Pokazywanie postów oznaczonych etykietą glitch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą glitch. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 grudnia 2017

Brud na parkiecie / John Lake „#void”

Zaczyna się od pojedynczych basowych blastów, kończy obłąkańczym rejwem. Nowy John Lake pozostawia po sobie dobre wrażenie.

Echa zgiełkliwej „Carcosy” i gargantuicznego „Strange Gods” zdają się powoli milknąć, choć glitch, cyfrowy przester, przekompresowane brzmienie, mocna stopa i zadziorny temperament muzyki wciąż towarzyszą Jankowi Jezioro. Na „#void” kompozycje uległy jednak oczyszczeniu, zaś elementy rytmiczne zostały zniuansowane, co lepiej niż regularna stopa pobudza dynamikę albumu. Lake karmi się cyfrowym dźwiękiem, estetyzuje hałas przeprowadzając na nim liczne modulacje i modyfikacje. Lubuje się w eksponowaniu brzmienia cyfrowych pętli. Stylizuje je i udziwnia. Nie ma w tym jednak nadmiaru, a efekt jest mniej przytłaczający niż we wspomnianych wyżej płytach. W tych działaniach producenta czuć dużą frajdę, choć to muzyka zdecydowanie pogrążona w ciemności. „Efekciarstwo” Lake'a urozmaica materiał i służy budowaniu dynamiki i dramaturgii. Ta ostatnia zawiązuje się stopniowo, jak podczas występu na żywo. Jest to z resztą zgodne z prawdą. Repertuar „#void” został zarejestrowany podczas występów artysty w łódzkiej Galerii Wschodniej, oraz w katowickiej Pracowni Piastowskiej.

Finał nagrania jest zaś spektakularnym rejwem, w trakcie którego miesza się cyberpunkowa zadziorność, zamiłowanie do hałasu z elementami muzyki tanecznej. To puszczenie wodzy emocji, zatracenie w zgiełku wysokich częstotliwości, regularnym bicie, brudnym cyfrowym transie, kwaśnych i mrocznych melodiach.

„#void” to materiał o lżejszym kalibrze niż „Carcosa”, która wyznaczała kierunek muzyki Lake'a przez kilka ostatnich lat. Nagrania stały się bardziej elastyczne, odświeżone. Nie mają pretensji do bycia dziełem sztuki, posiadają jednak przenikliwość i dynamikę wściekłego rave, w którym brudny cyfrowy rozgwar poszukuje dla siebie ujścia na parkiecie. Co prawda prędzej będzie to parkiet galeryjny niż klubowy; bardziej pogo, niż taniec, jednak to niczego nie ujmuje wysokooktanowej muzyce Łukasza Dziedzica.


JOHN LAKE „#void”
2017, Mik.Musik.!. / Galeria Szara

środa, 12 lipca 2017

Efekt cieplarniany / Maciej Maciągowski „DGGDRM”

Maciej Maciągowski to artysta dźwiękowy jak również konstruktor dźwiękowych obiektów i instrumentów, akustyk, oraz muzyk eksplorujący zagadnienia syntezy modularnej, tworzący zarówno solo jak i w zespołach Bachorze (recenzja), Lata, czy Cococlock. To również eksperymentator adaptujący w swojej twórczości estetykę błędu i wszelkie niedoskonałości sprzętowej materii. W ubiegłym roku zadebiutował solową kasetą „GODDNADOG” wydaną w barwach słowackiej oficyny Baba Venga, zaś jego najnowszy materiał możemy od kilku dni słuchać z taśmy nagranej dla Pointless Geometry.

Na „DGGDRM” panuje dźwięczny i migotliwy rozgardiasz. Maciągowski konstruuje kompozycje z dużej ilości krótkich pulsujących sekwencji, które swobodnie fluktuują na osi czasu. Jeśli udaje im się rytmicznie zespolić, wówczas tworzą transowe kulminacje, jeśli samoczynnie się rozchodzą, wtedy intrygują rozedrganą polirytmią. Kompozycje zbudowane z krótkich pętli, oraz licznych i gęstych struktur, pod którymi nieśmiało suną subtelne partie melodii, często osiągają aranżacyjne rozbuchanie. Jednak Maciągowski bynajmniej nie epatuje zgiełkiem, czy chaosem. Dźwiękowe ADHD, oraz towarzyszący mu zgiełk glitchowej estetyki równoważy bowiem subtelna narracja.

