Kaskady smutku i melancholii spływają tu z każdego dźwięku, a nastrój przygnębienia szybko udziela się słuchaczowi. A jednak to piękny i inspirujący album.
Dziesięć lat temu w wytwórni Monotype ukazała się jedna z moich ulubionych płyt rodzimej elektroniki „Drafts” Dawida Szczęsnego. Niezwykle skromna, ciepła, cicha, melancholijna. Słychać na niej zarówno inspiracje muzyką Erika Satie, field recordingiem jak i glitchową berlińską elektroniką (wcale nie zdziwiłem się kiedy algorytm Youtube po kompozycji Szczęsnego wyrzucił mi utwór Jana Jelinka z płyty „Loop Finding Jazz Records”). Pamięć o płycie zaginęła, między innymi w cieniu projektów, które zdobyły sobie dość dużą rozpoznawalność na scenie rodzimej muzyki alternatywnej (Niwea). Jednak Szczęsny pomimo licznych muzycznych epizodów, wciąż pozostaje twórcą niezwykle wrażliwym, nagrywającym kameralne, nastrojowe elektroniczne nokturny. Udowadnia to wydana we wrześniu trzecia płyta jego solowego projektu Normal Echo; „Kaskady”.
Szczęsny zawsze miał znakomite ucho i talent do adaptowania do swoich potrzeb elektronicznych estetyk, co prawda z lekkim opóźnieniem do obowiązujacych trendów, ale z dużym znawstwem tematu i producenckim wyrafinowaniem. Click'n'cuts („Drafts”), ascetyczny hip hop z Anticon (Niwea). W tym kontekście „Kaskady” jawią mi się jako autorska interpretacja estetyki vaporwave, podana w oryginalnej formie quasi–popowej piosenki. Rozmyte, lekko kiczowate barwy syntezatora Yamaha; syntetyczne chorusy, plastikowe brzmienia, przywodzą chwilami na myśl fundamentalne dla gatunku albumy Daniela Lopatina, Jamesa Ferraro, czy Macintosh Plus. Sięgnięcie do repozytorium vaporwave'owych brzmień będących kwintesencją melancholii i zagubienia w cyfrowym oceanie, nie jest wyborem tylko estetycznym. Na wskroś syntetyczny akompaniament sprawdza się jako doskonały nośnik neurotycznych tekstów śpiewanych przez Szczęsnego.
Aranżacja muzyczna „Kaskad” wykreowana z palety ciepłych dźwięków, paradoksalnie tworzy chłodny klimat, korespondujący z intymnym i niepokojącym nastrojem piosenek. Mają rację zatem Bartek Chaciński i Jarek Szczęsny przywołując skojarzenia z twórczością Janerki, Ciechowskiego, czy Króla. Twórczość wszystkich wymienionych najeżona jest bowiem licznymi neurozami, znajdującymi swe ujście w oszczędnym akompaniamencie.
Wokal Dawida Szczęsnego na tle podkładów wydaje się wręcz przeźroczysty. Nieśmiały, wysoki, łagodny. Jednak ładunek emocjonalny tkwiący w tym głosie jest ogromnego kalibru. Pobrzmiewa w nim dojmujący smutek i niepewność, która wyraża się najpełniej mroczną poetyką tekstów. „Kaskady” otwiera sentencja „Zapewniam wszystkich o moich dobrych intencjach / Przyrzekam na zawsze przejmować się wszystkim”, która niejako narzuca pozostałym piosenkom przygnębiającą perspektywę. Teksty kolejnych utworów nie pozostawiają złudzeń co do stanu ducha autora; dojmujący pesymizm („z daleka oglądam i od dawna wiem że wszystko skończy się źle"); wypalenie zawodowe („zostać tu, kiedy cały świat się trzęsie, muszę zostać tu, porównywać wyniki z wczoraj z dzisiejszym stanem rzeczy, rozkazy przychodzą pocztą prosto w serce”; „wyścig po ostateczne dobra, wyścig już tylko do końca dnia” ); czy wręcz schizofrenia („do wyboru mam światy, które sobie wymyślę”; „Ja stoję na baczność i słucham rozkazów zza pleców tylko dla mnie”; „z ukrytym urojeniem zamienisz się miejscami”). Mimo wszechobecnej traumy ukrytej w muzyce, głosie i w tekstach nie można jednak odmówić piosenką Szczęsnego osobliwego uroku. Zawarta w nich intymność, emocjonalny ekshibicjonizm są szczere i bezpretensjonalne. Gorzki, ale i piękny ten smutek.
