Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzy Szóstki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzy Szóstki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 stycznia 2018

Nowa ekspresja (Elektroniczne emancypacje) / Fischerle, Drvg Cvltvre, Duy Gebord, Zaumne, Jakub Lemiszewski


Tak jak zapowiadałem w podsumowaniu 2017, nowy rok zaczyna się niezwykle obiecująco dla fanów rodzimej elektroniki. Świeża dawka rilisów z mikrolabeli to brawurowa ucieczka od gatunkowych szufladek.

Jest to prawdopodobnie kwestia przypadku, że wydane zaledwie na przełomie kilku ostatnich tygodni nagrania, które swoją drogą sporo już odleżały w oczekiwaniu na premierę, tak bardzo odznaczają się tym że wychodzą poza dotychczas osłuchane schematy. Nie odważyłbym się wieścić w tym narodzin jakiegoś trendu, jednak ta koincydencja robi wrażenie, dając nadzieję na zupełnie nową muzyczną jakość w 2018.

Muszę się przyznać, że miałem nie mały orzech do zgryzienia próbując opisać słowami muzykę niżej wymienionych producentów. To jednak paradoksalnie powód do satysfakcji, bowiem w każdym z przypadków, nagrania wymykały się daleko poza znane mi dotąd klisze gatunkowe. Mamy w końcu 2018 rok, najwyższy czas aby muzyka oderwała się od melancholii i zrzuciła z siebie widmo retrosentymentów. Zbyt łatwo uwierzyliśmy że wszystko już było. To co prezentują swoimi nowymi wydawnictwami opisywani w tekście artyści, nie jest póki co muzyczną rewolucją, bardziej  poszukiwaniem nowego muzycznego języka, który dla takiej rewolucji mógłby być całkiem udanym preludium. Nowa ekspresja czerpie oczywiście z tego co już było, ale nie w taki sposób do jakiego zdołaliśmy się przyzwyczaić. Poniższy repertuar uświadamia bowiem, że nagrywający go muzycy, są osłuchani ze starszymi i nowszymi trendami w muzyce elektronicznej, usłyszycie ich tam wiele, jednak nie używają ich jako cytatów, jedynie jako punkt (dalekich) odniesień. Ich twórczość nie jest stylistycznym mash-upem i co chyba najbardziej dla mnie istotne, kolejną próbą dekonstrukcji. Mamy bowiem do czynienia z formą kreacji, gdzie bagaż kulturowego doświadczenia (osłuchania) artystów pozwolił im poszukiwać na tym fundamencie czegoś nowego i odbyć udany eksperyment emancypacji poza gatunkowe narracje. Jestem świadomy faktu, że eksperymentalna muzyka elektroniczna, właściwie w każdym wydaniu jest próbą wykształcenia takiego indywidualnego języka. Co artysta to inna poetyka. Jednak w przypadku Fischerle, Drvg Cvltvre, Duy Geborda, Zaumne, czy Jakuba Lemiszewskiego eksperyment zostaje pozbawiony ciężaru, oraz przypadkowości  improwizacji. Poniższe nagrania posiadają indywidualny sznyt, oraz spójną filozofię brzmieniową i kompozycyjną, które nie są kwestią przypadku ale świadomie rozwijanego warsztatu.

Zadaję sobie pytanie, na jakich podstawach wysuwam tak profetyczne wnioski? Poza intuicją, jest to przede wszystkim dyskomfort jaki napotkałem przy pierwszych odsłuchach nagrań, znanych mi skądinąd artystów. Dyskomfort niewynikający bynajmniej z ciężkiej, czy wymagającej materii muzyki, ale z tego, że przesłuchując ją nie umiałem wstawić żadnego z tych nagrań w znane mi dotąd gatunkowe ramy. O co tu chodzi, dlaczego to nie pasuje, do żadnych z setek klisz, które już zdążyły zadomowić się u mnie w głowie? Przy kolejnych odsłuchach repertuar zaczynał mnie coraz mocniej fascynować, co jednak nie zmniejszyło dyskomfortu związanego z niesatysfakcjonującymi próbami ich nazwania, sklasyfikowania (nawet na potrzeby własne). I dopiero kiedy zacząłem z autentyczną pasją zasłuchiwać się w materiale, dostrzegłem, że mam do czynienia z czymś absolutnie unikalnym, wobec czego czuję się w pewien sposób bezradny. Muszę jednak wyznać, że taka bezradność w połączeniu z estetyczną fascynacją, to to na co będąc fanatykiem muzyki zawsze czekam z wytęsknieniem. Jestem przekonany, że swojego zachwytu nie jestem w stanie tak przekazać, aby oddać esencję opisywanych wydawnictw, bo jak wspomniałem zabrakło mi do tego narzędzi. Ale koniecznie namawiam was do odsłuchu. Są bowiem wśród was pewnie lepiej osłuchani i posiadający bardziej wyważone emocje, którzy z pewnością będą potrafili zweryfikować moje sądy. Jeśli chodzi o mnie to jestem zachwycony i tej ekscytacji nikt mi już nie odbierze.


