Z początku, przy muzyce Bartosza Zaskórskiego (Mchy i Porosty, Wsie, Mikroporosty) mogły tańczyć jedynie autobusy. Później próbować mogli też właściciele kasety „Bardzo ciepłe lato”. Teraz skuszą się być może nawet fani słuchowisk.
Najnowszy, bezimienny materiał Mchów i Porostów wydany na dwunastocalowym winylu, ukazał się w labelu, który, bardziej niż z wydawaniem muzyki, kojarzony jest z legendarnym cyklem imprez elektronicznych - Brutaż, a którego sława rozniosła się poza granicę kraju, a nawet przeniknęła do rodzimego mainstreamu za sprawą Taco Hemingwaya.
Nie spodziewałem się, jednak wszystko wskazuje na to, że przy muzyce Zaskórskiego można również zatańczyć. Twórca WSI (to nie jest skrót od Wojskowych Służb Informacyjnych) zaskakująco gładko dopasował swoją śmieciową estetykę, do tanecznej konwencji, nie tracąc przy tym nic ze swojej artystycznej wyrazistości.
Warstwa dźwiękowa brutażowego wydawnictwa numer 3, wywleczona jest wprost z hauntologicznego rumowiska dźwiękowych odpadów. Znajdziemy tu wszystko do czego przyzwyczaił nas Zaskórski swoimi rozmaitymi muzycznymi wcieleniami. Brud, szum, zgiełk, gęste hałaśliwe, tekstury, brzmieniowa chropowatość, zaskakujące zbitki sampli, stare melodyjki, radiowe komunikaty; słowem dźwięki z marginesu akustycznej poprawności. Aby jednak wpasować się w parkietową estetykę sięgnął po elementy, porządkujące tę amorficzną strukturę w regularny rytm. Do cywilizacyjnego szumu dołączyły zatem litanię zwalistych bitów, przesterowanych samotrzasków i innych oldschoolowych perkusjonaliów, które skrupulatnie regulują przepływ ciemnej materii. W dancefloorowych interpretacjach Zaskórskiego możemy usłyszeć podobieństwo do outsider house (Actress, Huerco S, Basic House), eksperymentów Posh Isolation, czy zimnofalowego Hospital Productions. Mimo brudów, przesterów i ciężkich naleciałości estetycznych charakterystycznych dla artysty, materiał Mchów i Porostów wybrzmiewa dość lekko, głównie za sprawą zwiewnej, nieprzekombinowanej narracji, która nie szokuje natłokiem bodźców, pozostając dla ucha całkowicie transparentna.
W momencie kiedy udało nam się już nieco tanecznie rozruszać, wykonując na pakiecie „Wężowe ruchy”, rozgniatając przy okazji zalegające na parkiecie szkło, wtedy do głosu dochodzi ostatnia kompozycja „Cholewa”, do której tańczyć mógłby chyba jedynie pozbawiony empatii zwyrodnialec. Pochłonięty przesterowanym basem, gęsty brzmieniowy smog staje się tłem autentycznej historii poważnego schorzenia przyjaciela artysty, o którym Zaskórski wspomina w rozległym wywiadzie udzielonym Piotrowi Strzemiecznemu w Dwutygodniku. W kompozycji tej została wykorzystana diagnoza pacjenta zarejestrowana prawdopodobnie podczas konsultacji lekarskiej. Decydując się na tą pozbawioną happy endu puentę Zaskórski z zimną krwią wpycha kij w tryby dobrze funkcjonującego mechanizmu rozrywkowego, jakim w szerszym kontekście jest muzyka taneczna. Ten kontestatorski afront artysty, ukazuje, że nawet tak użytkowa i eskapistyczna estetyka, może być jednak nośnikiem poważnych, skłaniających ku refleksji treści.
Bezimienny materiał Mchów i Porostów zanurzony w otchłani śmieciowego lo-fi jest przeze mnie odbierany jako współczesna trawestacja średniowiecznego motywu dance macabre. Pomimo dominujących w nagraniu lekkich struktur kompozycyjnych, dość klasycznie wpisujących się w idiom tanecznej elektroniki, mrok i poczucie rozpadu nie opuszcza „Untitled” nawet na chwile. Ów wątek tli się w cieniu każdego przesterowanego uderzenia, zniszczonym brzmieniu, hauntologicznych samplach, a wreszcie bezpośrednio w treści wieńczącego płytę utworu. Jest to oczywiście tożsame dla całej ogromnej estetyki opartej na dekonstrukcji, ale w przypadku wydawnictwa o tanecznym przeznaczeniu, kontrast ten zostaje przez Zaskórskiego nad wyraz uwypuklony.
MCHY I POROSTY „Untitled”
2017, Brutaż
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą house. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą house. Pokaż wszystkie posty
środa, 29 marca 2017
wtorek, 23 czerwca 2015
Kierunek: południe / S Olbricht "Trancess"
Mówiąc pokrótce; muzyka równa się globalizacja. Nie sposób, bowiem pozbyć się wrażenia, że nawet najwęższe nisze stylistyczne podporządkowane są rytmowi pojawiających się i przemijających mód. Powszechny dostęp do internetu zhomogenizował sztukę (również tą awangardową) sprawiając, że wszyscy i wszędzie mówią o tym samym w ten sam sposób. Adekwatnym tutaj przykładem może być dominacja w muzyce elektronicznej nurtów dekonstrukcyjnych. W jaki zakątek świata by nie zerknąć moda na glitchowe wcielenia house, czy techno jest wszechobecna.
Jest jednak i druga strona tego medalu, egalitarna i przynajmniej w teorii demokratyczna. Dzięki niej możemy odnaleźć w sieci intrygujące zjawiska pochodzące spoza globalnych centr kulturotwórczych. Dobrego techno nie musimy już szukać tylko w Berline, Londynie, czy Detroit. Nie tylko wielkie metropolie rodzą twórców i zjawiska, o których warto pisać i dyskutować. Oto przykład.
Zadowolony i syty z tego jaki poziom reprezentuje krajowa scena niezależna, postanowiłem wyściubić nieco ucha za polską granicę w nasłuchiwaniu, czy u sąsiadów bywa równie treściwie. Traf chciał, że moja ciekawość zbiegła się z propozycją zrecenzowania ostatniego wydawnictwa S Olbrichta, które ukazało się w świetnie rokującym labelu Proto Sites. Udało się zatem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zasłuchać się w zjawiskowym materiale węgierskiego producenta, oraz nawiązać kontakt i prześledzić katalog słowackiej oficyny stojącej za premierą "Trancess".
Pod artystycznym pseudonimem S Olbricht (Stephan Olbricht) kryje się Martin Mikolaj, producent oraz współzałożyciel budapesztańskiego eksperymentalnego labelu Farbwechsel. Olbricht wbrew pozorom nie jest świeżakiem na europejskiej scenie elektronicznej. Choć jego dokonania w dziedzinie eksperymentalnej elektroniki, możemy śledzić zaledwie od kilku lat, to w międzyczasie jego nagrania zdążyły opublikować takie prestiżowe brytyjskie labele jak Opal Tapes i Lobster Theremin, promujące awangardowe interpretacje tanecznych estetyk, z naciskiem na techno. Tym razem wydawcą Olbrichta jest bratysławska wytwórnia Proto Sites, która stawia dopiero swoje pierwsze kroki, proponując dość eklektyczny repertuar oscylujący wokół elektronicznej muzyki eksperymentalnej. Modularne ambienty, analogowe techno, glitchowy house; przekrój labelu jak dotąd wydaje się być pojemny i otwarty na oryginalne brzmieniowe i narracyjne pomysły. Według zapowiedzi, kolejną premierą ma być epka przygotowana przez naszego krajana Lutto Lento.
Wiele tropów uchwyconych w nagraniach Olbrichta bezpośrednio odsyła nas do twórczości Actress, ojca chrzestnego współczesnego post-techno. Jednak mini album "Trancess" zasługuje na szczegółową analizę, bo jest pod każdym względem materiałem interesującym i udanym. Z pewnością bardziej, niż ostatnie dokonania Darren'a Cunningham'a. W przypadku sześciu kompozycji zaprezentowanych nam przez Węgra, mamy do czynienia z daleką posuniętą dekonstrukcją dokonaną na klubowych gatunkach, mocno osadzoną w estetyce dusznego lo-fi. Mocno przydymione kompozycje "Trancess" opierają swoją konstrukcje na analogowym brzmieniu automatów perkusyjnych, brutalnie wytłumionych przez wszechobecny szum. Brudnej tkance rytmicznej akompaniują pijane melodie klawiszy, rozlewające się niczym farby wodne po zetknięciu z powierzchnią papieru i pozostawiające lepkie dźwiękowe ślady. Gęstość brzmieniowa kompozycji, oraz brak selektywności dźwięku rodzą amorficzne analogowe faktury, w których niezauważalnie zanikają kolejne elementy utworów. Stopy, werble, hi-haty mimo zwichniętego dźwięku pracujące dotąd w mechanicznej dyscyplinie, zostają z czasem pochłonięte przez gęste plamy i drony, rozpływając się w ambientowej melasie.
Warta zauważenia u S Olbrichta, jest umiejętność snucia intrygujących narracji. Jego kompozycje od pierwszych taktów wciągają głęboko swoją klaustrofobiczną, kwasową atmosferą. Do osiągnięcia tak sugestywnego nastroju wystarcza zaledwie prosty rytm i szkic melodii, plączącej swe wątki w licznych pogłosach i powtórzeniach. W rezultacie motywy nagrań fascynują osobliwym pięknem zepsucia, kruchości i niedoskonałości. W połączeniu z przemyconymi przez Olbrichta głębokimi pokładami melancholii, brzmieniowa szpetota "Trancess" uwodzi słuchacza swoim niespodziewanym urokiem. W rezultacie ten narkotyczny trip okazuje się być intymną suitą łączącą elementy z pozoru do siebie nieprzystające; ułomność brzmienia, psychodeliczną fabułę i zmysłową atmosferę.
Warto nasłuchiwać południowych, bliższych i dalszych sąsiadów, bo ich muzyka nie dość, że bije pulsem najbardziej aktualnych światowych nurtów eksperymentalnej elektroniki, to jeszcze posiada charakterystyczną dla tych rejonów Europy tożsamość, zanurzoną głęboko w romantycznej melancholii. O tym, że również dla naszych rodzimych producentów kierunek ten stał się atrakcyjny pod względem wydawniczym mogą świadczyć zapowiadane kolaboracje. Oprócz wspomnianego wyżej Lubomira Grzelaka, który przygotował epkę dla Proto Sites, na początek 2016 planowana jest premiera Bouchons d'oreilles (Mateusz Wysocki, Łukasz Kacperczyk) której wydawcą będzie wspomniany, węgierski Farbwechsel. Zachowajcie zatem czujność i nadstawcie ucho na południe.
S OLBRICHT "Trancess"
2015, Proto Sites
Jest jednak i druga strona tego medalu, egalitarna i przynajmniej w teorii demokratyczna. Dzięki niej możemy odnaleźć w sieci intrygujące zjawiska pochodzące spoza globalnych centr kulturotwórczych. Dobrego techno nie musimy już szukać tylko w Berline, Londynie, czy Detroit. Nie tylko wielkie metropolie rodzą twórców i zjawiska, o których warto pisać i dyskutować. Oto przykład.
Zadowolony i syty z tego jaki poziom reprezentuje krajowa scena niezależna, postanowiłem wyściubić nieco ucha za polską granicę w nasłuchiwaniu, czy u sąsiadów bywa równie treściwie. Traf chciał, że moja ciekawość zbiegła się z propozycją zrecenzowania ostatniego wydawnictwa S Olbrichta, które ukazało się w świetnie rokującym labelu Proto Sites. Udało się zatem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zasłuchać się w zjawiskowym materiale węgierskiego producenta, oraz nawiązać kontakt i prześledzić katalog słowackiej oficyny stojącej za premierą "Trancess".
