Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefan Wesołowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefan Wesołowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lipca 2017

Lament czyli melodramat / Stefan Wesołowski „Rite of the end”

Powszechna ekscytacja płytą „Rite of the end” Stefana Wesołowskiego jest dla mnie niezrozumiała. W mojej opinii to mało porywająca, wyblakła kopia, dramatycznie wyeksploatowanego gatunku. Estetyki tak zdartej, że nie zdziwiłbym się, gdyby za chwilę sięgnął po nią Zbigniew Preisner.

Mowa o mariażu muzyki akustycznej o zadęciu klasycznym, z brzmieniami elektronicznymi, czyli estetyce rozpoznawalnej pod tagiem modern classical, choć oba człony są niezbyt adekwatne do skrywającej się pod nią treści. Nie jestem bynajmniej wrogiem tego gatunku, natomiast trudno jest mi znaleźć nurt bardziej hermetyczny na innowacje. Owszem całkiem przyjemnie i z ekscytacją można było słuchać tego jeszcze 5-10 lat temu, ale teraz jest to nie do zniesienia. Jedyni na tym polu którzy walczą o przesuniecie granic to w mojej opinii Tim Hecker i Ben Frost, którzy każdym kolejnym studyjnym wydawnictwem próbowali przewartościować gatunek na nowo. Pozostała większość mozolnie powtarza uporczywy schemat, zaś sam gatunek znalazł sobie wygodną i bezpieczną przystań jako ilustracja filmowa.

Minorowa kolorystyka. Wolne tempa. Cedzone nuty. Akustyczne instrumentarium, z naciskiem na skrzypce o rustykalnym, chropowatym brzmieniu. Wibrujące burdony. Obowiązkowe crescenda, i hałaśliwy finał, gwałtownie ucięty. Czasem głuche regularne tąpnięcia uderzeń. Oto i przepis na modern classical, a zarazem przepis na „Rite of the end”. Wesołowski nie sili się nawet aby poza ów przewidywalny schemat wyjść. Nie pozostawia sobie żadnego wentylu bezpieczeństwa, nie eksperymentuje z formą, a jego nagrania pozbawione są elementu artystycznego ryzyka. Wobec powyższego, boleśnie rozczarowująca jest postawa kompozytora, a przecież jest to twórca, który już na początku swojej muzycznej drogi objawił się ze znakomitym pomysłem. Mam na myśli często niedocenianą przez recenzentów „Kompletę”(2008), na której Wesołowski zadał sobie trud muzycznej adaptacji liturgii brewiarzowej. Zarówno koncepcja, jak i samo wykonanie, którego wspomnienie mam w pamięci do dziś okazały się niezwykle intrygujące. Wyciszona i natchniona mistyką „Kompleta” okazała się dziełem zarazem przejmującym, ale i podanym lekko, z wyczuciem, wręcz zmysłowym. Niestety w najnowszy materiale nie odnajduje podobnych uniesień.

„Rite of the end” jest modern classicalową pulpą, w której trudno znaleźć wyraziste punkty odniesienia, czy to formalne, czy brzmieniowe kontrasty. Muzyka jest masywna, a momentami nawet drapieżna, ale i to nie wynosi jej poza przeciętną gatunkową. Z pewnością to płyta emocjonalna, ale na pewno nie porywająca, bardziej te emocje wymusza, podaje jakby w pakiecie z gatunkową stylistyką. Smutna? Możliwe, lecz z większym prawdopodobieństwem zwyczajnie nudna. Wyrafinowana? Co to to nie. Szumy, pogłosy i owo gęste, masywne brzmienie maskuje jedynie mało finezyjną formę. Najlepszym tego przykładem może być kompozycja „Seven Maidens”, z dramatycznie przewidywalną linią melodyczną. W tym momencie zrobię tu osobistą dygresję. Ta zagrana na kilku nutach melodia przypomina mi moje dawne karkołomne i pozbawione odrobiny talentu zmagania z klawiaturą syntezatora, kiedy to kulawym paluchem nieporadnie próbowałem odgrywać najprostsze harmonie, aby nie ograniczać się jedynie do dronowania.