Bohater, podmiot liryczny „Kaskad” to osoba wrażliwa, rozczarowana otaczającym światem, przytłoczona traumą i zapatrzona w swoje zranione wnętrze. Myśląc o nim przed oczami stają mi obrazy Edwarda Hoppera i przedstawione na nich postacie. Nieobecne, zawisłe w melancholii, z poczuciem straty rysującej się na twarzach. Otaczająca je rzeczywistość jest projekcją ich dusz. Wnętrza i krajobrazy co prawda mienią się kolorami i wibrują światłem, ale pod tą warstwą skrywają posępne tajemnicę. Powietrze jest ciężkie, pełne napięcia, zadumy i samotności. Zarówno w malarstwie Hoopera, jak i w tekstach Szczęsnego istotnym elementem są okna. Autor śpiewa: „Dom się zbliża ciężko oknami w noc” („Dom idzie”); „Spóźnione osoby mają cały świat za szybą” („Za szybą”); „Po obudzeniu, idą za oknem dachy wysokich budynków" („Hotele”). Nie trzeba długo przeglądać albumy Hoppera, aby bezpośrednio powiązać obrazy Amerykanina ze wspomnianymi wersami (kolejno: „Pokoje do wynajęcia” 1945; „Okno w hotelu” 1956; „Biuro w małym miasteczku” 1953). Warto zaznaczyć, że również w solowej twórczości drugiego z członków Niwei, okno stanowi istotny punkt odniesienia w twórczości. U Bąkowskiego w „Telegazie” jest kadrem, z którym artysta przycina rzeczywistość. U Szczęsnego, podobnie jak u Hoppera okno jest projektorem wyświetlającym krajobraz wewnętrzny bohaterów.
„Kaskady” Szczęsnego domykają neurotyczną trylogię, w skład której wchodzą dwa inne tegoroczne wydawnictwa Latarni; „No Fun” Piernikowskiego i „Gruda” 1988. Wszystkie trzy płyty łączy posępna atmosfera, mroczny, pełen melancholii klimat, poczucie niedopasowania, czy wręcz wyautowania z otaczającej rzeczywistości. W przypadku płyty Normal Echo smutek w polskiej muzyce już dawno nie był tak dojmujący, a zarazem tak urzekający.
NORMAL ECHO „Kaskady”
2017, Latarnia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vaporwave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vaporwave. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 listopada 2017
wtorek, 4 października 2016
Wszystko gra / Wszystko "AAAA!!! aaa..."
"AAAA!!! aaa..." to pierwsze winylowe wydawnictwo, które ukazało się sumptem poznańskiej wytwórni Rec.Out Label. Autorem albumu jest Mikołaj Tkacz ukrywający się pod wszystko mówiącym pseudonimem Wszystko. Tkacz to artysta wizualny, performer, oraz producent muzyczny, posługujący się wielce osobliwym sposobem ekspresji balansującym między prymitywizmem, ironią, przerysowaniem i deformacją.
W komunikacie prasowym towarzyszącym wydawnictwu, przeczytać możemy, że jest ono utrzymane "tym razem w klimacie mocno eksperymentalnym". Faktycznie jeśli weźmiemy pod uwagę dotychczasowy repertuar i artystów nagrywających dla poznańskiego labelu (m.in. Kuba Sojka, Bueno Bros, An On Bast) "AAAA!!! aaa..." na tym tle jest wybitnie awangardową realizacją. Co zabawne, dla słuchaczy zaznajomionych choć trochę z muzyką Tkacza (Wszystko, Herr Rubin, Ansicht von Osten) materiał jest niewątpliwie jedną z bardziej przystępnych propozycji.
