Regularność. Zapewne wiele już razy wyrażałem ubolewanie, że nie jest to mocna strona mojego pisania. Utrzymanie rytmu pracy to nadrzędna zasada prowadzenia bloga i największe wyzwanie z którym się tutaj (nieudanie) mierzę. Nie chodzi tylko o brak czasu na pisanie, ale również o momenty wyjałowienia z wrażliwości na dźwiękowe bodźce. Autentyczna satysfakcja jaką sprawia mi pisanie o muzyce niesie ze sobą również inny skutek uboczny; przebodźcowanie i apatię, co samo w sobie nie jest wcale najgorsze. Największą trudność sprawia wbicie się na nowo w rytm pracy. Bo kiedy jeszcze chwilę temu, na pełnym luzie i z wypiekami na polikach pisałem teksty na kilkanaście tysięcy znaków (mam nadzieję, że będziecie mogli przeczytać je niebawem w bardziej eksponowanych miejscach) to teraz trudno mi sklecić choć jeden akapit blogowego wpisu. Dlatego tak imponująca jest dla mnie regularność Bartka Chacińskiego, który tak przyzwyczaił do niej swoich czytelników, że kilka dni ciszy wywołuje powszechne zaniepokojenie.
Równą regularnością (oczywiście przy zachowaniu proporcji) pochwalić się może gitarzysta Artur Maćkowiak (choć w kontekście jego nowej płyty, to tytularne przypisywanie mu strunowego instrumentu może być lekkim nadużyciem). Pochodzący z Bydgoszczy muzyk co rok obdarowuje swoich słuchaczy nowymi tytułami. W ubiegłym roku wspólnie z Bartkiem Kapsą znaczyli post-rockowe Tropy. Dwa lata temu znakomite „If it's not real” namieszało w dorocznych podsumowaniach. Wcześniej regularnie ukazywały się solówki Maćkowiaka, naprzemiennie z duetami z Grzegorzem Pleszynskim. W między czasie pojawiły się trzy płyty Innercity Ensemble, którego członkiem jest Maćkowiak. Nie mniej, regularność artysty oscyluje w cyklu corocznym, co przy obecnym przesycie wydawniczym jest zabiegiem co najmniej higienicznym.
„Iconic Rapture” czyli nowe wydawnictwo w katalogu oficyny Wet Music jest rozwinięciem formuły zainicjowanej na poprzedniej solowej płycie Maćkowiaka „If it's not real”, z jeszcze wyraźniejszym przesunięciem zawartości muzycznej w stronę brzmień syntetycznych. Zdradza to już świetna okładka płyty autorstwa Adama Kruka. Głównym elementem strukturalnym „Iconic Rapture” jest pętla. Nie mamy jednak do czynienia z kolejną emanacją tak wspaniale przeszczepionego na rodzimy grunt amerykańskiego minimalizmu. Proste, choć melodyjne gitarowe frazy, oraz meandrujące syntezatorowe plamy, powtarzają swe cykle tworząc psychedeliczny spektakl, o wyraźnie transowym nerwie. Mięsiste i intensywne brzmienia klawiszy kreują zaś sugestywne ambientowe krajobrazy, które z powodzeniem funkcjonowałyby jako samodzielne byty. Na bazie tych syntezatorowych zewów, charakterystycznych melodii, ciepłych brzmień klawiszy i instrumentów akustycznych (gościnny występ Mazzolla w dwóch kompozycjach) Maćkowiak buduje opowieść, której łagodny liryzm, splata się opiumowym zaczadzeniem, tworząc kuszącą, kalejdoskopową projekcję. Spiętrzone warstwy powtórzeń mają swój finał w okazałych kulminacjach („Game”), częściej jednak rozpływają się w psychedelicznych mirażach, które mogą kojarzyć się z elektroakustycznymi preparacjami X-navi:et.
Każda kolejna płyta Artura Maćkowiaka, jest ewolucją ekspresji artysty. Muzyk konsekwentnie przekracza granicę swoich przyzwyczajeń, zwaną teraz popularnie strefą komfortu. Jego autorskie gesty nie są bynajmniej gwałtowne. Wystarczy na przestrzeni kilku płyt prześledzić sukcesywną ekspansję elektronicznych brzmień, aby zauważyć że nowe elementy w muzyce Maćkowiaka są wprowadzane stopniowo; z namysłem i konsekwencją. Na „Iconic Rapture” novum stanowią autorskie wokalizy. „To moje pierwsze doświadczenie wokalne. Pomysł narodził się podczas miksowania tego materiału. Czegoś mi w tych utworach ciągle brakowało, żadne dodatkowe dźwięki mnie nie satysfakcjonowały dlatego postanowiłem użyć swojego głosu. Na zasadzie eksperymentu. Teksty powstały w danej chwili. Zapisałem tekst, który mi właśnie przyszedł do głowy na instrukcji obsługi mikrofonu, bo akurat miałem pod ręką, potem podłączyłem mikrofon i to nagrałem. Zatem bardziej okoliczności mnie do tego skłoniły, niż była to świadoma decyzja” - zwierza się Maćkowiak. Wokalny coming out „Zostań do jutra” to w zasadzie credo przyświecające tej nowej dla bydgoszczanina formie ekspresji. Wersy; „Zostaw co małe, spojrzyj ciut dalej, zacznij się nie bać, spróbuj zaśpiewać” niesione są przez szorstki i niski gardłowy śpiew, przypominający nieco buddyjskie mantry deklamowane, przez tybetańskich mnichów. „Taniec zgubionego dźwięku” to z kolei posągowa melorecytacja, opatulona w piękne solo klarnetu Mazzolla.
