Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Mazur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Mazur. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 września 2017

Spontaniczne kontemplacje / Agustí Fernández, Rafał Mazur, Artur Majewski „Spontaneous Soundscapes”

„Spontaneous Soundscapes” to album będący zapisem improwizacji trójki niezwykle doświadczonych i ogranych instrumentalistów; Rafała Mazura (akustyczny bas), Agustí Fernándeza (fortepian) i Artura Majewskiego (kornet). Muzycy po raz pierwszy spotykają się w takiej konfiguracji na płycie, choć dzielili już ze sobą rozmaite składy i sceny. Fernández z Mazurem, w ubiegłym roku wydali w duecie znakomitą płytę „Ziran”, z kolei równie udana kooperacja Majewskiego i Mazura, wraz z Anną Kaluzą i Kubą Sucharem ukazała się w 2013 w zasłużonym, portugalskim wydawnictwie Clean Feed. Nagrania nowej płyty dokonano zaś w krakowskim klubie Alchemia, bez udziału publiczności, co pozwala uznać „Spontaneous Soundscapes” za studyjną realizację.

Trzej muszkieterowie wolnej improwizacji występują na niej w swoich klasycznych rolach, operując paletami poszerzonych technik instrumentalnych, o zróżnicowanym temperamencie i zmiennej dynamice. Zadomowiony na dobre w naszym kraju Agustí Fernández wykorzystuje szerokie spektrum artykulacyjne fortepianu. Sięga do jego wnętrza, aby dokonywać sonorystycznych peregrynacji pośród metalowych strun i mechanizmów. Kiedy jednak jego dłoniom uda się spocząć na klawiaturze instrumentu, wtedy gnają one po klawiszach w ultra szybkich partiach improwizacji. Narzuconemu przez Hiszpana tempu dorównuje Rafał Mazur, splatający gęste i frenetyczne pasma akustycznego basu. Jego błyskotliwa gra dyktowana strumieniem świadomości, wydaje się totalnie odłączona od wszelkich reguł, czy stylistyk. Trudno w rozwichrzonych galopadach wychwycić jakieś elementy stałe, czy powtarzające się. Jednak to właśnie nieustannie rozedrgane pomruki basu, budują kręgosłup kolejnych kompozycji. Pomiędzy dwoma dynamicznymi filarami improwizacji balansuje Artur Majewski, zaopatrzony jedynie w kornet i tłumik nadający dźwiękom płynącym z dęciaka charakterystycznej chrypki. Muzyk, już dawno temu przyzwyczaił swoich słuchaczy do tego, że jego artykulacja stroni od linearnych form narracji. Słyszymy zatem autorski zestaw figur stylistycznych, na które składają się krótkie, lakoniczne przedęcia; ornamentacyjne muśnięcia dźwiękiem utrzymane w wysokich rejestrach; a okazjonalnie również urwane frazy melodii. Wśród pochłoniętych żywiołem improwizacji partii Fernándeza i Mazura, ingerencje Majewskiego wydają się w pierwszej chwili dość lapidarne. Jednak w szerszej perspektywie, można dostrzec, że zajmują w kompozycjach strategiczne pozycje. Najczęściej puentują dyskusje fortepianu z basem oszczędnym koanem, bądź równie często stanowią jej ażurową inkrustację. W bardziej wyciszonych momentach kreują atmosferę i nastrój. Jednak najważniejszą rolą kornetu na „Spontaneous Soundscapes” jest budowanie przestrzeni dla swobodnej konwersacji instrumentów. W zestawie Majewskiego chętnie usłyszałbym jednak coś świeżego, bo jego rozpoznawalny muzyczny język staje się z czasem coraz bardziej przewidywalny.