Pod artystycznym pseudonimem S Olbricht (Stephan Olbricht) kryje się Martin Mikolaj, producent oraz współzałożyciel budapesztańskiego eksperymentalnego labelu Farbwechsel. Olbricht wbrew pozorom nie jest świeżakiem na europejskiej scenie elektronicznej. Choć jego dokonania w dziedzinie eksperymentalnej elektroniki, możemy śledzić zaledwie od kilku lat, to w międzyczasie jego nagrania zdążyły opublikować takie prestiżowe brytyjskie labele jak Opal Tapes i Lobster Theremin, promujące awangardowe interpretacje tanecznych estetyk, z naciskiem na techno. Tym razem wydawcą Olbrichta jest bratysławska wytwórnia Proto Sites, która stawia dopiero swoje pierwsze kroki, proponując dość eklektyczny repertuar oscylujący wokół elektronicznej muzyki eksperymentalnej. Modularne ambienty, analogowe techno, glitchowy house; przekrój labelu jak dotąd wydaje się być pojemny i otwarty na oryginalne brzmieniowe i narracyjne pomysły. Według zapowiedzi, kolejną premierą ma być epka przygotowana przez naszego krajana Lutto Lento.
Wiele tropów uchwyconych w nagraniach Olbrichta bezpośrednio odsyła nas do twórczości Actress, ojca chrzestnego współczesnego post-techno. Jednak mini album "Trancess" zasługuje na szczegółową analizę, bo jest pod każdym względem materiałem interesującym i udanym. Z pewnością bardziej, niż ostatnie dokonania Darren'a Cunningham'a. W przypadku sześciu kompozycji zaprezentowanych nam przez Węgra, mamy do czynienia z daleką posuniętą dekonstrukcją dokonaną na klubowych gatunkach, mocno osadzoną w estetyce dusznego lo-fi. Mocno przydymione kompozycje "Trancess" opierają swoją konstrukcje na analogowym brzmieniu automatów perkusyjnych, brutalnie wytłumionych przez wszechobecny szum. Brudnej tkance rytmicznej akompaniują pijane melodie klawiszy, rozlewające się niczym farby wodne po zetknięciu z powierzchnią papieru i pozostawiające lepkie dźwiękowe ślady. Gęstość brzmieniowa kompozycji, oraz brak selektywności dźwięku rodzą amorficzne analogowe faktury, w których niezauważalnie zanikają kolejne elementy utworów. Stopy, werble, hi-haty mimo zwichniętego dźwięku pracujące dotąd w mechanicznej dyscyplinie, zostają z czasem pochłonięte przez gęste plamy i drony, rozpływając się w ambientowej melasie.
Warta zauważenia u S Olbrichta, jest umiejętność snucia intrygujących narracji. Jego kompozycje od pierwszych taktów wciągają głęboko swoją klaustrofobiczną, kwasową atmosferą. Do osiągnięcia tak sugestywnego nastroju wystarcza zaledwie prosty rytm i szkic melodii, plączącej swe wątki w licznych pogłosach i powtórzeniach. W rezultacie motywy nagrań fascynują osobliwym pięknem zepsucia, kruchości i niedoskonałości. W połączeniu z przemyconymi przez Olbrichta głębokimi pokładami melancholii, brzmieniowa szpetota "Trancess" uwodzi słuchacza swoim niespodziewanym urokiem. W rezultacie ten narkotyczny trip okazuje się być intymną suitą łączącą elementy z pozoru do siebie nieprzystające; ułomność brzmienia, psychodeliczną fabułę i zmysłową atmosferę.
Warto nasłuchiwać południowych, bliższych i dalszych sąsiadów, bo ich muzyka nie dość, że bije pulsem najbardziej aktualnych światowych nurtów eksperymentalnej elektroniki, to jeszcze posiada charakterystyczną dla tych rejonów Europy tożsamość, zanurzoną głęboko w romantycznej melancholii. O tym, że również dla naszych rodzimych producentów kierunek ten stał się atrakcyjny pod względem wydawniczym mogą świadczyć zapowiadane kolaboracje. Oprócz wspomnianego wyżej Lubomira Grzelaka, który przygotował epkę dla Proto Sites, na początek 2016 planowana jest premiera Bouchons d'oreilles (Mateusz Wysocki, Łukasz Kacperczyk) której wydawcą będzie wspomniany, węgierski Farbwechsel. Zachowajcie zatem czujność i nadstawcie ucho na południe.
S OLBRICHT "Trancess"
2015, Proto Sites
środa, 10 czerwca 2015
Taneczny recykling / Lutto Lento "Whips"
Lubomir Grzelak, znany bardziej jako Lutto Lento to postać nietuzinkowa w świecie muzycznego niezalu. Zarówno jego twórczość jak i działalność wydawnicza (Sangoplasmo, Dunno) daleko wymykają się estetycznym klasyfikacjom, a kolejne ich emanacje zawsze niosą ze sobą element zaskoczenia.
Do niedawna jeszcze Lutto Lento utożsamiany był z muzycznym etnologiem rejestrującym obrzędy wielkanocne Beskidu wyspowego ("Duch gór") i z niestrudzonym grzebaczem (diggerem), zakopanym w stertach kaset znalezionych na opuszczonych strychach i w wilgotnych piwnicach. Poszukiwanie na kilometrach - tych podwójnie anonimowych, bo porzuconych i niezidentyfikowanych - taśm, jedynego fragmentu, pętli, brzmienia w przypadku tego twórcy oznacza zazwyczaj dopiero początek procesu kreacji wyznaczanego, serią mozolnych, ręcznych modyfikacji. Ten obdarzony niezwykle oryginalnym zmysłem estetycznym wydawca, kolekcjonujący w katalogu Sangoplasmo nagrania wymykające się stylistycznym drogowskazom, a czasem i "tradycyjnej" muzycznej narracji, swoje zafascynowanie dźwiękowym recyklingiem z powodzeniem połączył z rolą producenta, sięgając po plądrofonię i deformację w celu realizacji surrealistycznych kolaży. Od pewnego czasu jednak, z ciekawością możemy obserwować jak Grzelak, co raz śmielej podąża w stronę klubowych stylistyk. Kwintesencją tanecznych inspiracji jest epka "Whips" na której muzyk dokonuje zaskakującej estetycznej wolty, pozostając jednocześnie wiernym swojemu warsztatowi pracy.
Zapowiedziany na czerwiec materiał, przygotowany dla brytyjskiego labelu Where to now?, zawiera w głównej mierze kompozycje, które dotąd mogliśmy odsłuchiwać na soundcloudzie artysty, bądź też w nieco zmienionych wersjach na innych wydawnictwach Lutto Lento. Narracja została podporządkowana regułom klubowej dramaturgii i zaaranżowana z parkietowym przeznaczeniem. Nie będzie to jednak parkiet podświetlanych neonami i laserami ekskluzywnych klubów, raczej rozdeptana pofabryczna podłoga, lub piwnica nielegalnego squatu.