Mimo, że od czasu rozbratu z Something Like Elvis i Potty Umbrella, Artur Maćkowiak, działa na zasadzie wolnego elektronu, to w jego muzyce co raz wyraźniej można odczytać wpływy jakie na jego twórczość wywiera obcowanie z prężną scena bydgosko-toruńską. „Prawdopodobnie sobie tego do końca nie uświadamiam, ale na pewno inni muzycy, zwłaszcza Ci z którymi mam przyjemność grać w innych projektach, mnie inspirują i mają wpływ na to jak się rozwijam jako muzyk. Trudno nie ulegać charyzmie chłopaków z Innercity Ensemble, bo to są bardzo mocne osobowości i świetni muzycy” - stwierdza Artur. „Iconic Rapture” znajdzie zatem z pewnością posłuch wśród fanów Starej Rzeki, bo choć nie ma tu długich linearnych solówek, czy gitarowych blastów to połączenie elementów syntetycznych i akustycznych, słabość do transowej motoryki, odrealniony nastrój, czy psychedeliczna poetyka jest nad wyraz zbieżne z artykulacją Kuby Ziołka. Z kolei operowanie syntezatorowymi plamami i kreowanie przestrzeni jest tożsame z eksperymentami Rafała Iwańskiego ze wspomnianego wyżej X-navi:et.
Regularność i twórcza ewolucja zamazują nieco refleksję nad przeskokiem jaki nastąpił w muzyce Maćkowiaka na przestrzeni zaledwie kilku lat. Warto sięgnąć do pierwszej solowej płyty „Take Away” aby uświadomić sobie tę rewolucję. Nie można również zapomnieć, że bydgoszczanin, który nie jest wciąż najbardziej rozpoznawalną postacią rodzimej sceny niezależnej, od 20 lat (debiut Something Like Elvis) stanowi tej sceny niewątpliwy fundament, a nowa płyta jest tego najlepszym dowodem.
ARTUR MAĆKOWIAK „Iconic Rapture”
2017, Wet Music
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maćkowiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maćkowiak. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 lutego 2017
wtorek, 3 maja 2016
Kilka słów o nie przekraczaniu pewnej lini / Tropy "Eight Pieces"
Tropy znów prowadzą do Bydgoszczy.
"Granica naszego kompromisu pokrywa się z linią między naszymi pośladkami. Nie wejdziemy w żaden układ, który będzie wymagał od nas dania dupy. Moment gdy zaczyna się dawanie dupy wyczuwamy intuicyjnie" – manifestował Artur Maćkowiak na łamach Anteny Krzyku w 2003 roku. Dziś po trzynastu latach. można już tą deklarację zweryfikować. Oczywiście intuicyjnie. Pretekstem jest debiutancka płyta zespołu Tropy, stworzonego przez Maćkowiaka (gitara, syntezator, elektronika) i Bartka Kapsę (perkusja, bas, elektronika), niegdyś członków znakomitej formacji Something Like Elvis. Przeszło dekadę temu kapela z Szumina wraz Ewą Braun i Kristen dokonała małego przewrotu na polskiej scenie alternatywnej muzyki gitarowej.
Siłą Tropów jest eklektyzm. Kompozycje bydgoskiego duetu Maćkowiak-Kapsa żonglują wielobarwną talią stylów i gatunków. Na "Eight Pieces" połyskujące syntetycznym brzmieniem klawisze, spotykają się z ciężkimi prog-rockowymi progresjami. Melodyjność z zawiesistymi gitarowymi pasażami. Rytmika zaś przeskakuje miedzy klubowym bitem, rockową motoryką, a jazzową dynamiką. Ten estetyczny melanż jest nierzadko domeną pojedynczego utworu. Koncepcja aby pomieścić te wszystkie estetyczne punkty odniesienia i zawrzeć je w jednej narracji musiała odnaleźć dla siebie odpowiednią strukturę w kompozycji. Stąd skłonność duetu do budowania długich, dynamicznych kompozycji, zmierzających najczęściej do okazałych kulminacji ("Posejdon"). Choć uczciwie trzeba stwierdzić, że zdarzają się na tej płycie dłużyzny, to jednak warto uważnie prześledzić proces i dynamikę ewolucji utworów; jak wymieniają się motywy melodyczne i instrumentacje; w końcu jak zmienia się temperatura i intensywność narracji.
Pisząc o muzyce Tropów nie sposób nie odnieść się do końcówki lat dziewięćdziesiątych XX wieku i początku zerowych XXI. Zwłaszcza, gdy otwierająca płytę kompozycja "Anteny" rozpoczyna się motywem, niemal żywcem wyjętym z płyty "Cigarette Smoke Phantom" Something Like Elvis. Melodyjna, zapadająca w pamięć psychodeliczna pętla, niegdyś domena grającego na akordeonie i syntezatorze Macieja Szymborskiego, tu została sparafrazowana szklistym klawiszem Artura Maćkowiaka. Debiutancką płyta "Eight Pieces" stawia estetyczny pomost miedzy millenium, a drugą dekadą XXI w., a intencje muzyków pozostają wierne tym, które przyświecały im przed kilkunastu laty, gdy współtworzyli jeden z ciekawszych momentów na scenie rodzimej muzyki niezależnej, zarówno we wspomnianym Something Like Elvis, jak i w późniejszych Contemporary Noise Sextet (Quintet) i Potty Umbrella. Zatem z perspektywy przytoczonej na wstępie deklaracji Maćkowiaka, można stwierdzić, że "linia między pośladkami" pozostała nienaruszona.
Doświadczenia w produkcji i realizacji nagrań, udział w licznych, rozpiętych stylistycznie projektach, pozostawanie wciąż w krajowe czołówce najbardziej kreatywnych instrumentalistów, udokumentowane świetnymi płytami. Wreszcie; prowadzenie labelu i kierowanie festiwalem Fonomo, aktywny udział w kreowaniu nowych scen (Bydgoszcz), a także bycie łącznikiem miedzy starą a nową awangardą (Mózg). Wszystko to wskazuje na Maćkowiaka i Kapsę jako na artystów świadomych swojego miejsca, czasu i twórczości. Niemal dwie dekady zaowocowały z pewnością tego rodzaju oświadczeniem, które pozwoliło zarejestrować im w duecie (goście; Jachna i Pawlicki - pełnią tu rolę podwykonawców) materiał, który przed laty możliwy był do zrealizowania tylko w o wiele szerszych składach. Możliwe że buńczuczna, młodzieńcza iskra twórcza została nieco zastąpiona rutyną starego wygi, ale muzyka bydgoskiego duetu intryguje swą witalnością i charyzmą.
Trudno z perspektywy roku 2016 mówić o powrocie post-rocka, wszak eklektyzm będący jego fundamentem stał się elementarnym językiem muzyki i powszechną praktyką artystyczną. Jednak daje do myślenia fakt funkcjonowania w ramach tylko bydgoskiej sceny takich formacji jak Tropy, Alameda 5, czy Inercity Ensemble, dla których punktem wyjścia staje się improwizacja zakorzeniona w muzyce nie tylko jazzowej, ale przede wszystkim w rockowej.
TROPY - Czarne Usta from Pedro Ferreira on Vimeo.
TROPY "Eight Pieces"
2016, Wet Music
"Granica naszego kompromisu pokrywa się z linią między naszymi pośladkami. Nie wejdziemy w żaden układ, który będzie wymagał od nas dania dupy. Moment gdy zaczyna się dawanie dupy wyczuwamy intuicyjnie" – manifestował Artur Maćkowiak na łamach Anteny Krzyku w 2003 roku. Dziś po trzynastu latach. można już tą deklarację zweryfikować. Oczywiście intuicyjnie. Pretekstem jest debiutancka płyta zespołu Tropy, stworzonego przez Maćkowiaka (gitara, syntezator, elektronika) i Bartka Kapsę (perkusja, bas, elektronika), niegdyś członków znakomitej formacji Something Like Elvis. Przeszło dekadę temu kapela z Szumina wraz Ewą Braun i Kristen dokonała małego przewrotu na polskiej scenie alternatywnej muzyki gitarowej.
Siłą Tropów jest eklektyzm. Kompozycje bydgoskiego duetu Maćkowiak-Kapsa żonglują wielobarwną talią stylów i gatunków. Na "Eight Pieces" połyskujące syntetycznym brzmieniem klawisze, spotykają się z ciężkimi prog-rockowymi progresjami. Melodyjność z zawiesistymi gitarowymi pasażami. Rytmika zaś przeskakuje miedzy klubowym bitem, rockową motoryką, a jazzową dynamiką. Ten estetyczny melanż jest nierzadko domeną pojedynczego utworu. Koncepcja aby pomieścić te wszystkie estetyczne punkty odniesienia i zawrzeć je w jednej narracji musiała odnaleźć dla siebie odpowiednią strukturę w kompozycji. Stąd skłonność duetu do budowania długich, dynamicznych kompozycji, zmierzających najczęściej do okazałych kulminacji ("Posejdon"). Choć uczciwie trzeba stwierdzić, że zdarzają się na tej płycie dłużyzny, to jednak warto uważnie prześledzić proces i dynamikę ewolucji utworów; jak wymieniają się motywy melodyczne i instrumentacje; w końcu jak zmienia się temperatura i intensywność narracji.
Pisząc o muzyce Tropów nie sposób nie odnieść się do końcówki lat dziewięćdziesiątych XX wieku i początku zerowych XXI. Zwłaszcza, gdy otwierająca płytę kompozycja "Anteny" rozpoczyna się motywem, niemal żywcem wyjętym z płyty "Cigarette Smoke Phantom" Something Like Elvis. Melodyjna, zapadająca w pamięć psychodeliczna pętla, niegdyś domena grającego na akordeonie i syntezatorze Macieja Szymborskiego, tu została sparafrazowana szklistym klawiszem Artura Maćkowiaka. Debiutancką płyta "Eight Pieces" stawia estetyczny pomost miedzy millenium, a drugą dekadą XXI w., a intencje muzyków pozostają wierne tym, które przyświecały im przed kilkunastu laty, gdy współtworzyli jeden z ciekawszych momentów na scenie rodzimej muzyki niezależnej, zarówno we wspomnianym Something Like Elvis, jak i w późniejszych Contemporary Noise Sextet (Quintet) i Potty Umbrella. Zatem z perspektywy przytoczonej na wstępie deklaracji Maćkowiaka, można stwierdzić, że "linia między pośladkami" pozostała nienaruszona.
Doświadczenia w produkcji i realizacji nagrań, udział w licznych, rozpiętych stylistycznie projektach, pozostawanie wciąż w krajowe czołówce najbardziej kreatywnych instrumentalistów, udokumentowane świetnymi płytami. Wreszcie; prowadzenie labelu i kierowanie festiwalem Fonomo, aktywny udział w kreowaniu nowych scen (Bydgoszcz), a także bycie łącznikiem miedzy starą a nową awangardą (Mózg). Wszystko to wskazuje na Maćkowiaka i Kapsę jako na artystów świadomych swojego miejsca, czasu i twórczości. Niemal dwie dekady zaowocowały z pewnością tego rodzaju oświadczeniem, które pozwoliło zarejestrować im w duecie (goście; Jachna i Pawlicki - pełnią tu rolę podwykonawców) materiał, który przed laty możliwy był do zrealizowania tylko w o wiele szerszych składach. Możliwe że buńczuczna, młodzieńcza iskra twórcza została nieco zastąpiona rutyną starego wygi, ale muzyka bydgoskiego duetu intryguje swą witalnością i charyzmą.
Trudno z perspektywy roku 2016 mówić o powrocie post-rocka, wszak eklektyzm będący jego fundamentem stał się elementarnym językiem muzyki i powszechną praktyką artystyczną. Jednak daje do myślenia fakt funkcjonowania w ramach tylko bydgoskiej sceny takich formacji jak Tropy, Alameda 5, czy Inercity Ensemble, dla których punktem wyjścia staje się improwizacja zakorzeniona w muzyce nie tylko jazzowej, ale przede wszystkim w rockowej.
TROPY - Czarne Usta from Pedro Ferreira on Vimeo.
TROPY "Eight Pieces"
2016, Wet Music
wtorek, 26 maja 2015
Między światami / Danka Milewska "Sonoformy"
Gdyby "Sonoformy" ukazały się dwadzieścia lat temu, bezwzględnie trafiłyby do katalogu Obuh Records, gdzie sąsiadowałyby z wydawnictwami Pathmana, Karpat Magicznych, czy Za Siódmą Górą. Płyta Danki Milewskiej idealnie wpisuje się w mitologię "muzyki jakiej świat nie widzi". Świadczy o tym zarówno ezoteryczny charakter nagrania, elektroniczno-akustyczny sztafaż kompozycji, oparty na etnicznych instrumentach (cytra, dzwonki wietrzne, kalimba), oraz nietuzinkowy koncept.
Milewska, pochodząca z Bydgoszczy artystka, performerka, proponuje słuchaczowi pewien rodzaj ekshibicjonizmu duszy i ciała. Będąc w siódmym miesiącu ciąży postanowiła przy pomocy muzycznej materii "uwolnić to co zapisane w ciele". W rezultacie mamy do czynienia z niezwykle intymną i zmysłową, zanurzoną w zaświatowej poetyce impresją nad stanem, uznanym przez wiele kultur jako silnie tabuizowany. Ciąża, bowiem oznaczała na ogół wykluczenie przyszłej matki ze struktur społecznych. Jak pisał Arnold van Gennep "(...) kobieta jest izolowana z dwóch powodów: dlatego, że jest niebezpieczna i nieczysta, albo dlatego, że ciężarna, z fizjologicznego i społecznego punktu widzenia przejściowo znajduje się w stanie anormalnym (...) i traktuje się ją w taki sposób jaki traktuje się chorych, obcych itp." ["Obrzędy przejścia" PIW 2006]. Nieczystość kobiety i przymus odosobnienia, jak podaje z kolei Piotr Kowalski "motywowane były także przez szczególny status, jaki miało nienarodzone dziecko znajdujące się w jej łonie. Należało ono bowiem do sfery zaświatowej i było istotą hybrydyczną." [Leksykon Znaki Świata - Omen, przesąd, znaczenie" PWN 1998].
Podobnej izolacji poddaje się Milewska, która zamyka się w nagraniowym studio, by poddać się symbolicznym egzorcyzmom. Wsłuchuje się zatem w ciało, a głuchota studia nagraniowego sprzyja temu procesowi. Swój niejednoznaczny, z etnologicznego punktu widzenia, status kulturowy, bliski zaświatom ilustruje muzyką. Narzędziem ekspresji jest tu przede wszystkim głos artystki, równie zaświatowy. Momentami szepczący niejasne mantry, innym razem piskliwy jak u wiedźmy, chwilami kuszący i kołysankowy.
Narracja "Sonoform" jest ascetyczna. Artystka dozuje każdy pojedynczy dźwięk instrumentu, oraz z nabożnością celebruje ciszę pomiędzy nimi. Na sugestywność onirycznego nastroju, wpływ mają również elektroniczne drony, generowane przez goszczącego na płycie Artura Maćkowiaka. Na tym tle oszczędnie, pojedynczymi dźwiękami pobrzękują cytra i kalimba, dopełniając całości obrzędu. Na "Sonoformach" gości jeszcze jeden zjawiskowy głos. To Gracula religiosa, gwarek czczony, ptak mimetyczny, z niezwykłym podobieństwem naśladujący dźwięki otoczenia i do złudzenia imitujący ludzką mowę. To on staje się interlokutorem Milewskiej, powiernikiem jej tajemnic i stronnikiem w mrocznych zaświatach.
"Sonoformy" są zapisem intymnego rytuału, przybierającym formę poetyckiego rozmarzenia; melancholii obecnej w każdym dźwięku i w każdym westchnieniu. To także magiczny pakt z siłami natury reprezentowanymi tu bardzo szeroko zarówno pod postacią ptaka, żywych instrumentów wykonanych z naturalnych surowców, lecz przede wszystkim tą najważniejszą ukrytą tuż pod skórą, pod sercem. To wszystko, całe to rozdarcie między życiem, a zaświatami zostaje subtelnie zilustrowane muzyką niosącą w sobie jednocześnie mroczną tajemnicę i kojącą słodycz.