„Spontaneous Soundscapes” w głównej mierze oparte jest na dynamicznej i abstrakcyjnej relacji dźwiękowej zachodzącej między solistami. Ich konwersacja odbywa się zazwyczaj w szybkich tempach, a ogranie miedzy artystami pozwala na instynktowne reakcje. Z zacięciem można kontemplować możliwości techniczne i komunikacyjne muzyków. Niespodzianką jest, że wśród pięciu kompozycji napotkamy ukłony w stronę form intymnych i nastrojowych. Do najbardziej zjawiskowych należą momenty wyciszeń, w których muzycy kontemplują każdy opuszczający ich instrumenty dźwięk, aby następnie kreować z nich delikatne i abstrakcyjne muzyczne konstelacje. Tutaj czwartym aktorem spektaklu jest cisza. Dryfując po jej oceanie muzycy osiągają niezwykłe subtelności; melodyjne i liryczne, tak jak w połowie trzeciej odsłony płyty, gdzie dźwięki zamierają w poetyckim zamyśleniu, aby łagodnie rozpłynąć się w przestrzeni. Lakoniczne instrumentacje prowadzone są z namysłem i pozostają w pełnej napięcia relacji. Jakże ta improwizacja w ciszy wydaje się odświeżającym doświadczeniem, po pełnym rozgadania instrumentalnym pojedynku muzyków.

Repertuar tria Fernández - Mazur - Majewski, odbiega nieco od brawurowej zawartości „Ziran”, gdzie istotą dialogu była instynktowna wymiana ciosów, a aspekt fizyczności gry dominował nad kontemplacją. Szczęśliwie w przypadku „Spontaneous Soundscapes” udało się wygospodarować czas na oddech i kreowanie nastroju. Wyludniona sala koncertowa Alchemii z pewnością miała wpływ na ten nieco bardziej kameralny wymiar improwizacji i jej intrygujące rezultaty.

 
Agustí Fernández, Rafał Mazur, Artur Majewski „Spontaneous Soundscapes”
2017, Not Two Records

środa, 30 listopada 2016

Let's get ready to rumble / Fernández vs. Mazur / Gołebiewski vs. Holm


Śledzenie i antycypowanie ruchów przeciwnika. Umiejętność wyprowadzania i unikania ciosów. Fuzja techniki i instynktu. Dodajmy do tego cielesne emanacje w postaci; zaciętego grymasu na twarzy, napiętych mięśni, spływającego po skórze potu, obtartego naskórka, przyspieszonego pulsu i oddechu. Wolna improwizacja zdaje się mieć momentami więcej wspólnego ze sztukami walki, niż sztuką dźwięku; kulturą fizyczną, a niżeli z kulturą per se. Zwłaszcza ta czerpiąca z sonorystycznych poszukiwań.

... a zatem! Panie i Panowie na dzisiejszej gali staną naprzeciwko siebie; Agustí Fernández (Hiszpania) i Rafał Mazur (Polska) w narożniku czerwonym, kontra Fred Lonberg-Holm (USA) i Adam Gołębiewski (Polska) w narożniku niebieskim. Przygotujcie się na mocne wrażenia. Zagrzewające do walki hasło Michael'a Buffer'a Let's get ready to rumble, wydaje się jak najbardziej adekwatne.


Postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Powodem nie jest bynajmniej lenistwo, czy chęć pójścia na skróty. Oba improwizowane nagrania zdecydowanie więcej łączy niż dzieli. Mimo różnego instrumentarium, zarówno artykulacja, jak i charyzma muzyków jest w przypadku pary Fernández - Mazur i Holm - Gołębiewski bliźniacza. Traktując zaś oba duety jako jedną narrację, mamy możliwość śledzenia w szerszej perspektywie relacji zachodzącej między czterema znakomitymi improwizatorami.

Zarówno w przypadku „Ziran” i „Relephant” jesteśmy świadkami gwałtownej, abstrakcyjnej, improwizacji, opartej na ultra dynamicznej grze instrumentalistów, którzy bombardują słuchaczy intensywnością i wyrazistością dźwięków. Nawet brzmieniowo znajdziemy tu więcej podobieństw niż różnic. Brawurowe eksperymenty Augusti Fernández'a wychodzące daleko poza klawiaturę fortepianu, dają pokrewne rezultaty co intensywne perkusyjne preparacje Gołębiewskiego. Piętrzące się blaszane trzaski; kawalkady skrzypnięć, pisków; bombardowanie zgiełkiem zatomizowanych uderzeń; unifikują brzmienie fortepianu i perkusji sprowadzając je do metalicznego dialektu. (Tak mogło zabrzmieć pianino zrzucone z dachu akademika, przez studentów Massachusetts Institute of Technology w 1972 roku, gdyby moment roztrzaskania o ziemię zarejestrować, rozciągnąć w czasie i rozmontować na czynniki pierwsze). Do większych rozbieżności dochodzi dopiero, gdy Fernández przenosi improwizacyjne działania ze strun na klawisze fortepianu. Wtedy brzmienie dojrzewa, robi się gromkie i dystyngowane. Hiszpan wyrzuca z imponującą prędkością kaskady atonalnych sekwencji, obchodząc się z klawiaturą brutalnie i z pozorowanym niedbalstwem. W przypadku Gołębiewskiego, również dominują konstelacje krótkich, rwanych, arytmicznych gestów i uderzeń, niźli poszukiwanie tekstur i barw.