Mamy do czynienia z trudnym do stylistycznego zdefiniowania eksperymentem. Basowy pomruk syntezatora mógłby sugerować inspirację electro. Z kolei bulgoczące i świszczące pętle wskazują na obecność wątków acid'owych. Użycie wysokich tonacji, dźwięków krótkich i piskliwych, a przy tym stricte syntetycznych nasuwa skojarzenia z estetyką chip-tune. Z tą różnicą, że wszechobecny na taśmie glitch został przez Maciągowskiego otulony brzmieniowym pluszem, gubiąc swoją przerdzewiałą dźwięczność na rzecz złagodniałego i obudowanego basem dźwięku. Efekt finalny jest zaskakujący, z pozoru jazgotliwe brzmienia rezonują ciepłem i subtelnością.

Lektura „DGGDRM” sprawia wrażenie jakby podczas nagrywania materiału umysł ścisły konstruktora i projektanta instrumentów został zainfekowany czarem melancholii. To zanurzony w syntetycznych, analogowych brzmieniach eksperyment, przez który przebija słońce, wtłaczające w sam środek mechanicznych sekwencji tropikalny powiew. Najlepszym przykładem tej nieoczekiwanej stylistycznej przemiany z industrialnej hałaśliwości, w egzotyczny urok jest kompozycja „PLANESTRAINS”. Tam właśnie monotonna zgiełkliwa pętla zostaje gwałtownie przerwana rytmiczną wariacją na temat rumby, a prymitywizm perkusjonaliów rodem z syntezatorowych presetów łączy się, z urokliwą choć równie prostą melodią i kojącą przestrzenią.

W muzyce Maciagowskiego ekstrema łagodnieją, kostropate dźwięki zostają zmiękczone, zaś wyraziste i chłodne estetyki topnieją pod wpływem cieplarnianego efektu. Finalnie otrzymujemy udaną i zaskakującą fuzję hałaśliwości i elegancji, podaną w formie przystępnego eksperymentu.

MACIEJ MACIĄGOWSKI „DGGDRM”
2017, Pointless Geometry

wtorek, 23 czerwca 2015

Kierunek: południe / S Olbricht "Trancess"

Mówiąc pokrótce; muzyka równa się globalizacja. Nie sposób, bowiem pozbyć się wrażenia, że nawet najwęższe nisze stylistyczne podporządkowane są rytmowi pojawiających się i przemijających mód. Powszechny dostęp do internetu zhomogenizował sztukę (również tą awangardową) sprawiając, że wszyscy i wszędzie mówią o tym samym w ten sam sposób. Adekwatnym tutaj przykładem może być dominacja w muzyce elektronicznej nurtów dekonstrukcyjnych. W jaki zakątek świata by nie zerknąć moda na glitchowe wcielenia house, czy techno jest wszechobecna.

Jest jednak i druga strona tego medalu, egalitarna i przynajmniej w teorii demokratyczna. Dzięki niej możemy odnaleźć w sieci intrygujące zjawiska pochodzące spoza globalnych centr kulturotwórczych. Dobrego techno nie musimy już szukać tylko w Berline, Londynie, czy Detroit. Nie tylko wielkie metropolie rodzą twórców i zjawiska, o których warto pisać i dyskutować. Oto przykład.

Zadowolony i syty z tego jaki poziom reprezentuje krajowa scena niezależna, postanowiłem wyściubić nieco ucha za polską granicę w nasłuchiwaniu, czy u sąsiadów bywa równie treściwie. Traf chciał, że moja ciekawość zbiegła się z propozycją zrecenzowania ostatniego wydawnictwa S Olbrichta, które ukazało się w świetnie rokującym labelu Proto Sites. Udało się zatem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zasłuchać się w zjawiskowym materiale węgierskiego producenta, oraz nawiązać kontakt i prześledzić katalog słowackiej oficyny stojącej za premierą "Trancess".

