Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dark ambient. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dark ambient. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 listopada 2016

Tony jesieni / GUNTER SCHLIENZ + AB INTRA

Zdaję sobie sprawę, że pisanie o muzyce przez pryzmat zjawisk klimatycznych, pogodowych, czy przyrodniczych to wytrych wyświechtany, maskujący często recenzencką niemoc. To wymyk, stary niczym związek sztuki z przyrodą. Jednak w momencie kiedy autor muzyki samemu narzuca kontekst przyrodniczy, czuje się poniekąd usprawiedliwiony pisząc o słotach i babich latach. Mam graniczące z pewnością przeświadczenie, że muzycy i ich wydawcy planując katalogi przywiązują dużą rolę do korelacji między porą roku, a nastrojem publikowanych nagrań. Jesienią przypada wysyp wydawnictw obleczonych melancholijną aurą. O dwóch świetnych napisał Michał Wieczorek na swoim równie świetnym blogu "Na obrzeżach". Ja z kolei, postaram się opisać kolejne dwa, gdzie inspiracja, jesienną porą roku, wyrażona została klimatem, tytułem, bądź duchem nagrania. Obie premiery, wydane pod szyldem Zoharum, są głęboko zanurzone w ambientowej estetyce, w której, nomen omen panuje permanentny stan jesieni.

GUNTER SCHLIENZ "Autumn"

Pierwsza z premier, to materiał nagrany przez Guntera Schlienz'a, postać dobrze znaną na ambientowej i eksperymentalnej scenie, również w naszym kraju. W ubiegłym roku rodzime Wounded Knife opublikowało split z Fischerle, na którym znalazła się kompozycja tego konstruktora modularnych systemów. On sam zaś, jako szef cenionej kasetowej oficyny Cosmic Winnetou, wydał opisywane tu nagrania Micromelancolie. "Autumn", materiał przygotowany dla Zoharum to analogowa suita oddająca wielobarwną melancholię trzeciej pory roku.

Trylogia jesienna Schlienz'a to trzy długie, wysmakowane kompozycje, skrojone z ciepłych, brzmień syntezatorów modularnych. Każda z nich, zadedykowana innemu miesiącowi panującej obecnie pory roku, została oparta na tym samym schemacie, przypominającym odjazd kamery filmowej. Początek to detal. Szkic melodii, skupienie na brzmieniu i jego atłasowej fakturze. Powolny, elegancki ruch rozszerza perspektywę nagrania. Pojawiają się rozłożyste analogowe plamy, a główny wątek melodii zaczyna rozsiewać pogłosy, które rezonują szerokimi pasażami współbrzmień. Arsenał instrumentalny pozostaje bez zmian, nie licząc fragmentarycznego użycia perkusji i waltorni, zatem rozwijanie się narracji jest zasługą dodawania kolejnych śladów i wypiętrzania ich za pomocą analogowych efektów. Rezultat jest niezwykle zmysłowy i kojący, bowiem Schlienz dokonuje swoich ingerencji w sposób niebywale elegancki. Brak tu zarówno gwałtownych wydarzeń, skoków dramaturgii, jak również epatowania mrokiem, szumem, czy dekonstrukcją.

"Autumn" to kwintesencja "slow music", wytwornie podana, liryczna i zmysłowa. Uwodząca brzmieniem i emanująca melancholią. Z wolna gęstniejąca i opadająca niczym jesienna mgła, której całun zaciera detale, tłumi kontrasty i wprowadza oniryczną atmosferę.

AB INTRA "Henosis"

Druga z premier i jej syntetyczny charakter, niewiele wspólnego ma, co prawda z naturą, aczkolwiek słotna, jesienna aura jak żadna inna sprzyja jej odbiorowi.

Autorem "Henosis" jest Radosław Kamiński, od 2006 roku, prezentujący swą zanurzoną w mrocznym ambiencie twórczość pod nazwą Ab Intra. Większość z jego dotychczasowych wydawnictw ukazało się pod egidą gdańskiego Zoharum. Najnowsze nagrania to suma wcześniejszych doświadczeń dźwiękowych, doprowadzonych do najbardziej dojrzałej formy. To również, jak dotąd, najmroczniejsze i najbardziej przenikliwe wcielenie Ab Intra. Nie ma lepszej pory na premierę tego materiału.