Na "Whips" regularność rytmu i mocny taneczny groove idzie w parze z brudnym brzmieniem, koślawymi, analogowymi basami, dudniącymi lubieżnie jak w starych wypalonych głośnikach. Jesteśmy świadkami pozbawionej selektywności dźwiękowej magmy, w której wysokie tony hi-hatów, snare'ów, czy clapów, lepią się do gęstych, rzężących burdonów. Tutaj wycięte pętle z hipnotycznym rytmem spotykają się z rozciągniętymi smykami, kwaśnymi melodiami, zmutowanymi wokalami, szorstkimi przygaszonymi padami, industrialnym chrzęstem ornamentów i charakterystycznymi raveowymi detalami z lat 90tych (gwizdki, pisk opon itp.). W przeciwieństwie do kilku poprzednich wydawnictw, Lento zaprzestał eksperymentów z modyfikacją tempa przez co "Whips" jeszcze bardziej podkreśla swój przebojowy charakter
Dancefloorowy sznyt nagrania został oparty na doświadczeniach producenta z formami eksperymentalnymi. Źródłem inspiracji nadal pozostaje akustyczne śmietnisko, pełne dźwięków porzuconych, niechcianych, ukradzionych, zniszczonych, którym Grzelak nadaje nowe sensy i tworzy dla nich nowe konteksty, nie ukrywając przy tym ich wstydliwego pochodzenia i ułomności brzmienia. Brud, glitch, przester stanowią o wyrazistym charakterze produkcji, której immanentnym składnikiem jest również, traktowany z powagą, dźwiękowy kicz. Lutto Lento jak mało kto jest bowiem otwarty na ułomności dźwięku. Zarówno tyczy się to brzmienia, jak i treści którą ów dźwięk niesie. Warsztat jego pracy nie przypomina gabinetu chirurgii plastycznej, w którym wygładzane są zmarszczki, ukrywane fałdy, odcinane zwały tłuszczu. Artysta bardziej odnajduje się on w roli doktora Frankensteina, zszywającego ze sobą ochłapy i pozostawiającego wyraźnie widoczne szwy i blizny. Lento koncentruje swą twórczość wokół defektu i ułomności, to one są jej filarem. W swoim domowym studio zakasuje więc rękawy i niczym Eugeniusz Rudnik, chwyta za serpentyny niechcianych taśm i z rzeźnicką techniką tnie, zszywa, skleja, rozciąga, zniekształca materiał źródłowy, aż do osiągnięcia pożądanego stopnia zepsucia. Traktuje swój warsztat bardziej jak rzemieślnik, niż współczesny muzyczny producent tworzący w sterylnej przestrzeni softwearu. Praca Grzelaka jest obcowaniem z fizycznymi przedmiotami. Kreatywnym podejściem do materialnej słabości, oraz z oporów jakie sprawia ułomność nośnika. Taka estetyzacja słabości i brzydoty przypomina nieco braci Deuce, bohaterów filmu "Zet i dwa zera" Petera Greenaway'a, odurzonych fascynacją do rozkładu materii i rejestrujących ów proces na taśmie filmowej. Z podobną lubością Lutto Lento dokonuje deformacji, upiększa ją, aby później upajać się jej śmiertelnym powabem.
Gdybym miał gdzieś na osi czasu umiejscowić echa fascynacji muzycznych Grzelaka pojawiających się na epce, to bez wątpienia byłaby to mieszanka wpływów house, techno i acid z lat 90tych. Najbardziej esencjonalnym przykładem będzie z pewnością "Amarena" z charakterystycznym zapętlonym wokalem, pompującym danceflorowym rytmem, skromną melodyką opartą na rzadkiej zmianie tonacji długiej rozciągniętej plamy. Jednak podobieństw stylistycznych tego bangera, możemy doszukiwać się również dużo później, bo w charakterystycznie skrojonej stylistyce uprawianej przez Amerykanina Alana Abrahamsa, pod szyldami Bodycode i Portable.
"Whips" jest zamkniętą w klubowej formie sumą i naturalnym rozwinięciem dotychczasowych muzycznych doświadczeń Lubomira. Kwintesencją muzycznego recyklingu, w którym producent osiągnął już takie manualne zdolności w operowaniu taśmą, że jego handmade jest już niemal, nie do odróżnienia od maszyny. Tym razem, jego oryginalna estetyczna sygnatura została kompozycyjnie uproszczona, aby cieszyć zarówno uszy, jak i nogi dancefloorowych bywalców.
LUTTO LENTO "Whips"
2015, Where to now?
Do niedawna jeszcze Lutto Lento utożsamiany był z muzycznym etnologiem rejestrującym obrzędy wielkanocne Beskidu wyspowego ("Duch gór") i z niestrudzonym grzebaczem (diggerem), zakopanym w stertach kaset znalezionych na opuszczonych strychach i w wilgotnych piwnicach. Poszukiwanie na kilometrach - tych podwójnie anonimowych, bo porzuconych i niezidentyfikowanych - taśm, jedynego fragmentu, pętli, brzmienia w przypadku tego twórcy oznacza zazwyczaj dopiero początek procesu kreacji wyznaczanego, serią mozolnych, ręcznych modyfikacji. Ten obdarzony niezwykle oryginalnym zmysłem estetycznym wydawca, kolekcjonujący w katalogu Sangoplasmo nagrania wymykające się stylistycznym drogowskazom, a czasem i "tradycyjnej" muzycznej narracji, swoje zafascynowanie dźwiękowym recyklingiem z powodzeniem połączył z rolą producenta, sięgając po plądrofonię i deformację w celu realizacji surrealistycznych kolaży. Od pewnego czasu jednak, z ciekawością możemy obserwować jak Grzelak, co raz śmielej podąża w stronę klubowych stylistyk. Kwintesencją tanecznych inspiracji jest epka "Whips" na której muzyk dokonuje zaskakującej estetycznej wolty, pozostając jednocześnie wiernym swojemu warsztatowi pracy.