Danka Milewska "Sonoformy"
2015. Wet Music Rec.
Milewska, pochodząca z Bydgoszczy artystka, performerka, proponuje słuchaczowi pewien rodzaj ekshibicjonizmu duszy i ciała. Będąc w siódmym miesiącu ciąży postanowiła przy pomocy muzycznej materii "uwolnić to co zapisane w ciele". W rezultacie mamy do czynienia z niezwykle intymną i zmysłową, zanurzoną w zaświatowej poetyce impresją nad stanem, uznanym przez wiele kultur jako silnie tabuizowany. Ciąża, bowiem oznaczała na ogół wykluczenie przyszłej matki ze struktur społecznych. Jak pisał Arnold van Gennep "(...) kobieta jest izolowana z dwóch powodów: dlatego, że jest niebezpieczna i nieczysta, albo dlatego, że ciężarna, z fizjologicznego i społecznego punktu widzenia przejściowo znajduje się w stanie anormalnym (...) i traktuje się ją w taki sposób jaki traktuje się chorych, obcych itp." ["Obrzędy przejścia" PIW 2006]. Nieczystość kobiety i przymus odosobnienia, jak podaje z kolei Piotr Kowalski "motywowane były także przez szczególny status, jaki miało nienarodzone dziecko znajdujące się w jej łonie. Należało ono bowiem do sfery zaświatowej i było istotą hybrydyczną." [Leksykon Znaki Świata - Omen, przesąd, znaczenie" PWN 1998].
Podobnej izolacji poddaje się Milewska, która zamyka się w nagraniowym studio, by poddać się symbolicznym egzorcyzmom. Wsłuchuje się zatem w ciało, a głuchota studia nagraniowego sprzyja temu procesowi. Swój niejednoznaczny, z etnologicznego punktu widzenia, status kulturowy, bliski zaświatom ilustruje muzyką. Narzędziem ekspresji jest tu przede wszystkim głos artystki, równie zaświatowy. Momentami szepczący niejasne mantry, innym razem piskliwy jak u wiedźmy, chwilami kuszący i kołysankowy.
Narracja "Sonoform" jest ascetyczna. Artystka dozuje każdy pojedynczy dźwięk instrumentu, oraz z nabożnością celebruje ciszę pomiędzy nimi. Na sugestywność onirycznego nastroju, wpływ mają również elektroniczne drony, generowane przez goszczącego na płycie Artura Maćkowiaka. Na tym tle oszczędnie, pojedynczymi dźwiękami pobrzękują cytra i kalimba, dopełniając całości obrzędu. Na "Sonoformach" gości jeszcze jeden zjawiskowy głos. To Gracula religiosa, gwarek czczony, ptak mimetyczny, z niezwykłym podobieństwem naśladujący dźwięki otoczenia i do złudzenia imitujący ludzką mowę. To on staje się interlokutorem Milewskiej, powiernikiem jej tajemnic i stronnikiem w mrocznych zaświatach.
"Sonoformy" są zapisem intymnego rytuału, przybierającym formę poetyckiego rozmarzenia; melancholii obecnej w każdym dźwięku i w każdym westchnieniu. To także magiczny pakt z siłami natury reprezentowanymi tu bardzo szeroko zarówno pod postacią ptaka, żywych instrumentów wykonanych z naturalnych surowców, lecz przede wszystkim tą najważniejszą ukrytą tuż pod skórą, pod sercem. To wszystko, całe to rozdarcie między życiem, a zaświatami zostaje subtelnie zilustrowane muzyką niosącą w sobie jednocześnie mroczną tajemnicę i kojącą słodycz.
Danka Milewska "Sonoformy"
2015. Wet Music Rec.
wtorek, 24 marca 2015
Brzmienia bydgoskie / Artur Maćkowiak "If it's not real"
Nowa płyta Artura Maćkowiaka, jest znakomitą wizytówką bydgoskiej sceny, zgromadzonej wokół kolektywu Milieu L'Acéphale. Były muzyk Something Like Elvis i Potty Umbrella, doskonale ilustruje swoimi nagraniami ideę brutalizmu magicznego, nagrywając przy tym swoją, jak dotąd najlepszą płytę.
Po wydaniu zeszłorocznej "II" w składzie Innercity Ensemble, oraz po eksperymentach dźwiękowych z Grzegorzem Pleszynskim, Maćkowiak wykorzystał twórczą energię na nagranie kolejnej solowej płyty, zaskakując przy tym słuchaczy ogromną woltą artystyczną. Do tej pory, autorskie albumy muzyka, przybierały formę swobodnej impresji zaaranżowanej na kręgosłupie gitarowej ornamentacji . Na tym tle "If it's not real" okazuje się być materiałem bardzo konkretnym, wymagającym od autora, czegoś więcej niż puszczenia się w wir improwizacji. Na nowej płycie struktura, tematy, dramaturgia zostały rozbudowane i dopracowane z kompozytorskim pietyzmem, a impresja pojawia się jedynie w formie pojedynczych ścieżek.