Jedyne, nieliczne momenty, które były w stanie wyrwać mnie z objęć estetycznego stuporu, to chwile w których autor pokazuje pazur. Czy to w otwierającym album „Prelude”, gdzie osiąga intensywność artykulacji zbliżoną do totalności „Polimorfi na 48 instrumentów smyczkowych” Pendereckiego, bądź w chwilach kiedy sięga po estetykę harsh noise wall („Rex, Rex!”, „Hoarfrost II”).

Dopiero w trakcie pisania tej recenzji przypomniał mi się fakt, że oto byłem niegdyś na koncercie Stefana Wesołowskiego. Miało to miejsce po wydaniu przez niego, płyty „Liebestod”. Moje wspomnienia z tamtego występu jak i refleksja po przesłuchaniu (kilkadziesiąt razy, stąd tak opóźniona jest ta recenzja) „Rite of the end” jest ta sama. Stefan Wesołowski jest kompozytorem pozbawionym artystycznej charyzmy, nie potrafiącym dotąd wzbić się ponad schematy, które paradoksalnie samemu sobie narzucił. Jest zaś tyle możliwości gdzie można by tchnąć ten zatęchły modern classical, które dla wykształconego kompozytora  nie powinny stanowić problemu formalnego; choćby elektroakustyka, sonoryzm, nawet minimalizm (choć ten z równie wielkimi krokami zmierza do podobnego wyeksploatowania przez rodzimych twórców), czy nawet techno, które niektórzy recenzenci starają się uparcie, choć w mojej opinii zupełnie niefortunnie przypisać muzyce Wesołowskiego. Być może schematyczne podejście, reprezentatywne dla muzyki kompozytora sprawdza się w filmowych i teatralnych soundtrackach, jednak w formie autonomicznych nagrań boleśnie mnie rozczarowuje. Mimo szczerych chęci, żadna z licznych entuzjastycznych recenzji płyty, nie przekonała mnie dotąd do zmiany tej opinii.

STEFAN WESOŁOWSKI „Rite of the end”
2017, Ici D'ailleurs

poniedziałek, 24 marca 2014

Niedopowiedzenie / Olo Walicki - "Kot (czy też kotka?)"

Sumptem Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku światło dzienne ujrzała właśnie nowa płyta Ola Walickiego "Kot (czy też kotka?)".  Ta wybitna dźwiękiem i słowem realizacja jest muzyczną impresją skomponowaną do wierszy poetów nominowanych do Nagrody Europejski Poeta Wolności 2012. Jej premierowe wykonanie miało miejsce dwa lata temu w ramach tego festiwalu, zaś w ubiegłym roku zarejestrowane zostało w gdańskim studiu Doki 1.

Już sama obsada tego przedsięwzięcia potrafi wywołać dreszcz ekscytacji. Olo Walicki do nagrania "Kot (czy też kotka?)" przygarnął swoich bliskich, wybitnych współpracowników z projektu The Saintbox: Gabę Kulkę (wokal) i Kubę Staruszkiewicza (perkusja), zaś do tego składu dokooptował równie utalentowanego klarnecistę jazzowego Wacława Zimpla, oraz gościnnie Stefana Wesołowskiego (harmonium). W warstwie muzycznej zespół kontynuuje wątki nastrojowej i kameralnej ekspresji rodem z The Saintbox, gdzie subtelność harmonijnie brzmiących akustycznych instrumentów okrywa się nimbem wiszącej tajemnicy, aby mienić się onirycznymi refleksami dźwięków.

W przypadku "Kot (czy też kotka?)" rola muzyki została całkowicie podporządkowana liryce słowa wyrażającego wiotki głos duszy i serca. Walicki w pełni świadomy z jaką materią ma do czynienia, oszczędnie gospodaruje muzycznymi środkami, nie konkurując z poezją o uwagę słuchacza. W większości kompozycji dźwięki są wyciszone, tworząc statyczną, nasyconą tajemnicą przestrzeń, w której w oryginalnych językach wybrzmiewają poetyckie wersy. W stworzeniu tak skupionej, pełnej napięcia atmosfery biorą udział dwa harmonia, cudownie wibrujące stałym, dźwięcznym dronem, sonorystyczne szelesty pocieranych szczotkami perkusyjnych talerzy, pełzający niskim basem klarnet, czy wydający złowieszcze pomruki kontrabas lidera. Filmowo-ilustracyjne tło jest skontrastowane nielicznymi wybuchami jazzu, w którym prym wiedzie wijący się z furią klarnet Zimpla i dynamiczna perkusja Staruszkiewicza. Dyscyplina, którą trzyma Walicki nie pozwala jednak instrumentalistom ponieść się w freejazzowy odjazd, kanalizując ich energię co najwyżej w transowo-folkową formę, będącą ilustracją do wiersza Luljety Lleshanaku "Żółte książki"

Jeśli po przesłuchaniu tej płyty, jednym słowem miałbym odpowiedzieć czym takim jest poezja, odpowiedziałbym, że niedopowiedzeniem. Wszystkim tym, co nienazwane czai się miedzy słowami wiersza. Przestrzenią nie werbalizowanego uczucia, w której słowa to jedynie kapryśne drogowskazy bez ściśle określonego kierunku. Opisanie jej dźwiękiem w większości wypadków nie wychodzi poza ramy nastrojowej, często banalnej ilustracji mającej na celu zwielokrotnienie wrażeń i przemówienia innymi zmysłami. Na szczęście świadom tej dopełniającej roli muzyki jest Olo Walicki, któremu jednak nie przeszkodziło to w stworzeniu autonomicznego dzieła. Jego ilustracja wpisując się w nastrój zawarty między słowami, w sposób doskonały odczytuje zarówno poetyckie konteksty, a także z wielką brawurą, kontrastując dźwiękiem słowo, tworzy odważne i zaskakujące interpretacje. Doskonałym tego przykładem zdaje się być muzyczna koncepcja i realizacja wiersza laureata Nagrody Europejski Poeta Wolności z 2012 Durs'a Grunbein'a "Dzieciak w misie", w której gorzkie i przejmujące słowa poety Walicki zamienia w mroczną groteskę wzbogacając tym samym wymowę wiersza.

"Kot (czy też kotka?)" to płyta subtelna i skromna, a jednak natchniona zmysłową harmonią panującą miedzy słowem a dźwiękiem, która przemawia do nas galerią ekscytujących niedopowiedzeń.


OLO WALICKI - "Kot (czy też kotka?)"
2014, Instytut Kultury Miejskiej

ps. Do wydawnictwa dołączone zostały wiersze nominowanych do nagrody poetów zarówno w oryginale, jak i w polskich tłumaczeniach.


niedziela, 29 grudnia 2013

Między duchowością a konwencją / Jacaszek - "Pieśni"

Wychowałem się w typowo katolickiej rodzinie i zapewne jak większość moich rówieśników co tydzień posyłany byłem na niedzielną mszę do pobliskiego kościoła. Jakże Ja się wycierpiałem tym cyklicznym obowiązkiem podpierania kościelnych ścian i filarów, oraz uczestnictwem w tych pustych obrzędach wyzutych z jakiegokolwiek ładunku duchowego. (O podobnych refleksjach ze swojego dzieciństwa w kontekście kina podzielił się niedawno Bartosz Żurawiecki na łamach Dwutygodnika).
Wszystkie te lata dziecięcego umartwiania (mając w sobie wiele z tresury Pawłowa) spędzone na coniedzielnym kościelnym dyżurze, wryły głęboko do mojej podświadomości treści których nie zapomnę już raczej do końca życia; tekstu liturgii katolickiej mszy świętej, oraz melodii i słów kościelnych pieśni. Nawet dziś obudzony w środku nocy jestem w stanie odtworzyć te słowa z pamięci, choćby i na wyrywki.