Do brzmieniowych i artykulacyjnych zbieżność zachodzi również w korespondencyjny pojedynku Holma z Mazurem. Obu łączy posługiwanie się smyczkiem, którego intensywny zgrzyt przecina nawałnice uderzeń i rumorów. Różni to co wychodzi spod palców Polaka, lub z urządzeń elektrycznych Amerykanina. U Mazura szarpane struny akustycznej gitary basowej, tworzą frenetyczny, burdonowy pomruk, towarzysząc Fernandezowi równie intensywną galopadą dźwiękowych impulsów. Holm, zaś posiłkuje się punkowym sprzężeniem i przesterem, aby wprowadzić fragment syntetycznej faktury, w arsenał improwizowanych gestów.

Mimo że każda z płyt wydaje się być kłębowiskiem nieujarzmionych, dźwięków pozostających ze sobą w entropicznej relacji, to zdarzają się punkty przecięć i kondensacji napięcia. To chwile najbardziej energetyzujące słuchacza; widowiskowe zwarcia i wymiany ciosów. Epizody całkowicie ulotne, łatwe do przeoczenia, najczęściej subiektywne w odbiorze. Przykładem niech będzie „Disguised” z płyty Holm'a i Gołębiewskiego. Kompozycja, która mogłaby zostać uznana za odpowiedniki singla reprezentującego całość materiału. Na 45 sekund przed jej końcem, z natłoku uderzeń, potarć, hałasów i stukotów dochodzi do zwarcia. Pojawia się koincydencja między ciszą, a hałasem, w której kombinacja trzech czterech ciosów / gestów / uderzeń, zaznacza szczytowy punkt napięcia i będący unikalną eksplozją elektroakustycznego instrumentarium. Albo w przypadku „Conversation 3” z płyty „Ziran”, gdzie Fernández w natchnionym obłąkaniu wbija klawiaturę fortepianu w jego drewnianą obudowę, tak że dźwięk przepływając przez każdy słój instrumentu, zostaje uziemionym dopiero przy podłodze.

„Ziran” i „Relephant” to dobitne przykłady, że free improv wydaje się być dziś jedną z najbardziej ekstremalnych i bezpośrednich form muzycznej kontestacji. Punkowy slogan o niszczeniu systemu, industrialne taktyki szoku, czy harsh'owe ściany hałasu słabną wobec radykalizmu sonorystycznych ekstremistów, wyrażonego często jedynie fizyczną siłą mięśni, i znajdującego swą manifestację w akustycznym zgiełku. Można ubolewać jedynie, że ta totalna i bezkompromisowa potrzeba ekspresji, to bunt galeryjny i elitarny. Aestetyczny afront, często klasycznie wykształconych muzyków, dla których harmonia i tonalność stały się zbyt wąskie do wyrażenia emocji, oraz własnej wirtuozerii. Ten ikonoklazm jest paradoksalnie wyrazem uwielbienia dźwięku, graniczącym z jego fetyszyzacją.

Jednak ów wysmakowany hałas nadal pozostaje znakomitym remedium na cywilizacyjny gwar i świetnym ćwiczeniem abstrakcyjnego myślenia, które pozwoli otwartemu słuchaczowi dostąpić muzycznego katharsis. Dlatego też warto wydawać tego typu nagrania choćby i dla grupki entuzjastów, którzy zamiast hałasu dostrzegą artystyczny kunszt.


