piątek, 4 kwietnia 2014

Świadomość słyszenia - / Mirt + Ter / Micromelancolié / Alessandro Parisi / Fischerle + Szczepanek

Niespełna tydzień temu zostałem w prywatnej rozmowie oświecony faktem, że nagrania terenowe w slangu realizatorów dźwięku nazywane są atmosferami. Popularność owych atmosfer zatacza co raz większe kręgi na polskiej scenie niezależnej jako stały element ambientowych, elektronicznych i elektroakustycznych mariażów. W wymienionych niżej tegorocznych wydawnictwach nagrania terenowe pojawiają się zarówno w postaci naturalnej, jak i modyfikowanej. Są wątkami dopełniającymi, bądź stanowią główny motyw nagrań. Nie będę teraz próbował pochylać się nad fenomenem atmosfer (mam nadzieje, ze na to jeszcze przyjdzie czas), chcę jedynie zaznaczyć, że w każdej ze znajdujących się poniżej płyt materiał terenowy został należycie wyeksponowany, nie jednokrotnie wzbogacając kontekst i recepcję kompozycji.

Mirt + Ter / "Sultans of S#&*$" / 2014 / BDTA


"Sultans of S#&*$"  to album  duetu Tomek Mirt - Magda Ter zarejestrowany podczas koncertu odbywającego się w ramach ubiegłorocznej edycji festiwalu Unsound. Muzycznym fundamentem nagrania są solowe wydawnictwa Mirta i Ter, które ukazały się pod koniec ubiegłego roku nakładem Monotype Rec. 
Kontemplacyjna atmosfera, z rzadka napędzana miękkimi stopami, świetliste plamy analogów, rozlewająca się leniwa narracja,  to wypisz wymaluj wycinek "Rite of Passage" Mirta. Z kolei dynamiczny dryg, tropikalna egzotyka, plemienna rytmika wybranych fragmentów wskazywałaby na "Fingerprints" Ter. Jednak zarówno we wspólnym graniu, jak i na wymienionych płytach solowych różnice w sposobie komponowania i dobierania palet dźwięków są iluzoryczne, oboje bowiem, tworzą w podobnym środowisku brzmieniowym i rytmicznym, płynie poruszają się w studio oplecionym kilometrami kabli łączących spektakularne zestawy modularne.  

Para analogowych eksperymentatorów zabiera nas tym razem w podróż wraz z dziesiątą muza. Za pomocą nagrań terenowych, ekranowych sampli, ilustracyjnych analogowych teł i motywów (podobieństwa do muzyki Jana Hammera i ścieżki dźwiękowej z "Miami Vice", aż nadto rzuca się w uszy) kreuje stricte filmową poetykę. 
"Sultans of S#&*$" zniewala brakiem pośpiechu i gwałtowności. Snuje łagodne, oniryczne pasaże; tworzy pulsujące dźwiękowe projekcje. Oczarowuje spokojem kosmicznych krajobrazów wywołując przyjemne uczucie odurzenia. To muzyka o niezwykle intensywnym potencjale synestezyjnym zamieniającym dźwięki w obrazy.
  
Warto zwrócić uwagę na wykorzystanie przez duet nagrań terenowych przedstawiających świat przyrody (rechot żab, ptasie trele), który zostaje podany w sposób surowy, bez modyfikowania i demonizowania. Owa naturalność zachwycająco kontrastuje z całą maszynerią analogowych modułów (realizując przy tym temat ubiegłorocznego Unsound, którym była "Interferencja"), jednak w ramach tej samej muzycznej kompozycji świetnie uzupełnia się tworząc harmonijny dźwiękowy mikrokosmos. 
 