Punktem wyjścia "If it's not real" jest repetycja, wpływająca zarówno na transowość materiału jak i jego eteryczność. Zapętlone frazy gitary i towarzyszących syntezatorów, natchnione mocnymi motywami melodycznymi, piętrzą gęste faktury dźwiękowe, generują zjawiskowe polifonie, oraz nadają utworom hipnotycznego rytmu, napędzającego fabułę. Tak powstałe fundamenty, zostają oblane partiami klawiszy, malując oniryczne tło, bądź wysuwając się na pierwszy plan, zatapiają utwory w kosmicznym krajobrazie. Kiedy struktura kompozycji wydaje się już na tyle gęsta i spiętrzona, Maćkowiak pobudza ją efektowną ścianą zgiełku ("Some sort of trouble"), albo trzyma w zanadrzu, melodyjny motyw, który sprawia, że muzyczna esencja utworu, nabiera drugiego życia. Jeśli i tego byłoby mało, by dostrzec niezwykłą kreatywność autora, to sięga on jeszcze w dwóch momentach po Tomasza Gadeckiego, który chropowatym saksofonem ekspresyjnie puentuje kompozycje.
Trudno byłoby mi wskazać jakiekolwiek słabsze fragmenty omawianej płyty, solówka Maćkowiaka jest bowiem, nasycona unikalnymi motywami, które świadczą o nietuzinkowym wyczuciu klimatu i dramaturgi. Niemal każdy utwór posiada rys, który nadaje mu ponadczasowego charakteru. Tak jest w "Some sort of trouble", gdzie na fundamencie gitarowych ścieżek, rozlega się reichowska repetycja syntezatorowego motywu. Podobne zjawiskowe uniesienia czekają nas m.in. w "Float on my red eyes" - w postaci generowanych, etnicznych piszczałek; "Where are you Mr Alcando?" - gdzie w drugiej połowie utworu pojawia się transowa pętla klawiszy, czy w "Up ahead" gdzie zarówno "danceflorowy" motyw głównego loopa, przesterowane, sfuzzowane gitary, oraz free jazzowy saksofon Gadeckiego współtworzą ze sobą psychodeliczny spektakl.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że to jak dotąd opus magnum w karierze Maćkowiaka. Sięgnął on bowiem z premedytacją po wszystkie wątki jakie przewinęły się przez kilkanaście lat jego muzycznej działalności. Stworzył materiał ze szczątków estetyk i wykorzystał do zbudowania niezwykle eklektycznej, a przy tym szalenie spójnej koncepcji. Na "If it's not real" spotykają się echa minimal music, krautrockowy nerw, echa free jazzu, nieziemskie krajobrazy koschmiche music, smakowita elektronika, gitarowa muzyka improwizowana, oraz post-rockowe echa Something Like Elvis, czy Potty Umbrella ("Windy song", "The light of the first dance"). I tak jak wspomniałem na początku wpisu, płyta Maćkowiaka, może być doskonałym ambasadorem projektów zorientowanych wokół kolektywu Milieu L'Acéphale. Przenikają tutaj bowiem fluidy ze Starej Rzeki, T'ien Lai, Alamedy, Innercity Ensemble, czy Kapital. Transowość, psychodelia, odrealniona atmosfera, mariaż gitary z elektroniką, malowniczo oddają brutalizm magiczny bydgoskich wizjonerów i profanów.
Nie można pominąć również faktu, że bez produkcji Michała Kupicza "If it's not real" nie posiadałaby, aż tak ogromnej siły oddziaływania. Wąska selektywność, przytłumione brzmienia instrumentów, analogowy szum, wysunięcie na pierwszy plan tonów średnich, w wymarzony sposób zostały dostrojone do częstotliwości gitary i syntezatorów, tworząc osobliwą materią dźwiękową płyty.
Akurat wtedy, kiedy wszystkie oczy po raz kolejny zostały zwrócone na Kubę Ziołka (premiery Kapital, Alameda 5), niespodziewanie pojawia się esencjonalna "If it's not real", która okazuje się jak dotąd najciekawszą z płyt słyszanych przeze mnie w 2015. Maćkowiakowi udało się w pojedynkę zdyskontować artystyczny sukces kolektywnej pracy Innercity Ensemble.
k
ARTUR MAĆKOWIAK - "If it's not real"
2015, Wet Music
Po wydaniu zeszłorocznej "II" w składzie Innercity Ensemble, oraz po eksperymentach dźwiękowych z Grzegorzem Pleszynskim, Maćkowiak wykorzystał twórczą energię na nagranie kolejnej solowej płyty, zaskakując przy tym słuchaczy ogromną woltą artystyczną. Do tej pory, autorskie albumy muzyka, przybierały formę swobodnej impresji zaaranżowanej na kręgosłupie gitarowej ornamentacji . Na tym tle "If it's not real" okazuje się być materiałem bardzo konkretnym, wymagającym od autora, czegoś więcej niż puszczenia się w wir improwizacji. Na nowej płycie struktura, tematy, dramaturgia zostały rozbudowane i dopracowane z kompozytorskim pietyzmem, a impresja pojawia się jedynie w formie pojedynczych ścieżek.
Punktem wyjścia "If it's not real" jest repetycja, wpływająca zarówno na transowość materiału jak i jego eteryczność. Zapętlone frazy gitary i towarzyszących syntezatorów, natchnione mocnymi motywami melodycznymi, piętrzą gęste faktury dźwiękowe, generują zjawiskowe polifonie, oraz nadają utworom hipnotycznego rytmu, napędzającego fabułę. Tak powstałe fundamenty, zostają oblane partiami klawiszy, malując oniryczne tło, bądź wysuwając się na pierwszy plan, zatapiają utwory w kosmicznym krajobrazie. Kiedy struktura kompozycji wydaje się już na tyle gęsta i spiętrzona, Maćkowiak pobudza ją efektowną ścianą zgiełku ("Some sort of trouble"), albo trzyma w zanadrzu, melodyjny motyw, który sprawia, że muzyczna esencja utworu, nabiera drugiego życia. Jeśli i tego byłoby mało, by dostrzec niezwykłą kreatywność autora, to sięga on jeszcze w dwóch momentach po Tomasza Gadeckiego, który chropowatym saksofonem ekspresyjnie puentuje kompozycje.