AGUSTI FERNANDEZ, RAFAŁ MAZUR „Ziran”
2016, Not Two

FRED LONBERG-HOLM, ADAM GOŁEBIEWSKI „Relephant”
2016, Bocian Records



(Płyta Ziran jest rejestracją koncertu duetu, który odbył się 18.10.2014 w krakowskiej Alchemii. Poniższe nagranie pochodzi zaś z 01.09.2016 również z koncertu w Alchemii)


wtorek, 4 sierpnia 2015

2 x 2 / Strycharski & Mazur "Myriad Duo" + Jachna & Wójciński "Night Talks"

Jeden wydawca. Czterech wyśmienitych instrumentalistów. Dwa duety. Dwie drogi jazzowej improwizacji. Obie znakomite.

W czerwcu nakładem nowego jazzowego wydawnictwa, Fundacji Słuchaj, światło dzienne ujrzał album duetu Strycharski - Mazur. W lipcu do słuchaczy trafiły kompozycje tandemu Jachna - Wójciński. Początki współpracy obu składów mają miejsce jednak nieco wcześniej. W przypadku "Myriad Duo" mamy do czynienia z zapisem koncertu, który odbył się w lutym 2013 na deskach krakowskiego klubu Literki. Jeśli zaś chodzi o "Night Talks", jest to rejestracja improwizowanej sesji, która miała miejsce w ubiegłym roku w Bydgoszczy. Była ona jednak zainspirowana wcześniejszym, występem duetu w warszawskich Chmurach. Oba nagrania są jak ogień i woda. Zwłaszcza z punktu widzenia narracji. Jeśli bowiem Strycharski i Mazur, pobudzają zmysły niezwykłą intensywnością ekspresji, tak Jachna z Wójcińskim, koją i pieszczą niemal klasyczną jazzową formą.

***

Dominik Strycharski & Rafał Mazur - "Myriad Duo" (Fundacja Słuchaj, 2015) [odsłuch]

Akustyczna gitara basowa Rafała Mazura, oraz flet prosty Dominika Strycharskiego to instrumenty outsaiderskie w jazzowych składach, pozostające w cieniu dominacji dętych blaszanych i sekcji rytmicznej. Ukryte głównie w tłach, jako element większych orkiestracji, nie przykuwają należytej uwagi słuchaczy. Teraz stają się bohaterami pierwszego planu. A trzeba przyznać, że nie jest to wcale zestaw łatwy i oczywisty, bo barwy obu instrumentów dzieli przepastna różnica na pasmach częstotliwości.

Zestaw fletów Dominika Strycharskiego (sopranino, alt, tenor i bas) zapewnia artyście niezwykle szeroki zakres artykulacji mieszczącej się w wysokich i bardzo wysokich rejestrach. Wśród garderoby wydawanych dźwięków znajdują się piski, świsty, gwizdy, czy przedęcia, wibrujące niczym ptasie trele. Wśród tych fragmentarycznych motywów, podawanych z szaloną dynamiką, odnajdą się skrawki melodii, które dzielnie opierając się pokusie repetycji znaczą szlak frenetycznej improwizacji. Błyskawicznie zmieniające się wątki, galopada tematów i technik pozbawiona ilustracyjnego pierwiastka, zostaje zaprezentowana z niebywałym przepychem i zapałem, wybijając się na pierwszy plan. Ale omyliłby się ten kto nazwałby Strycharskiego liderem tego przedsięwzięcia. Owszem to, że charakter i barwa gitary basowej w wersji akustycznej dość często lokują instrument jako element dopełniający, to akurat w tym duecie funkcjonuje on na równych prawach co flety. Co prawda aby dobrze wczytać się w artykulację Mazura, trzeba wyczulić percepcje na dolne skale rejestru, ale gdy już dostroimy ucho na ów poziom, usłyszymy, że bas staje się niemal zwierciadlanym odbiciem fletów Strycharskiego. Jego ekspresja pozostaje równie wartka i dynamiczna. Mazur inkrustuje nagranie gęstym basowym ściegiem, będącym zdecydowaną odpowiedzią na fantazyjne i krewkie piruety partnera. Dokłada do tego eksperymenty natury sonorystycznej, m.in. pocieranie strun, czy gra smyczkiem. Priorytetem jednak pozostaje rytm, barwa i tempo.