Dźwiękowa metoda, od dekady kształtowana przez Kamińskiego doczekała się swojego najciekawszego ujęcia głównie za sprawą świadomej redukcji, do której doszło zarówno w narracji jak i brzmieniu. Autor wyhodował brzmienie na tyle masywne, przenikliwe i rezonujące, że mógł spokojnie ograniczyć warstwę formalną i fabularną. Odrzucił więc narracyjne budowanie opowieści, na rzecz prostego, bijącego bezpośrednio z brzmienia, oddziaływania. Zrezygnował z wszelkich kontrastów, detali, czy zdobień, na rzecz potężnego, dźwiękowego budulca, złożonego ze spiętrzonej wielowarstwowej tekstury. Syntetyczny masyw uderza i odurza swoją potęgą. Jego siła tkwi w starannie dobranych i współbrzmiących ścieżkach szumów, dronów. Plan brzmieniowy idealnie harmonizuje wysokie, piskliwe szumy z tęgimi basami snującymi się w dolnych rejestrach, oraz środkowymi pasmami przenoszącymi rozwibrowany syntezatorowy dron, dający złudzenie przetworzonych cyfrowo barw klawesynu, czy organów. Rozpięte w czasie struktury przesuwają się majestatycznie, niczym góry lodowe, sprawiając wrażenie trwania dźwięku. Dźwięku wielowymiarowego, którego warto odczuwać głośno, nie tylko uchem ale i ciałem. W tym celu Kamiński zastosował ciekawy manewr w postaci długiego, z wolna "głośniejącego" wstępu. Wymuszając niejako na słuchaczach podkręcenie gałki potencjometru do takiego poziomu, w którym nadchodząca kulminacja zabrzmi najbardziej okazale.

Lektura jego "Henosis" pochłania i pasjonuje przepychem spiżowych brzmień. Jednak ten dźwiękowy monument, równie fascynuje co przeraża mrokiem, chłodem, czy dojmującym odczuciem osamotnienia. Kamiński zrodził demona. Jego muzyka ma tą niesamowitą właściwość, że nie pozwala słuchaczowi oderwać się od niej myślami. Zniewala minorowym strojem, hipnotyzuje podskórnym rytmem i wszechobecnością dźwięku. Udało się twórcy zawrzeć w tych dźwiękach, i ich iście alchemicznym współistnieniu, jakiś duchowy byt, z którym spotkanie może grozić dotkliwą wiwisekcją własnego Ja . Materiał Ab Intra, to nie jest bowiem opowiadanie o duchach, teatralizacja, czy kreowanie nastroju grozy w oparciu o ambientową scenografię dźwiękową. To doświadczenie prawdziwie psychotyczne i przejmujące, konfrontujące słuchacza z uczuciem kosmicznej i wszechobecnej pustki.

Najbardziej adekwatnym określeniem jakie przychodzi mi do głowy podczas słuchania i pisania o "Henosis" to: "funeralny hymn"; ze wszystkimi znaczeniami jakie niosą ze sobą oba słowa. Mrok, lęk, zagadka zaświatów, uczucie pustki i utraty zostało wyrażone, nie kruchą, liryczną formą jak w ubiegłorocznym "Requiem ludowym", a z bluźnierczym wręcz przepychem i przenikliwością dźwięku. I choć w swej pozbawionej słów, dźwiękowej abstrakcji Ab Intra sytuuje się na przeciwległym biegunie niż wspomniana kooperacja Adama Struga i Kwadrofonik, to równie mocno ściska za gardło.

 
2016, ZOHARUM



wtorek, 20 września 2016

Lodowy dryf / arciv ev noise "Olongho"

Słuchając "Olongho" odkrywamy Antarktydę, gdzie w głębokich oceanicznych toniach dryfują potężne lodowe kry.

Arciv Ev Noise, to nazwa jednoosobowego ambientowego projektu, za którym stoi łódzki producent Filip Appel. Ten prawdopodobnie nieznany szerszej publiczności twórca, nagrywa z przerwami już od dobrych kilkunastu lat. Wraz z Łukaszem Seligą (obecnie klubowym producentem SLG) w roku millenijnego przełomu współtworzył industrialno-ambientową formację Baubliss, której płyta ukazała się nakładem Ingis Rec. W 2007 w portugalskim netlabelu Enough Records ukazał się z kolei solowy album Arciv Ev Noise "Maintenant". W ubiegłym roku wraz z Grzegorzem Bojankiem i Jankiem Węgrzynem jako trio The Soft Ensemble wydał w australijskie wytwórni Twice Removed epkę "A Day In The Park / For Silencia".

