Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paal Nilssen-Love. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paal Nilssen-Love. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2014

Fire! walk with me / Fire! Orchestra - "Exit"

W osobistej selekcji muzyki którą słucham pierwszym kryterium oceny materiału są emocje. Pierwsze doznanie bardzo często bywa determinujące dla mojej sympatii wobec nagrania, choć kiedy biorę do recenzji jakiś album to nigdy moja refleksja nie opiera się tylko na jednokrotnym przesłuchaniu, bowiem entuzjazm towarzyszący premierowemu odsłuchowi bywa często bardzo mylący co do prawdziwej wartości płyty. Kiedy dany materiał zaskoczy od pierwszego wysłuchania, a intuicja znajdzie swoje potwierdzenie w poszerzonej analizie materiału wtedy często wybrany album zostaje w mojej pamięci na dłużej, stając się mocnym faworytem do ulubionej płyty roku. W 2013 najintensywniejszym muzycznym przeżyciem  był dla mnie album "Exit" Fire! Orchestra.

Po raz pierwszy usłyszałem tą płytę dokładnie rok temu, tuż po premierze. Zrobiła ona na mnie tak kolosalne wrażenie, że dopiero teraz jestem w stanie na chłodno podzielić się swoimi refleksjami. Przez cały ubiegły rok traktowałem ją bowiem jak świętość dozując sobie oszczędnie przyjemność obcowania z nią. Świadomie uciekałem od nadmiaru odsłuchiwania aby nagranie nie spowszedniało mi zbyt wcześnie, oraz aby podtrzymać efekt pierwszego wrażenia i przedłużyć sobie efekt świeżości muzyki. Dzięki temu, dotąd w pamięci mam pierwsze odsłuchy, kiedy "Exit" wbiła mi się prosto w serce, a ekscytacja z obcowania z tym "muzycznym absolutem" do tej pory wywołuje u mnie gęsią skórkę. Totalna ekspresja Fire! Orchestra należy bowiem do tych nielicznych chwil, które poprzez swoją intensywność dotykają mnie nie tylko zmysłowo, ale wręcz fizycznie.

Dwie kompozycje znajdujące się na płycie "Exit" to fragmenty koncertu zarejestrowanego w 2012 w trakcie specjalnego występu w Sztokholmie. Do tego bombastycznego przedsięwzięcia regularne trio Fire! zostało rozszerzone do orkiestrowego składu. Do Mats'a Gustafssona (saksofon) Andreasa Werliina (perkusja) i Johana Berthlinga (gitara basowa) dołączyła potężna sekcja dęta (trzy trąbki, tuba, cztery dodatkowe saksofony) równie liczna sekcja dynamiczna (trzech dodatkowych perkusistów i trzy kontrabasy), pianista, organista, gitarzysta. Dodatkowo dołączyła trójka charyzmatycznych wokalistów, obdarzonych niezwykle charakterystycznymi głosami. Sofia Jernberg solistka o etiopskich korzeniach (w pełni wyeksponowanych w finale płyty), Mariam Wallentin znana z duetu Wildbirds & Peacedrums tworzonego wespół z perkusistą Fire! oraz Emil Svanängen. Ów dysponująca niezwykłym potencjałem trójka wyśpiewuje i wykrzykuje teksty lidera The Ex - Arnolda de Boer'a.

Już sama liczebność tego składu sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z dziełem totalnym. Gwarantuje to też postać i osobowość sceniczna lidera - Matsa Gustafssona, który jako jeden z największych jazzowych rzeźników tym razem swój sceniczny testosteron dawkuje nieco oszczędniej, na rzecz zawiadywania orkiestrą. W sukurs w kontrolowaniu tego multiinstrumentalnego składu przychodzi mu nie kto inny jak kolega z regularnego składu Fire! Johan Berthling. I można śmiało orzec po przesłuchaniu "Exit" że cały materiał został podporządkowany właśnie sekcji basowej, która w ryzach trzyma instrumentalny porządek, wyznaczając rdzeń kompozycyjny i jego twarde granice, dyktując tempo i budując transowość materiału. Drugim fundamentem tego muzycznego przedsięwzięcia są wokaliści, którzy nie tylko wprowadzają warstwę fabularną do kompozycji, ale i korzystają ze swych głosów jak z dodatkowych instrumentów.
Pomimo wielce rozbudowanej sekcji dętej jest ona (może aż nazbyt) podporządkowana sekcji dynamicznej, ograniczając swój udział do zwiększania siły uderzeniowej materiału, i krótkich, nieco ukrytych w materiale solówek. 