Mimo że narracja "Myriad Duo" jest szalenie dynamiczna i intensywna, dwie ścieżki instrumentów pozostają w bezpośrednim kontakcie. Podstawą porozumienia jest gra zespołowa, oparta na intuicji, bystrości reakcji i umiejętność antycypacji muzycznych wydarzeń, odczytywanych na bieżąco ze wspólnej improwizacji. Strycharski i Mazur czytają swoją grę automatycznie, jakby wcześniej wytrenowali ją na wielu próbach. I jest to dialog imponujący, który być może zdarza się raz jeden w życiu, kiedy dwie indywidualności mówią w tej samej chwili, tym samym językiem.

Chciałbym zapamiętać z tego albumu jakiś charakterystyczny fragment, wyimek, melodię, ale recepcji "Myriad Duo" nie imają się tak proste chwyty. Rollercoaster emocji, plątanina napoczętych wątków, mistrzowski dwugłos podany w formie rozimprowizowanego żywiołu, stroniący jednak od ekstremy sceny free/improv. Zamiast cytatów pozostaje w pamięci olśniewające wrażenie. Duet Strycharski - Mazur, nagrał bowiem płytę tak bogatą w bodźce muzyczne, tak otwartą kompozycyjnie i odsłaniającą co raz to inne dźwiękowe konfiguracje, że jej potencjał z każdym kolejnym przesłuchaniem potęguje się. Mamy do czynienia z zapierającym dech starciem tytanów, obfitującym intensywnością narracji i dynamiką artykulacji, podpartym szeroką paletą improwizacyjnych technik.

Dopuszczone wreszcie na pierwszy plan, a marginalizowane wcześniej instrumenty, wybrzmiały na "Myriad Duo" z pełną charyzmą. Obsługiwane przez wirtuozów improwizacji, którzy potrafią odnaleźć odpowiednią narrację dla ich osobliwego brzmienia, z powodzeniem mogą konkurować z bardziej ogranymi zestawami jak trąbka - kontrabas.

Ksawery Wójciński & Wojciech Jachna - "Night Talks" (Fundacja Słuchaj, 2015) [odsłuch]

Po drugiej stronie medalu jazzowej ekspresji znalazł się duet Wojciecha Jachny i Ksawerego Wójcińskiego, który improwizacyjny żywioł ujarzmia i tonuje w nastrojowych miniaturach. Tutaj kontrabas Wójcińskiego i trąbka Jachny pozostają w czułym zbliżeniu i lirycznej harmonii.

"Night talks" to z pewnością adekwatny tytuł tej płyty. Więcej na niej kameralnych poszeptywań, delikatnych gestów muzyków, niż rozgorączkowanych free jazzowych harców. Tak jest już w otwierającym płytę utworze (I) gdzie posępnemu pomrukowi kontrabasu towarzyszy ledwo słyszalny oddech tłoczony przez trąbkę. Ten ślad powietrza wydychanego z płuc Wojciecha Jachny jest tylko wstępem do snucia kameralnej i zmysłowej opowieści. Wiedzie ona od mollowych, powłóczystych melodii (II), aż po ikoniczne wręcz motywy ilustracyjne (IV), które aż proszą się o wykorzystanie ich jako ścieżek dźwiękowych. Najlepiej w filmie noir, bo kompozycje warszawsko-bydgoskiego duetu, mimo pokładów liryzmu toną w mroku. Nieśpieszne tempa, przydymione brzmienie, wysmakowane melodie, nabierają uroku okrywając się mgiełką dźwiękowej patyny.