Zamieszczony na bandcampowym profilu Arciv Ev Noise utwór "Olongho" to elegancko skrojony dark ambient o ascetycznej konstrukcji i gęstej, niepokojącej atmosferze. Hipnotyzująca kompozycja zbudowana jest z nawarstwiających się na siebie gęstych, masywnych dronów, industrialnych pomruków, tektonicznych tąpnięć i bliżej nieokreślonych chrobotów. Amorficzne i pozbawione konturów burdonowe plamy rozlewają się leniwym dryfem pośród chropowatych, szumiących faktur. Akustyka i brzmienie nagrania sprawiają wrażenie podwodnej rejestracji, w której wszelkie detale zostają zatopione w lepkim, smolistym lo-fi. Ruch wyznaczają miarowo zapętlone sekwencje, wybrzmiewające mroczną, nieśpieszną mantrą. W "Olongho" wyraźnie czuć, że nie mamy do czynienia z amatorstwem. Rzuca się w uszy wręcz klasyczny ambientowy sznyt i osłuchanie producenta w tym gatunku. Powolne budowanie klimatu, znakomity dobór pasujących do siebie brzmień, czy nienagląca narracja wszystko to układa się w przekonującą całość, której nie rozbija żaden element kompozycji.

Na bazie łagodnych dronowych wybrzmień i tektonicznych chłodnych odgłosów udało się Appelowi zbudować, kilkoma zaledwie gestami, sugestywną, zmysłową opowieść. Teraz przydałaby się nieco dłuższa forma.




ARCIV EV NOISE  ""Olongho""
2016, wydanie własne

czwartek, 17 września 2015

Dronowe odcienie czerni / Purgist "Bleak Prospects"

Dotychczasowa twórczość Dawida Kowalskiego dość wyraźnie zaznaczyła swój twardy charakter, zgłębiając ze wszystkich stron odcienie hałasu. Wyrażona w zadziornej, obcesowej formie, pełnej dynamicznych przesterów i wewnętrznych sprzężeń miksera, niosąca odczuwalny ładunek emocjonalny idealnie wpisuje się w estetykę noise, wyrosłą z industrialnego rdzenia. Jednak pierwszy regularny materiał "Bleak Prospects", wydany na kasecie jako Purgist dość niespodziewanie zrywa z hałaśliwym idiomem, odsłaniając głębokie pokłady melancholii ubranej w minorowy całun ambientu.

Zaskakującym (jeśli weźmiemy pod uwagę harsh noisowy rodowód artysty), acz dominującym odczuciem podczas sesji z "Bleak Prospects" jest kojący spokój, leniwie rozlewający się wraz z dronami, stanowiącymi dla tego materiału element kluczowy. Ich gruba warstwa, niczym izolacja otula wszelkie zadziorności i artefakty, które mogłyby wyjawić słuchaczowi prawdziwą akustyczną tożsamość dźwięków. Dronowa czerń w kompozycjach Purgist posiada szeroką rozpiętość; raz bulgocze jak rozgrzana smoła, innym razem osadza się gryzącym smogiem, bądź huczy jak ogień wewnątrz hutniczego pieca. Bez względu na odcień mroku, działanie najniższych, pełzających częstotliwości, pozwala słuchaczowi poczuć masywność przesterowanego basu na własnym ciele. Dla zbalansowania tego funeralnego nastroju, autor, pod płaszczem melancholii dopuszcza do współbrzmienia elementy liryczne, w postaci melodyjnych ścieżek pianina i syntezatorowych plam, zadzierzgniętych w hipnotyczne pętle ("Pieces Won't Fall Back in Place", "Never Admit", "Violet in the White").

"Bleak Prospects" to materiał, który nie wyrasta ponad dark ambientowo - dronowy schemat. Zbyt wiele tu, zbyt charakterystycznych wątków zaczerpniętych, co prawda z zacnych, ale dość ogranych źródeł. Brakuje zaś wyraźniejszych gestów, które zamanifestowałyby muzyczną odrębność artysty. Kompozycje Purgist w niezawoalowany sposób ujawniają inspiracje autora, w których bez trudu usłyszeć można zarówno izolacjonizm Lustmorda, hałaśliwą elegancję Tima Heckera, elektroakustyczne zabiegi Valerio Tricoli'ego, czy pełną melancholii repetytywność Williama Basinskiego. Nie sposób jednak odmówić tej kasecie pewnej dozy romantycznego uroku, zrodzonego na przecięciu się elementów mrocznych z lirycznymi. Udane ich zbalansowanie pozwala słuchaczowi z satysfakcją zanurzyć się w kontemplacji nieśpiesznej fabuły i mrocznej atmosfery "Bleak Prospects". 