Muzyczną akcję pierwszego aktu "Exit" rozpoczynają powolnym taktem kontrabasy prowadzone przez transową gitarę basową Johana Berthlinga. Wespół z sekcją basową kompozycje wzmacnia sekcja perkusyjna. Wszystko dzieje się w ramach niespiesznego, ale powoli budującego dramaturgię tempa. Pojawiają się po kolei wszyscy wokaliści. Donośne orkiestracje dają znak do otwarcia sekcji dętej która, zaczyna wić się free jazowymi odjazdami. W międzyczasie dołącza do basów elektryczna gitara, która zaostrza transową motorykę kompozycji, przechodząc następnie w improwizowaną solówkę.
Napięcie zagęszcza się tworząc ścianę dźwięku, przez którą przebijają się brzmiące niczym egzorcyzmy orgiastyczne wokalizy. W połowie kompozycji utwór nabiera oddechu w którym solówką może popisać się Gustafsson, oraz dołączający do niego atonalny fortepian Sten'a Sandell'a. Kompozycja wycisza się charakterystycznym głosem Mariam Wallentin, który stanowi spoiwo między pierwszym, a drugim fragmentem pierwszej części "Exit"
Drugi fragment przybiera formę blackmetalowej ballady z lat 70 a'la Black Sabath podkreślony unikalną barwą głosu Wallentin. W tym momencie element rockowy bardzo wyraźnie staje się kanwą kompozycji, natomiast rozimprowizowane formy instrumentów dętych zarówno w pojedynkę jak i wspólnie próbują rozerwać tą rockową strukturę opartą na silnych filarach sekcji rytmicznej. Część pierwsza kończy się pozostawiającym pewien niedosyt wyciszeniem.

Druga część "Exit" rozpoczyna się delikatnie. Zmysłowy męski wokal wzmocniony głębokim pogłosem, wraz z elektronicznymi wyciszonymi ciepłymi plamami przeczesuje dźwiękową pustkę. Z czasem w ten oniryczny ambientowy pejzaż zaczynają wcinać się elektroniczne przeszkadzajki, oraz fortepian. Elektryczny bas sygnalizuje zmianę atmosfery, a za chwilę dołącza do niego perkusja zdecydowanie podkręcając tempo. Pojawienie się rozdzierającego saksofonu Gustafssona daje sygnał do anarchii. Jeszcze chwilę kompozycja jest mocno znaczona frazą dynamiczną, ale co raz bardziej wzmaga się napięcie, zwielokrotnionym dętym jazgotem, do którego dołączają inne instrumenty. Regulujące kompozycje sekcje basowa i perkusyjna  przekształcają jednak ten zgiełk w szaleńczy trans.
W momencie kiedy spodziewamy się kulminacji kompozycja potulnie wycisza się. Do głosu dochodzi druga wokalistka Sofia Jernberg, której delikatny i zmysłowy głos przyniesie jeszcze srogie zaskoczenie. Jej łagodna barwa może zmylić w porównaniu z każdą kolejną chwilą jej monologu. Tłem dla niej jest pojawiający się po raz pierwszy na "Exit" wątek sonorystyczny w którym bierze udział większość instrumentów, zaś na pierwszy plan wysuwa się dronująca tuba. W tym nieokreślonym środowisku, przekrzykujących się dźwięków możemy podziwiać różne techniki artykulacji głosu Jernberg. Dysponuje ona niezwykłymi walorami artykulacji głosowej czerpiącej z tradycji afrykańskich pieśni plemiennych. Płynnie przechodzi w swojej ekspresji od nastrojowych soulowych motywów, przez repetytywne eksperymenty w stylu Meredith Monk, aż do rytualnych treli odbywając wokalną przemianę z łagodnej dziewczyny w czarownicę.
Po chwili frenetyczny bas znów zaczyna napędzać kompozycje. Zamiast jednak transowej motoryki mamy rozimprowizowany dialog wielu instrumentów. Jernberg jak w egzorcyzmie wyrzuca z siebie zaklęcia "fire walk with me" a jej rozdzierający głos osiąga iście demoniczną barwę. Następuje cisza, skumulowanie emocji, złowieszcza pauza, po której następuje dźwiękowa apokalipsa będąca godnym finałem płyty.
"Exit" Osiąga punkt kulminacyjny który wynosi tą kapitalną płytę w nieziemskie rejony. Totalny chaos i ściana dźwięków siejąca zniszczenie rozlega się w głośnikach i ostatecznie poraża słuchacza swoją mocą! Orkiestra w spazmach szalejących instrumentalistów wygasza powoli swój silnik pozostawiając słuchaczy obezwładnionych i bezsilnych, na właśnie dokonany soniczny gwałt.