Powtarzane automatycznie i bezrefleksyjnie teksty i melodie liturgii zostały pozbawione swojego znaczenia. Zamiast stanowić punkt wyjścia do własnych rozważań i modlitw stały się wręcz niezrozumiałą mantrą, rodzajem bezmyślnej wyliczanki. Podobnie jak powtarzane w nieskończoność słowo, które w końcu traci funkcję komunikatu stając się dźwiękowym tworem, tak słowa liturgii choć powszechnie znane przestały być słyszalne a ich wymiar duchowy ulotnił się. Piękno liryki i piękno melodii straciły swą wartość symboliczną. 

Na zatarcie się znaczenia duchowego i symbolicznego pieśni kościelnych zwrócił uwagę również Michał Jacaszek - uznany muzyk i producent eksplorujący peryferia muzyki elektronicznej i klasycznej; poszukiwacz dźwiękowego sacrum w odległej polskiej tradycji i kulturze duchowej; przywracający archaiczny język historii we współczesne realia z zachowaniem wierności  i szacunku wobec interpretowanych treści. On to właśnie pod auspicjami Narodowego Centrum Kultury podjął się realizacji intrygującej idei reinterpretacji wybranych pieśni kościelnych. Tak powstały "Pieśni" - zbiór siedmiu kompozycji kościelnych.

Motywacją dla Jacaszka była chęć ukazania osłuchanych kościelnych klasyków w takiej wersji, aby oddać tkwiące w nich pierwotne piękno, liryzm, smutek, skupienie, czy zadumę, oraz wyeksponować ich walor duchowy. Sam tłumaczy swoje intencje, oraz koncept nagrania we wkładce albumu: "... próbowałem wzmocnić i podkreślić ten właśnie metafizyczny poruszający wewnętrznie element, obecny w kościelnych melodiach. Stąd m.in decyzja by zrezygnować z warstwy tekstowej (...) Nieobecność liryki, koncentracja na brzmieniu, harmonii, melodii pozwala nieco inaczej kontemplować te utwory przesunąć uwagę na te aspekty mniej widoczne w momencie kiedy pieśń ta funkcjonuje w typowym liturgicznym kontekście".

Jacaszek podszedł do swojej pracy - z wyraźnie słyszalną w warstwie dźwiękowej i adekwatną do interpretowanego materiału źródłowego - pokorą. Muzyk nie ulega pokusie przejaskrawienia, czy patosu. Jego pomysłem na odświeżenie pieśni nie jest też bynajmniej dekonstrukcja. Swoje awangardowe oblicze objawia skromnie i jedynie w służebnej wobec kościelnych melodii roli; w postaci ambientowo-dronowych, teł, głuchych miarowych uderzeń, czy glitchowych przesterów przecinających piękne katedralne pogłosy. 
Centralny punk każdej z siedmiu kompozycji stanowią jednak instrumenty smyczkowe Dominika Dublimowskiego i Anny Śmiszek - Wesołowskiej. Elektronika zostaje użyta do wyeksponowania żywych instrumentów, oraz do budowania dramaturgi, choć Jacaszek nie eksponuje jej aż z takim rozmachem jak na mojej ulubionej jego płycie "Glimmer"

Oszczędność aranżacyjna kompozytora "Pieśni" kieruje myśli słuchacza w stronę pierwotnych intencji treści liturgicznych; w stronę skupienia i duchowości, ale przez skromność twórczej ekspresji i pokorne podejście do tematu kompozycje sprawiają wrażenie jedynie delikatnie nakreślonego szkicu.  Momentami mam wrażenie, jakby Jacaszek aż nazbyt zachowawczo podszedł do tematu, tak aby przypadkiem nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Autor rozmyślnie unika ryzyka, a muzyka ani na chwilę nie staje się zbyt gwałtowna. Jednak taka uległość wobec materiału źródłowego niezbyt korzystnie wpływa na ogólny odbiór "Pieśni". Po raz pierwszy w twórczości Jacaszka wątki akustyczne i elektroniczne miast zazębiać się podążają oddzielnie nie wpływając na siebie wzajemnie. Następuje bolesne rozdarcie pomiędzy akustyczną melodią, a syntetycznym tłem, a narracja toczy się dwutorowo.