 Pod artystycznym pseudonimem S Olbricht (Stephan Olbricht) kryje się Martin Mikolaj, producent oraz współzałożyciel budapesztańskiego eksperymentalnego labelu Farbwechsel. Olbricht wbrew pozorom nie jest świeżakiem na europejskiej scenie elektronicznej. Choć jego dokonania w dziedzinie eksperymentalnej elektroniki, możemy śledzić zaledwie od kilku lat, to w międzyczasie jego nagrania zdążyły opublikować takie prestiżowe brytyjskie labele jak Opal Tapes i Lobster Theremin, promujące awangardowe interpretacje tanecznych estetyk, z naciskiem na techno. Tym razem wydawcą Olbrichta jest bratysławska wytwórnia Proto Sites, która stawia dopiero swoje pierwsze kroki, proponując dość eklektyczny repertuar oscylujący wokół elektronicznej muzyki eksperymentalnej. Modularne ambienty, analogowe techno, glitchowy house; przekrój labelu jak dotąd wydaje się być pojemny i otwarty na oryginalne brzmieniowe i narracyjne pomysły. Według zapowiedzi, kolejną premierą ma być epka przygotowana przez naszego krajana Lutto Lento.

Wiele tropów uchwyconych w nagraniach Olbrichta bezpośrednio odsyła nas do twórczości Actress, ojca chrzestnego współczesnego post-techno. Jednak mini album "Trancess" zasługuje na szczegółową analizę, bo jest pod każdym względem materiałem interesującym i udanym. Z pewnością bardziej, niż ostatnie dokonania Darren'a Cunningham'a. W przypadku sześciu kompozycji zaprezentowanych nam przez Węgra, mamy do czynienia z daleką posuniętą dekonstrukcją dokonaną na klubowych gatunkach, mocno osadzoną w estetyce dusznego lo-fi. Mocno przydymione kompozycje "Trancess" opierają swoją konstrukcje na analogowym brzmieniu automatów perkusyjnych, brutalnie wytłumionych przez wszechobecny szum. Brudnej tkance rytmicznej akompaniują pijane melodie klawiszy, rozlewające się niczym farby wodne po zetknięciu z powierzchnią papieru i pozostawiające lepkie dźwiękowe ślady. Gęstość brzmieniowa kompozycji, oraz brak selektywności dźwięku rodzą amorficzne analogowe faktury, w których niezauważalnie zanikają kolejne elementy utworów. Stopy, werble, hi-haty mimo zwichniętego dźwięku pracujące dotąd w mechanicznej dyscyplinie, zostają z czasem pochłonięte przez gęste plamy i drony, rozpływając się w ambientowej melasie.

Warta zauważenia u S Olbrichta, jest umiejętność snucia intrygujących narracji. Jego kompozycje od pierwszych taktów wciągają głęboko swoją klaustrofobiczną, kwasową atmosferą. Do osiągnięcia tak sugestywnego nastroju wystarcza zaledwie prosty rytm i szkic melodii, plączącej swe wątki w licznych pogłosach i powtórzeniach. W rezultacie motywy nagrań fascynują osobliwym pięknem zepsucia, kruchości i niedoskonałości. W połączeniu z przemyconymi przez Olbrichta głębokimi pokładami melancholii, brzmieniowa szpetota "Trancess" uwodzi słuchacza swoim niespodziewanym urokiem. W rezultacie ten narkotyczny trip okazuje się być intymną suitą łączącą elementy z pozoru do siebie nieprzystające; ułomność brzmienia, psychodeliczną fabułę i zmysłową atmosferę.