Śmiało można założyć, że Wszystko dopasował się nieco do profilu labelu, choć oczywiści na swoich zasadach. Mamy więc do czynienia z wariacją na temat tanecznych wątków elektroniki, w której dokonuje się śmiała dekonstrukcja klubowych schematów. Antyestetyka, którą posługuje się Tkacz jest umyślnie naiwna, podszyta ironią i przepuszczona przez swoiste poczucie humoru twórcy. Mocne zazwyczaj elementy rytmiczne zostają na "AAAA!!! aaa..." odrzucone na rzecz człapiących plasknięć, czy kulejących stukotów. W zastępstwie wyrazistych danceflorowych lejtmotywów usłyszeć można przaśne syntezatorowe melodie, akordy rodem z syntezatorowych presetów, wulgarnie wycięte sample nadające utworom groteskowej dramaturgii, czy vaporwave'owe wyziewy chorusów. Z kolei zamiast charakterystycznych w muzyce klubowej przebojowych wokali znalazły się tytułowe onomatopeje, pojękiwania, murmuranda, czy przechwycone z filmików na You Tube niewyraźne wokalizy. Te wszystkie elementy, jak i każdy z osobna mogą stanowić znakomity pretekst do odrzucenia tej płyty przez dotychczasowych fanów repertuaru Rec.Out label, a już z pewnością są w stanie doprowadzić do białej gorączki typowego klubowicza. Tymczasem Mikołaj Tkacz znakomicie orientuje się w regułach rządzących klubowymi estetykami, słychać to szczególnie w sposobie rozkładania napięć, budowania dramaturgi i klimatu. Bo choć wszystkie elementy są tu wyciągnięte z eklektycznego, popkulturowego second handu, to całość sprawia wrażenie spójnej, przemyślanej koncepcji.
Z pozoru odstręczająca swym dźwiękowym prymitywizmem "AAAA!!! aaa..." zaskakuje dadaistyczną wyobraźnią autora. Warto poświęcić czas, aby wniknąć w unikalną poetykę Tkacza łączącą w sobie kiczowaty urok plądrofonii, prymitywizm outsider music i deformację typową dla artystów z nurtu post techno. Nad wszystkimi tymi poczynaniami unosi się surrealistyczny humor rodem z gabinetu luster, w którym odbicie rzeczywistości okazuje się być karykaturalnym, na poły śmiesznym na poły strasznym obrazem.
Mikołaj Tkacz, ze swoją oryginalną wizją artysty, konsekwentnie wcielaną w życie jest dla mnie Maciejem Sieńczykiem polskiej elektroniki. Poetyka kreowana przez obu dżentelmenów jawiąca się z pozoru jako zrozumiała i czytelna, po chwili obcowania z nią wrzuca w głęboką surrealistyczną otchłań. Warto dotknąć tej "dziwności", dać się jej uwieść, skonfundować i zahipnotyzować jej niezaprzeczalnym urokiem.
To Wszystko.
WSZYSTKO "AAAA!!! aaa..."
2016, Rec.Out Label
piątek, 18 kwietnia 2014
Azja oczami Fatimy / Fatima Al Quadiri - "Asiatich"
Dawno na łamach tego bloga nie gościła muzyka ze świata. Podobnie jak pod koniec ubiegłego roku moje słuchanie zostało zaabsorbowane bowiem produkcjami krajowymi. Sprzyja temu fakt, że tegoroczne rodzime wydawnictwa utrzymują wysoki poziom artystyczny sprzed roku. Natomiast 2014 w muzyce zagranicznej, w moim mniemaniu wydaje się być jak dotąd mało interesujący. Biorąc pod uwagę ten sam okres ubiegłego roku, kiedy słuchaczy rozpalały muzyczne powroty starych mistrzów, przeplatane ukazującymi się co kilka dni świetnymi debiutami, to w tegorocznej muzyce na świecie ukazało się naprawdę niewiele albumów, które na dłużej przykułoby moją uwagę (może za wyjątkiem płyty Zary McFarlane). Co ciekawe, jako że ubiegły rok minął pod hasłem "najbardziej oczekiwany powrót", "najmocniej oczekiwana premiera" to szczerze powiedziawszy w 2014 tych zaklęć jeszcze nie odnotowałem. Podobnie rzecz ma się z prorokowaniem najlepszej płyty roku. Jak sięgam pamięcią zeszłego kwietnia mieliśmy już do czynienia z kilkoma mocnymi typami, w tym na takie wyrokowanie jeszcze się nie natknąłem. Być może ciekawie dzieje się w gatunkach, które omijam (głównie gitary i hip hop), a może straciłem czujność i wrażliwość koncentrując się jedynie na wydawnictwach polskich? Może wy macie już jakieś poważne typy AD 2014 w muzyce zagranicznej?
Warto jednak, choćby w minimalnym stopniu nadrobić kosmopolityczne zaległości zwłaszcza, że znalazł się ku temu świetny pretekst w postaci debiutanckiej płyty Fatimy Al Quadiri, której premiera zbiegła się z dziesiątymi urodzinami Hyperdub. Choć w trakcie dekady działalności londyński label wydawał już albumy bardziej wizjonerskie i przenikliwe, niejednokrotnie zmieniające paradygmat muzyki elektronicznej, to długogrający debiut Kuwejtki jest materiałem godnym świętowania tych równych urodzin. W intrygujący sposób godzi bowiem zawartość konceptualną z wysokim poziomem wykonawczym, do którego zarówno wytwórnia jak i Al Quadiri przyzwyczaili już swoich słuchaczy.