PURGIST  "Bleak Prospects"
2015, self released



piątek, 25 lipca 2014

Bałwochwalstwo / Gaap Kvlt - "Void"

Ambient to gatunek, w którym z reguły nie dzieje się zbyt wiele. Jednak owo "niewiele" w większości przypadków oznacza bardzo wiele i bywa kluczowe dla zaistnienia nagrania w pamięci słuchacza. To estetyka, która oddziałuje na zmysły, emocje i wyobraźnie, nieczęsto zaskakując bogactwem elementów dźwiękowych, czy wirtuozerią kompozytora. To forma muzyczna wymagająca od twórcy przede wszystkim alchemicznych umiejętności łączenia dźwiękowej materii. Być może kluczem do osiągnięcia zadowalających rezultatów przy użyciu minimalnej ilości środków jest finezja i intuicja artysty, który dysponując ograniczoną paletą jest w stanie zaciekawić słuchacza swoją muzyką. Na szeroko komentowanym albumie "Void" anonimowego, (prawdopodobnie rodzimego) projektu GAAP KVLT finezja, to element, którego nieobecność najbardziej rzuca się w uszy.

Na płycie GAAP KVLT minimalizm nie posiada, ani głębi, ani drugiego dna. Oszczędność (choć może lepszym określeniem byłaby "ubogość") aranżacyjna obnaża bezsilność twórczą autora w zmaganiu się z dźwiękową ascezą. Na "Void" ani przez chwilę nie czuć alchemicznego zmysłu do łączenia dźwięków w fantazyjne słuchowiska, czy kontemplacyjne ewokacje izolacjonistycznego ambientu. Narracja muzyczna zbudowana nad wyraz czytelnie, z jakże typowych brzmień, miast zagęszczać przestrzeń, czy zawiązywać dramaturgię, najzwyczajniej nuży.

Zaangażowanie rytmiki w przestrzeń ambientu wytwarza pewną aranżacyjną sytuację, w której element dynamiczny trzeba wprowadzić w kontekst muzyki, w taki sposób, aby nie wyglądał na przypadkowy. U GAAP KVLT bity brzmią zaś jak dodane mimochodem, w desperackiej próbie urozmaicenia dramaturgii nagrania. Ani nie dynamizują materiału, ani nie zagęszczają narracji. Są gołe i dotkliwie rzucają się w uszy. Podobnie ma się rzecz z pętlami, mało zróżnicowanymi i boleśnie monotonnymi. Co zaś się tyczy brzmienia ich i elementów składowych, w tym przypadku tylko sampli, to ich dyskusyjna atrakcyjność przywodzi na myśl presetowe bazy dźwięków dołączanych w pakietach do oprogramowania muzycznego.

Trudno ukryć w muzyce GAAP KVLT fascynacji tuzami rozmaitych gałęzi ambientu. Niestety próba ich reinterpretacji, czy może zwyczajnego naśladownictwa wydaje się niezręcznym faux pas. Jeśli "Void" miałby być bowiem odpowiedzią na twórczość Demdike Stare, czy The Haxan Cloack, to brzmi przy nich jak dziecięca opowieść o duchach przy prawdziwych egzorcyzmach. (Można w tym momencie i najzupełniej przytomnie sparafrazować kwiecisty bon mot klasyka jakoby "ludzie popijający kawę ze Starbucksa poczuli ciągoty do dark ambientów, choć nigdy nawet nie asystowali przy egzorcyzmach"). Również instrumentalne nawiązania do bliskowschodniej egzotyki ("Peganum Harmala"), oraz ich sztampowa realizacja musi wywoływać uśmiech politowania wśród fanów Muslimgauze, zaś ślamazarnie przeciągane, wątłe drony, zostają już na starcie zmiażdżone przy tektonicznym pandemonium Lustmorda.

"Void" to jakże adekwatny tytuł dla tego wydawnictwa. To muzyka pozbawiona drugiego planu, a nawet tła. Wszystko odbywa się na widoku, jednowymiarowo. Schematyczność i przewidywalność tej muzyki jest wręcz nieznośna, a wyczekiwanie końca kompozycji jawi się bolesnym obowiązkiem recenzenta. Wątki kompozytorskie i aranżacyjne wykorzystują swój potencjał po chwili słuchania. Nie ma co liczyć na dysonanse, kulminacje, czy kontrasty w warstwie formalnej, ani też na jakąkolwiek namiętności w warstwie nastrojowej. Góruje zniechęcające znużenie od pierwszego do ostatniego utworu. Przejrzystość intencji i czytelność kompozycji nie wynika tu z ascetycznego kunsztu kompozycyjnego i operowania minimalizmem, ale z braku pomysłów na dramaturgię i rozwinięcie muzycznej fabuły.