Zapowiedziany na czerwiec materiał, przygotowany dla brytyjskiego labelu Where to now?, zawiera w głównej mierze kompozycje, które dotąd mogliśmy odsłuchiwać na soundcloudzie artysty, bądź też w nieco zmienionych wersjach na innych wydawnictwach Lutto Lento. Narracja została podporządkowana regułom klubowej dramaturgii i zaaranżowana z parkietowym przeznaczeniem. Nie będzie to jednak parkiet podświetlanych neonami i laserami ekskluzywnych klubów, raczej rozdeptana pofabryczna podłoga, lub piwnica nielegalnego squatu.
Na "Whips" regularność rytmu i mocny taneczny groove idzie w parze z brudnym brzmieniem, koślawymi, analogowymi basami, dudniącymi lubieżnie jak w starych wypalonych głośnikach. Jesteśmy świadkami pozbawionej selektywności dźwiękowej magmy, w której wysokie tony hi-hatów, snare'ów, czy clapów, lepią się do gęstych, rzężących burdonów. Tutaj wycięte pętle z hipnotycznym rytmem spotykają się z rozciągniętymi smykami, kwaśnymi melodiami, zmutowanymi wokalami, szorstkimi przygaszonymi padami, industrialnym chrzęstem ornamentów i charakterystycznymi raveowymi detalami z lat 90tych (gwizdki, pisk opon itp.). W przeciwieństwie do kilku poprzednich wydawnictw, Lento zaprzestał eksperymentów z modyfikacją tempa przez co "Whips" jeszcze bardziej podkreśla swój przebojowy charakter
Dancefloorowy sznyt nagrania został oparty na doświadczeniach producenta z formami eksperymentalnymi. Źródłem inspiracji nadal pozostaje akustyczne śmietnisko, pełne dźwięków porzuconych, niechcianych, ukradzionych, zniszczonych, którym Grzelak nadaje nowe sensy i tworzy dla nich nowe konteksty, nie ukrywając przy tym ich wstydliwego pochodzenia i ułomności brzmienia. Brud, glitch, przester stanowią o wyrazistym charakterze produkcji, której immanentnym składnikiem jest również, traktowany z powagą, dźwiękowy kicz. Lutto Lento jak mało kto jest bowiem otwarty na ułomności dźwięku. Zarówno tyczy się to brzmienia, jak i treści którą ów dźwięk niesie. Warsztat jego pracy nie przypomina gabinetu chirurgii plastycznej, w którym wygładzane są zmarszczki, ukrywane fałdy, odcinane zwały tłuszczu. Artysta bardziej odnajduje się on w roli doktora Frankensteina, zszywającego ze sobą ochłapy i pozostawiającego wyraźnie widoczne szwy i blizny. Lento koncentruje swą twórczość wokół defektu i ułomności, to one są jej filarem. W swoim domowym studio zakasuje więc rękawy i niczym Eugeniusz Rudnik, chwyta za serpentyny niechcianych taśm i z rzeźnicką techniką tnie, zszywa, skleja, rozciąga, zniekształca materiał źródłowy, aż do osiągnięcia pożądanego stopnia zepsucia. Traktuje swój warsztat bardziej jak rzemieślnik, niż współczesny muzyczny producent tworzący w sterylnej przestrzeni softwearu. Praca Grzelaka jest obcowaniem z fizycznymi przedmiotami. Kreatywnym podejściem do materialnej słabości, oraz z oporów jakie sprawia ułomność nośnika. Taka estetyzacja słabości i brzydoty przypomina nieco braci Deuce, bohaterów filmu "Zet i dwa zera" Petera Greenaway'a, odurzonych fascynacją do rozkładu materii i rejestrujących ów proces na taśmie filmowej. Z podobną lubością Lutto Lento dokonuje deformacji, upiększa ją, aby później upajać się jej śmiertelnym powabem.
Gdybym miał gdzieś na osi czasu umiejscowić echa fascynacji muzycznych Grzelaka pojawiających się na epce, to bez wątpienia byłaby to mieszanka wpływów house, techno i acid z lat 90tych. Najbardziej esencjonalnym przykładem będzie z pewnością "Amarena" z charakterystycznym zapętlonym wokalem, pompującym danceflorowym rytmem, skromną melodyką opartą na rzadkiej zmianie tonacji długiej rozciągniętej plamy. Jednak podobieństw stylistycznych tego bangera, możemy doszukiwać się również dużo później, bo w charakterystycznie skrojonej stylistyce uprawianej przez Amerykanina Alana Abrahamsa, pod szyldami Bodycode i Portable.
"Whips" jest zamkniętą w klubowej formie sumą i naturalnym rozwinięciem dotychczasowych muzycznych doświadczeń Lubomira. Kwintesencją muzycznego recyklingu, w którym producent osiągnął już takie manualne zdolności w operowaniu taśmą, że jego handmade jest już niemal, nie do odróżnienia od maszyny. Tym razem, jego oryginalna estetyczna sygnatura została kompozycyjnie uproszczona, aby cieszyć zarówno uszy, jak i nogi dancefloorowych bywalców.
LUTTO LENTO "Whips"
2015, Where to now?
piątek, 5 września 2014
Taniec na zgliszczach / Moiré - "Shelter"
Efekt moiré to optyczna interferencja dwóch nałożonych na siebie, podobnych strukturą i gęstością elementów graficznych, tworzących wspólnie złudzenie ruchu i głębi. Pod nazwą Moiré kryje się również anonimowy producent z Londynu, który właśnie zadebiutował albumem wydanym dla labelu Darrena J Cunninghama znanego szerzej jako Actress. Wpływ jednego z ważniejszych dekonstrukcjonistów muzyki elektronicznej na kreacje swojego podopiecznego jest nie do przeoczenia i bardzo widocznie funkcjonuje jako inspiracja dla autora "Shelter". Charakterystyczne actressowe deformacje muzycznej materii zostają tu ujęte w ramy parkietowej funkcjonalności, aby w sposób przystępny przemówić do słuchacza. Okazuje się bowiem, że tam gdzie Cunningham osiągnął kres swoich dekompozycyjnych eksperymentów, ocierając się wręcz o autoparodię ("Ghettoville"), tam Moiré na nowo przywraca do życia zniekształcone i wypatroszone estetyki.
