Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monkeytown Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monkeytown Records. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2014

Zaburzenia proporcji / We Will Fail - "Verstörung"

Nie mogę zarzucić sobie tego, że nie próbowałem zauroczyć się debiutancką płytą Aleksandry Grünholz. Zwłaszcza po spływających zewsząd entuzjastycznych opiniach dotyczących jej debiutanckiego albumu. Stąd długo zwlekałem ze swoją recenzją ponawiając kolejne, niezliczone próby nawiązania kontaktu między mną a muzyką zawartą na krążku "Verstörung". Zastanawiam się jednak, biorąc pod uwagę mroczny, magmowy charakter płyty czy taki kontakt jest w ogóle możliwy? Czuje, bowiem jakby ten materiał szczelnie oblepiał moje zmysły lepką, gęstą mgłą, która zamazuje detale, niweluje kontrasty, stępia wrażliwość. Specyficzny wdzięk brudnej, narkotycznej abstrakcji We Will Fail ma intensywność opium, odurza, wprawia w katatonię, wywołując odrętwienie myślowe i permanentny bad trip. Grünholz sugestywną mocą swojej muzyki może nawiązywać do austriackiej szkoły brutalnego realizmu, wnikliwej, choć prowadzonej z dystansu społecznej obserwacji, spod znaku Bernhardta, Jelinek, Hanekego, czy Seidla. Ta projekcja to waga ciężka, spektakl, który nie przynosi ani ukojenia, ani katharsis.

Na "Verstörung" imponuje dyscyplina w zachowaniu spójności muzycznej i narracyjnej. Intrygująco wypada kreowanie atmosfery mrocznej, hipnotycznej, transowej, pozbawionej w całej swojej rozciągłości elementu ludzkiego. Wyjątkowo zgrabne operowanie metalicznymi fakturami, postindustrialnymi pomrukami, ziarnistymi szumami, chropowatymi odgłosami i smolistymi barwami dronujących syntezatorów świadczy o w pełni  świadomym i adekwatnym wykorzystaniu spreparowanej materii dźwiękowej do nastroju kompozycji. Sam fakt szerokiego użycia w materiale nagrań terenowych wydaje się mieć w przypadku We Will Fail drugorzędne znaczenie, po tym jak zostały one intensywnie zmodyfikowane całkowicie uniemożliwiając ich idenyfikację. 

Występują jednak na albumie Grünholz elementy, które skutecznie zaburzają mi jego recepcje, brutalnie przesłaniając jego wymienione wcześniej zalety. Jest to przede wszystkim toporna, konwencjonalna rytmika o typowej dla trip-hopu dynamice, przypominającej również wczesne produkcje dub step'owe, czy idm'owe, z czasów, w których użycie wszelkiej maści beat repeater'ów było jedynie odległą wizją przyszłości. Mozolne, narzucające się, nie modyfikowane, przez całość poszczególnych kompozycji struktury uderzeń mają moc skutecznego odciągania uwagi słuchacza od rozmaitości planów i faktur wibrujących w tle.
Na "Verstörung" przeszkadza mi również brak dramaturgi, kulminacji, przełamań, które w tak gęstej materii dźwięków, niskiej selektywności, monotonii rytmiki i długim czasie kompozycji wydawałyby się elementem wręcz niezbędnym.
Grünholz niebezpiecznie ulega narcystycznej pokusie kontemplowania własnego brzmienia, które z namiętnością i bezgranicznie eksponuje słuchaczom w przydługich repetycjach. W monotonnych pętlach trudno bowiem szukać modyfikacji rytmu, rozwinięcia narracji, czy progresji i tak rzadko występujących akordów, które podobnie jak sample i loopy wrzucone w początku kompozycji wybrzmiewają, aż do końca w stanie surowym i nie zmieniony. Może wystarczyłoby skrócić poszczególne kompozycje, lub z kilku zrezygnować, aby monotonia We Will Fail wydała się bardziej inspirująca, niż irytująca.

