Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trupa Trupa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trupa Trupa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 października 2017

„Interesuje nas balansowanie między skrajnościami”

Wczoraj recenzja, dziś wywiad. Zapraszam na rozmowę z Grzegorzem Kwiatkowskim z zespołu Trupa Trupa


Jakie uczucia towarzyszą tak długiemu oczekiwaniu na premierę (materiał gotowy był już na początku tego roku)? 

GK. W czasie oczekiwania zaczęliśmy po prostu komponować nową płytę i mamy już bardzo wiele szkiców nowych piosenek.

Czego oczekujecie po odbiorze nowej płyty, czego się obawiacie?

GK. Mamy nadzieję, że nowa płyta znajdzie swoich odbiorców. Niczego się nie obawiamy. Odrobiliśmy swoją duchową pracę domową tak dobrze jak mogliśmy. Jedyne co możemy zrobić to grać większą ilość koncertów. Kwestie wydawnicze są również dobrze rozpracowane. Zatem czujemy spokój.

Macie solidnych wydawców. Premiera odbędzie się równolegle na kilku znaczących rynkach muzycznych. Czy wszystko zapięte zostało już na ostatni guzik? 

GK. Mam taką nadzieję. 27 października „Jolly New Songs”, ukaże się jako międzynarodowa kooperacja dwóch niezwykle prestiżowych wytwórni - francuskiej Ici d'ailleurs (w katalogu m.in. Yann Tiersen, Matt Elliott/The Third Eye Foundation, Stefan Wesołowski) oraz brytyjskiej Blue Tapes and X-Ray Records (w katalogu m.in. Jute Gyte, Tashi Dorji, Mats Gustafsson, Katie Gately). Premiera odbędzie się nie tylko we Francji i Wielkiej Brytanii i w innych europejskich krajach, ale również w Stanach Zjednoczonych, dzięki wsparciu Forced Exposure i Tell All Your Friends Pr. Za polską promocję i dystrybucję płyty odpowiedzialna jest legendarna Antena Krzyku (Dezerter, Ewa Braun, Hańba, Siksa). Oficjalna promocja „Jolly New Songs” rozpoczęła się 1 września premierą singla i teledysku „To Me”, wyreżyserowanego przez
norweskiego artystę Benjamina Fingera.

Wasza poprzednia płyta dotarła do zacnego grona krytyków, m.in. do Sashy Frere-Jonesa? Jak wiele pracy wkładacie w promowanie waszej muzyki?

GK. Zaczęło się od płyty „++”. Ona jako pierwsza była recenzowana nie tylko przez polskie media. Ale przy okazji Headache mieliśmy prawdziwy zalew recenzji i puszczania naszych piosenek w małych i dużych rozgłośniach radiowych. Wydaje mi się że Sasha Frere trzyma rękę na pulsie i my w pewnym sensie również trzymamy rękę na promocyjnym pulsie. Badamy różne drogi dla naszej muzyki. Ale od pewnego czasu sprawami promocji zajmują się wytwórnie. Wydaje mi się że sprawy promocji są zawsze drugorzędne. Są tylko formą i drogą dotarcia, najważniejsza jest muzyka. To czy się komuś spodoba, czy nie i przede wszystkim to, czy my sami jesteśmy z niej zadowoleni.

Zaskoczył was entuzjastyczny odbiór waszej poprzedniej płyty „Headache”?

GK. Moim ulubionym bohaterem filmowym jest herzogowski Brian Sweeney Fitzgerald który marzy o zbudowaniu opery w środku dżungli. Finalnie mu się to nie udaje, ale ważne jest to pragnienie i cała skrajna droga. Najważniejsze są dla nas na pewno same kompozycje i komponowanie piosenek na próbach. To jest ta właściwa droga budowania opery w środku dżungli. Sprawy medialne na przykład opinia Sashy są dla nas niezwykle pomocne i ważne, ale jednak zawsze drugorzędne wobec samego grania i wymyślania piosenek.

Czujecie presję związaną z byciem kolejną rodzimą nadzieją na wytęskniony światowy sukces polskiej muzyki? 

GK. Zależy jak ktoś ocenia światowy sukces. Dla nas światowym sukcesem jest nagranie bardzo dobrej płyty. Naprawdę sprawy odbioru i promocji powinny być drugorzędne i są dla nas drugorzędne. Jesteśmy artystycznie zadowoleni z „Jolly New Songs”. Jesteśmy dumni z naszego nowego dziecka. To jest dla nas największy sukces.

Dlaczego poza niszowymi artystami, nie udało się dotąd polskim muzykom zaistnieć na szerszą, światową skalę? Nawet Brodka, której ostatni album miał według niektórych odkryć dla świata polską Bjork, dużym echem się raczej nie odbił?

GK. Myślę że założenie pod tytułem: „robimy karierę na świecie” jest błędne i jest jedną wielką pułapką. Moim zdaniem powinno się robić rzeczy tak dobrze jak to tylko możliwe,  a jeśli zdarzy się jakiś bardzo dobry odbiór np. poza krajem to również bardzo miło i tyle.

A czy wasza muzyka ma na to szansę? Dysponujecie czymś więcej niż Brodka, Myslovitz, Coldair, którzy w mniejszym lub większym stopniu zaznaczyli, lub próbowali zaznaczyć swą obecność na zachodzie?

GK. Nie chcemy uczestniczyć w żadnym peletonie. Chcemy komponować najlepsze jakie się da piosenki, rejestrować je z najlepszymi ludźmi np. z Michałem Kupiczem i szukać dla tych piosenek wytwórni i odbiorców.

Dorobiliście się już swoich fanów, czy nadal pozostajecie raczej pupilami krytyków i recenzentów?

GK. Rzeczywiście większość naszych odbiorców to krytycy, dziennikarze, artyści i branża muzyczna. Ale to się powoli zmienia. Właśnie ze względu na częstsze koncerty, które są przyjmowane, o dziwo bardzo dobrze. Ale nadal jest to muzyka mało rozrywkowa. I dobrze.

Dostrzegacie różnicę między tym jak wasza muzyka odbierana jest w Polsce i zagranicą?

GK. Od pewnego czasu odbiór i w Polsce i poza Polską jest bardzo dobry, chociaż nadal wychodzi na to że lepszy odbiór jest poza Polską, ale to również dlatego że wytwórnie, w których wydajemy są spoza Polski. Za polską dystrybucję i promocję „Jolly New Songs” odpowiedzialna jest legendarna Antena Krzyku, zatem może dzięki temu odbiór w Polsce i poza Polską będzie potencjalnie jednakowy. Z drugiej strony to jest jedna wielka niewiadoma. W każdym razie, oby odbiór tu i tam był jak najlepszy.

Przy każdej możliwej okazji negujecie instytucje lidera, podkreślając kolektywny charakter waszej twórczości. Jak udaje się wam zachować egalitaryzm w zespole? Jak przebiega wasza współpraca? Razem piszecie, komponujecie, aranżujecie. Nigdy nie wchodzicie sobie w drogę?

GK. To prawda i czasami jest to ciężkie, ale po prostu jesteśmy takimi ludźmi i nikt z nas nie pozwoli sobie na to, aby być czyjąś własnością, i jakimś trybikiem w czyjejś maszynie. Próbujemy robić wszystko razem. Nie ma u nas jednomyślności. Każdy ma swoją wizję i swoje gusta. Proces łączenia tego w całość bywa czasami trudny, ale jest dla nas finalnie satysfakcjonujący. Jesteśmy przede wszystkim przyjaciółmi. Dopiero potem muzykami. Myślę że tutaj mamy odpowiedź.

Na płycie „++” zaprosiliście do współpracy gości (Mikołaja Trzaskę i Tomka Ziętka). Był to jednorazowy jak dotąd epizod. Rozczarował was jego efekt? Dlaczego nie pokusiliście się o kolejne?

GK. Efekt nas nie rozczarował, ale oczarował. Przy okazji „Headache” i „Jolly” mieliśmy też takie teoretyczne możliwości, ale charakter piosenek ewidentnie nie sprzyjał dodatkowy partiom dźwiękowym.

Wiele zapewne zawdzięczacie Michałowi Kupiczowi, który przy produkcji „Headache” zaproponował nowe brzmienie dla waszej muzyki. “Jolly New Song” jest kontynuacją tego wyboru.

GK. Chyba każdy kto pracował z Michałem mówi to samo, i ja szczerze powiem to samo ponownie. Michał to wspaniały i wymarzony realizator i wspaniale, że z nim współpracujemy. Oby to trwało jak najdłużej. Jako zespół boimy się źle rozumianej rockowości i Michał również. Myślę że to jest pewien klucz w tej współpracy. Pójście takim rockowo gitarowym torem bocznym.

Czym jest źle rozumiana rockowość?

GK. Oczywiście to kwestia gustów i nasz gust nie jest lepszy ani gorszy. Po prostu nie lubimy siermiężnej męskiej rockowości.

Jakieś zasługi należałyby się również dla The Beatles, Sonic Youth, Velvet Underground, Nirvany, czy Swans? Macie wobec tych kapel jakiś dług wdzięczności?