Trudno uwierzyć, że w improwizowanej sesji Jachny i Wójcińskiego znalazło się aż tyle zjawiskowych motywów, dzięki którym muzykom udaje się zbudować tak intrygujący nastrój. Subtelność instrumentacji, oszczędność formy i delikatność ekspresji to fundament na którym artyści budują atmosferę swej nocnej rozmowy. Chylę tutaj czoła głównie przed Wojciechem Jachną, nad grą którego czuwają duchy Billa Dixona, Dona Cherry'ego, a zwłaszcza Andrzeja Przybielskiego, z którym miał okazję współpracować zwłaszcza w złotych czasach Sing Sin Penelope. Bydgoszczanin swą inwencją w snuciu fabuł zaskakuje szerokim garniturem melodyjnych motywów, z których kilka ma potencjał aby stać się nowymi jazzowymi klasykami. Każdy z nich swa lapidarnością i nastrojem, urzeka i zdumiewa. Oczywiste jest jednak, że trąbka nie mogłaby tak czarować słuchacza, gdyby nie background Wójcińskiego. To jego przyczajony kontrabas wyczulony na barwę i bogaty w wydobywane z siebie faktury; czasem jedynie muskany opuszkami palców, czasem smagany smyczkiem; zapewnia harmonię i spokój kompozycjom duetu. Wyścieła je dźwiękowym pluszem, spod którego gdzieniegdzie wystają sonorystyczne drzazgi.

Kluczem do sukcesu "Night talks" jest powściągliwość obu muzyków. Ograniczanie instynktu improwizacji, kosztem, której wydobyta dla uszu zostaje malowniczość fabuły i intymność nastroju. Zamknięte kilkuminutowe formy podporządkowane linearnej narracji i podziałowi na rozpoczęcie, rozwinięcie i zakończenie, osiągają kwintesencję wyrafinowania i muzycznej elegancji, na którą stać tylko tak doświadczonych jazzmanów.

***

Obie płyty wydane sumptem Fundacji Słuchaj z miejsca powinny znaleźć się w kanonie najbardziej zjawiskowych płyt polskiego jazzu. W przypadku "Night Talks" w miejscu gdzie nowoczesność szanuje klasykę czerpiąc z niej cenne inspiracje, zaś jeśli chodzi o "Myriad Duo" - tam gdzie klasyka ustępuje awangardzie snując abstrakcyjne, wyszukane narracje.


środa, 18 grudnia 2013

Lapidarium dźwiękokształtów / Kaluza+Majewski+Mazur+Suchar - "Tone Hunting"

Ilekroć sięgam po okładkę wydawnictwa aby odnaleźć na niej trop do interpretacji muzyki tam zawartej tylekroć zastanawiam się czy nie wpadam w pułapkę nadinterpretacji. Niejednokrotnie ilustracje, czy sposób wydania pozwalają mi uformować sposób myślenia i kształt narracji na temat muzyki w momencie kiedy nie za bardzo wiem jak zabrać się za pisanie o niej. Wtedy zastanawiam się nad tym czy muzycy w pełni świadomie ilustrują swoje muzyczne dokonania o takie obrazy a nie inne. Musieliby w takim przypadku prawdopodobnie samemu zinterpretować swoją twórczość aby zilustrować ją adekwatnie. Ale czy muzycy interpretują swoje prace? Na pewno analizują ją pod względem technicznym i pod względem nośności idei jaką wyraża ich muzyka. Ale czy aby wpisują ją w nowe konteksty, odczytują ich drugie dno? Nie odpowiem teraz na to pytanie, ale być może zapytam kiedyś jakiś muzyków o to na ile świadomi możliwości interpretacyjnych dokonują oni wyboru przy wybieraniu oprawy graficznej do swych nagrań tak aby ta korelowała z ideą jaka zawarta jest w muzyce.

Okładka albumu "Tone Hunting" nagranego przez kwartet w składzie; Anna Kaluza (saksofon altowy), Rafał Mazur (bas), Artur Majewski (trąbka), Kuba Suchar (perkusja) wydaje mi się w pełni adekwatna do muzycznej zawartości albumu. W centrum narysowanego tuszem obrazka znajduje się dom. Jego granice tworzą zamkniętą przestrzeń dla postaci znajdujących się w środku, ale przeźroczyste ściany pozwalają zajrzeć z zewnątrz do środka. Niewidzialna ściana nie chroni domowników przed spojrzeniem "obcego", ale najwyraźniej nie mają oni nic do ukrycia, a właściwości ścian wykorzystują jako poszerzenie swojego interioru poza granice domu. Takie otwarcie, nieskrępowana swoboda i kreatywne wykorzystanie przestrzeni jest w mojej interpretacji główną ideą muzyki kwartetu. A oprócz niej jest to dialog.