Album tego anonimowego producenta wyraźnie obnaża współczesną tendencję do pochopnego wydawania nagrań twórcom o umiejętnościach technicznych i wyobraźni muzycznej pozwalającej jedynie na ekspozycje ich artystycznych wynurzeń w domowym zaciszu i jedynie dla własnych uszu.
"Void" pomimo szumnych zapowiedzi, to niestety, ale żaden kult, a jedynie pusty ceremoniał. Bałwochwalswo. Pustka dźwiękowa, która idzie w parze z pustką emocjonalną. 

GAAP KVLT - "Void"
2014, Monotype Rec.


GAAP KVLT - MIGHT from MonotypeRec on Vimeo.

niedziela, 15 czerwca 2014

Trzy strony świata cz. 2 "Muzyka śnienia"/ Spear - "Black Holes, Dead Stars And Melting Genes"

SPEAR -"Black Holes, Dead Stars And Melting Genes" / 2014 / Requiem Records

Pamiętam z jaką mocą ponad dekadę temu, łódzka grupa Spear rozpalała moją wyobraźnię do spółki z "księżycowymi" albumami Coila. Istnienie na rodzimym gruncie formacji eksploatującej dźwiękowo mroczne zakamarki umysłu, w formie wielce zbliżonej do brytyjskiej legendy dark ambientu, wywoływało we mnie prawdziwą młodzieńczą ekscytację. Spear, jak bodaj żaden inny polski zespół potrafił z niemal alchemicznym namaszczeniem połączyć wątki liryczne z dramatycznymi, piękne z przerażającymi; oraz zbudować niezwykle koherentną atmosferę, bez jednej fałszywej nuty, która mogłaby wybić słuchacza z muzycznego transu. Oczekując zapowiedzianej przez Requiem Records nowej płyty tego projektu zadawałem sobie pytanie, czy Spear w dalszym ciągu będzie w stanie mnie tak inspirować i oddziaływać na mnie i moją świadomość? Jeśli o samą muzykę Macieja Ożoga mogłem być spokojny (zebrane na płycie nagrania pochodzą z lat 1999-2002, czyli okresu w którym projekt był mi wielce aktualny), to wątpliwości mogłem mieć raczej co do swojego odbioru. Zastanawiałem się, czy młodzieńcza wrażliwość mająca w sobie coś z fanatycznego entuzjazmu neofity przetrwała próbę czasu i nie zostanie zdyskredytowana przez wiedzę i doświadczenie zaawansowanego słuchacza, który po trwającej ponad dekadę przerwie powraca do odrobinę zapomnianych nagrań.

Muzyka Spear z biegiem działalności twórczej zmierza w stronę radykalnej oszczędności środków. Słuchając "Black Holes, Dead Stars And Melting Genes", aż trudno sobie wyobrazić, ze pierwsze wydawnictwa zespołu momentami zbliżone były bardziej do wokalnej wersji bristolskiego trip-hopu ("Dark Waters Of Light" 1997, "In Search Of Sparks" 1997) niż do rejonów izolacjonistycznego ambientu. Nawet nagrania pochodzące z kolejnego albumu "Saphhire Flower" (2001) podejmują wątki oralne w postaci rytualnych inwokacji i natchnionych spleenem deklamacji, kreując przy tym atmosferę magicznego obrzędu. Jednak wraz ze schyłkiem działalności pod szyldem Spear, twórczość nagrywającego już wtedy solo Ożoga zmierzała do krańcowego ograniczenia elementów rytmicznych, melodycznych i wokalnych na rzecz linearnych snopów dronów, zaklinających słuchaczy statycznością materiału i hipnotycznymi właściwościami dźwięku. Podobną tendencje wykazuje "Black Holes, Dead Stars And Melting Genes" - kompilacja archiwalnych, niepublikowanych, lub wydanych na okazjonalnych składankach utworów, na nowo zmiksowanych i zmasterowanych.

Sześć wydanych przez Requiem Records kompozycji podanych jest w formie długich, oszczędnych gęstniejących dronów oraz skondensowanych brudnych faktur. Mięsiste, rozwlekłe brzmienia lejące się powolnie z głośników niczym substytut psychodelicznych narkotyków wprawiają z każdą minutą słuchania w stan głębokiego odurzenia. Duszne dźwiękowe środowisko, ze zminimalizowaną ilością bodźców estetycznych emanuje medytacyjną atmosferą. Muzyczna materia skomponowana została z tak smolistych substancji i ciemnych fluidów, że nie przenika przez nie choćby błysk światła, pozostawiając kompozycje w całkowitej izolacji od elementów, które mogłyby zaburzyć mroczną i kontemplacyjną harmonię.

Wyraźnie słyszalne jest, że "Black Holes, Dead Stars And Melting Genes" zostało skomponowane przed dekadą, znacząco bowiem różni się od aktualnych tego typu produkcji. Współczesne ambientowe brzmienia bywają przesycone nagromadzeniem pogłosów, ech i przestrzeni, dominują nad słuchaczem soczystością i muskulaturą brzmienia, a momentami brutalnością ekspresji. Chętnie też inkorporują elementy innych gatunków, czy estetyk. Muzyka "Black Holes, Dead Stars And Melting Genes" zdaje się bliższa tradycyjnemu pojmowaniu ambientu jako muzyki tła. Jest niezwykle jednorodna gatunkowo i spójna brzmieniowo. W przypadku Spear mamy do czynienia z niezwykle intymną ekspresją. Brzmienia są zduszone i wycofane, nie narzucając się słuchaczowi i nie dopraszając się jego atencji. To przykład powściągliwości twórczej przynoszącej wspaniałe rezultaty, ukazujący w jaki sposób pustka potrafi być piękna i inspirująca.

Słuchałem tej płyty w różnych środowiskach dźwiękowych, na różnym sprzęcie. Pomimo dość szerokiej rozpiętości okoliczności odsłuchowych z zaskoczeniem śmiem twierdzić, że "Black Holes, Dead Stars And Melting Genes" słuchana nawet w słabych warunkach wpływa na słuchacza w podobny sposób co selektywny odbiór na słuchawkach. Materia tego albumu wydaje się oddziaływać w podobnych sposób w różnych dźwiękowych rejestrach. Nie muszę słuchać dokładnie, wsłuchiwać się i wyławiać dźwięki, a jedynie chłonąć zapętlone basowe pomruki ("In the Wheels"), aby wprowadzić się w stan kojącego odurzenia.

"Black Holes, Dead Stars And Melting Genes" jest muzyką śnienia, emanacją przejmującej, organicznej energii, której wciąż nałogowo ulegam. Transowy rytm imituje uderzanie fal o brzeg spokojnego morza, a jego częstotliwość jest tożsama z regularnością oddechu w fazie półsnu. Wyobraźnia słuchacza i jego wewnętrzny instynkt podążają za tym hipnotycznym pulsem pozwalając uwodzić się bez końca.



część 1:  Trzy strony świata cz.1 "Metafora pamięci"/ RongWrong -"Krwy"

środa, 14 maja 2014

Muzyka graniczna / Valerio Tricoli - "Miseri Lares"

"Miseri Lares", nowy album Valerio Tricoli dowodzi konsekwencji z jaką berliński PAN rozwija estetykę "muzyki granicznej", której wizjonerstwo stawia wytwórnię w gronie najbardziej progresywnych wydawnictw elektronicznej awangardy. "Muzyka graniczna" wydaje się najlepszym terminem dla opisu dźwiękowych eksperymentów, poszerzania gatunkowych konwencji, czy wytyczania nowych muzycznych kontekstów jakich podejmują się artyści zgromadzonych wokół tego labelu. Włoski producent i kompozytor Valerio Tricoli kreśli swój charyzmatyczny dźwiękowy manifest doskonale wpisując się w oryginalną filozofię PAN. Jego "Miseri Lares" przekracza ramy zarówno w sensie kompozycji jak i przyswajalności materiału. Arytmiczna, pełna dysharmonii narracja, jej ruchliwość i chaotyczność prowokują niezwykłą dramaturgię, która z kolei odbija się w emocjach towarzyszących słuchaniu. Zmysłowy odbiór tego nagrania, jest na tyle przenikliwym doświadczeniem, że jawi się niczym balansowanie na skraju szaleństwa. To podobnie intensywna wizja dźwiękowej kreacji, która towarzyszyła nagrywaniu przez Rashada Beckera "Traditional Music Of Notional Species Vol. I"; oparta jedynie na odmiennym katalogu odgłosów, oraz rzadszym (w przypadku Tricoli'ego) zagęszczeniu wątków. 

"Miseri Lares" to osiem, rozbudowanych kompozycji będących wypadkową muzyki konkretnej, oraz industrialnej estetyki. Tricoli używając magnetofonów, taśm, zestawów modularnych, metodą analogową tworzy przerażające i zarazem fascynujące słuchowisko. Mikrokosmos dźwięków przytaczanych przez Tricoli'ego jest na tyle zróżnicowany, że ma się wrażenie jednorazowego użycia każdego z nich, co przy momentami zagęszczonej narracji sprawia imponujące wrażenie obcowania z przepastną biblioteką dźwięków konkretnych o industrialnej proweniencji. Włoch stopniowo element po elemencie, faktura po fakturze wypełnia przestrzeń muzyczną z cichych odgłosów, szmerów, które piętrzą się i zazębiają ze sobą w niezdyscyplinowane, ruchliwe tła. Selektywność dźwięków, oraz ich hiperrealistyczne brzmienie sprawiają wrażenie akustycznego trójwymiaru, kreślącego iście obrazową narrację, którą bez trudu można by uznać za ścieżkę dźwiękową - soundtrack do którego nie potrzeba obrazu, albowiem sama audiosfera jest już wystarczająco sugestywna, aby wywołać u słuchaczy przerażenie.
Wobec powyższego nie można się dziwić, że za patronów "Miseri Lares" Tricoli obrał sobie m.in. Dantego i Lovecrafta, których teksty (obok tekstów własnych) w intrygujący sposób aranżuje w scenerię tego dźwiękowego dreszczowca. W lawinie szaleńczych mikro hałasów, pod gęstymi warstwami konwulsyjnych i wszechobecnych dźwięków Tricoli wplata zmodyfikowane deklamacje, fragmenty zaśpiewów, lamentów, czy rozmów które wzmacniają niesamowitość tego słuchowiska. Wśród spreparowanych wokaliz i mrocznych szeptów, tworzących abstrakcyjny kolaż radykalnej dźwiękowej poezji, pojawia się z zaświatów zdestruowany fragment wokalu Edith Piaf śpiewającej "La vie en rose", którego obecność w wieńczącym album "In Your Ruins Is My Shelter" przydaje odrobinę groteski w tym ekstremalnie mrocznym krajobrazie. 

Nieokreśloność i nieszablonowość "Miseri Lares" staje się problematyczna w opisie, ale szalenie intrygująca w słuchaniu. To muzyczne słuchowisko, jest niezwykle sugestywną, nasyconą narracyjnymi wątkami kreacją mającą na celu totalne osaczenie dźwiękiem i jego atmosferą. Pomimo zmiennej dynamiki, która raz kondensuje odgłosy, aby je następnie rozproszyć, napięcie wciąż utrzymuje się na niezwykłym poziomie. Umysł, psychika, i logika zostają poddane próbie nie znajdując oparcia w melodii, czy repetycji, zaś różnorodność muzycznych bodźców i faktur wprowadzają nerwowość i poczucie dezorientacji. To nie tylko mroczny, dark ambientowy klimat piekielnych odgłosów i dysonansowych jęków, to także szaleństwo chaosu, nieuporządkowania, dźwiękowej szamotaniny. Ucieczka od logiki następstw, która wywołuje nerwowość i pocenie dłoni.

"Miseri Lares" fascynuje, a jednocześnie wzmaga autentyczny lęk i fizyczny niepokój. Jego intensywna moc ewokuje permanentne odczucie czyjejś obecności. Nie ważne czy słuchamy na słuchawkach, na domowym zestawie, czy w samochodzie, irracjonalne odczucie wyimaginowanego towarzystwa, bądź bycia bohaterem tej przerażającej scenerii jest wszechobecne. Być może oprócz charakteru wykorzystanych dźwięków i teatralizacji narracyjnych wątków źródło tego niezwykle sugestywnego doświadczenia tkwi w kompozycji i jej dramaturgii  pobudzanej w bezustanną, asymetryczną, dysharmoniczną, "ruchliwą" i "żywą" strukturę. 
Warto zadbać o odpowiedni anturaż do słuchania tej płyty, aby odczuć na własnej skórze jej niepokojącą substancję. Zestaw słuchawkowy i półtorej godziny skupienia wystarczą, aby przeżyć ten upajający seans spirytystyczny fascynując się zarówno jego atmosferą, jaki i samym warsztatem, Tricoli'ego oraz jego nietuzinkową wyobraźnią kompozytorską kreślącą misterne, abstrakcyjne scenerie dreszczowca.