"Shelter" to mieszanka house i techno ujęta w krzywym zwierciadle, w którym detale i główne elementy muzycznej układanki poddane zostają groteskowym manipulacjom, tworząc perwersyjny obraz, odpychający i fascynujący zarazem. Sygnatura Werkdiscs w postaci kostropatych sampli, szumiących teł, wynaturzonych dźwiękowych tekstur, industrialnych, chłodnych odgłosów, w zgrabny i lekki sposób zostaje wtłoczona w ultra taneczną formę, która momentami przypomina nagrania Octo Octa i innych reprezentantów współczesnego houseu reprezentujących label 100% Silk.
Faktem jest, że muzyka zaproponowana przez Moiré jest niezwykle prosta kompozycyjnie, a do jej nagrania wystarczyłaby jedynie przeciętna znajomość obsługi prostych trackerów z Fruity Loopsem na czele. Powtarzające się całe paterny, symetrycznie rozłożone sample, stopniowo dodawane i finalnie odejmowane, klasyczny podział 4/4 (być może z wyjątkiem otwierającego "Attitude" gdzie producent zwalnia taktowanie modyfikując tempo utworu), oraz refrenowe chwytliwe wokalizy to metody, które trudno nazwać wyszukanymi. Zakłócenie klasycznej houseowej struktury odbywa się jedynie w doborze zdeformowanych, chropowatych sampli, które wprowadzają niepokój w fabułę utworów, jak i w eksperymentowaniu z planami w jakich eksponowane są poszczególne elementy brzmienia, ze szczególnym naciskiem na akcentowanie wypiętrzonych hi-hatów i snare'ów (co jednak znów jest widocznym śladem postactressowych inspiracji). W drugich planach Moiré używa z kolei prostego zabiegu, często stosowanego w estetyce microhouse z lat 2000, gdzie tło zostaje oparte na długich, przeciągłych plamach zmieniających tonację o jeden ton wyżej, bądź niżej w przebiegu jednego paternu. Wiele wyrazu nadają płycie przebojowe wokale, oraz basowe chordy które chwytliwością odsyłają album bezpośrednio do kategorii tanecznej muzyki klubowej. Londyńczyk, ze świadomością unika natomiast prostych kulminacji, które skazywałyby jego muzykę na kompletnie sztampowe oddziaływanie. W udany sposób buduje napięcie, kusząc obietnicą odsuwanej w czasie satysfakcji. Przez ten zabieg nasza atencja zostaje niesłabnąco pobudzana.
Paradoksem "Shelter" jest to, że mało twórczy i niezbyt odkrywczy debiut Anglika wyjątkowo dobrze smakuje. Takie utwory jak "Dali House", "Elite / Hands On", "No Gravity", czy "Stars" to świetne połączenie przebojowości muzyki tanecznej z awangardowym podejściem do brzmienia. To album spod ciemnej gwiazdy, zbudowany ze zgliszczy pozostałych po Cunningham'owych dekonstrukcjach. Pulsujący i psychodeliczny, oszczędny i prosty, naładowany emocjami, oraz najeżony dancefloorowymi hitami.
Moiré - "Shelter"
2014, Werkdiscs
wtorek, 17 września 2013
Wyrzuty sumienia cz. 4 / Blondes + Zeitgeber + Cola & Jimmu
BLONDES - Swisher / Rvng Intl. 2013
To nie jest przebojowy, taneczny, czy przyjemny album. Ta płyta nie kokietuje słuchacza, a stawia mu raczej wysokie wymagania. Swisher bowiem to wielopoziomowe, transowe struktury rytmiczne osadzone na mocnym bicie. To muzyka mechaniczna w pełnej krasie, łącząca industrialne brzmienie z tęgim techno, osiągająca momentami monumentalną moc (Wire, Bora Bora, Swisher) Nieoczywiste kompozycje, zrywające ze schematem, zwrotka - refren zaskakują nieoczekiwanymi kulminacjami kipiących arpeggiami klawiszy. Strzępki melodii nawlekane są na najeżone perkusyjnymi samplami grzechoczące, cykające i klikające perkusjonalia o brzmieniu metalicznym - industrialnym, bądź organicznym, drewnianym i twardym. W podobny sposób próbowali grać Simian Mobile Disco od albumu Temporary Pleasure jednak nawet w najlepszych momentach nie mogli poszczycić się tak wybitnym, przestrzennym i masywnym brzmieniem.
Cola & Jimmu - Enigmatic / Herakles Records 2013
To nie jest przebojowy, taneczny, czy przyjemny album. Ta płyta nie kokietuje słuchacza, a stawia mu raczej wysokie wymagania. Swisher bowiem to wielopoziomowe, transowe struktury rytmiczne osadzone na mocnym bicie. To muzyka mechaniczna w pełnej krasie, łącząca industrialne brzmienie z tęgim techno, osiągająca momentami monumentalną moc (Wire, Bora Bora, Swisher) Nieoczywiste kompozycje, zrywające ze schematem, zwrotka - refren zaskakują nieoczekiwanymi kulminacjami kipiących arpeggiami klawiszy. Strzępki melodii nawlekane są na najeżone perkusyjnymi samplami grzechoczące, cykające i klikające perkusjonalia o brzmieniu metalicznym - industrialnym, bądź organicznym, drewnianym i twardym. W podobny sposób próbowali grać Simian Mobile Disco od albumu Temporary Pleasure jednak nawet w najlepszych momentach nie mogli poszczycić się tak wybitnym, przestrzennym i masywnym brzmieniem.
Duet Nowojorczyków swoje kompozycje ze Swisher rozpoczyna od wąskiej stróżki kilku zapętlonych ścieżek, przechodząc w imponujący, wzburzony ocean sonicznej, syntezatorowej przestrzeni. Kończąc je krótkim wyciszeniem akcentując tym samym moc wybrzmiałej właśnie kulminacji. Pomimo olbrzymiego zagęszczenia dźwięków, Swisher zachwyca przejrzystością kompozycji i klarownością dźwięków.
Znakomity album! Odważna i bezkompromisowa wolta, po łagodniejszym i bardziej przystępnym debiucie. Płyta warta wielokrotnego odkrywania.
ZEITGEBER - Zeitgeber / Stroboscopic Artefacts 2013
Już na samą wieść o współpracy Luca Mortellaro (Lucy) z Joch'em Paap'em (Speddy J) można było spodziewać się niezwykłego przedsięwzięcia. Oto szef młodej, ale już wielce docenianej wytwórni Stroboscopic Artefacts specjalizującej się w poszukiwaniu nowych kontekstów dla muzyki techno połączył swe siły ze starym mistrzem; również szefem cenionego labelu Electric Deluxe. Razem stworzyli projekt Zeitgeber i nagrali intrygujący materiał techno, na którym nie pojawia się ani razu takt 4/4, a i stopa używana bywa sporadycznie. Zeitgeber to osiem pasaży rozciągniętych pomiędzy industrialem, ambientem i techno. Podobnie jak na genialnej płycie Lucy'ego Wordplay For Working Bees z 2011 jest to techno wywrócone na lewą stronę. Rytm, tempo i dynamika zostają zmarginalizowane, na rzecz wyeksponowanych plam, trzeszczących pętli i cichych podskurnych szeptów maszyn. Chłodne minimalistyczne kompozycje nabierają pełnego majestatu w ambientowym zgiełku spiętrzonych dźwięków, lecz głównie wybrzmiewają w stonowanych lekko naszkicowanych abstrakcyjnych teksturach. Zeitgeber to propozycja inteligentnego techno ambientu pozbawiona elementarnych cech tanecznego gatunku, w której bardziej niż o motorykę chodzi o rzeźbienie w abstrakcyjnej materii, aż do wywołania kontemplacyjnego nastroju.
ZEITGEBER - Zeitgeber / Stroboscopic Artefacts 2013
Już na samą wieść o współpracy Luca Mortellaro (Lucy) z Joch'em Paap'em (Speddy J) można było spodziewać się niezwykłego przedsięwzięcia. Oto szef młodej, ale już wielce docenianej wytwórni Stroboscopic Artefacts specjalizującej się w poszukiwaniu nowych kontekstów dla muzyki techno połączył swe siły ze starym mistrzem; również szefem cenionego labelu Electric Deluxe. Razem stworzyli projekt Zeitgeber i nagrali intrygujący materiał techno, na którym nie pojawia się ani razu takt 4/4, a i stopa używana bywa sporadycznie. Zeitgeber to osiem pasaży rozciągniętych pomiędzy industrialem, ambientem i techno. Podobnie jak na genialnej płycie Lucy'ego Wordplay For Working Bees z 2011 jest to techno wywrócone na lewą stronę. Rytm, tempo i dynamika zostają zmarginalizowane, na rzecz wyeksponowanych plam, trzeszczących pętli i cichych podskurnych szeptów maszyn. Chłodne minimalistyczne kompozycje nabierają pełnego majestatu w ambientowym zgiełku spiętrzonych dźwięków, lecz głównie wybrzmiewają w stonowanych lekko naszkicowanych abstrakcyjnych teksturach. Zeitgeber to propozycja inteligentnego techno ambientu pozbawiona elementarnych cech tanecznego gatunku, w której bardziej niż o motorykę chodzi o rzeźbienie w abstrakcyjnej materii, aż do wywołania kontemplacyjnego nastroju. Cola & Jimmu - Enigmatic / Herakles Records 2013
Jimi Tenor po latach afrobeatowego grania, przeplatanego eksperymentami z sonorystycznym zacięciem (Soft Focus), przypomina sobie, że przez wielu kojarzony jest głównie ze swoim mega przebojem Take Me Baby (1995) i nagrywa płytę stricte taneczną. Cola & Jimu to kapitalny hołd dedykowany chicagowskiej muzyce house z lat 90 wnoszący w tą estetykę tenorowski luz, seksapil, nutkę leniwej dekadencji i ironii. Automat perkusyjny, sequencer i syntezator, okraszone funkowymi wycieczkami na flecie niemal z hiperrealistyczną precyzją oddają beztroski houseowy flow. Taka płyta oczywiście nie mogłaby się obyć bez soulowych żeńskich wokaliz, za które odpowiedzialna jest małżonka Jimmiego, diva retro funku i r'n'b Nicole Willis. Cola & Jimmu to płyta głównie do zabawy, pełna lekkości, i zwiewności, beztrosko balansująca na granicy kiczu jak całe lata 90te.
wtorek, 2 lipca 2013
Taneczne zdroje / Octo Octa - Between Two Selves
Niewiele brakowało aby album amerykańskiego producenta Michael'a Morrison'a nagrywającego jako Octo Octa przeszedł zupełnie bez echa. Jego premiera niefortunnie nałożyła się z dwoma wielce oczekiwanymi wydawnictwami - debiutem Disclosure i tryumfalnym powrotem Daft Punk.
Jako skromny produkt małej niezależnej (choć znanej i szanowanej) wytwórni 100% Silk album Between Two Selves nie miał szans przebić się między nagłówkami i komentarzami przekrzykujących się fanów francuskiego retro romansu i brytyjskiej świeżej krwi. Tymczasem niesłusznie odsunięty na margines zainteresowania album Octo Octa wyrasta dla mnie na najbardziej taneczny i porywający album ostatnich tygodni.
O tym, że Morrison doskonale wczuwa się w temperaturę klubowego parkietu, konsekwentnie budując i rozwijając swoje danceflorowe kompozycje można było przekonać się słuchając jego debiutu Rough, Rugged, And Raw. Kasetowy miks własnych kompozycji z 2011 wydany również dla 100% Silk od pierwszych chwil, aż do końca oferował klasyczny clubbing.
Tegoroczny Between Two Selves rozwija deephouseową estetykę Octo Octa w sposób jeszcze bardziej dojrzały i rozważny, co wcale nie znaczy, że kunktatorski. Od pierwszych taktów słychać większą dbałość o brzmienie i detale. Amerykanin wypieścił swoje nowe produkcje dając słuchaczowi pełnokrwiste dzieło które zaspakaja zarówno spragnione tańca nogi, jak i oczekujące solidnego brzmienia uszy! Niczym treser podrzucający mięsne bloki otumanionym krwawym amokiem krokodylom, Octo Octa całkowicie panuje nad materiałem serwując słuchaczowi co smakowitsze kąski stopniowo zwiększając ciśnienie na parkiecie. Deep house'owe tempa ubiera w ambientowe plamy rozpływające się przestrzennym echem, wśród dubowych pogłosów i chilloutowych wokali, które hipnotycznie zapętlone eksplodują ekstatycznymi kulminacjami. W międzyczasie można doszukać się charakterystycznych wpływów lat 90, które zjawiają się na albumie pod postacią acidowych arpegiów a'la LFO, breakbeatowej rytmiki, czy też klasycznego housowego brzmienia syntezatorów.