Kompozycje "Exit" zdecydowanie bliższe są rockowej motoryce, niż free jazzowej narracji. Są mocno ujęte w ramach, mają podobną dramaturgię i dyscyplinę co muzyka gitarowa. Nie od parady charyzmatyczny Szwed uznawany jest z największego punkowca wśród jazzmannów. Powiedzieć, że do eksploatacji paragitarowych gatunków wykorzystuje instrumenty jazzowe to nie powiedzieć nic. "Exit" momentami przypomina rockową operę, bądź psychodeliczne odloty muzyki gitarowej lat 70tych. Zapętlone proste basowe akordy, ciężkie brzmienie perkusji i jej rockowa artykulacja to arsenał ciężkich brzmień. Jednak nieprawdopodobna dramaturgia, która wstrząsa całym tym dziełem należy już w pełni do artykulacji jazzowej. Przypomina ona katartyczny rytuał lub egzorcyzm. Jest czystym dźwiękowym szaleństwem, wojną totalną wydaną słuchaczowi, trzymającą go bez chwili wytchnienia mocno za gardło. To ekstatyczny szał i emanacja atomowej energii wydobytej ze ścierania się ze sobą elementów rockowych, jazzowych i wokalnych.

Dokładnie rok po pierwszym, zniewalającym odsłuchu, nie udało się już w pełni odtworzyć tamtego towarzyszącemu inicjacji napięcia. Na jaw wyszły również pewne niedoskonałości tej płyty, jakimi w moim mniemaniu jest zbyt zamknięta kompozycja, ograniczona finezja sekcji rytmicznej, mała selektywność materiału, czy nieprzekonujące wyciszenia wątków wewnątrz kompozycji.
Jednak nie mam żadnych wątpliwości co do mocy tej płyty. Ona zadziałała już na mnie. Doszczętnie zdruzgotała, pozostawiła bezradnego wobec swej mocy, oraz odebrała mowę i słowa, którymi mógłbym ją wcześniej opisać. Żadna inna płyta pomimo wielości świetnych płyt AD 2013 (płyt do których być może powracam częściej) choćby na chwilę nie sprowadziła mnie tak do parteru jak "Exit"

Ps. Na początku 2014 ukazuje się druga odsłona Fire! Orchestra - "Second Exit" zarejestrowana w trakcie festiwalu  Les Rendez-vous de L´erdre w Nantes. Tym razem w obsadzie okrojonej do trzynastu instrumentalistów z Oren'em Ambarchi'm na gitarze i Goranem Kajfes'em na kornecie.

FIRE! ORCHESTRA - "Exit"
2013, Rune Grammofon

poniedziałek, 25 listopada 2013

The Thing pręży muskuły / The Thing - "Boot!"

"Boot!" to żywioł. To wyzwanie, które poddaje słuchacza brutalnej próbie zmierzenia się z granicami
własnego postrzegania i przyswajania muzyki. To bezkompromisowa wymiana ciosów w wadze ciężkiej, gdzie słuchacz pozostaje jedynie bezbronnym sparingpartnerem, przyjmującym ciężkie ciosy od trzech solidnych zawodników. Ci zawodnicy z których każdy posiada syndrom hiperaktywności twórczej; to Mats Gustafsson (saksofony),  Ingebrigt Håker Flaten (bas elektryczny), oraz Paal Nilssen-Love (perkusja).  Nazywają się The Thing i właśnie ukazał się ich najnowszy album "Boot!"