"Tone Hunting" to jedna kompozycja podzielona na pięć części. Przybiera ona kształt improwizacji, w której następuje swobodna wymiana myśli pomiędzy muzykami. Instrumentarium jest idealnie wyważone tak aby każdy  z muzyków w pełni demokratycznie mógł mieć wpływ na narrację materiału. I mimo, że każdy z nich podąża swoją ścieżką to nie wchodzi innemu w wątek i nie zawłaszcza dla siebie przestrzeni albumu. W przeważającej części materiału Kaluza, Mazur, Suchar i Majewski grają jednocześnie i z odrębnych wątków swoich muzycznych wypowiedzi budują abstrakcyjną jazzową całość. W tej wspólnej rozimprowizowanej formie muzycy skazani są tylko na siebie i swoje umiejętności, a ich artykulacja pozbawiona jest znamion melodyjności i wszelakiego tła. Każdy z instrumentów zawieszony jest w próżni nie stanowiąc dla innego podkładu. Takie ograniczenie zmusza muzyków do dźwiękowej dyscypliny i dużej kreatywności  której wynikiem jest wzajemna wymiana mikro wątków, fragmentarycznych melodii i dźwiękokształtów. Odbywa się ona na zasadzie swoistej "dyskusji instrumentów" artykułowanej całym wachlarzem lapidarnych komunikatów dźwiękowych. W "Tone Hunting" bulgocze jak w garnku, a deliryczne rozedrganie następuje za sprawą niezwykle szybkiej wymiany myśli i dźwięków pomiędzy czwórką muzyków którzy wzajemnie dopełniają swoje pourywane frazy. Ów dialog wyeksponowany jest w ekscytującej formie "akcja - reakcja" opartej na doskonałym kontakcie między muzykami i ich ogromnych umiejętnościach technicznych. We wspólnej pracy tej czwórki muzyków, z których każdy zachowuje pełną indywidualność dźwiękową zawarty jest fundament jazzowej ekspresji oparty na umiejętności słuchania i instynktownego dialogowania pomiędzy członkami składu. 

Kaluzie, Sucharowi, Mazurowi i Majewskiemu udało się stworzyć imponującą kompozycję w której skomplikowane i oparte na ćwiczeniach improwizacyjnych pofragmentowane struktury podane są w sposób lekki, niemal free jazzowy. "Tone Hunting" jest bowiem niezwykle przestrzenną, świetnie skrojoną i swobodną kompozycją, prawdopodobnie przez decyzję o rezygnacji z teł, melodii, elementów ilustracyjnych, czy budujących nastrój.

Ostatnią część kompozycji traktuję jako suplement, żywcem wycięty z ostatniego albumu Mikrokolektywu. Oparta jest ona na dynamicznej pętli o ciepłym drewnianym brzmieniu, z melodyjnym motywem Majewskiego dopowiadanym saksofonem Kaluzy i delikatnie pobudzanym basem Mazura. Możemy usłyszeć w niej ile ciepła i łagodnego nastroju można wprowadzić rozbudowując aranżacje wrocławskiego duetu. 

Jeśli musiałbym wyróżnić spośród tego kwartetu jednego z instrumentalistów, którego artykulacja pobudziła moje zmysły najbardziej to zdecydowałbym się na perkusistę Kubę Suchara, który z każda kolejną płytą wprawia mnie swoją grą w zdumienie połączone z ekscytacja. Jego ekspresja momentami wydaje się dwa razy szybsza od pozostałych muzyków, nadludzko ruchliwa, wielobarwna i ultra dynamiczna.

"Tone Hunting" to znakomita płyta, usiana mikro wątkami pobudzającymi słuchacza do nieustannej koncentracji. Z każdym kolejnym przesłuchaniem zyskuje, bo nie od razu ukazuje swe kunsztowne wnętrze. Słuchacz potrzebuje kilku przesłuchań aby móc dostrzec logikę kompozycji i nauczyć się intrygującego języka w którym komunikują się muzycy.




ANNA KALUZA / ARTUR MAJEWSKI / RAFAŁ MAZUR / KUBA SUCHAR - "Tone Hunting"
2013, Clean Feed