Micromelancolié / "It Doesn't Belong Here" / 2014 / Zoharum

Podobną drogą łączenia wątków dźwiękowych pochodzenia organicznego i syntetycznego podąża na płycie"It Doesn't Belong Here" Robert Skrzyński aka Micromelancolié. Jego słuchowisko oparte na terenowych rejestracjach, fragmentach pieśni pochwalnych, weselnych i pogrzebowych (wyszperanych z internetowych archiwów), izolacjonistycznym ambiencie, syntetycznych szumach, trzaskach i zniekształceniach, oraz na żywych instrumentach (skrzypce Mi'i Zabelki w utworze tytułowym) mogłyby oferować (co wynika z nagromadzenia elementów składowych) wręcz epickie ekspresje. Jednak w przypadku Skrzyńskiego mamy do czynienia z niezwykłej miary subtelnością w wykorzystywaniu wymienionych środków. 

Nazwa solowego projektu Skrzyńskiego nie mogłaby być bardziej adekwatnym opisem jego muzyki, a "It Doesn't Belong Here" jest tego doskonałym przykładem. To efemeryczna muzyka, bez ściśle określonego początku i końca. Mimo swej demonicznej aury poetycka, wrażliwa i krucha. Zepchnięta na drugi plan, wycofana. To album, który nie trudno zignorować, gdyż nie narzuca się uszom i nie upomina o słuchanie. Bije jednak z niego subtelny blask smutnego, melancholijnego piękna. To nastrojowa plątanina szumów, atmosfer, złowrogich dronów, onirycznych zewów, industrialnych klekotań i orientalnych zaśpiewów układająca się w ascetyczne requiem.

W tym momencie Skrzyński wydaje mi się najciekawszym kontynuatorem twórczości legendarnej łódzkiej grupy Spear. Podobnie jak w przypadku projektu Macieja Ożoga, muzyka zgromadzona na "It Doesn't Belong Here" rozbrzmiewa nienatarczywie, uwodząc nastrojowością efemerycznych dźwiękowych majaczeń. Panuje na niej romantyczna atmosfera nasycona żałobną liryką, kruchością odgłosów, lapidarnością muzycznej narracji, oraz niepokojem tajemnicy spowitej wibrującymi plamami i mrocznymi dronami. 

Alessandro Parisi / "Plitvicka Jezera" / 2014 / Sangoplasmo

Alessandro Parisi zawędrował, aż do chorwackiego rezerwatu Plitvicka Jezera, aby w ramach swojego króciutkiego materiału zaprezentować słuchaczom swoją egzaltację nad tym geologicznym rajem na ziemi. 
Jak zwykle to bywa w przypadku wydawnictw Sangoplasmo mamy tu do czynienia ze ścieraniem się elementu sacrum i profanum, oraz z symbiozą dźwięków otoczenia i tych generowanych syntetycznie.
Zwolnione rejestracje rozmów, szemrząca strumieniami i wodospadami woda, odgłosy kroków zamykają ubogi wachlarz dźwiękowej eksploracji terenu rezerwatu w wykonaniu Parisi'ego. W to organiczne tło subtelnie wkrada się syntezatorowy, rozłożysty akompaniament, który mógłby spokojnie pochodzić z modularnych zestawów duetu Mirt - Ter. 
Jednak głównym elementem dźwiękowej ilustracji Włocha jest przenoszący nas w sferę sacrum cerkiewny, liturgiczny śpiew, spotęgowany katedralnymi pogłosami i zwolniony w celu jego większego odrealnienia. Trzeba przyznać, że z jednej strony zabieg modyfikacji religijnych zaśpiewów wydaje się w niezwykle efektowny sposób wypełniać całą przestrzeń narracyjną i nastrojową tego materiału, udanie imitując monumentalną atmosferę sakralnej podniosłości. Z drugiej jednak strony sposób w jaki Parisi uzyskuje założony nastrój, oraz niewielki wkład twórczy i intelektualny włożony w jego osiągnięcie wydaje się być rozczarowujący. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cały urok tego materiału oparty jest na swoistym szantażu emocjonalnym wywoływanym przez Parisi'ego tak sugestywną modulacją nagranej liturgii. Mimo nieudawanego dreszczu ekscytacji, zabiegi Parisiego wydają się być wobec jedynie dwudziestu minut nagrania zbyt powściągliwe, aby móc nie odebrać jego kasety z podejrzliwością o twórczą hochsztaplerkę.