Konceptem, który stoi za nagraniem "Asiatich" jest refleksja nad mechanizmami adaptowania kultury wschodu przez popkulturę, oraz tworzenia i bezmyślnego rozpowszechniania kulturowych klisz, czy skrótów myślowych w jakich jedna kultura dostrzega i opisuje inną. Priorytetem dla Al Quadiri jest ukazanie bezradności i bezsensowności przekładania jednego kręgu kulturowego narzędziami drugiego, którego rezultatem jest wypaczenie, pastisz i niemożność istnienia poza stereotypami.
Sama artystka w wywiadzie udzielonym Janowi Szubrychtowi z T-Mobile Music ujmuje to tak: "Dzięki studiom lingwistycznym zrozumiałam własną tożsamość, wiele dowiedziałam się o naturze ludzkiej i o tym, jak wyraża się w języku. To naprawdę fascynujące, choć zarazem dość skomplikowane. Dowiedziałam się na przykład, jak wiele stereotypów zakorzenionych jest w języku, jak trudno nam czasem zrozumieć obce kultury, tylko dlatego, że do ich opisania posługujemy się pojęciami, które są fałszywe."
W koncepcji kompozycyjnej i brzmieniowej realizowanej przez Al Quadiri nie doszło do radykalnych zmian od czasów epek "Genre-Specific Xperience" i "Desert Strike". Co prawda producentka wycyzelowała kompozycje, nadała im więcej (orientalnej?) przestrzeni i przejrzystości jednak nadal mamy do czynienia z brzmieniem lawirującym na styku widmowej, syntezatorowej estetyki vaporwave, zrytmizowanej oszczędnymi (para-dubstepowymi, grime'owymi, czy nawet trip-hopowymi) syntetycznymi perkusjonaliami. Namiętnością artystki nadal pozostają "plastikowe" chorusy, oszczędne, syntezatorowe melodie, gęste basy typowe dla bass music, czy charakterystyczne brzmienie instrumentu steel-pan. Miękkie, atłasowe stopy, hi-haty, snare'y i tom-tomy wysubtelniające sekcję rytmiczną dopełniają koncepcję dźwiękową Al Quadiri. Dynamika, oraz oszczędna rytmika "Asiatich" wydaje się imitować dźwięki tradycyjnych azjatyckich perkusjonaliów, pozostawiając przestrzeń na ich spokojne wybrzmiewanie, a warstwa melodyczna subtelnie nawiązuje do chińskich instrumentów strunowych. Kompozycje ubarwiają mandaryńskie wokalizy, zaś klawiszowe motywy orientalnych melodii przemycają nawet bliskowschodnie inklinacje tworząc z całości multikulturowy miszmasz.
Koncept Fatimy Al Quadiri realizowany w ramach albumu "Asiatich" obrazuje fetyszyzację kultury wschodu i demistyfikuje klisze jakimi posługuje się popkultura, aby opisać Azję. Słyszymy zatem Azję spauperyzowaną, spełniającą nasze wyobrażenie o niej, wyimaginowane przez samą popkulturę. W opowieści Al Quadiri obcujemy z orientalną krainą kojarzoną często jedynie z chińskim jedzeniem "Szechuan", wytatuowanymi motywami smoków "Dragon Tattoo", wysokogórskimi klasztorami sztuk walki ("Wudang") spopularyzowanymi i wypaczonymi przez hip-hopowy Wu Tang Clan (nawiązując inspiracjami do Shaolin przybrali nazwę konkurującego klasztoru Wudang Shan?), czy tandetnymi podróbkami ("Shanzhai"). Ten ostatni z przykładów został zmyślnie zrealizowany przez Al Quadiri w utworze otwierającym płytę, jako cover coveru, czyli podróba najbardziej znanej interpretacji piosenki Prince'a "Nothing compares 2 U" wykonywanej przez Sinéad O'Connor.
(Swoją intertekstualną grę Al Qadridi prowadzi również na płaszczyźnie językowej "Asiatich". Rzekomo, (nie jestem w stanie jednak tego osobiście dowieść) wszystkie teksty w języku mandaryńskim są na tej płycie absurdalnymi, wypaczonymi z sensu kolażami, które jednak nie przeszkadzają w zachłystywaniu się lingwistycznym ignorantom dźwięcznością tego języka, łykającym nonsensowne wersy utworów niczym uduchowioną orientalną mantrę)
Płyta "Asiatich" ma ambicje opisać jak obcując w ramach kultury masowej z rządzącą się zupełnie innymi kodami cywilizacją (w tym przypadku chińską) mamy do czynienia jedynie z symulakrą, gdzie wyimaginowany obraz przesłania rzeczywistość, tworząc fantomowe ikony, którymi bezrefleksyjnie karmi się popkultura.
Oczekiwany debiut Al Quadiri to muzycznie bardzo przejrzysty i spójny album, zachwycający brzmieniem i intrygujący konceptualną otoczką. Zwartych, starannie zrytmizowanych kompozycji, oszczędnych w środki wyrazu i nieprzeładowanych, ani dźwiękami, ani emocjami słucha się z zapartym tchem, bez trudu dając uwieść się (sfingowanej) atmosferze orientu.
FATIMA AL QUADIRI - "Asiatich"
2014, Hyperdub
(Swoją intertekstualną grę Al Qadridi prowadzi również na płaszczyźnie językowej "Asiatich". Rzekomo, (nie jestem w stanie jednak tego osobiście dowieść) wszystkie teksty w języku mandaryńskim są na tej płycie absurdalnymi, wypaczonymi z sensu kolażami, które jednak nie przeszkadzają w zachłystywaniu się lingwistycznym ignorantom dźwięcznością tego języka, łykającym nonsensowne wersy utworów niczym uduchowioną orientalną mantrę)
Płyta "Asiatich" ma ambicje opisać jak obcując w ramach kultury masowej z rządzącą się zupełnie innymi kodami cywilizacją (w tym przypadku chińską) mamy do czynienia jedynie z symulakrą, gdzie wyimaginowany obraz przesłania rzeczywistość, tworząc fantomowe ikony, którymi bezrefleksyjnie karmi się popkultura.
Oczekiwany debiut Al Quadiri to muzycznie bardzo przejrzysty i spójny album, zachwycający brzmieniem i intrygujący konceptualną otoczką. Zwartych, starannie zrytmizowanych kompozycji, oszczędnych w środki wyrazu i nieprzeładowanych, ani dźwiękami, ani emocjami słucha się z zapartym tchem, bez trudu dając uwieść się (sfingowanej) atmosferze orientu.
FATIMA AL QUADIRI - "Asiatich"
2014, Hyperdub
środa, 29 stycznia 2014
Chocholi taniec Actress / Actress - "Ghettoville"
Według deklaracji Darren'a J. Cunningham'a "Ghettoville" to ostatni album sygnowany nazwą Actress. Myślę, że to faktycznie odpowiednia chwila aby zakończyć eksplorację tego projektu. Słuchając bowiem nagrań pochodzących z właśnie wydanej płyty odnoszę wrażenie, że w estetyce którą Cunningham realizuje od 2008 nie można posunąć się dalej, aby nie otrzeć się o autoplagiat, a nawet karykaturę własnego stylu. Z każdej minuty "Ghettoville" wyziera nieodparte wrażenie doprowadzenia do ekstremum, oraz wyczerpania introwertycznej formuły dekonstrukcyjnych eksperymentów brytyjskiego producenta.
Przedzieranie się przez pierwszą część "Ghettoville" wymaga monstrualnego samozaparcia, a dotarcie do esencji albumu nie przychodzi łatwo. Ociężałe tempa, mroczna monotonia zapętlonych fragmentów, oraz pozbawione kulminacji nużące kompozycje, to solidna przeszkoda, na której nie jeden ze słuchaczy zakończy swoją przygodę z albumem. Trzeba jednak przyznać, że ten uważany przez wielu za wizjonera nowych brzmień producent nigdy nie kokietował swoich słuchaczy, dawkując im dotąd trzy mało przystępne albumy na których w nietuzinkowy sposób budował odhumanizowany, muzyczny wszechświat łączący eksperymentalną elektronikę z muzyką klubową. Jednak jego ciężka i zawsze wymagająca muzyka przybiera na "Ghettoville" jeszcze drażliwszy i mroczniejszy klimat. Czy ciekawszy?
Znany dotąd z niezwykle charakterystycznego stylu Cunningham, tym razem dał się złowić na chwilową modę na toporny i śmieciożerny mikrogatunek muzyki elektronicznej vaporwave. Całą pierwszą część albumu stanowi interpretacja tej estetyki przefiltrowana przez destrukcyjną metodę twórczą Actress. Pierwsze sześć utworów to głównie kompozycje tożsame z fascynacjami jakimi karmi się vaporwave. Oparte na wygrzebanych z wysypiska popkultury fragmentach kompozycji niezidentyfikowanych (w tym konkretnym przypadku) wykonawców są dramatycznie spowalniane i poddawane dalszej bezkompromisowej dekonstrukcji. Flegmatyczne, irytujące pętle snują się powolnie w kilkuminutowych pochodach przybrudzone cyfrową kompresją wyciskającą z wyciętych fragmentów wszystkie brzmieniowe walory, pozostawiając z nich jedynie dźwiękowe ochłapy. Zniekształcone dźwięki przywodzą na myśl kiepską empetrójkę w jakości 96 - 128 kpbs, czyli w formacie dość często spotykanym w przenośnych urządzeniach przeciętnych słuchaczy muzyki.
W rezultacie tej dramatycznej muzycznej destrukcji (zwolnienia i zniekształcenia) zmienia się też charakter muzyki. Funkowe, hip-hopowe, czy trip-hopowe próbki wyjściowe, które zostały użyte przez Cunninghama, niczym za sprawą radioaktywnego promieniowania mutują w pełzające amuzyczne twory, które swym przysadzistym, metalicznym brzmieniem, monotonnym rytmem tępych uderzeń, fabrycznymi pogłosami i wszechobecnymi szumami nieodłącznie kojarzą się z industrialną estetyką (
"Forgiven", "Contagious").
W tych fragmentach Actress jawi się niemal jako spadkobierca industrialnych idei sprzed 40 lat, który swoją kontrkulturową postawą artystyczną wyraża sprzeciw wobec popkulturowego status quo.
Jednak nie ma co mydlić sobie oczu, bowiem w muzycznej materii pierwsza część "Ghettoville" ma słuchaczowi nie wiele do zaoferowania, a gest twórczy Cunningham'a wydaje się, aż na zbyt prymitywny. Ograniczając swoją rolę jako kompozytora jedynie do zwolnienia i zniekształcenia już istniejących kompozycji producent stawia się w roli naciągacza i hochsztaplera, zwłaszcza, że efekt jego dekonstrukcji jest mało przekonujący.
Ciekawiej robi się na szczęście od utworu "Our" choć i w drugiej części "Ghettoville" nie mamy do czynienia z niczym, czego byśmy już w muzyce Actress nie usłyszeli. I choć nie robi się ani na chwilę lżej i przestrzenniej, kompozycje nadal oparte są na długich repetycjach, a narkotyczna atmosfera jeszcze wzmaga swą obecność to wreszcie możemy docenić większe zaangażowanie Cunninghama w tworzenie materiału. Quasi-melodyjność zaczyna przebijać się do kompozycji, które zaczynają nabierać również zwartych kształtów i zdecydowanego rytmu.
W tym nieokreślonym letargu, będąc na skraju obłąkania i otumanienia docieramy wreszcie do dynamicznego epicentrum tego albumu; utworów "Gaze" i "Skyline". Kto potrafi może rzucić się do tańca zachłystując się chwilą wytchnienia od traumatycznego ciężaru "Ghettoville" i otrzeźwiającym kontaktem z "bezpiecznym" i rozpoznawalnym elementem kompozycji jakim jest pojawienie się zdecydowanego metrum 4/4. "Skyline" oparte na osamotnionym housowym akordzie niskiego basu zatopionego w industrialnych pogłosach jest kwintesencją stylu wypracowanego przez Cunningama i (w moim mniemaniu) jednym z najlepszych nagranych przez niego utworów. Jest ciężko, duszno, narkotycznie, niejednoznacznie, widmowo, ale zarazem tanecznie i transowo. To karkołomne połączenie deep house'u z fabrycznym echemi i metalurgicznymi szumami jest kwintesencją perwersyjnego piękna dekonstrukcji muzyki klubowej będącej od kilku lat artystyczną sygnaturą Actress.
"Ghettoville" na wskroś przeniknięte jest perwersją. Zarówno brzmieniowo jak i kompozycyjnie. "Zwolnione" fragmenty płyty mają w sobie charakter pornograficznej wiwisekcji z perwersyjną potrzebą wojeryzmu wulgarnie wyeksponowanych detali. Z kolei zniszczone brzmienie i toporna repetycja ma hipnotyczną moc wprowadzania słuchacza w stan umysłowego odrętwienia. "Ghettoville" obezwładnia psychodeliczną atmosferą sączącą się ze słuchawek, wywołując stan stuporu. To chocholi taniec, transowy, otumaniający, pozbawiający sił psychicznych i witalnych.
Jakże groteskowo w takiej scenerii brzmi nawoływanie "Don't stop love music" zapętlonego dziewczęcego głosu w utworze "Don't"
ACTRESS - "Ghettoville"
2014, Ninja Tune
piątek, 11 października 2013
Hiperrealizm cyfrowy / Oneohtrix Point Never - "R Plus Seven"
Nowa płyta Daniel'a Lopatin'a
(Oneohtrix Point Never) choć przy pierwszych przesłuchaniach
wydaje się nielogiczna, kiczowata i absurdalnie abstrakcyjna, po kilku kolejnych wydaje się
już przystępna i melodyjna. Nie kokietuje z taką mocą jak zanurzona w
melancholijnych, ambientowych, i quasi jazzowych pasażach "Replica"
ale i tak hipnotyzuje wciągając do kolejnych odsłuchów. "R Plus Seven" kontynuuje namiętność artysty do fetyszyzacji
muzyki i dźwięków. Podobnie jak wcześniejsze albumy Lopatina swoją mocą oddziaływania
sięga daleko poza muzykę wpisując się w szeroki kontekst sztuki krytycznej, która nie
oddziałuje w pełni, bądź nie jest zrozumiała bez nadbudowy w postaci ideologicznego komentarza.
Po ostatnim albumie "Replica" który był, nastrojowym kolażem reklam telewizyjnych z lat 80tych przyszedł czas na cyfrową nostalgię nad początkiem lat 90tych, radośnie naiwną estetyką new age eksponowaną dwie dekady temu jako pseudo-filozoficzny komentarz nad właśnie rozprzestrzeniającymi się technologiami cyfrowymi i raczkującą społecznością internetową.
Aby dobrze zrozumieć zarówno album "R Plus Seven" jak i idee których jest nośnikiem najlepiej zestawić go z towarzyszącą jej oprawą wizualno-graficzną. Odpowiadają za nią m.in. Jacob Ciocci, Takeshi Murata i Nate Boyce artyści reprezentujący mariaż nowych sztuk inspirowanych internetem (datamoshing, gif, electronic art, net art) z grafiką i video artem, przedstawionych w formie krytycznej metanarracji. Wszyscy oni budują abstrakcyjną, choć koherentną wizję cyfrowej utopi, chętnie sięgając po takie kategorie estetyczne jak kicz, czy hiperrealizm. Daniel Lopatin odnajduje ów hiperrealizm w audiosferycznych śmieciach, w absurdalnych dźwiękowych tłach i "czasoumilaczach", ilustrujących natrętnie nasze codzienne czynności i dodając im przez to jakiejś niedorzecznej dramaturgi. Elevator music, wszechobecne dżingle, reklamy, nastrojowe ścieżki dźwiękowe z hipermarketów, relaksacyjne melodie salonów sprzedaży, dzwonki telefonów, czy sygnały powiadomień. To całe panopticum dźwięków zanieczyszczających audiosferę człowieka, będące śmietnikiem czasów nadprodukcji stało się centrum zainteresowań jakie Lopatin realizuje w swoich licznych projektach. Fabryczne brzmienia syntezatorów, tanie presety imitujące żywe instrumenty (gitarę, saksofon, pianino), patetyczne arpeggia, kościelne organy, chorusy zastępujące anielskie śpiewy to z kolei dźwięki jakimi chętnie się posługuje artysta do budowania imitacji rzeczywistości widzianej w hipercyfrowym zwierciadle. OPN uprawia dźwiękowy recykling nie upiększając i nie maskując dźwiękowego kiczu jakim jest jego budulec. Przy użyciu takiej unikalnej palety dźwięków, kompozycje OPN osiągają wymiar surrealistycznych kolaży, w których pobrzmiewają echa new aeg'owego ambientu lat 90tych jak choćby Future Sound Of London. Podobnie jak na hiperrealistycznych obrazach Muraty pełnych optycznych złudzeń imitujących rzeczywistość, tak u Lopatina cyfrowe presety imitując muzykę.