"Boot!" wrzuca nas w sam środek skandynawskiego żywiołu, w wir apokaliptycznej zagłady. Poraża i zachwyca brutalną mocą jazzu i swoistym rozumieniem piękna jako niszczycielskiej mocy. Nie od parady okładka albumu przedstawia prężący się biceps, bowiem Gustafsson i spółka proponują słuchaczom porażający pokaz bezceremonialnej, ale i wyrafinowanej siły. Muzycy pomimo fizjonomii skandynawskich drwali z dźwiękowego ekstremum uczynili sztukę, a ich muzyka nie ma w sobie odrobiny nachalnej toporności. Ich wyrafinowane podejście i szacunek do jazzowej i rockowej tradycji uwidaczniają wątki melodyczne i cytaty, z klasyków, które wraz z elementem improwizacyjnym zostają ubrane w garnitur ekstremalnej ekspresji i skatalizowane w formie muzycznej apokalipsy. Jak szczera jest ta ekspresja muzyków słychać choćby w atawistycznych pokrzykiwaniach lidera, który bojowymi wrzaskami zagrzewa swój zespół do gry / walki.

Choć nowa płyta The Thing jest po części wynikiem inspiracji jazzowymi klasykami Coltrane'm ("India") i Ellington'em ("Heaven"), to jest albumem paradoksalnie mniej jazzowym niż poprzednia ich produkcja "Mono" (2011). Od poprzedniczki różni ją również to, że mniej operuje nastrojowymi kontrastami ograniczając swą wizję jazzu do jednolitego rockowo-garażowego brzmienia. Doskonale słychać to nie tylko w punkowo-noisowych obłąkańczych odjazdach Gustafssona, którego deliryczny saksofon chwilami osiąga rejestry niebezpieczne dla ludzkiego słuchu, ale przede wszystkim w rzężącym w tle, przesterowanym elektrycznym basie Flaten'a i grindecore'owej perkusji Nilssen-Lowe'a. 

Postrzeganie "Boot!" wydaje się jeszcze ciekawsze z perspektywy zerkania na album przez pryzmat  koncertu skandynawskiego tria, który przeszło miesiąc temu odbył się w warszawskim Pardon To Tu. Występ, który zatrząsł w posadach stołeczną klubokawiarnią, pomimo potęgi brzmienia wypada przy studyjnym nagraniu niczym dziecinna igraszka. W trakcie pasjonującego koncertu The Thing, z wyczuciem adekwatnym dramaturgii klubowego setu przeplatali kawalkady brutalnej jazzcore'owej siły elementami wręcz "tanecznymi", czy kameralnymi. Na "Boot!" nie ma taryfy ulgowej, nie ma kokietowania słuchacza. Wszelkie fragmenty melodyczne zostają przytłoczone tak ciężkim brzmieniem, że nie sposób wziąć oddechu aby przynieść sobie choć chwilową ulgę. Elektryczny bas Flaten'a, który w trakcie koncertu pełnił funkcję porządkującą i dynamizującą kompozycję dla rozimprowizowanych kolegów, na "Boot!" staje się metaliczną, meandrującą fakturą pełną kaleczących opiłków i zadziorów, która nadaje chropowaty i zardzewiały odcień brzmieniu utworów. Z kolei Nilssen-Lowe, który w Pardon To Tu brawurowo operował szeroką paletą perkusyjnych środków wyrazu (momentami o zacięciu stricte sonorystycznym) zbombardował album precyzyjnymi i monumentalnymi kawalkadami o dynamice pocisków artyleryjskich. Tylko energię Gustafssona (dla którego instrument wydaje się zbyt skromnym narzędziem do pełnego wyrażenia swojej improwizatorskiej ekspresji) można w skali 1:1 przenieść z występu w Pardon To Tu bezpośrednio na płytę "Boot!"

The Thing stawiają sobie za cel przekroczenie zarówno swoich improwizatorskich możliwości, jak i przesunięcie granic jazzowego postrzegania w rejony zarezerwowane dotąd głównie dla muzyki metalowej, czy ekstremalnej, noisowej elektroniki. 
Łatwo odbić się od tej intensywnej i nasyconej dźwiękowym ekstremum płyty, podkulić ogon wobec jej bezceremonialnej siły. Łatwo jej przypiąć łatkę muzycznej rzeźni i dźwiękowego pandemonium. Sęk jednak w tym, że ten rodzaj ekspresji, którą ukochali sobie członkowie zespołu pozwala otrząsnąć się z codziennego letargu współczesnej zbanalizowanej i opresyjnej audiosfery.


THE THING - "Boot!"
2013 The Thing Records