GK. Myślę że mamy ogromny dług wdzięczności u nich wszystkich, ale dodałbym jeszcze zespół Fugazi i będzie komplet. A tak na serio to trzeba byłoby dodać o wiele więcej artystów, ponieważ każdy z nas słucha trochę czego innego, i np. Rafał Wojczal ceni mocno Elliota Smitha, a ja słucham najczęściej muzyki klasycznej np. w wykonaniu Glenna Goulda. I każdy z nas wymienia się inspiracjami i robi się z tego kogel-mogel.

Czy jest możliwe, że kiedyś w waszej muzyce pojawi się elektronika, czy raczej jesteście wierni rockandrollowemu etosowi? W waszym bliskim otoczeniu funkcjonują przecież twórcy otwarcie flirtujący z elektroniką (Wesołowski, Kaliński)

GK. Wszystko jest możliwe i będziemy używać wszelkich środków, aby nasycić odpowiednio dany utwór. Nie mamy w tej kwestii ograniczeń i nie jesteśmy niczyimi zakładnikami.

Nowy album zbudowany został na kontrastach między melancholią, a stuporem; łagodnością, a zgiełkiem; hymnicznością, a intymnością. Wyciszenia przeplatają się z erupcjami hałasu. Czy balansowanie między skrajnościami jest kołem napędowym Trupy?

GK. Zdecydowanie tak. Zdecydowanie interesuje nas balansowanie między skrajnościami, ale też warto zaznaczyć, że tak to nam po prostu wychodzi. To nie jest założenie projektowe i odgórne. Jak wyjdzie inaczej to otworzymy się i zaakceptujemy to „nowe”.

Nazwa zespołu, jak i muzyka jest chętnie przez was charakteryzowana, jako cyrkowo, wodewilowo, funeralna. Tym razem jednak ciąży zdecydowanie w stronę tej ostatniej. Z kolei wodewilowość, tak charakterystyczna dla „++” i po części dla „Headache”, na nowym albumie jest śladowa. Spoważnieliście, sposępnieliście? Gdzie podziała się ta przewrotność? 

GK. Rzeczywiście jest tego coraz mniej, a i samą nazwę postrzegamy coraz bardziej abstrakcyjnie. Na pewno w jakiś sposób się zmieniamy. Nagraliśmy już „++” i „Headache”. Nie możemy robić ciągle tego samego. Zresztą, możemy robić to samo, ale wychodzi nam jednak ciągle coś odrobinę innego. Ale nie widzę tutaj wolty i rewolucji, a ciągłą ewolucję albo po prostu zmianę.

Na płycie „Jolly New Songs” znalazł się, duszny i klaustrofobiczny utwór „Love Supreme”. To jakieś nawiązanie do Coltrane’a? Brzmi raczej jak antyteza jego natchnionego grania. 

GK. Muzycznie utwór nie ma nic wspólnego z Coltranem, bo gdzie nam do niego i jego wspaniałego poziomu. Ale tekstowo rzeczywiście w pewien sposób ma, ale właśnie jako wolta i sytuacja anty, albo obok.

Tekst „Never Forget”, podobnie jak niektóre z twoich wierszy, nawiązuje do zbrodni drugiej wojny światowej i Holokaustu. Zawzięcie deklamowane przez Ciebie „Never, we never forget” w kontekście aktualnej polityki historycznej brzmi wręcz jak manifest.

GK. Ta piosenka to taka próba oddania głosu zmarłym, ale bez zadęcia bo jednak to teren muzyki psychodeliczno gitarowej. Ale to rzeczywiście piosenka o Holokauście. Swoją drogą jest mnóstwo prób podważenia tego co się stało. Kiedyś zatem miło nam będzie jeśli zasadzimy naszą małą sadzonkę w ogródku pt. „antyfaszyzm” i „nigdy nie zapomnimy”. Ale jednakże bez zbytniego ideologizowania.

Twoim zdaniem w muzyce AD 2017 jest jeszcze miejsce na manifesty i politykę? Czy też jej funkcjonalność jako światopoglądowej trybuny wyeksploatowała się? 

GK. Myślę że sztuka jest w pewnym sensie zawsze sztuką przekonywania i pewnego udawania, zatem zawsze będzie idealnym narzędziem do używania retoryki i do manifestacji bez względu na czas.

W 2013 powiedziałeś następujące zdanie; “Myślę, że 2013 rok jest jak najbardziej dobry do buntu, chociaż rzeczywiście jeszcze nigdy poziom życia w Polsce i na świecie nie był tak wysoki i jeszcze nigdy nie byliśmy tak przykryci pozornym albo czasem prawdziwym zadowoleniem.” Co w takim razie powiedzieć o 2017?

GK. Myślę, że teraz jest się łatwiej buntować ponieważ więcej ludzi się buntuje i jest to w dobrym tonie pomimo, że poziom życia jest jeszcze wyższy niż w 2013. Pewne podważanie rzeczywistości i stawanie w kontrze do niej ma zawsze dużo sensu i często może wyjść z tego dużo dobrego np. w kwestii praw człowieka albo właśnie sztuki.

A dlaczego na koncertach nie gracie już “Koszuli w kwiaty” (2010), to przecież wasz najbardziej popularny utwór?

GK. To jest jednak nasza prehistoria, ale bardzo lubię ten utwór. Ten i polski „Opór”. Uważam że te piosenki są odpowiednio nasycone i udały się. Ale wyszło tak, że trochę zmieniliśmy kurs i płyniemy w inną stronę więc te dwie piosenki nie pasują kompozycyjnie np. do piosenki „Jolly New Song”.

“Koszula w kwiaty” to prehistoria, zostało coś z niej w dzisiejszej Trupie, czy to raczej wadząca kula u nogi?

GK. Bardzo lubię ten utwór. Nic mi w nim nie wadzi. Bartek Chaciński napisał kiedyś o tym „neobigbeat” i sądzę że jest to dobre określenie.

czwartek, 26 października 2017

Only good music / Trupa Trupa „Jolly New Songs”

Mimo wciąż rosnącego zainteresowania polską muzyką na zachodzie, rzadko kto może pochwalić się uznaniem samego Sashy Frare-Jonesa, papieża dziennikarstwa muzycznego piszącego dla LA Times, czy NY Times. Namaszczeni pochlebstwami amerykanina członkowie gdańskiej Trupy Trupa oczekują premiery swojego nowego albumu „Jolly New Songs”, który zweryfikuje zachwyty i zaufanie jakim obdarzyły grupę zagraniczne i rodzime media.

Marzenie o międzynarodowym sukcesie polskiej muzyki rozrywkowej, wciąż pozostaje jedynie pobożnym życzeniem rodzimych krytyków i publiczności. Rozpoznawalność i rzesze wiernych fanów, którymi mogą poszczycić się polskie kapele metalowe; uznanie, czy zagraniczne kontrakty dla twórców alternatywnych, to wszystko często pozostaje poza zasięgiem większości rodzimych twórców. Z kolei aby zobrazować jak wsobnymi ścieżkami kroczy zainteresowanie polskimi wykonawcami zagranicą wystarczy sięgnąć po ubiegłoroczne zestawienie Spotify. Grupie artystów złożonych z eksportowych metalowców (Behemoth, Vader, Decapitated) i prog-rockowców (Riverside); kompozytorów muzyki filmowej i teatralnej (Preisner, Korzeniowski); Michała Szpaka (udział w Eurowizji); Orkiestry Polskiego Radia i housowego duetu Loui & Scibi (jak mniemam anonimowego dla większości dziennikarzy muzycznych w Polsce) przewodzi Marcin Przybyłowicz twórca muzyki … do gry „Wiedźmin 3. Dziki Gon”. Nie ma na liście ani Brodki, ani Kuby Ziołka, którymi ostatnio najchętniej chcielibyśmy zabłysnąć na zachodzie.

Kolejnym pretendentem do bycia zagranicznym ambasadorem polskiej muzyki jest gdański kwartet Trupa Trupa (Grzegorz Kwiatkowski - głos i gitara; Wojciech Juchniewicz - głos, bas, gitara; Rafał Wojczal - klawisze, gitara; Tomasz Pawluczuk - bębny). Zespół ma na to mocne papiery. W rocznym podsumowaniu 2015 roku, Sasha Frere-Jones, jeden z najbardziej wpływowych dziennikarzy muzycznych za oceanem, wymienił Trupę jako jeden z najciekawszych obecnie rockowych zespołów na świecie. Pod wrażeniem wydanej w 2015 płyty (zagraniczna reedycja odbyła się we francuskiej Ici d'ailleurs i brytyjskiej Blue Tapes and X-Ray Records) byli również m.in. dziennikarze opiniotwórczego portalu The Quietus (mocno zorientowanego w polskiej scenie alternatywnej), którzy określili „Headache” pierwszym prawdziwym momentem świetności grupy.