FISCHERLE „Beard & Parachute” / 2018 / Pointless Geometry

Mateusz Wysocki dał się poznać jako artysta lubujący się w eklektycznych woltach gatunkowych. Słuchowiska, elektroakustyczne eksperymenty, dub techno, nagrania terenowe, to tylko część z jego estetycznych wycieczek. Jeśli z którejś z wymienionych estetyk najbliżej do „Beard & Parachute” to z pewnością jest to dub, który pulsuje w kilku kompozycjach. Mimo wszystko nie jest to ta sama stylistyka, którą możemy spotkać choćby w nagraniach duetu Mech współtworzonego z Michałem Wolskim. Na „Beard & Parachute” dub jest bliżej korzenia gatunkowego, elastyczny, rozedrgany, jamajski. Jednak to właściwie jedyny symptom gatunkowych naleciałości jeśli chodzi o repertuar zgromadzony na kasecie Fischerle. Aby opisać resztę trzeba brodzić po omacku. Sample żywej perkusji, powolne tempa, jazzowe fluidy, brzmienie bliskie lo-fi, ale pozbawione obskury, oraz bogata warstwa melodyczna. Gęsta materia dźwięków, tropikalna temperatura, surrealistyczne melodie; gdybym miał szukać jakiś pokrewieństw do muzyki Wysockiego, to znalazłbym je paradoksalnie bardzo niedaleko; w nagraniach Naphty, Lutto Lento, czy Maćka Maciągowskiego, czyli twórców równie osobliwych. Najlepiej o muzyce Fischerlego opowiada jednak grafika kasety, utrzymana w estetyce okładek vhs do filmów kategorii B; pełna egzotycznych dziwadeł i emanujących neonowym światłem dziwolągów. Owa okładka, autorstwa Darka Pietraszewskiego skierowała mój trop w stronę opowiadań Lovecrafta, a dalej do ... „Rodziny Adamsów”. Zresztą coś musi być na rzeczy, bo wypłowiały mrok i surrealistyczny, wisielczy humor emanują z nagrań Fischerle, czego najlepszy przykład stanowi utwór „Comb Among Thieves”. „Beard & Parachute” jest materiałem niezwykle plastycznym i narracyjnym. Nie będzie zatem stawiać oporów słuchaczowi eksperymentalnym zadęciem. Intrygująco zapowiadają się również dwa inne wydawnictwa Wysockiego, które w nadchodzących tygodniach będą miały swoją premierę; Mech w Pawlaczu Perskim i nowy projekt Ifs tworzony wraz z Krzysztofem Ostrowskim z kolektywu Soundscape Mirror, a który zostanie wydany w portugalskim labelu Crónica.

 
DRVG CVLTVRE „Everybody Cares Now” / 2018 / Pointless Geometry

Drugie ze styczniowych wydawnictw Pointless Geometry, sygnowane nazwą Drvg Cvltvre zostało zrealizowane przez Vincenta Koremana założyciela holenderskiego wydawnictwa New York Haunted. Mocny, mechaniczny rytm, twarde analogowe brzmienia, dystopijna atmosfera to estetyka diametralnie różna od propozycji Fischerle, choć równie hybrydyczna i osobliwa. Połączyć ze sobą w ciekawy i płynny sposób regularny rytm, z połamanymi junglowymi wstawkami, to zadanie karkołomne i nie znam wielu udanych połączeń tego typu. Drvg Cvltvre sięga po tego typu przejścia („Dead Stock”), rozbijając nimi monotonność regularnej narracji, i trzeba przyznać, że w jego nagraniach ten element wypada całkiem przekonująco. Na „Everybody Cares Now” mamy do czynienia z revivalem undergroundowych nurtów z lat 90tych (techno, acid, breakbeat, electro, ebm, industrial) które artysta adaptuje na nowo. Ma do tego mocną legitymację weterana elektronicznej sceny, który po brzmienia wyżej wymienione sięgał m.in w solowym projekcie Ra-X z początków erupcji rave'u w Europie trzydzieści lat temu. „Everybody Cares Now” w mojej opinii wypada najciekawiej („Killscreen”; „Destablization”, „Digital Ascension”) w momentach najbardziej skumulowanych i punkowych (Koreman grał niegdyś na gitarze w garażowych kapelach), gdzie analogowe brzmienie automatów perkusyjnych łączą się, z brudnymi acidowymi arpeggiami i metalicznymi dźwiękami, gęstniejąc w transowej kulminacji.



DUY GEBORD „ʤ” / 2018 / Pointless Geometry

Muzyka Radka Sirko zawsze wybrzmiewała gdzieś pomiędzy gatunkami i nie inaczej jest w przypadku materiału nagranego dla Pointless Geometry. To jednak zdecydowanie najlepszy i najciekawszy, a przy tym paradoksalnie najlżejszy rilis na koncie tego artysty. Tym razem Gebord zdecydował się odchudzić swą eksperymentalną twórczość z okresu ‚Mildew”, czy „Kelp”, nadając narracji transparentną formę. Sprzyja temu regularna rytmika, która staje się osią całej dźwiękowej struktury. Na nią nakładane są atmosferyczne zewy, ale także gruba warstwa glitchowej rdzy, warstwy pogłosów, generujące przestery efekty i noiseowe akcenty. U Sirko dokonuje się emancypacja regularnych, tanecznych taktów w elektroniczną impresję, będącą antytezą parkietowego klimatu i użytkowości tkwiącej w muzyce tanecznej. Jakby na przekór tym słowom w repertuarze pojawia się antyprzebojowy „Hating All Music” (o jakże deklaratywnym tytule) z wpadającą w ucho dźwięczną melodią, ascetycznym bitem zepchniętym w tło, szklistymi arpeggiami i strzelistym pogłosem. „ʤ” zaskakuje brakiem stylistycznych ram, oraz wyobraźnią twórcy, potrafiącego konstruować tak osobliwe i wciągające struktury. Materiał nie jest obciążony eksperymentalnym nadmiarem, który często był obecny we wcześniejszych nagraniach Geborda. To zjawiskowa i niezwykle intrygująca post-gatunkowa mutacja, odtrutka na generyczną elektronikę, całkowicie słuchalna nawet dla tych mniej wtajemniczonych.


 
ZAUMNE „\(´O`)/” / 2017 / Magia

W funkcjonującym na rubieży nisz, mikro labelu Magia od dłuższego czasu dzieją się rzeczy, które poszerzają wyobrażenie o tym jak może wyglądać współczesna emancypacja elektroniki poza gatunkowe ograniczenia i kulturowy resentyment. To w Magii swój znakomity album wydał w ubiegłym roku Jakub Lemiszewski, to tam w wąskiej społeczność niszowych artystów powstaje muzyka „naszych czasów”. Zainspirowany cyfrową, post-internetową rzeczywistością repertuar celnie oddaje obraz sieciowej egzystencji, której towarzyszy nadmiar bodźców, redukcja treści, porozumiewanie sprowadzone do formy obrazkowej (vide tytuł kasety), relatywność opinii, zatracenie w post-ironii. Być może jedynie w tak niszowych miejscach jak label Magia, muzyka przytomnie nawiązuje kontakt z rzeczywistością mówiąc jej językiem. Epka Zaumne, to w zasadzie jeden autorski track zremiksowany dalej przez ehh hahah, Micromelancolie, ETERNAL WOLF, oraz Mchy i Porosty. Na dobrą sprawę mamy do czynienia z muzyką elektroniczną, której słuchanie nie nasuwa prostych inklinacji gatunkowych. Nazwać to ambientem ze względu na nikłą obecność rytmiki, eteryczne plamy i kontemplacyjny nastrój byłoby pójściem na skróty. Zatem muzyka relaksacyjna dla przyklejonych do wszelkiej maści interfejsów (odgłos klawiatury stanowi lejtmotyw nagrań)? Czy raczej wyrażająca zmęczenie nieustanną aktualizacją statusów i odświeżaniem newsfeedów? Muzyka z Magii i jej funkcjonowanie pod pozorem memicznej, tumblrowej ekspresji intrygująco komentuje przeniesioną do sieci rzeczywistość, pobudzając słuchaczy do wytężonej refleksji.



JAKUB LEMISZEWSKI „Bubblegum New Age” / 2018 / Trzy Szóstki

Jakub Lemiszewski jest autorem mojej ulubionej płyty 2017 roku. Po nowym wydawnictwie wcale nie oczekiwałem że zdyskontuje sukces poprzednika. Lemiszewski bardzo rozsądnie robi unik odchodząc od footworkowej estetyki, dryfując w stronę tylko sobie znanych elektronicznych odjazdów. Tytuł sugeruje gatunkową mieszankę new age i estetyki bubblegum, jednak nie sugerowałbym się nim zbytnio. Dynamika nowego materiału jest stonowana i wyciszona, perkusjonalia pulsują w tle, nie zajmując tym razem pierwszoplanowego miejsca. W głównej roli objawiają się osobliwe arpeggia, kosmiczne plamy, basowe chmury, prześwietlane świetlistymi syntezatorowymi snopami. Muzyk interesująco operuje planami i głębią, a przy tym zmyślnie rozrzuca poszczególne ścieżki między kanałami. Proponuje również przestronne i bardziej rozbudowane brzmienie niż na „2017 [Nielegal]”. Bubblegum New Age” ukazuje potencjał kompozycyjny Lemiszewskiego, który z tarczą wychodzi z kolejnej realizacji, nie schlebiając przy tym gustom i nie idąc na żadne artystyczne kompromisy. Z nagrania na nagranie rozwija swą unikalną ekspresję, zaskakując wyobraźnią i brakiem podatności na wpływy stylistyczne,. Pozwala mu to tworzyć muzykę nowoczesną, energetyczną i wymykającą się gatunkowym klasyfikacjom. Unikat!

piątek, 22 grudnia 2017

Muzyka towarzysząca / Józef, Zofia + Sujka + Bionulor + Psi-Acoustic

Cztery tytuły zapodziane na przestrzeni ostatniego półrocza, o których warto sobie przypomnieć pod koniec 2017.

JÓZEF, ZOFIA „Chłodna pasywna głowa” / 2017, Ciche Nagrania

W swoich recenzjach jak ognia staram się unikać cytowania informacji prasowych dołączanych do muzycznych wydawnictw. W przypadku „Chłodnej pasywnej głowy” nie mogłem się oprzeć urokowi zarówno samej muzyki, jak i rekomendującego ją tekstu, dlatego w drodze absolutnego wyjątku pozwoliłem sobie przytoczyć go w całości. „Tu Józef. Prowadzę wydawnictwo muzyczne Ciche Nagrania, które jest miejscem dla wolnej, spokojnej i cichej muzyki. Pierwszą pozycją w katalogu,
jest album „Chłodna Pasywna Głowa”. Nagrałem go razem z moją przyjaciółką Zofią. Brzmi trochę jak: szumy z pudełka, podwodne gitary, strach przed lataniem, czarno biały kot, machanie głową bardzo wolne, nic szczególnego”. Ten bezpretensjonalny i pełen uroku opis jest jakże adekwatny do warstwy muzycznej wydawnictwa.

Zofii i Józefa nie znam, nie wiem kim są i czym się zajmują. Mało tego, nie odczuwam potrzeby aby wnikać w ich biogramy, śledzić relacje na muzycznej mapie. Szanuję chęć pozostania na wpół anonimowymi, która w tym przypadku nie jest bynajmniej zasłoną dymną, mającą wzmóc zainteresowanie słuchaczy. Wynika raczej bezpośrednio z intymnego  charakteru muzyki duetu, nagranej z myślą o kameralnym gronie odbiorców. Z niekłamaną sympatią ulegam tej bezpretensjonalnej idei, z całym jej niewymuszonym, nastrojowym anturażem.

„Chłodna pasywna głowa” to gitarowa inkarnacja kulinarnego ruchu / pojęcia slow food. Muzyka spokojna i nieśpieszna. Oszczędna, acz smakowita. Natchniona delikatnym fluidem melancholii i sennej poetyki. Nagrana została przy pomocy gitary i  kilku efektów, oraz analogowych instrumentów elektronicznych; obstawiam prymitywny syntezator, generator szumów i automat perkusyjny, choć nie ma tu mowy gwałtowej dynamice. Dominuje narracja bliska definicji ambientu ukutej przez twórcę gatunku Briana Eno; jednostajna, jednorodna, pozbawiona niespodzianek, a przy tym wszystkim waloru rozrywkowego; zlewająca się z otoczeniem. Józef z Zofią generują zatem trochę dronów, amorficzne plamy, rozrzedzone gitarowe pętle, okazjonalnie wzbogacając je o szum morskich fal, warkot silnika czy świergoczące lfo, znakomicie wpasowane w nastrojową całość. Wszystko pozostaje utrzymane w estetyce lo-fi, przykurzone, przytłumione, sprawiające wrażenie amatorskiego nagrania. I choć „Chłodna pasywna głowa” to w stu procentach home recording, to świadomość środków jakie zostały użyte i jakie rezultaty osiągnięte, nie daje podstaw do zarzucania autorom amatorstwa. Tymczasem podczas słuchania miewałem częste i silne skojarzenia z wyciszonymi nagraniami Ewy Braun („Niegogolewskich”) i gitarą Marcina Dymitera, minimalistyczną, smutną i impresyjną. Post rockowa pulsacja „>>>” w mojej pamięci przywoływała z kolei nagrania niemieckiego To Rococo Rot z czasów „The Amateur View”

Muzyka Józefa i Zofii ma właściwości tonizujące, stanowiąc remedium na hałas, chaos i nawałnice bodźców. Pomaga wyciszyć umysł i zachować chłodną pasywną głowę. Z namiętnością, można rozkochać się nawet w czterech dźwiękach gitar zapętlanych w nieskończoność. Skromna, urokliwa, melancholijna, leniwa, dryfująca, minimalistyczna i roztropna lecz przede wszystkim absolutnie pozbawiona jakichkolwiek pretensji. Taka jest ta płyta.

SUJKA „Banitka” / 2017, Trzy Szóstki

Nadzieje rozbudziła Lauda. Podtrzymała Kobieta z Wydm. Mam na myśli nadzieje na pełnoprawne wejście Iwony Król w rolę muzyka. Solowy debiut Sujki pozwala ów oczekiwania zweryfikować.

Już na wstępie trzeba zaznaczyć, że „Banitka” to nie jest muzyka wyrafinowana, przynajmniej pod względem konstrukcji. Ale nie taki jest też jej zamysł. Jej moc polega raczej na alchemicznej intuicji w doborze dźwięków, które wchodząc ze sobą w reakcję intensywnie oddziaływują na słuchacza. Dzieje się tak za sprawą syntezatorowych plam, powtarzanych w prostych sekwencjach, do których stopniowo dołączają kolejne rozmyte warstwy. Ciepło analogów i szum lo-fi, generują muzykę dryfującą, zamgloną, widmową, ale i urokliwą, choć czasem niepokojącą. Podobnie jak w Laudzie, oraz w Kobiecie z Wydm, tak i u Sujki słyszalne są inspiracje wpływami niemieckiej muzyki elektronicznej. Począwszy od klasyków syntezatorowego koschmische music, aż po wizjonerów click'n'cuts jak Oval, czy Gas. Psychotyczne pętle, pastelowe plamy i osiadający szum nabierają psychotycznego charakteru, w niezwykle dusznych, chwilami może nieco zbyt monotonnych kompozycjach.

Muzyka Iwony Król przypomina zabawę kolorowymi szkiełkami, kiedy to nakładamy na siebie barwne, transparentne kawałki, uzyskując zupełnie nowe odcienie, często dodatkowo rozmyte, tracące kontury i tworzące surrealistyczne, widmowe projekcje. „Banitka” to zaledwie kilka plam nałożonych na siebie, odtwarzanych w powolnych powtórzeniach. Reszta to wyobraźnia; oddziaływanie przenikających się plam i powstających z nich powidoków. Sujka wie jak mieszać składniki, i w jakich proporcjach je ważyć. Brakuje jej nieco wyrafinowania, oraz odciśnięcia mocniejszego indywidualnego śladu na swojej twórczości. Należy jednak zachować póki co rezerwę, bo jak sama twórczyni podkreśla, jej muzyczna przygoda dopiero się zaczyna.