Paradoksem "Verstörung", jakże typowym dla debiutantów jest fakt, że pomimo świadomej wizji pozwalającej na zbudowanie ze spójnych elementów intrygującego środowiska dźwiękowego i pasjonującego klimatu, autorka nie potrafi w pełni go wyeksponować kompozycyjnie, zaś jedynym pomysłem na zaprezentowanie bogactwa próbek dźwiękowych, czy faktury sampli jest chroniczna i bolesna repetycja. Grünholz zabrakło przede wszystkim samoograniczenia i powściągliwości producenckiej, która pozwoliłaby jej narzucić bardziej zdecydowane ramy kompozycyjne, a przy tym odnaleźć i uwypuklić wewnętrzna dramaturgię "Verstörung".




WE WILL FAIL - "Verstörung"
2014, MonotypeRec.

wtorek, 14 stycznia 2014

I can't stop raving / Mouse On Mars - "Spezmodia"

Niezmiernie jestem rad, że pierwszą premierą z 2014 roku opisaną na łamach raz uchem / raz okiem jest epka moich wieloletnich ulubieńców, weteranów z Mouse On Mars. 

"Spezmodia" została wydana sumptem berlińskiej Monkeytown Records prowadzonej przez duet Modeselektor, możemy zatem spodziewać się charakterystycznej dla tego labelu wysokooktanowej dawki parkietowych spazmów.  Zgodnie z linią wydawniczą na "Spezmodia" mamy zatem do czynienia z cholernie dynamicznym i ultratanecznym nawiązaniem do obecnych tanecznych trendów. Usłyszymy więc w dużych ilościach post dubstepowy breakbeat, footwork i przede wszystkim wariacki rave. 

Powrót Mouse On Mars do lat 90tych i kultury rave okazuje się o tyle zaskakujący i paradoksalny, że równe dwadzieścia lat temu zaczynali oni swą muzyczną przygodę w epicentrum rozkwitu tej sceny. Jednak bynajmniej nigdy nie byli jej częścią, obierając pozycje kontestatorskie i opowiadając się swoją twórczością po stronie eksperymentu i awangardy. Wszakże w 1994 MOM zadebiutowali albumem "Vulvaland" wypadkową ambientu, raczkującego post rocka, krautrockowej elektroniki, z napędzającym deep house'owym bitem schowanym głęboko w tle. To dopiero na kolejnych albumach ich muzyczne poszukiwania powędrowały również w stronę tanecznej elektroniki będącej jednak wypadkową IDM, drill'n'bass i oryginalnych, samodzielnie preparowanych glitchowych brzmień i sampli.

Duet Niemców postanowił zatem twórczo zinterpretować powracającą modę na lata 90te, a tym samym pozwolić sobie na szaleństwo, które przed dwudziestu laty zamiast możliwości budowania krok po kroku swojej oryginalnej marki, zapewne wrzuciłoby ich do wielkiego wora bezimiennych twórców rave.
"Spezmodia" urywa głowę swoim dynamicznym, błyskotliwym montażem, przebojowym potencjałem i nieokiełznany szaleństwem. A nagrana w nowoczesny sposób unika częstej w latach 90tych toporności dwóch happy hardcorowych akordów, tępej monotonii "gabber'owego" bitu i do znudzenia powracającego amen break'a.

Duet Andi Toma - Jan St. Werner to jak powszechnie wiadomo totalni profesjonaliści tworzący swój niepodrabialny styl konstruując od totalnego zera wszystkie software i pluginy wykorzystywane do produkcji swojej szalonej muzyki. Podobnie było w przypadku "Spezmodia" gdzie użyli zaprojektowanej przez siebie mobilnej aplikacji WretchUp do nakładania efektów i modulowania głosu i dźwięków.