Fischerle + Szczepanek / "W muzeum" / 2014 / BDTA

Na wędrówkę wybrali się również Mateusz Wysocki i Jacek Szczepanek. Wyposażeni w mikrofony kierunkowe udali się na spacer po korytarzach Muzeum Narodowego w Warszawie, aby zarejestrować... malarstwo?  
"W muzeum" to miniaturowe (cztery kompozycje trwające łącznie 15 minut) dzieło obfitujące w możliwości wielopoziomowej interpretacji. Dlaczego zatem, nie uznać, że zarejestrowany materiał to po prostu muzyczne brzmienie muzealnego malarstwa. Tak bowiem brzmi codzienna audiosfera muzeum, daleka od wyciszenia i kontemplacji; ruchliwa, pełna nerwowego zgiełku. Harmider tożsamy z wiszącymi obrazami demistyfikuje nabożną aurę muzeum jako świątyni sztuki. "W muzeum" jest bowiem zarówno antytezą synestezji, jak i dźwiękowej interpretacji sztuk plastycznych;  w ogóle nie odnosi się ani do samego artefaktu, ani do jego treści.

W rzeczy samej spacer Wysockiego i Szczepanka przypomina bardziej marszowy krok żołnierskiej dafilady, niż kontemplacyjny krok pasjonata sztuki. Istotą tego eksperymentu jest bowiem eksploracja i afirmacja akustycznego szaleństwa tych obciążonych symbolami i znaczeniami wnętrz.
Soczyście trzeszczące parkiety, rumor zamykanych drzwi, szepty mimochodem wychwytywanych rozmów, nabożne poszeptywania, a wreszcie dominujący stukot męskich obcasów, którego efektowność akustyczna inspiruje twórców do rytmicznej regularności. Ów regularność odgłosów, "muzyczność" wnętrz i ich naturalny pogłos skwapliwie wykorzystuje duet realizatorów w procesie edycji materiału. Wprowadzają oni niepozorne modyfikacje dźwięków dodając subtelnie echa i powtórzenia. Manipulacja ta jednak odbywa się w sposób niezwykle oszczędny przydając kompozycjom intrygujących smaczków. W kilku miejscach wykwintnie brzmiące odgłosy zamieniają się wprost w syntetyczną impresję o dubowych inklinacjach typowych dla klubowych poszukiwań Fischerle'go.

Wędrówce pomiędzy obrazami towarzyszy słuchaczowi narrator (Jacek Szczepanek), który beznamiętną dykcją odczytuje podpisy pod obrazami. Jednak jego słowa, jak i sam spacer nie mówią nam w rzeczywistości absolutnie nic o wiszących tam obrazach. W eksperymencie Wysockiego i Szczepanka dzieło malarskie nie istnieje, co symbolicznie wyraża zdjęcie na okładce albumu. Interesuje ich natomiast wszystko co dzieje się w przestrzeni istniejącej poza polem obrazu. Rzeczywistość, nie jej interpretacja.

Rejestracja "W muzeum" przybiera symbolicznie postać ucha doskonałego, boskiego; wszędobylskiego aparatu będącego w stanie usłyszeć najcichszy szelest, wyłowić drobny szmer, czy rozłożyć skrzypienie parkietu na dźwięki pierwsze. Selektywność tego nagrania poraża podobnie jak poraża świadomość słyszenia, wrażliwość na dźwięki i myślenie o samej istocie dźwięku, które są kwintesencją konceptualnej pracy Wysockiego i Szczepanka. Wyjście poza pole obrazu jest w ich przypadku również wyjściem poza pole muzyki, akustycznym przerysowaniem, karykaturalnym w swojej hiperrealistycznej istocie.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza