskiego nie sposób zaszufladkować. Od momentu oficjalnego debiutu jako 8rolek ("Ptak mechaniczny" 2001) nagrania łódzkiego producenta są naznaczone jedynym w swoim rodzaju autorskim sznytem i sprawnie umykają wszelkim stylistycznym klasyfikacjom. Warsztatowo, to bardzo indywidualnie postrzegana elektronika, celebrująca wszelkiego rodzaju dźwiękowe skazy i ubytki. Abstrakcyjna narracja, wespół z glitchową estetyką, to ledwie część tego co stanowi o unikalnym języku łodzianina. W równie istotnym stopniu wpływ na muzykę Kujawskiego ma jego mentalne podejście do tworzenia, naznaczone ogromnym dystansem i osobliwym humorem, które umożliwiają mu nieskrępowaną wolność artystyczną i brak ograniczeń przed realizacją najbardziej wizjonerskich dźwiękowych pomysłów.
Od 15 lat, Kujawski pozostaje wierny swojemu twórczemu etosowi, nie wykazując przy tym nadmiernego zainteresowania dotarciem do szerszego grona słuchaczy. Ale los bywa przewrotny, nawet w takich sytuacjach. Najnowszy materiał "A kto słaby niech jada jarzyny" wydany dla Mik.Musik.!. pomimo faktu, że nadal pozostaje bezkompromisowym zapisem muzycznej wizji łodzianina, ma szanse wpisać się w szerszy kontekst, jakże aktualnej postklubowej estetyki, której kręg zataczają święcący obecnie tryumfy artyści tacy jak Oneothrix Point Never, Holly Herndon, Arca, a jeszcze chwilę temu Jam City. Ujmując rzecz skrótowo; nowe nagrania Bartka dość wyraźnie korespondują z muzyką wyżej przywołanych twórców, którzy w swoich śmiałych i efektownych, (choć momentami przegadanych i hałaśliwych) eksperymentach na polu muzyki elektronicznej, sięgają po elementy kultury masowej, aby nadać im zupełnie nowy kontekst. Punktem wyjścia dla postklubowej estetyki jest kultura klubowa, a efektem twórczej interpretacji, jej futurystyczna, zdehumanizowana, wizja pozbawiona elementu użytkowego - taneczności. Kujawski podąża tym tropem w sposób równie błyskotliwy i świeży co wymienieni twórcy. Jednak w przypadku rodzimego producenta, eksperyment nabiera dodatkowo ożywczej lekkości, głównie za sprawą zdrowego dystansu i poczucia humoru jego twórcy. Taka mieszanka konceptualnego podejścia i anarchii bliska jest z kolei twórczości amerykańskiego duetu Matmos, i w ich muzyce również upatrywałbym wpływów jakie echem odbijają się na "A kto słaby niech jada jarzyny".
Cała zjawiskowość płyty Kujawskiego opiera się na opozycjach i ich często groteskowym, a z pewnością szalenie intrygującym zestawianiu. Na nowym materiale szranki toczą ze sobą motywy eksperymentalne z klubowymi, a co za tym idzie ciche z głośnymi, abstrakcyjne, z przebojowymi, atmosferyczne z podniosłymi. Fundamentem jest eksperymentalna w brzmieniu i narracji elektronika zbudowana na glitchach, szumach, odgłosach. Na niej wykwitają wątki klubowe (dropy, uderzenia, hałaśliwe kulminacje, rave'owe riffy wyszarpane wprost z eurodance'owego kotła) o soczystym, nasyconym brzmieniu (często o metalicznym, industrialnym kolorycie) przeznaczone wprost na mocne basowe soundsystemy. W samej warstwie melodycznej można natknąć się z kolei na bujne syntezatorowe melodie niczym z horrorów Johna Carpentera ("Kapar ciernisty", "Fasola wielokwiatowa", "Burak ćwikłowy"), które niezauważalnie przeobrażają się w gromką i pełną rozmachu dyskotekową kulminację ("Pieprznik Jadalny","Koper Ogrodowy", "Kozibród porolistny"). Wszystkie te motywy zestawione ze sobą w dużej dynamice tworzą błyskotliwy muzyczny kalejdoskop, zaskakujący co rusz zmianami tematu, brzmienia, nastroju.
Prowadząc quasiklubową narrację Kujawskiemu często udaje się unikać symetrii typowej dla tanecznych estetyk, opartej na regularności pętli i uderzeń. Tym samym ujmuje on w nawias zasady "dyskotekowej" geometrii. Wyekstrahowane zaś z muzyki klubowej motywy (zarówno brzmieniowe, jak i dramaturgiczne), oderwane od swojego kontekstu i wyeksponowane w kompozycjach niczym obiekty galeryjne, brzmią monumentalnie i emanują niezwykłą wręcz świeżością.
Przenoszenie form popularnych na warsztat eksperymentu to strategia, która może się sprawdzić, (jak w przypadku Kujawskiego) potraktowana bez konceptualnej nabożności. "A kto słaby niech jada jarzyny" to przyjemna odskocznia od konwencjonalnego myślenia o muzyce klubowej. Płyta wizjonerska, oryginalna i świetnie brzmiąca. Mam nadzieję, że kanały dystrybucyjne Mik.Musik.!. nie zawiodą i płyta ta odbije się szerszym, niż tylko lokalnym echem. Już dawno bowiem, żadna rodzima jarzyna nie smakowała aż tak świeżo.