Jedyne nad czym nieco ubolewam przy okazji premiery tej epki to fakt, że w swojej rave'owej koncepcji MOM utracili nieco ze swej oryginalności na rzecz charakterystycznych i powszechnych we współczesnej tanecznej elektronice brzmień i produkcyjnych rozwiązań. Stąd pojawiające się podczas odsłuchu skojarzenia z produkcjami Dj Spinn'a, Traxmann'a, Lone, Slava, czy Hudsona Mo. 

Jednak pięć znakomitych, eklektycznych i niezwykle ekspresyjnych kompozycji nagranych przez Mouse On Mars to obiecujące i bombastyczne powitanie nowego parkietowego sezonu! Nieokiełznana fantazja, radość tworzenia i muzyczna witalność okazuje się nie opuszczać tego (jakby nie było) legendarnego już duetu.




MOUSE ON MARS - "Spezmodia"
2014, Monkeytown Records



środa, 4 września 2013

Wyrzuty sumienia cz. 2 / Floorplan + Moderat + Jon Hopkins + µ-ZIQ

FLOORPLAN - Paradise / M-Plant 2013

W sportowej nomenklaturze funkcjonuje określenie "grać swoje". To moment w grze kiedy można być spokojnym o wynik i przebieg rozgrywki w oparciu o umiejętności i doświadczenie zawodników, którzy sprzyjający rezultat dowiozą do końca meczu. Grając swoje zawodnik, posługuje się tym co potrafi najlepiej. Nie kombinuje nie upiększa, nie udziwnia. To element rutyny zapewniający zawodnikowi i kibicom spokój przy jednoczesnej satysfakcji z korzystnego wyniku. Taka gra wymaga zarówno talentu, oraz opanowania i doświadczenia. Jeśli przeniesiemy tą terminologię do współczesnej tanecznej elektroniki to po raz kolejny "swoje" po mistrzowsku rozgrywa Robert Hood.
Legendarny producent kolejny raz pokazuje że wie jak zagrać klasykę, tak aby nie straciła ona nigdy na świeżości. Klasykę Techno rzecz jasna! Hood po raz nasty w swojej karierze nagrał album używając tych samych brzmień i schematów będących wizytówką detroit techno, gatunku, którego jest jednym z pionierów. I mimo wykonywania od trzech dekad wciąż tej samej roboty po raz kolejny spod jego rąk dostajemy album fenomenalny. Jeden z ojców amerykańskiego techno jak zawsze stawia przede wszystkim na klarowność materiału i prostotę konstrukcji swoich muzycznych budowli. Paradise to czysty parkietowy konkret, bez udziwnień i kombinowania. To kawał ultra tanecznego techno i house. Pozbawiony ambicji dostosowywania stylu do współczesności, nie romansuje, z żadnymi współczesnymi nurtami, wątkami, czy gatunkami, paradoksalnie zachowując przy tym niesamowitą świeżość i żywotność swojej nuty. Jedyny flirt w jaki wdał się przy nagrywaniu Paradise to gospel, który stanowi wokalny fundament tego kapitalnego albumu.

MODERAT - II / Monkeytown Records 2013

Wciąż zastanawiam się skąd tyle zachwytów pod tym albumem. Przecież mierzyć oba albumy Moderat to jak porównywać okazałe strusie jajo do kurzej wydmuszki.
Brzmieniowa i kompozycyjna formuła debiutu z 2009 osiągnęła absolutny szczyt i jednocześnie została całkowicie wyeksploatowana przez swoje charakterystyczne, skończone brzmienie. Emanowała własnym niepowtarzalnym stylem i świeżą, przebojową wizją. Na Moderat II nie dostaję nic czego bym już wcześniej nie usłyszał, a zespół bardziej przypomina innych wykonawców niż samych siebie (Burial, Phon.o, The Field, solowe nagrania Apparat) oraz czyni nieznośnie kiczowate i pretensjonalne wycieczki w klimaty elektroniki spod znaku New Age z lat 90tych („Therapy” „Gita”)
Unieść ciężar tak mocnego debiutu i zdyskontować jego sukces to w muzyce rzecz rzadka i ocierająca się o geniusz. Dlatego nie spodziewałem się fajerwerków, a jedyną zagadką dla mnie było czy trio jeszcze raz nagra kopię debiutu, czy podąży w innym kierunku. Doceniam to, że członkowie zespołu nie chcieli jednak odcinać kuponu od "jedynki", ale rezultaty ich nowego albumu mimo wszystko zawodzą.
Kompozycje z II są do bólu przewidywalne, sztampowe, mało dynamiczne i paradoksalnie jak na pop za mało przebojowe. Jeśli więc na Moderat I panowie pokazali, że z prostych elementów są w stanie stworzyć zupełnie nową, znakomitą jakość, to przy nagrywaniu II musieli być całkiem wyprani z pomysłów i kurczowo trzymali się sprawdzonych, wyeksploatowanych już we współczesnej elektronice patentów.