Trudno byłoby mi wskazać jakiekolwiek słabsze fragmenty omawianej płyty, solówka Maćkowiaka jest bowiem, nasycona unikalnymi motywami, które świadczą o nietuzinkowym wyczuciu klimatu i dramaturgi. Niemal każdy utwór posiada rys, który nadaje mu ponadczasowego charakteru. Tak jest w "Some sort of trouble", gdzie na fundamencie gitarowych ścieżek, rozlega się reichowska repetycja syntezatorowego motywu. Podobne zjawiskowe uniesienia czekają nas m.in. w "Float on my red eyes" - w postaci generowanych, etnicznych piszczałek; "Where are you Mr Alcando?" - gdzie w drugiej połowie utworu pojawia się transowa pętla klawiszy, czy w "Up ahead" gdzie zarówno "danceflorowy" motyw głównego loopa, przesterowane, sfuzzowane gitary, oraz free jazzowy saksofon Gadeckiego współtworzą ze sobą psychodeliczny spektakl.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że to jak dotąd opus magnum w karierze Maćkowiaka. Sięgnął on bowiem z premedytacją po wszystkie wątki jakie przewinęły się przez kilkanaście lat jego muzycznej działalności. Stworzył materiał ze szczątków estetyk i wykorzystał do zbudowania niezwykle eklektycznej, a przy tym szalenie spójnej koncepcji. Na "If it's not real" spotykają się echa minimal music, krautrockowy nerw, echa free jazzu, nieziemskie krajobrazy koschmiche music, smakowita elektronika, gitarowa muzyka improwizowana, oraz post-rockowe echa Something Like Elvis, czy Potty Umbrella ("Windy song", "The light of the first dance"). I tak jak wspomniałem na początku wpisu, płyta Maćkowiaka, może być doskonałym ambasadorem projektów zorientowanych wokół kolektywu Milieu L'Acéphale. Przenikają tutaj bowiem fluidy ze Starej Rzeki, T'ien Lai, Alamedy, Innercity Ensemble, czy Kapital. Transowość, psychodelia, odrealniona atmosfera, mariaż gitary z elektroniką, malowniczo oddają brutalizm magiczny bydgoskich wizjonerów i profanów.
Nie można pominąć również faktu, że bez produkcji Michała Kupicza "If it's not real" nie posiadałaby, aż tak ogromnej siły oddziaływania. Wąska selektywność, przytłumione brzmienia instrumentów, analogowy szum, wysunięcie na pierwszy plan tonów średnich, w wymarzony sposób zostały dostrojone do częstotliwości gitary i syntezatorów, tworząc osobliwą materią dźwiękową płyty.
Akurat wtedy, kiedy wszystkie oczy po raz kolejny zostały zwrócone na Kubę Ziołka (premiery Kapital, Alameda 5), niespodziewanie pojawia się esencjonalna "If it's not real", która okazuje się jak dotąd najciekawszą z płyt słyszanych przeze mnie w 2015. Maćkowiakowi udało się w pojedynkę zdyskontować artystyczny sukces kolektywnej pracy Innercity Ensemble.
k
ARTUR MAĆKOWIAK - "If it's not real"
2015, Wet Music
poniedziałek, 17 listopada 2014
Medytacje nad drewnianą rybą / Artur Maćkowiak, Grzegorz Pleszynski "A Sound of the Wooden Fish"
Wydany wiosną tego roku "Rock & Roll History of Art" bydgoskiego performera, muzyka i improwizatora Grzegorza Pleszynskiego, był błyskotliwą próbą transkrypcji awangardowej sztuki na język muzyki, ujętą w elastyczne ramy post-yassowej artykulacji. Na wydanej właśnie przez Wet Music płycie "A Sound of the Wooden Fish", nagranej wespół z Arturem Maćkowiakiem, koncept zostaje zastąpiony improwizacją, wprowadzającą muzyków w stan dźwiękowej medytacji. "Nagrania powstały podczas jednej, improwizowanej sesji. Za jednym
podejściem nagraliśmy cały materiał, poddając się tej wyjątkowej
energii, która się wtedy wytworzyła" - wspominają we wkładce albumu muzycy.