 VALERIO TRICOLI - "Miseri Lares"
 2014, PAN

środa, 17 kwietnia 2013

Ciemna materia / The Haxan Cloak - Excavation

Na początku ubiegłego tygodnia ze świata nauki nadeszły rewolucyjne doniesienia o możliwych szansach na potwierdzenie obecności we wszechświecie ciemnej materii. Ujmując w skrócie ta hipotetyczna, niewidzialna materia nie emitująca, ani nie pochłaniająca światła wypełnia kosmiczną przestrzeń pomiędzy rzeczami widzialnymi. Mało tego przypuszcza się, że jest jej kilka razy więcej niż atomów z których zbudowany jest nasz wszechświat. 
Ta sensacyjna wiadomość ze świata fizyki stała się doskonałym pretekstem do połączenia romantycznych rozważań z pogranicza fantastyki i nauki z odsłuchem kolejnej elegii Bobby'ego Krlica (aka The Haxan Cloack) - Excavation .

Dwa lata temu natrafiając na debiut płytowy Krlica zatytułowany po prostu The Haxan Cloak zostałem powalony siłą rażenia tego diabelskiego krążka, do tego stopnia, że już po pierwszym odsłuchu odczułem potrzebę odprawienia egzorcyzmów nad tym posępnym danse macabre. Zaaranżowany na instrumenty smyczkowe, elektronikę i perkusjonalia debiut mieszczący się w kategoriach elektroakustyki i dark ambientu, z synestezyjną mocą przywoływał zapach cmentarnej krypty. Rozedrgany, drżący niskimi rejestrami kontrabas i trzeszczące jak stare drzwi skrzypce do dziś wywołują u mnie gęsią skórkę na plecach. Album The Haxan Cloak to sensualna liturgia funeralnych dźwięków rozpięta pomiędzy sacrum a profanum, przywołująca archetypiczną fascynację tematem śmierci.

Na najnowszym albumie Excavation The Haxan Cloak kontynuuje pochód za konduktem żałobnym wprowadzając jednak kilka kluczowych zmian do swojej wizji, która za sprawą większego wykorzystania techniki cyfrowej stała się bardziej "hi-tech" w stosunku do debiutu.
Przede wszystkim Bobby Krlic nad swoje multiinstrumentalne talenty przedłożył moc ambientowej elektroniki. W nowych kompozycjach rzadziej można dostrzec pierwiastek ludzki, który w postaci  żywych instrumentów został zepchnięty na dalszy plan i pojawia się na Excavation jedynie fragmentarycznie. Nieobecność tego dotąd fundamentalnego instrumentarium ujmuje samemu autorowi nieco oryginalności, spychając jego dzieło w rejony z pogranicza techno i dark ambient, eksploatowane już przez takich wykonawców jak choćby Raime czy Demdike Star. Muzyce zaś odbiera jej naturalistyczny i liryczny pierwiastek, który był elementarny na debiutanckim albumie.
Być może to zmiana wytwórni z mrocznej i undergroundowej Aurora Borealis na wyhajpowaną Tri Angle (How To Dress Well, Vessel, Holy Other) wpłynęła na modyfikację muzycznego profilu The Haxan Cloak. Wskazywałaby na to zresztą ubiegłoroczna epka The Men Parted The Sea To Devour The Water, która dość śmiało flirtowała z dynamicznymi gatunkami elektroniki. Mroczne inspiracje nie uległy jednak w nowych nagraniach Krlica osłabieniu. Wciąż mamy do czynienia z mroczną eksploracją około funeralnej tematyki. 
W notatce towarzyszącej promocji nowej płyty wydawca charakteryzuje ją w następujący sposób "If The Haxan Cloak was conceived as the soundtrack to a character’s journey towards death, Excavation is its sequel representing the journey after death". I faktycznie Excavation niesie ze sobą moc ewokowania  niepokojącej, silnie działającej na zmysły mrocznej atmosfery. Dzieje się tak głównie za sprawą dronowych teł roztrzaskiwanych tłustymi, masywnymi tąpnięciami low-kicków oraz wszechobecnych sub-basów drżących w bardzo niskich częstotliwościach. 
W takim kontekście do rangi elektryzującego wyzwania urasta występ The Haxan Cloak na OFF Festiwalu w Katowicach, w trakcie którego artysta z pewnością przetestuje odporność swoich słuchaczy na natężenie dźwięku.

Charakter muzyki The Haxan Cloack uległ przesunięciu z rejonów zarezerwowanych dotąd dla elektroakustyki w stronę izolacjonistycznego ambientu i drone music. Zagęszczona struktura brzmień, podobnie jak ciemna materia nie przepuszcza żadnego światła i  tego światła nie emituje. Zostajemy zatem zanurzeni w bezkompromisowej wizji Krlica; w ciemnej, niewidocznej materii, z gotowym soundtrackiem do naszego pogrzebu.

THE HAXAN CLOAK - Excavation
Tri Angle 2013