JON HOPKINS - Immunity / Domino Records 2013

Kiedy Domino Records wydaje muzykę taneczną zazwyczaj mamy do czynienia z elegancją brzmienia i melodii. Tym razem elegancja spotyka dziką drapieżność. Immunity Jon'a Hopkinsa to piękna i bestia w jednym. Kameralistyka i nastrojowe ambientowe przestrzenie toczą boje z masywnym brutalizmem raz ujarzmiając kostropatą i poszarpaną elektronikę, aby innym razem ulec pod jej nieokiełznaną brudną naturą. Po nagraniach dla King Creosote, Purity Ring, Briana Eno i Coldplay Jon Hopkins nagrywa solówkę, na której łączy swoje namiętności z pod znaku elektroakustyki, ambient i techno. Skłonność do budowania i spiętrzania kompozycji poprzez repetycje prowadzi jednak Hopkinsa prostą drogą do porównania z muzyką The Field. I właśnie w całym tym cholernie charakterystycznym motywie Immunity pobrzmiewa niezbyt szczęśliwie i wtórnie co zniechęca mnie do tej w gruncie rzeczy udanej płyty. Mam jednak wrażenie że muzyka Hopkinsa jest bardziej przekonująca i oryginalna w swojej skromnej, minimalistycznej oprawie, gdzie całą rolę odgrywają brzmieniowe smaczki, dźwięki otoczenia i przestrzeń pomiędzy nimi.


µ-ZIQ - Chewed Corners / Planet Mu 2013

Po nagraniu Chewed Cornes µ-ZIQ jawi się przy swoich podopiecznych z Planet Mu jak zgred wśród gawiedzi młokosów. Gdy wydawani przez niego artyści mkną przez galaktyki próbując przeskoczyć całe wyobrażenie o tanecznej elektronice osiągając zaskakujące rezultaty (RP Boo, John Wizards), jego album brzmi jakby został wygrzebany ze starej, zbutwiałej skrzyni. Ta stylizacja jest tak sugestywna, że album brzmi jakby został nagrany w latach 90 tych i stanowi dowód na okrąg jaki zatoczyła muzyka/kultura przywracając do łask ostatnią przed milenijną dekadę. Gdyby płyta Chewed Cornes ocalała jako jedyna z jakiejś kosmicznej katastrofy byłaby dowodem, na to że od lat 90tych do teraz nic się w muzyce elektronicznej nie wydarzyło. Paradoksem jest, że wydana niemal równocześnie składanka nieopublikowanych nagrań µ-ZIQ z lat 1992 - 1995 Somerset Avenue Tracks wydaje się momentami bardziej progresywna i futurystyczna od Chewed Cornes.
Michael Paradinas podobnie zresztą jak  Boards Of Canada, którzy do produkcji swych nagrań nie użyli żadnych patentów produkcyjnych i kompozycyjnych z ostatnich dwóch dekad, przerażają i zarazem urzekają swoim muzycznym hiperrealizmem. Co prawda album µ-ZIQ nie ma takiej mocy jak Tommorow's Harwest ale stanowi równie interesujący flirt z retromanią.