Współpraca miedzy Pleszynskim i Maćkowiakiem, przebiega na tej płycie w doskonałej symbiozie i jak na improwizację, zaskakuje niezwykle spójną strukturą, płynną narracją i gęstą materią dźwiękową. Oparta na intuicji muzyków, skondensowana wypowiedź, została zaprezentowana szeregiem długich, linearnych, pojawiających się i znikających ambientowych ścieżek. Dronowe, pulsujące tła złożone z tężejących pogłosów stanowią oś trzech kompozycji, na którą nawlekane są; transowe, syntetyczne bębny, elektroniczne szelesty, spreparowane dzwonki, oraz stanowiące osnowę albumu, elementy zaimprowizowane przez muzyków, na charakterystycznych dla nich instrumentach. Gitara Maćkowiaka rozbrzmiewa wachlarzem faktur i ornamentacji, kreśląc rozmyte pogłosem kontury kompozycji. Jej artykulacja i tembr nadaje utworom określonego charakteru; wybrzmiewając w zamglonych, amorficznych plamach (part I), połyskując świetlistymi pasażami (part II), czy skręcając w stronę alt countrowych wątków (part III). Tak rozpiętą paletę hipnotycznych plam i rytmów Pleszynski dopełnia wokalnymi zaśpiewami, oraz dochodzącymi ze specjalnie spreparowanej trąbki (ustnik, długi plastikowy wąż, lejek spożywczy) przeciągłymi sygnałami, które momentami ewoluują w melodyjne szkice. Do zaimprowizowanych kompozycji, już w fazie postprodukcyjnej dodane zostały jeszcze ścieżki, wyryte drapieżnym i zdecydowanym brzmieniem klarnetu Jerzego Mazzola.
Nad nagraniem unosi się atmosfera buddyjskiego rytuału, wyraźnie zaznaczona brzmieniem i artykulacją poszczególnych instrumentów. Przeciągła i przenikliwa trąbka Pleszynskiego, udanie wciela się w brzmienie piszczałki kangling - buddyjskiego instrumentu modlitewnego, wykonywanego z ludzkich kości udowych. Z kolei dronujące brzmienie klarnetu Mazzola, nawiązuje do nabożnych dźwięków trąb rag dung. Jeśli wziąć również pod uwagę, wymienione wcześniej liturgiczne dzwonki, transową strukturę utworów, oraz tytułowe odniesienie do innego z instrumentów rytualnych - drewnianej ryby - to dźwiękowy dialog instrumentalistów, nabiera znamion duchowego uniesienia, czy wręcz muzycznej modlitwy.
"A Sound of the Wooden Fish" jest owocem długoletniej współpracy duetu Pleszynski - Maćkowiak, opartej na doświadczeniu i intuicyjnej więzi łączącej artystów. Ich eteryczne i powściągliwe improwizacje emanują barwami, przenikających się instrumentów, które pobudzone transowym pulsem, hipnotyzują słuchacza, pozwalając mu wraz z twórcami zatopić się w ambientowych medytacjach.
ARTUR MAĆKOWIAK GRZEGORZ PLESZYNSKI - "A Sound of the Wooden Fish"
2014, Wet Music
Współpraca miedzy Pleszynskim i Maćkowiakiem, przebiega na tej płycie w doskonałej symbiozie i jak na improwizację, zaskakuje niezwykle spójną strukturą, płynną narracją i gęstą materią dźwiękową. Oparta na intuicji muzyków, skondensowana wypowiedź, została zaprezentowana szeregiem długich, linearnych, pojawiających się i znikających ambientowych ścieżek. Dronowe, pulsujące tła złożone z tężejących pogłosów stanowią oś trzech kompozycji, na którą nawlekane są; transowe, syntetyczne bębny, elektroniczne szelesty, spreparowane dzwonki, oraz stanowiące osnowę albumu, elementy zaimprowizowane przez muzyków, na charakterystycznych dla nich instrumentach. Gitara Maćkowiaka rozbrzmiewa wachlarzem faktur i ornamentacji, kreśląc rozmyte pogłosem kontury kompozycji. Jej artykulacja i tembr nadaje utworom określonego charakteru; wybrzmiewając w zamglonych, amorficznych plamach (part I), połyskując świetlistymi pasażami (part II), czy skręcając w stronę alt countrowych wątków (part III). Tak rozpiętą paletę hipnotycznych plam i rytmów Pleszynski dopełnia wokalnymi zaśpiewami, oraz dochodzącymi ze specjalnie spreparowanej trąbki (ustnik, długi plastikowy wąż, lejek spożywczy) przeciągłymi sygnałami, które momentami ewoluują w melodyjne szkice. Do zaimprowizowanych kompozycji, już w fazie postprodukcyjnej dodane zostały jeszcze ścieżki, wyryte drapieżnym i zdecydowanym brzmieniem klarnetu Jerzego Mazzola.
Nad nagraniem unosi się atmosfera buddyjskiego rytuału, wyraźnie zaznaczona brzmieniem i artykulacją poszczególnych instrumentów. Przeciągła i przenikliwa trąbka Pleszynskiego, udanie wciela się w brzmienie piszczałki kangling - buddyjskiego instrumentu modlitewnego, wykonywanego z ludzkich kości udowych. Z kolei dronujące brzmienie klarnetu Mazzola, nawiązuje do nabożnych dźwięków trąb rag dung. Jeśli wziąć również pod uwagę, wymienione wcześniej liturgiczne dzwonki, transową strukturę utworów, oraz tytułowe odniesienie do innego z instrumentów rytualnych - drewnianej ryby - to dźwiękowy dialog instrumentalistów, nabiera znamion duchowego uniesienia, czy wręcz muzycznej modlitwy.
"A Sound of the Wooden Fish" jest owocem długoletniej współpracy duetu Pleszynski - Maćkowiak, opartej na doświadczeniu i intuicyjnej więzi łączącej artystów. Ich eteryczne i powściągliwe improwizacje emanują barwami, przenikających się instrumentów, które pobudzone transowym pulsem, hipnotyzują słuchacza, pozwalając mu wraz z twórcami zatopić się w ambientowych medytacjach.
ARTUR MAĆKOWIAK GRZEGORZ PLESZYNSKI - "A Sound of the Wooden Fish"
2014, Wet Music
Subskrybuj:
Posty (Atom)