BIONULOR „Furniture Music” / 2017, Shimmering Moods Records

Mieliśmy już wcielenie autorskiej wizji ambientu Briana Eno, zrealizowane przez Józefa i Zofię. Mieliśmy też nawiązania do niemieckich mistrzów glitch ambientu w przypadku Sujki. Teraz zaś Sebastian Banaszczyk aka Bionulor, prezentuje własną interpretację koncepcji muzycznego mebla Erica Satie. Bardziej jednak niż do przeźroczystości muzyki towarzyszącej, która interesowała francuskiego kompozytora, rodzimy producent nawiązuje do twórczości Williama Basinskiego.

 „Furniture Music” to dwie długie kompozycje. Precyzując zaś, dwie krótkie pętle, zapętlone do kilkudziesięciu minut, które z biegiem powtórzeń przechodzą proces erozji. W przypadku utworu pierwszego mamy do czynienia z mozolnym przesuwaniem akcentu dynamicznego, z początku zupełnie niezauważalnego, pod koniec zaś wyraźnie odznaczającego się basowym tąpnięciem. W utworze drugim muzyczna pętla stopniowo zamiera, wypierana sukcesywnie przez ciszę.

W muzyce Bionulora kryje się metafora przemijania. To co zaczyna się łagodnie, z każdym kolejnym powtórzeniem nabiera ciężaru i znaczenia, aby później z biegiem czasu zanikać, aż do ostatecznego wybrzmienia. Nie jesteśmy w stanie znaleźć różnicy w krótkim odstępie czasu, ale przy większej cezurze jest ona na tyle wyraźna, że za późno jest aby zapobiec rozpadowi. Owo nieodwracalne widmo końca naszkicowane tu przez Banaszczyka, w zestawieniu z liryczną instrumentacją tych krótkich pętli, opartych (jak przystało na inspiracje Satie'm) na dźwiękach fortepianu sprawia, że „Furniture Music” emanuje przygnębieniem i krańcową melancholią.

„Furniture Music” jest realizacją uderzająco wręcz wtórną, wobec nagrań Basinskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z płytą nad wyraz urokliwą i przejmującą. Przez dłuższy czas, nagranie Banaszczyka towarzyszyło mi przy zasypianiu i w tej roli spisywało się doskonale. Jeśli więc mielibyśmy dosłownie odnieść to wydawnictwo do koncepcji muzyki - mebla, to najbardziej pasującym meblem byłoby łóżko. I w takiej pozycji lekturę tej płyty zalecam.

PSI-ACOUSTIC „Collage” / 2017, Pionierska Records

Na tle wszystkich wyżej wymienionych wydawnictw, kaseta Psi-Acoustic jest bodaj najbardziej różnorodna i najbardziej dynamiczna, choć również i tu nie uświadczymy regularności rytmu, sama zaś rytmika stanowi jedynie dodatek. Może to zaskakiwać o tyle, że Psi-Acoustic to poboczny projekt Kuby Sojki jednego z najbardziej rozpoznawalnych producentów rodzimej sceny techno.

Kolaż ma charakter procesualny, sprawiający wrażenie improwizowanego setu. Sojka, specjalista zarówno od hardware'u, jak i abletonowy guru z biegłością prześlizguje się pomiędzy estetykami. Przepoczwarza materię dźwiękową, demonstrując zarazem swoje wysokie techniczne umiejętności. Jego opowieść rozciąga się gdzieś między kosmicznymi syntezatorowymi pasażami, które z powodzeniem mogłyby funkcjonować jako alternatywny soundtrack do Blade Runnera, czego najdobitniej dowodzą charakterystyczne vangelisowe pasma klawiszy; zachwycające lejtmotywy „Collage”. Przepasają one obie znajdujące się na kasecie kompozycje, pojawiając się to znikając w ambientowej przestrzeni. Z kolei tam gdzie pojawiają się nieregularnie porozrzucane uderzenia, tam odzywają się echa wczesnych nagrań Autechre.

Jednak największe wrażenie Psi-Acoustic robi kreując przestrzeń. Korzysta z metody ambientowej, operując rozwlekłymi, zanurzonymi w pogłosie plamami, bądź sięga po podskórną dubową pulsację. Proces operowania przestrzenią i przechodzenia między ambientem a dubem zjawiskowo ilustruje kompozycja „Nocturne”.

Statyczna narracja, budowanie atmosfery, szumiące obłoki i mroczny dźwiękowy nieboskłon. Wszystko wymuskane brzmieniowo, miękkie, przestrzenne i hipnotyzujące. Zarejestrowane przez szpulowy magnetofon na taśmie magnetycznej, która mam stała się idealnym nośnikiem dla analogowego instrumentarium Kuby Sojki.