BARTEK KUJAWSKI - "A kto słaby niech jada jarzyny"
2016, Mik.Musik.!. / AltaNova Press
Muzyki Bartka Kujawskiego nie sposób zaszufladkować. Od momentu oficjalnego debiutu jako 8rolek ("Ptak mechaniczny" 2001) nagrania łódzkiego producenta są naznaczone jedynym w swoim rodzaju autorskim sznytem i sprawnie umykają wszelkim stylistycznym klasyfikacjom. Warsztatowo, to bardzo indywidualnie postrzegana elektronika, celebrująca wszelkiego rodzaju dźwiękowe skazy i ubytki. Abstrakcyjna narracja, wespół z glitchową estetyką, to ledwie część tego co stanowi o unikalnym języku łodzianina. W równie istotnym stopniu wpływ na muzykę Kujawskiego ma jego mentalne podejście do tworzenia, naznaczone ogromnym dystansem i osobliwym humorem, które umożliwiają mu nieskrępowaną wolność artystyczną i brak ograniczeń przed realizacją najbardziej wizjonerskich dźwiękowych pomysłów.
Od 15 lat, Kujawski pozostaje wierny swojemu twórczemu etosowi, nie wykazując przy tym nadmiernego zainteresowania dotarciem do szerszego grona słuchaczy. Ale los bywa przewrotny, nawet w takich sytuacjach. Najnowszy materiał "A kto słaby niech jada jarzyny" wydany dla Mik.Musik.!. pomimo faktu, że nadal pozostaje bezkompromisowym zapisem muzycznej wizji łodzianina, ma szanse wpisać się w szerszy kontekst, jakże aktualnej postklubowej estetyki, której kręg zataczają święcący obecnie tryumfy artyści tacy jak Oneothrix Point Never, Holly Herndon, Arca, a jeszcze chwilę temu Jam City. Ujmując rzecz skrótowo; nowe nagrania Bartka dość wyraźnie korespondują z muzyką wyżej przywołanych twórców, którzy w swoich śmiałych i efektownych, (choć momentami przegadanych i hałaśliwych) eksperymentach na polu muzyki elektronicznej, sięgają po elementy kultury masowej, aby nadać im zupełnie nowy kontekst. Punktem wyjścia dla postklubowej estetyki jest kultura klubowa, a efektem twórczej interpretacji, jej futurystyczna, zdehumanizowana, wizja pozbawiona elementu użytkowego - taneczności. Kujawski podąża tym tropem w sposób równie błyskotliwy i świeży co wymienieni twórcy. Jednak w przypadku rodzimego producenta, eksperyment nabiera dodatkowo ożywczej lekkości, głównie za sprawą zdrowego dystansu i poczucia humoru jego twórcy. Taka mieszanka konceptualnego podejścia i anarchii bliska jest z kolei twórczości amerykańskiego duetu Matmos, i w ich muzyce również upatrywałbym wpływów jakie echem odbijają się na "A kto słaby niech jada jarzyny".
Cała zjawiskowość płyty Kujawskiego opiera się na opozycjach i ich często groteskowym, a z pewnością szalenie intrygującym zestawianiu. Na nowym materiale szranki toczą ze sobą motywy eksperymentalne z klubowymi, a co za tym idzie ciche z głośnymi, abstrakcyjne, z przebojowymi, atmosferyczne z podniosłymi. Fundamentem jest eksperymentalna w brzmieniu i narracji elektronika zbudowana na glitchach, szumach, odgłosach. Na niej wykwitają wątki klubowe (dropy, uderzenia, hałaśliwe kulminacje, rave'owe riffy wyszarpane wprost z eurodance'owego kotła) o soczystym, nasyconym brzmieniu (często o metalicznym, industrialnym kolorycie) przeznaczone wprost na mocne basowe soundsystemy. W samej warstwie melodycznej można natknąć się z kolei na bujne syntezatorowe melodie niczym z horrorów Johna Carpentera ("Kapar ciernisty", "Fasola wielokwiatowa", "Burak ćwikłowy"), które niezauważalnie przeobrażają się w gromką i pełną rozmachu dyskotekową kulminację ("Pieprznik Jadalny","Koper Ogrodowy", "Kozibród porolistny"). Wszystkie te motywy zestawione ze sobą w dużej dynamice tworzą błyskotliwy muzyczny kalejdoskop, zaskakujący co rusz zmianami tematu, brzmienia, nastroju.
Prowadząc quasiklubową narrację Kujawskiemu często udaje się unikać symetrii typowej dla tanecznych estetyk, opartej na regularności pętli i uderzeń. Tym samym ujmuje on w nawias zasady "dyskotekowej" geometrii. Wyekstrahowane zaś z muzyki klubowej motywy (zarówno brzmieniowe, jak i dramaturgiczne), oderwane od swojego kontekstu i wyeksponowane w kompozycjach niczym obiekty galeryjne, brzmią monumentalnie i emanują niezwykłą wręcz świeżością.
Przenoszenie form popularnych na warsztat eksperymentu to strategia, która może się sprawdzić, (jak w przypadku Kujawskiego) potraktowana bez konceptualnej nabożności. "A kto słaby niech jada jarzyny" to przyjemna odskocznia od konwencjonalnego myślenia o muzyce klubowej. Płyta wizjonerska, oryginalna i świetnie brzmiąca. Mam nadzieję, że kanały dystrybucyjne Mik.Musik.!. nie zawiodą i płyta ta odbije się szerszym, niż tylko lokalnym echem. Już dawno bowiem, żadna rodzima jarzyna nie smakowała aż tak świeżo.
BARTEK KUJAWSKI - "A kto słaby niech jada jarzyny"
2016, Mik.Musik.!. / AltaNova Press
Subskrybuj:
Posty (Atom)