Warto nasłuchiwać południowych, bliższych i dalszych sąsiadów, bo ich muzyka nie dość, że bije pulsem najbardziej aktualnych światowych nurtów eksperymentalnej elektroniki, to jeszcze posiada charakterystyczną dla tych rejonów Europy tożsamość, zanurzoną głęboko w romantycznej melancholii. O tym, że również dla naszych rodzimych producentów kierunek ten stał się atrakcyjny pod względem wydawniczym mogą świadczyć zapowiadane kolaboracje. Oprócz wspomnianego wyżej Lubomira Grzelaka, który przygotował epkę dla Proto Sites, na początek 2016 planowana jest premiera Bouchons d'oreilles (Mateusz Wysocki, Łukasz Kacperczyk) której wydawcą będzie wspomniany, węgierski Farbwechsel. Zachowajcie zatem czujność i nadstawcie ucho na południe.


S OLBRICHT "Trancess"
2015, Proto Sites

poniedziałek, 24 lutego 2014

Gęste i ziarniste / Pokorski - "#33"

Jakub Pokorski to twórca niezwykle eklektyczny i kreatywny, a dodatkowo chyba jedyny opisywany na tym blogu artysta uhonorowany Srebrnym Krzyżem Zasługi.
Jeszcze przed odejściem z Lao Che rozwinął swój poboczny projekt Krojc, aby od 2011 poświęcić całą swoją uwagę jedynie autorskim produkcją. Odtąd zaskakiwał swoich słuchaczy, każdym kolejnym wydawnictwem, żonglując swobodnie wielością elektronicznych stylistyk. Kolejno były to utrzymana w stylistyce lo-fi pastelowa podróż w krainę dzieciństwa i 8-bitowych dźwięków "Kid 78", eklektyczny, utrzymany nieco w przekornej stylistyce bliskiej Lao Che "Odludek", retro-kosmiczny "Prix", czy ambientowa epka z ubiegłego roku "Wieczna miłość". Tym razem, po raz pierwszy sygnując wydawnictwo jedynie swoim nazwiskiem realizuje estetykę glitchowego rave.

Znane dotąd z wcześniejszych albumów "dziecięce", skoczne melodyjki na "#33" ewoluowały w zwinną, ruchliwą rytmikę. Szalone piskliwe pętle nakładają się na siebie tworząc dynamiczną i gęstą glitchową fakturę. Kostropata rytmika, zaszumiała produkcja, pourywane mikro dźwięki i ich "ułomne" ziarniste brzmienia momentami przywodzą na myśl wspomnienie nieodżałowanego projektu Uwe Schmidta - Geeez 'n' Gosh.
Pokorski operuje w bardzo wysokich, bolesnych dla ucha rejestrach, zastępując nieobecny bas płaską, szumiącą stopą o analogowym brzmieniu, bądź jak w "Smog City" raveowymi, energetycznymi akordami, zanurzonych w głębokim pogłosie klawiszy.
Gęsta siatka poszatkowanych uderzeń, mikro sampli, karkołomnych rytmów i abstrakcyjnych brzmień rozrasta się i piętrzy zamieniając w brutalny noisowy atak na uszy słuchacza, wzbudzający nerwowość niczym natrętny alarm antywłamaniowy. 

"#33" to zaledwie cztery utwory, dziesięć minut muzyki. Jednak intensywność dźwięków i dynamika zdarzeń w zupełności to rekompensuje. Pokorski bez ingerencji komputera kreśli szybkie, ultra-dynamiczne abstrakcyjne faktury, z których wyłania się szczebiotliwość soundtracków do animowanych wieczorynek. Ta dziecięca wrażliwość na świat dźwięków przewija się w muzyce Jakuba Pokorskiego od zawsze, jednak na "#33" osiąga najbardziej zadziorny i drapieżny charakter.


POKORSKI - "#33"
2014, MonotypeRec.

wtorek, 3 września 2013

Wyrzuty sumienia cz. 1 / AlunaGeorge + oOoOO + Austra + Lapalux + Hyetal

Wyrzuty sumienia to kącik w którym pojawią się płyty których z różnych przyczyn nie opisałem na przestrzeni ostatnich tygodni, a ponieważ przez ten czas łamy 1u/1o ziały pustką to uzbierało się trochę tego dobrego... i złego!