Skromna ingerencja dźwięków elektroniki w kompozycjach ogranicza wymowę "Pieśni" jedynie do roli osobistej modlitwy, rozmowy z Bogiem. Jacaszek zupełnie ignoruje zaś inną fundamentalną rolą kościelnych pieśni pomijając ich walor integrujący i powszechny który może objawiać się w formie podnoszenia na duchu, zagrzewania do boju, czy wzajemnego solidaryzowania się. Swą interpretacje kościelnych melodii ograniczył jedynie do jednowymiarowej roli ignorując fakt, że ich mistycyzm i sakralność ma nie tylko wymiar indywidualny ale i zbiorowy. Być może efektem tego jest wrażenie, że warstwa muzyczna "Pieśni" jest niezbyt przekonującą i dość konwencjonalną aranżacją.

Nie sposób "Pieśni" komentować również w oderwaniu od "Komplety" Stefana Wesołowskiego (2006), w której nagraniu brał udział Michał Jacaszek. Obie te kompozycje łączy przecież bardzo podobna idea. Jednak płyta Wesołowskiego stworzona na zlecenie Dominikanów, a będąca sama w sobie fragmentem muzycznej liturgii mszy świętej; surowa i z wokalami wydaje się być kompozycją bardziej przekonującą i nasyconą duchem niż "Pieśni".  Z tamtych prostych i ujmujących, komponowanych od zera utworów wyłania się niezwykła sakralna moc, która trzyma słuchacza w pełnym kontemplacji (choćby nad aranżacją) skupieniu. U Jacaszka ten nastrój wydaje się być mocno zamglony, a "Pieśni" ani nie urzekają prostotą, ani nie emanują bogactwem.

Czy zatem udało się Jacaszkowi odtworzyć w "Pieśniach"  mistykę liturgii i nasycić osłuchane kościelne melodie duchem? Czy udało mu się przywrócić należny im nastrój sakralności, wskrzesić w nie moc symboliczną? Myślę, że na to pytanie każdy w zależności od swojego stanu duchowego odpowie sobie sam. Jeśli zaś oceniać "Pieśni" w kontekście jedynie muzycznym, to moim zdaniem nie wnoszą one nic inspirującego i odświeżającego w estetykę kościelnej pieśni pozostawiając ją tak samo skostniałą jak była w momencie kiedy narodziła się koncepcja tego nagrania. Niestety przedstawione kompozycje nie wnoszą nic nowego również do muzyki samego Jacaszka, sprawiając wrażenie nagranych bez pomysłu, pasji i iskry bożej.

JACASZEK - "Pieśni"
2013, Narodowe Centrum Kultury

poniedziałek, 18 listopada 2013

Słowiański duch / Stefan Wesołowski - "Liebestod"

Ryszard Wagner, Tristan i Izolda, Important Records, Dominikanie,  Michał Jacaszek, Piotr "Emade" Waglewski, "Kompleta". Jakże wiele wątków spotyka się na tej skromnej i wyciszonej płycie. Na każdym z nich mogłaby być oparta moja recenzja "Liebestod" odciągając uwagę od tego co najistotniejsze - muzyki.
O inspiracjach autora, jego współpracownikach, renomowanym wydawcy, czy wcześniejszych dokonaniach spokojnie można przeczytać w recenzjach, które jak mantrę powtarzają notatkę prasową towarzyszącą wydawnictwu. Jeśli więc trafiliście już na tą recenzję to na pewno znane są wam fakty towarzyszące powstaniu "Liebestod". Ja przywołam je tylko w formie odnoszącej się do muzyki Stefana Wesołowskiego. 