Trzecia w dyskografii i zarazem przełomowa dla Trupy Trupa płyta „Headache” ukazała się w 2015 roku (pisałem o niej tu). Jej zawartość to studium bólu i cierpienia. Katartyczny seans; traumatyczny i oczyszczający zarazem. Muzyka kojąca melodyjnymi zwrotkami i krzycząca gitarową furią w refrenach. Rewolucyjna w stosunku do poprzedników („LP” z 2011. „++” z 2013) wartość tej płyty jest w po części zasługą koncepcji brzmieniowej, o którą zadbał znakomity producent i realizator dźwięku Michał Kupicz - ojciec chrzestny polskiej muzyki alternatywnej. Ocieplenie instrumentów, zmniejszenie rozpiętości tonalnej materiału, czy zagęszczenie ścieżek, sprawiło, że psychodeliczne, gitarowe kompozycje zostały natchnione mglistą, opiumową aurą i zamknięte w ciasnej, klaustrofobicznej przestrzeni. Linie melodyczne poczęły stroszyć się i fałdować, konfrontując słuchacza z wizją rozpadu i emocjonalnego rozbicia. Wreszcie nastrój stał się w pełni kompatybilny z treścią utworów.

Pohlebne opinie o „Headache” pozbawiły Trupę Trupa komfortu anonimowosci. Nowy album zespołu, którego międzynarodowa premiera (kooperacja Ici d'ailleurs z Blue Tapes and X-Ray Records) już jutro, zjawia się w atmosferze oczekiwania na artystyczny sukces, sięgający dalej niż lokalny obieg. Nadejście „Jolly New Songs” anonsowała legendarna alternatywna stacja radiowa KEXP ze Stanów Zjednoczonych, jak i brytyjski portal The Quietus. To pierwszy w dyskografii zespołu album, na którym musi się on zmierzyć z ciężarem oczekiwań, zweryfikować swoją wartość i udźwignąć ciężar dotychczasowych pochwał.

„Jolly New Songs” podąża śladem wytyczonym przez „Headache”. Zarówno jeśli chodzi o brzmienie (po raz kolejny znakomita praca Michała Kupicza) jak i dramaturgię. To muzyka z pozoru anemiczna, zanurzona w melancholii i poczuciu rezygnacji. Jednak pod tą zewnętrzną skorupą buzują emocje, co i rusz manifestowane mocnymi spiętrzeniami i jazgoczącymi ścianami gitarowego zgiełku. W warstwie estetycznej spotykają się tu inspiracje, które od lat przewijają się w dyskografii Trupy. Jednak dopiero na „Jolly New Songs” uzyskują, najdojrzalszą i najbardziej wyrafinowaną formę. Usłyszymy tu historię muzyki rockowej w pigułce; grunge'ową posępność; gitarową psychodelię, hipnotyczne repetycje, post-rockową melancholię a'la Radiohead i „beatlesowskie” akordy, na których oparte zostały linie melodyczne piosenek. Dramaturgia albumu jest oparta na wyrazistych kontrastach między wyciszeniami, a erupcjami hałasu. Minimalistyczne ballady znajdują swe zwieńczenie w pełnokrwistych, hymnicznych crescendach. Z jednej strony zostajemy ogłuszeni ekspresyjnymi kulminacjami, z drugiej zahipnotyzowani melodyką piosenek i melancholią tkwiącą w głosach wokalistów (Kwiatkowski, Juchniewicz). Vintage-rockowa stylistyka, pobudzana wrzawą kulminacji, jest również doskonałym punktem wyjścia dla energetycznych i transowych występów grupy.

Na „Jolly New Songs” zespół stanowczo ograniczył charakterystyczny dla swojego wcześniejszego repertuaru element groteski. Tak eksponowany dotąd cyrkowo- karnawałowy klimat piosenek, o którym w wywiadzie dla Popup Music Kwiatkowski mówił: „Połączenie ciemności z wesołą melodią dla mnie brzmi cyrkowo, ale jeszcze mroczniej, ohydnej, przewrotnie.” – znikł przygnieciony ciężarem posępności. Wspomnienie o „brechtowsko-weilowskim” charakterze twórczości Trupy Trupa, na nowym albumie możemy odnaleźć, jedynie w ironicznym „Only Good Weather”, w balladzie „Coffin”, czy też przewrotnym tytule płyty.

Nastrój odrealnienia i odrętwienia dojmująco charakteryzuje ten anty-przebojowy repertuar. Podobnie rzecz ma się z tekstami piosenek. Te, pełne są lakoniczności, niedopowiedzeń, otwarte na osobistą interpretację. Nastrojem i konstrukcją nawiązują do poetyckiej twórczości Kwiatkowskiego, autora kilku tomików wierszy m.in. cyklu „Powinni się nie narodzić”. Słowa piosenek „Jolly New Songs” owiane są posępnym całunem zadumy, marazmu, wewnętrznego niepokoju. W nuconych półgłosem słowach; podobnie jak w tych deklamowanych oskarżycielskim tonem; wykrzykiwanych z bezsilności i gniewu, oraz w tych cedzonych niczym mantra, kryje się głównie mrok. Towarzyszy mu poczucie krzywdy („Never forget”) i utknięcia w mentalnym i emocjonalnym klinczu („Jolly New Song”). Miłość zaś, jest tu uczuciem hipnotycznym, dziwnie skrzywionym, graniczącym z obłędem. Stanem bliższym apatii, niż egzaltacji („Love Supreme”). Turpizm podąża w parze z groteską („Coffin”). Zaś deklaracja wiary zmienia się w manifest pychy („None of Us”).

W przypadku „Jolly New Songs” mamy do czynienia z albumem, na którym muzycy dobrze odrobili swoją pracę, doszlifowując fundament „Headache” i wzmacniając jego stropy. Zasłużone laury krytyki nad poprzednią płytą sprawiły jednak, że zespół wybrał wariant bezpieczny, proponując choć udany, to jednak suplement sprawdzonego uprzednio materiału. Jedyne zatem czego mi na „Jolly New Songs” zabrakło, to podjęcia większego artystycznego ryzyka. Cechowałoby ono zespół wybitny, a z pewnością Trupa Trupa do bycia takowym ma zarówno pretensje, jak i predyspozycje. Wierzę jednak, że długo na ten wybitny album nie będzie trzeba czekać.

Trupa Trupa jest zespołem niemal statutowo any-przebojowym (urywane kulminacje, liczne zmiany dramaturgi, stronienie od chwytliwych refrenów), a jego muzyka znajduje się poza relacjami, które mogłyby łączyć ją z rozrywkowym mainstreamem. Jednocześnie nie można odmówić grupie udanych, wpadających w ucho piosenek, oraz wykonawczej charyzmy i rozmachu. Jakie zatem szanse na artystyczny sukces i zagraniczne docenienie mają gdańszczanie? Po pierwsze; mocny materiał. Po drugie; solidni wydawcy gwarantujący szeroką dystrybucję i skuteczny marketing. Po trzecie; przychylność ze strony krytyków i mediów. Pierwsze recenzje ze świata (tu i tu) wskazują, że będzie dobrze. Tego też muzykom gdańskiej formacji życzę z całego serca, bo sami, ciężką pracą u podstaw zapracowali sobie na uznanie słuchaczy i krytyków. 

***

Zapraszam także na wywiad z Grzegorzem Kwiatkowskim (tu)

 

TRUPA TRUPA „Jolly New Songs”
2017, Ici d'ailleurs i Blue Tapes & X-Ray Records

sobota, 19 grudnia 2015

Przyjemność zrodzona z bólu / TRUPA TRUPA „Headache”


Płyta trójmiejskiej Trupy Trupa ma w sobie wszystkie znamiona płyty genialnej. Męczy, irytuje, wodzi słuchacza za nos, płata figle, jest nieokiełznana i nieprzewidywalna. To prawdziwa droga przez ciernie, po której niczego bardziej nie pragniemy jak odbyć ją po raz kolejny.

Zjawiskowość tego materiału, tkwi w jego zaskakującej konstrukcji, polegającej na mozolnym budowaniu dramaturgii, spiętrzaniu i ujarzmianiu emocji, w drodze do upragnionego zwieńczenia. „Headache”, w niczym zatem nie przypomina poprzedniego albumu „++” skonstruowanego naprzemiennie z ballad i kulminacji. Na nowej płycie zespół wprowadza autorytarne rządy i dyscyplinę, trzymając za twarz słuchacza od początku do końca tego misterium. Proces przechodzenia od irytacji i znużenia, przez co raz większa ekscytację, aż po katharsis, towarzyszy, każdemu kolejnemu przesłuchaniu „Headache” Jest to bowiem znakomicie skomponowany i zaskakujący spektakl upodlenia i odrodzenia. Traumatyczny, otumaniający i oczyszczający zarazem. Złożony z bólu i cierpienia, gdzie satysfakcją nie jest kojący dźwiękowy balsam, a rozpaczliwy wybuch furii, perwersyjnie odwlekany przez muzyków.

Album rozpoczyna się mozolnie, kilkoma kompozycjami odbijającymi dalekie echa beatlesowskich ballad. Początkowo, zachodzimy w głowę gdzie podział się brud, hałas i gniew, tak mocno wyrażony na „++”. Jednak z każdym kolejnym utworem, materiał zaczyna obrastać mroczną i depresyjną materią. Atmosfera tężeje, a smoliste melodie co raz intensywniej mieszają udręczenie z satysfakcją. Im bardziej nietypowa linia melodyczna, tym obraz robi się co raz ciekawszy i bardziej niepokojący. Utwory zanurzone w opiumowej atmosferze snują się ociężale wciągając w hipnotyczną narrację. W końcu czara przepełnia się, a „Rise and fall” staje się epicentrum albumu, eksplodując falą skomasowanych emocji. To właśnie ten utwór stanowi punkt konstrukcyjny całej płyty, konstytuując obecność wszystkich poprzedzających go i następujących po nim kompozycji.

Droga od początku do finału tej płyty, najeżona jest wieloma fałszywymi tropami. To ewolucja przebyta od banału do genialności. Nie świadczy to, przy tym, o słabości utworów początkowych, wskazuje za to na osobliwy charakter fabuły, w której, każdy kolejny utwór rozwija dramaturgicznie poprzednika, przez co wstęp wydaje się w pełni ekscytujący jedynie z perspektywy finału. Aby całkowicie rozsmakować się w tej płycie z pokorą musimy przejść przez każdy kolejny opresyjny moment, niejednokrotnie podczas tego seansu tracąc grunt pod nogami. To jednak cena obcowania ze zjawiskowością „Headache”, którą za każdym przesłuchaniem warto zapłacić.

Trzeba docenić wysiłek Trupy Trupa, z jakim próbuje zaznaczyć swój oryginalny ślad gitarowej ekspresji leżący gdzieś pomiędzy grunge’m, a shoegaze’ową psychodelią. Na „Headache” strzałem w dziesiątkę okazało się nietuzinkowe myślenie o całościowej koncepcji albumu i aranżacji tracklisty. Zespół okazał się również mistrzem budowania nastroju, całkowicie determinując proces recepcji albumu i udanie manipulując emocjami słuchacza. „Headache” to ekscytujący bad trip, z gwarantowanym bólem głowy i estetyczną satysfakcją wysokich lotów, oraz jeden z pierwszych kandydatów do płyty roku AD 2015.

TRUPA TRUPA „Headache” 
 2015 / Blue Tapes and X-Ray Records

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Realizm tragiczny / Trupa Trupa - ++

 "... to absolutnie celowe, tak chcieliśmy... bo to taki utwór a'la nienawiść typu Thomas Bernhard... chcieliśmy aby to było właśnie takie... krzyk, nienawiść, zło i nagle cisza... urwanie i cisza..."

Tak na moje pytanie o I Hate - utwór otwierający nową płytę gdańskiej Trupy Trupa - odpowiedział lider zespołu Grzegorz Kwiatkowski.

Wyobraźcie sobie. Odpalam w odtwarzaczu płytę. Zaczyna się nieco groteskowo. Teatralnie wręcz. Wokalista z furią wykrzykuje agresywne ...and everybody, and everybody and everwhere I hate, a w tle wybrzmiewają klawisze rodem z lunaparkowej karuzeli. Po kilku taktach kompozycja nabiera jednak bardziej konwencjonalny kształt, a sygnał do rozpoczęcia transowej gitarowej kaźni daje długi przester w rejestrach grożących chwilowym ogłuchnięciem. Zaczynam się wkręcać w hipnotyczny rytm utworu.
Do akcji włącza się trąbka Tomasza Ziętka, która z ostrością rzeźnickiego noża podnosi dramaturgię utworu. Wtórują jej wściekłe gitary tworzące bezlitosną ścianę dźwięku. Przepadłem, z lubością chłoszczę się ogłuszającym noisem. Marzę by ten stan trwał w nieskończoność. Zaciskam pięści i zęby. Cała muzyczna wściekłość I Hate z pełną intensywnością przelewa się na mnie. Z rozkoszą pławię się w niej i nagle, w momencie kiedy zaczynam tracić zmysły poddając się mocy hałaśliwego żywiołu...
... trach
... koniec!
Strzeliły korki? Ktoś wyciągnął wtyczkę? Trafiłem na uszkodzoną płytę? 
Nic z tego! Z bezceremonialnością równą muzycznej agresji Trupa Trupa urywa kawałek I Hate w jego kulminacyjnym momencie. Jestem wściekły. Czuje się jakby ktoś wybudził mnie z głębokiego snu brutalnym uderzeniem pięścią w twarz. Czuje się jak ryba nagle wyciągnięta z wody, odcięta od powietrza.
Piszę w końcu do Grzegorza czy to tak miało do cholery być. Grzegorz odpowiada - ... to absolutnie celowe...

Trupa Trupa to altrockowy kwartet z gdańska, a ukazująca się właśnie ich nowa płyta ++ to album wielokrotnego użytku, zyskujący z każdym kolejnym odsłuchem. W jego nagraniu oprócz regularnych członków zespołu (Wojciech Juchniewicz, Rafał Wojczal, Tomek Pawluczuk) wzięli udział wspomniany już Tomasz Ziętek (trąbka), oraz Mikołaj Trzaska (saksofon i klarnet), którzy swoim graniem wzbogacili kompozycje zespołu o należny im rozmach.
Druga płyta Trupy nieco bardziej ułożona i oszlifowana w stosunku do debiutu, z o wiele większym wyrachowaniem i świadomością zagłębia się w noisową gitarową psychodelię przełamując ją melodyjnymi, balladami.

Paradoksalnie nieczęsto się zdarza, aby nazwa kapeli oddawała klimat wykonywanej przez nią muzyki jak to ma miejsce w przypadku Trupy Trupa. Zespół z pomorza to trochę taka trupa artystów, cyrkowców, którzy swoje treści ukrywają niekiedy pod płaszczykiem ironii, przekory czy dystansu. Przykładem może być choćby zamykający płytę utwór Exist, w którym chórki wyśpiewujące słowa we don't exist at all (...) we don't exist no more... przywołują na myśl wieńczącą Żywot Briana piosenką Always Look On The Bright Side Of Life.
Również jako przekorny żart ze strony Truppy należy potraktować wydanie ++ na wiosnę, bo jest to w każdym swoim aspekcie płyta jesienna, ziejąca jeśli nie trupim oddechem to co najmniej romantycznym spleenem.
Jeśli zaś o drugiego Trupa w nazwie chodzi to faktycznie muzyka zespołu nie patyczkuje się słuchaczem. Jej mordercza moc rażenia jak i słowa piosenek jakże odległe od afirmacji w mocny bezkompromisowy sposób rozprawiają się z mitami rzeczywistości. Umieranie i nieustanne odradzanie się w świecie boleści i hipokryzji, w świecie kłamstw, braku zasad, którego początkiem i końcem jest grób, gdzie wyższe idee zostają brutalnie przetrącone i zdewaluowane. Wspomniany utwór I Hate mógłby spokojnie zamiast Bonehead Johna Zorna zamykać Funny Games. Podobnie jak bohaterowie filmu Michaela Hannekego, również bohaterowie tekstów Kwiatkowskiego zostają uśmierceni, a na odbiorcę wylany kubeł zimnej wody. Jednak dzięki temu że obserwujemy ten brutalnym realizm jedynie jako widzowie / słuchacze  otrzymujemy szansę na katharsis. Muzyka Trupy Trupa ma w sobie oczyszczającą moc egzorcyzmowania z duszy słuchacza złych emocji, którym daje upust w jazgotliwym noisie gitar, oraz w wyplutych i wykrzyczanych słowach Kwiatkowskiego.

Jest również w muzyce Trupy Trupa niezwykła właściwość, którą intuicyjnie odbieram i nazywam jako energię naturszczyka. Pomimo, że zaistnieli już w środowisku polskiego niezalu, ograli się na pierwszej płycie i epce, a także bywają utożsamiani jako spadkobiercy muzycznej tradycji Velvet Underground, czy The Beatles to w ich muzyce wciąż można dostrzec całkowitą szczerość, świeżość swobodę i brak wyrachowania. Na ++ słychać tą niewinną, liryczną nutę która sprawia, że z każdym kolejnym przesłuchaniem album zyskuje i rozkwita. Podobną refleksję miewam słuchając wydanej w 2001 roku debiutanckiej płyty Pustek Studio Pustki, której podobnie jak w przypadku gdańszczan motorem napędowym jej powstania był żywioł, beztroska i chęć artykulacji siebie, bez oglądania się na obowiązujące trendy i mody.

Album ++ eksponuje również niesamowity potencjał Trupy do występów na żywo. Co prawda nie miałem dotąd okazji uczestniczyć w koncercie zespołu, ale wyobrażam sobie transowe niekończące się frazy kończone euforycznymi kulminacjami gitarowego zgiełku.

++ to rock&roll, trans, gniew, sprzęganie gitar. Taniec i stupor, jazgot i spleen, hałas i cisza, brutalizm i realizm tragiczny, agresja i ból, psychotropy i napar z melisy. Pomimo szeroko rozpiętych przeciwieństw (które jednak świetnie opisują zawartość) jest to niezwykle spójny, nie skalany manierą album, wrzynający się w organizm słuchacza do samej kości.

"... to absolutnie celowe, tak chcieliśmy... bo to taki utwór a'la nienawiść typu Thomas Bernhard... chcieliśmy aby to było właśnie takie... krzyk, nienawiść, zło i nagle cisza... urwanie i cisza..."

- ta cisza boli bardziej niż hałas.

w tym miejscu odsłuchać można ++


TRUPA TRUPA - ++
Wydawnictwo Niezależne 2013