ALUNAGEORGE - Body Music / Island Records 2013

Pupile łowców talentów z nad Tamizy debiutują w atmosferze jednej z bardziej oczekiwanych płyt r'n'b tego roku i zaskakują; lecz przede wszystkim stężeniem popowego mułu na minutę nagrania. To nie jest zła płyta, to płyta do bólu przewidywalna i nudna. Body music ma w sobie wszelkie cechy popu które doprowadzają mnie najpierw do zażenowania, później do zaśnięcia. Przesłodzone popowe piosenki sytuują się w sam raz na UK top 40 pomiędzy gwiazdki formatu Jassie J czy będącej teraz w świetle reflektorów Miley Cyrus. Cukierkowaty, banalny wokal, grzeczne, bezpieczne melodie, brak polotu, dojmująca schematyczność. To ten rodzaj wszędobylskiego popu sączącego się z komercyjnych radiostacji, na który szukacie muzycznej odtrutki choćby na tym blogu. Bo jak dla mnie postawienie znaku równości między np: taką Britney a Aluną jest momentami oczywiste. Na Body Music bardziej przeszkadza mi właśnie Aluna, bo podkłady George'a wydają się momentami dość zgrabne jak na współczesny mainstreamowy pop, a właśnie tam powinno się lokować debiut AG. Starałem sobie wyobrazić zastępczy wokal dla tego albumu - zwłaszcza w formie niskiego, męskiego czarnego wokalu te kompozycje mogłyby nabrać o wiele więcej kolorytu i wigoru. Body Music jest jak wata cukrowa, z braku polotu zagryzana kostką cukru. Spodoba się wszystkim fanom "bezpiecznej muzyki". Brrr


oOoOO - Without Your Love  / Nihjgt Feelings 2013

Antyteza albumu AlunaGeorge. Choć pierwsze kroki stawiali w barwach tej samej wytwórni inspirując się soulem i r'n'b to już przy wydaniu swoich debiutów znaleźli się w zupełnie odmiennych światach. Z jednej strony szturmowanie list przebojów (AlunaGeorge), z drugiej dekadenckie, trupie kołysanki (oOoOO).
Ślamazarne człapanie na chyboczących się nogach. Tak można by streścić jednym zdaniem konstrukcje i harmonię utworów na debiutanckim albumie Christopher'a Greenspan'a. Widmowa atmosfera, duszny klimat, szczątki melodii przytłumione muzyczną kakofonią. Wszystkie elementy przesterowane i brutalnie skompresowane w gęstą magmę. Zero selektywności. Odrealniony klimat charakterystyczny dla produkcji sygnowanych godłem Tri Angle dla którego do tej pory nagrywał Greenspan (Wihout Your Love wydał nakładem własnego label'u Nihjgt Feelings). Jeśli jest to r'n'b to w najbrutalniejszej znanej mi wersji, w której zamiast jęków miłosnych uniesień słychać obłędne majaczenia wiedźmy. Masywność brzmienia tego albumu ma gracje walca drogowego demokratycznie zgniatającego wszystko co się pod nim znajdzie w jedną pulpę. A jednak ta bezceremonialność muzyki oOoOO topornie budowana ciężkimi blokami dźwięków ma w sobie okrutny urok pięknej szpetoty.


AUSTRA - Olympia / Domino Records 2013

Początek jest zaskakujący, bo oto w pierwszych taktach mniej spostrzegawczy słuchacz mógłby pomyśleć, ze ma do czynienia z Julią Holter. Podobny głos, podobna, lekko teatralna maniera. W pozostałej części niespodzianek brak, bo Olympia jest przede wszystkim kontynuacją debiutu. Melodyjną, rozśpiewaną i taneczną. Co prawda już nie tak świeżą, ale wciąż pełną uroku i zyskującą z kolejnymi przesłuchaniami. Ciężko jednak o jakiekolwiek zaskoczenie, bo w stylistyce wokalnego elektropopu powiedziano już chyba wszystko. 