Szum morza, wiejący wiatr, odgłosy mewy i ujadanie psa to nieoswojony świat natury, który staje się wstępem do przepięknego nokturnu zagranego na skrzypcach i (jakżebym sobie tego życzył) na basach (?) typowo polskim instrumencie ludowym, o niskiej dronującej tonacji. Życzyłbym sobie tego gdyż otwierające płytę "Liebestod" "Ostinato" to utwór wyjątkowo piękny, uwydatniający swój słowiański ładunek właśnie za sprawą lamentujących instrumentów smyczkowych. Tak mogłaby brzmieć pieśń zaduszna, lub adwentowa rozchodząca się pod wiejskimi strzechami od Bałtyku do Tatr. 
Z dzikiej, nieokiełznanej natury, oraz nastrojowej, przepełnionej nostalgią ludowej sakralności, za sprawą talentu Stefana Wesołowskiego "Ostinato" przeobraża się w wyrafinowaną awangardę spod znaku modern classical. Podobnie rozpoczyna się modlitwa brewiarzowa "Kompleta" nagrana dla Ojców Dominikanów w 2006 roku. Na tamtej płycie to kompozycja "Wezwanie" wprowadza uroczysty, odświętny nastrój przenosząc słuchacza w sferę sacrum. 

Doskonałość "Ostinato" to wysoko postawiona poprzeczka wobec reszty materiału, który niestety nie utrzymuje tego poziomu. Im dalej wnikamy w "Liebestod" tym bardziej ulega rozrzedzeniu jego odświętność, a charakter albumu niepokojąco przybiera formułę sentymentalnego soundtracku.

Wesołowski nie próbuje mierzyć się z epickim rozmachem Wagnera, czy choćby intymnym Part'em. Ucieka od sterylności i "wysokiego stylu" eksponując szum, odgłosy otoczenia, taneczny rytm ("Route") tak jakby starał się wprowadzić element profanum i uczynić swą muzykę bardziej świecką. "Liebestod" brak liturgicznego nastroju "Komplety", tak jakby twórca zamierzał ukazać bardziej przystępne / popularne oblicze muzyki klasycznej spod szyldu Yann'a Tiersen'a, czy Hauschki. Możemy również natknąć się na wątki muzyki Tima Heckera ("Tacet"), którym jednak brakuje rozmachu, oraz potęgi brzmienia, charakterystycznych dla twórczości Kanadyjczyka.

Chciałbym słyszeć w tym materiale coś więcej niż tylko kompromis zaadaptowania muzyki klasycznej do form bardziej popularnych. Chciałbym aby "Liebestod" trzymał mnie w nastroju sakralnego uniesienia, w intymnej atmosferze religijnego obrzędu i swojskiej, słowiańskiej ludowości zamiast wpisywać się w ograne, kosmopolityczne konteksty. Jakże bowiem zyskuje ta muzyka kiedy słychać w niej echa rodzimego folkloru i korzennej, intymnej religijności.
Brakuje mi na płycie również mocnych gestów, kulminacji, czy kontrapunktów, które z landszaftu uczyniłyby pełnokrwiste dzieło jak choćby w na albumach Jacaszka, który poddał zarówno tradycję ("Treny") jaki i klasykę ("Glimmer") noisowej i ambientowej rekonstrukcji nie tracąc przy tym nic z ich podniosłego charakteru.

Wesołowskiemu brakuje takich mocnych, przełamujących momentów, przez co w miarę słuchania z "Liebestod" ulatnia się cała kontemplacyjna aura. Z tak niezwykłego i wielowymiarowego konceptu zapoczątkowanego w "Ostinato" finalnie pozostaje, zamykająca płytę łzawa  ballada "Hand Im Haar". Nie pozostaje mi zatem nic innego jak zapętlić w odtwarzaczu utwór rozpoczynający album Wesołowskiego i słuchać go nieskończenie jak mantry. Co czynię zresztą z prawdziwą przyjemnością



STEFAN WESOŁOWSKI - "Liebestod"
2013 Important Records