OPN, kreśli soniczny krajobraz cyfrowej rzeczywistości wpisujący się w internetowy metanarracyjny nurt muzyczny zwany vaporwave, który korzystając z recyclingowych metod tworzenia z treści znalezionych w sieci buduje równocześnie jedną z ciekawszych autorefleksji dotyczącej medium internetu i naszej permanentnej i nierozerwalnej obecności w nim. Jest to komentarz w którym kicz i ironia przybiera postać mrocznego, niepokojącego widma (koszmaru) czego przykładem niech będzie.usunięty przez YouTube i Vimeo teledysk do utworu OPN"Still Life" (Dostępny na stronie artysty)
"R Plus Seven" jest krytyczną refleksją nad internetowym medium, który stał się wysypiskiem nadprodukcji, nieskończonym szumem informacyjnym i gigantycznym zlewem treści, paraliżującym swoim rozmiarem i łatwością dostępu, który zamiast namiastki wolności przyniósł głównie ogłupienie, zniewolenie i wyobcowanie.
oddziałuje w pełni, bądź nie jest zrozumiała bez nadbudowy w postaci ideologicznego komentarza.
Po ostatnim albumie "Replica" który był, nastrojowym kolażem reklam telewizyjnych z lat 80tych przyszedł czas na cyfrową nostalgię nad początkiem lat 90tych, radośnie naiwną estetyką new age eksponowaną dwie dekady temu jako pseudo-filozoficzny komentarz nad właśnie rozprzestrzeniającymi się technologiami cyfrowymi i raczkującą społecznością internetową.
Aby dobrze zrozumieć zarówno album "R Plus Seven" jak i idee których jest nośnikiem najlepiej zestawić go z towarzyszącą jej oprawą wizualno-graficzną. Odpowiadają za nią m.in. Jacob Ciocci, Takeshi Murata i Nate Boyce artyści reprezentujący mariaż nowych sztuk inspirowanych internetem (datamoshing, gif, electronic art, net art) z grafiką i video artem, przedstawionych w formie krytycznej metanarracji. Wszyscy oni budują abstrakcyjną, choć koherentną wizję cyfrowej utopi, chętnie sięgając po takie kategorie estetyczne jak kicz, czy hiperrealizm. Daniel Lopatin odnajduje ów hiperrealizm w audiosferycznych śmieciach, w absurdalnych dźwiękowych tłach i "czasoumilaczach", ilustrujących natrętnie nasze codzienne czynności i dodając im przez to jakiejś niedorzecznej dramaturgi. Elevator music, wszechobecne dżingle, reklamy, nastrojowe ścieżki dźwiękowe z hipermarketów, relaksacyjne melodie salonów sprzedaży, dzwonki telefonów, czy sygnały powiadomień. To całe panopticum dźwięków zanieczyszczających audiosferę człowieka, będące śmietnikiem czasów nadprodukcji stało się centrum zainteresowań jakie Lopatin realizuje w swoich licznych projektach. Fabryczne brzmienia syntezatorów, tanie presety imitujące żywe instrumenty (gitarę, saksofon, pianino), patetyczne arpeggia, kościelne organy, chorusy zastępujące anielskie śpiewy to z kolei dźwięki jakimi chętnie się posługuje artysta do budowania imitacji rzeczywistości widzianej w hipercyfrowym zwierciadle. OPN uprawia dźwiękowy recykling nie upiększając i nie maskując dźwiękowego kiczu jakim jest jego budulec. Przy użyciu takiej unikalnej palety dźwięków, kompozycje OPN osiągają wymiar surrealistycznych kolaży, w których pobrzmiewają echa new aeg'owego ambientu lat 90tych jak choćby Future Sound Of London. Podobnie jak na hiperrealistycznych obrazach Muraty pełnych optycznych złudzeń imitujących rzeczywistość, tak u Lopatina cyfrowe presety imitując muzykę.
OPN, kreśli soniczny krajobraz cyfrowej rzeczywistości wpisujący się w internetowy metanarracyjny nurt muzyczny zwany vaporwave, który korzystając z recyclingowych metod tworzenia z treści znalezionych w sieci buduje równocześnie jedną z ciekawszych autorefleksji dotyczącej medium internetu i naszej permanentnej i nierozerwalnej obecności w nim. Jest to komentarz w którym kicz i ironia przybiera postać mrocznego, niepokojącego widma (koszmaru) czego przykładem niech będzie.usunięty przez YouTube i Vimeo teledysk do utworu OPN"Still Life" (Dostępny na stronie artysty)
"R Plus Seven" jest krytyczną refleksją nad internetowym medium, który stał się wysypiskiem nadprodukcji, nieskończonym szumem informacyjnym i gigantycznym zlewem treści, paraliżującym swoim rozmiarem i łatwością dostępu, który zamiast namiastki wolności przyniósł głównie ogłupienie, zniewolenie i wyobcowanie.
ONEOTHRIX POINT NEVER - "R Plus Seven"
2013 Warp
Subskrybuj:
Posty (Atom)