LAPALUX - Nostalchic / Brainfeeder 2013

Ta miłość rodziła się w bólach. Kilka miesięcy temu odesłałem tę płytę do mojego dźwiękowego archiwum, z którego mało co już kiedykolwiek powraca do ponownego przesłuchania. To archiwum to płytowa czarna dziura zapomnienia. Często niestety trafiają tam również wartościowe pozycje, które najczęściej z barku czasu i pod nawałem atrakcyjniejszych (z pozoru) lektur nie mają szczęścia zostać potraktowane z pełną uwagą. Jeśli udaje mi się tam sięgnąć ponownie nierzadko nagrania stamtąd wracające okazują się moimi późniejszymi wielkimi faworytami. Taka szorstka męska przyjaźń towarzyszyła również mojej przygodzie z  albumem Lapaluxa.
Zresztą określenie szorstka przyjaźń jest również adekwatne do zachwycającej zawartości muzycznej płyty. Eksponuje ona bowiem całe połacie delikatności, nastrojowości i słodkiej melancholii przywalone pod gigantyczną konstrukcją, która z całym swoim impetem roztrzaskuje to co mogłoby sugerować ckliwość i landrynkowość. Zagmatwane rytmiczne struktury, wszędobylskie przeszkadzajki, wrażenie totalnego chaosu i kakofonii doskonale utrudniają słuchaczowi dotarcie do jądra muzyki Lapaluxa. A jądrem tym są nastrojowe kompozycje spod znaku cyfrowego neo soul i r'n'b, najeżone całymi kawalkadami hałasów i brzmieniowego brudu. Najlepszym przykładem biegunowej konstrukcji Nostalchic jest numer Kelly Brook (dla mnie kluczowy moment całej płyty) kiedy to seksowna, acid jazzowa trąbka zostaje zmasakrowana gradem przesterowanych perkusyjnych sampli, zniekształconym wokalem i glitchowym basem. 
Jedyne co przeszkadza mi w odbiorze Nostalchic,  to fakt, że jego autor chyba zbyt mocno zasłuchał się w produkcjach swojego szefa i kumpla Flying Lotusa. Podobne konstrukcje rytmiczne, zamiłowanie do ambientowych rozlazłych plam, glitchowa produkcja, czy skłonność do operowania cyfrowym zgiełkiem to elementy silnego wpływu Fly Lo na muzykę Stuart'a Howard'a. Nostalchic bowiem momentami brzmi tak jakby panowie korzystali wręcz z tej samej bazy brzmień. Ponad to jest to jednak płyta w pełni znakomita, eksplodująca futurystyczną wizją adaptowania starych gatunków w abstrakcyjne, nowe formy.

HYETAL - Modern Worship / True Panther Sounds 2013

Za wąskie są stylistyczne granice muzyki elektronicznej dla David'a Corney'a (Hyetal). Zbyt wąskie jak na tak nonkonformistycznego producenta, który ma ambicję pokusić się o brzmieniową rewolucję, choć umiejętności, charyzmy, przebojowości, zaś przede wszystkim produkcyjnego doświadczenia jeszcze mu na to nie starcza. Już od debiutu (Broadcast) śmiało przekraczającego granice dubstepu u Hyetala zaobserwować można mocne parcie na indywidualizm. Na Modern Worship praktycznie nie słychać już echa brytyjskiej muzyki breakbeatowej, Hyetal zmierza raczej ku brzmieniom glitchowego electro i rave'u. Trzeba docenić zapendy w poszukiwaniu własnej drogi tego producenta, choć jego ambicje stoją zdecydowanie ponad umiejętnościami i konkretną wizją materiału. Hyetal bowiem raczej po omacku porusza się na swojej muzycznej drodze. Kompozycje Modern Worship rozjeżdżają się, gubią wątek, zmierzają donikąd. Są pozbawione pointy i kulminacji. Z początku intrygują, by po chwili wywoływać zniecierpliwienie. Owszem uciekają z utartych ścieżek, ale jednocześnie pozbawione są charakteru i zdecydowania. Po przesłuchaniu nie pozostaje w pamięci zbyt wiele, aczkolwiek warto przyglądać się Hyetalowi, bo następnymi produkcjami może odpalić już w samo sedno.