Ważnym elementem Between Two Selves jest również katedralna przestrzeń w której zanurzone zostają wszystkie kompozycje. W takim środowisku szalenie atrakcyjnie wybrzmiewają przede wszystkim klawisze i wokale nabierając dostojnej, potężnej i jednocześnie ciepłej barwy.
Nowy album Octo Octa mimo, że stonowany i mało krzykliwy wręcz obcieka smakami housowej nuty, która obficie wypełnia jego zawartość. Doskonale wyważone proporcje w budowaniu klubowego klimatu, solidne, soczyste brzmienie dają radość zarówno ze słuchania jak i z zabawy przy parkietowych miodach serwowanych z tanecznego zdroju Amerykanina. To czysta przyjemność w obcowaniu ze współczesnym houseowym klasykiem pozbawionym jakiegokolwiek nadęcia i słabych momentów.
Jeśli więc Daft Punk wydaje się wam zbyt retro, nudny i przesłodzony, Disclosure męczy was małą kreatywnością i graniem na jedno kopyto, a obie płyty wydają się dla was przereklamowane, to z pewnością odnajdziecie to co lubicie muzyce tanecznej właśnie na Between Two Selves. Kozak!
OCTO OCTA - Between Two Selves
2013 100% Silk
wtorek, 4 czerwca 2013
Hit Parade / Disclosure - Settle
Nie ma wątpliwości, że tego lata dwaj bracia 19-letni Howard i 22-letni Guy zamiotą wszystkie klubowe parkiety świata. Począwszy od kameralnych i undergroundowych parkietów Londynu aż po największe festiwale młodzieńcza brawura braci Lawrence porywać będzie do tańca nawet najbardziej opornych.
Wczoraj odbyła się premiera jednego z najbardziej oczekiwanych debiutów tego roku Settle duetu Disclosure. Zbiór 14-stu parkietowych killerów, które pojawiać się będą w tym sezonie w trakcie największych imprezowych kulminacji.
Mimo młodego wieku bracia Lawrence już dawno przygotowali publiczność na swój spektakularny debiut. Po serii debiutanckich singli nagranych dla Moshi Moshi i Greco-Roman, remiksów zrealizowanych dla Jessie Ware, Azari & III, Artful Dodger, zajęciu drugiego miejsca na liście singli w Wielkiej Brytani (White Noise z AlunaGeorge) i tryumfalnym festiwalowym tournee z Coachellą na czele, dwaj młokosi z londyńskiego przedmieścia na tyle podgrzali atmosferę swojego debiutu, że internetowy hajp osiągnął poziom porównywalny do towarzyszącego wydaniu przez Daft Punk Random Access Memories.
Zresztą album Disclosure okaże się wyczekiwanym orzeźwieniem dla tych wszystkich, których rozczarowała nowa płyta Daft Punk, dla tych którym po Random Access Memories Francuzi jawią się już tylko jako komercyjne dziady. Ci wszyscy, którzy doznali takiego zawodu, będą mogli odreagować przy ultra-przebojowych, energetycznych i wpadających w ucho hitach Brytyjczyków.
Bracia Lawrence grają tak, jakby całą wiedzę o brytyjskiej muzyce klubowej wyssali z mlekiem matki. Pomimo stosunkowo niewielkiego doświadczenia czują tą muzykę jak mało kto, a Settle jest zacną syntezą wyspiarskiego brzmienia z naciskiem na house i garage. Na wczorajszej premierze albumu w Boiler Room obok albumu Disclosure wybrzmiały największe parkietowe hity lat 90 z UK. Kiedy bowiem my w latach 90-tych zasłuchiwaliśmy się w przaśnym euro dance i tandetnym rave od zachodnich sąsiadów, na parkietach w Anglii królował kulturowy tygiel mieszających się ze sobą muzycznych wpływów i gatunków. Drum'n'bass, house, jungle, soul, r'n'b, dance, old school, pop i rave za sprawą takich artystów jak Artful Dodger, M.J Cole, Craig David sublimowały w nową jakość nazwaną 2step lub UK garage. Właśnie takimi rytmami bracia Lawrence zainfekowali się w czasach, z których pochodzi ich okładkowe zdjęcie i teraz z niesłychaną lekkością i przebojowością przenieśli je na swój album.
Settle to czysta parkietowa przyjemność. Zupełnie niezobowiązująca i bezpretensjonalna z ściśle klubowym przeznaczeniem. Czytelna i przejrzysta, bez zbędnych dodatków, które odwracałyby uwagę od tego, co w tym albumie najważniejsze - tańca i dobrej zabawy. Album jest wizytówką brytyjskiej muzyki klubowej zanurzony w brzmieniach pompującego house, seksownego grime, udergroundowego bass music, soulowego garage, dopełniony kapitalnymi wokalami Sam'a Smitha, Jessie Ware, Jamie'go Woon'a, Aluny Francis, Elizabeht Doolittle, Ed'a Mac'a, czy Sashy Keable.
Debiut Disclosure przypomina mi nieco genialną płytę The Present Lover projektu Vladislava Delaya - Luomo. Wydany w 2003 roku album podobnie jak płyta braci Lawrence jest zbiorem przebojowych, klubowych piosenek, wypełnionych zmysłowym wokalem, oparty na jednostajnym tempie i brzmieniu house music. Płyta Luomo zyskuje jednak w tym zestawieniu, jawiąc się jako klimatyczny koncept album, przy zbiorze singli jakim jest Settle.
Trzeba przyznać, że dosyć prostymi środkami wykuwają swój sukces panowie z Disclosure, nie zupełnie pomijając takie elementy albumowej narracji jak, budowanie
napięcia czy kulminacje. Biorąc pod uwagę, że Settle jest przeznaczona przede wszystkim na parkiet nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten imprezowy samograj nie sprawia jednakowej radochy przy słuchaniu, co przy tańczeniu. I w tym tkwi w zasadzie jedyny jego mankament. W trakcie kolejnego odsłuchu album traci swoją moc, obnażając jego jednowymiarowy, mało intrygujący charakter. Dramaturgia albumu rozpływa się w powietrzu, pozostawiając lekko nużącą monotonię, gdzie wszystkie utwory oparte są na identycznym schemacie zwrotka - refren - wokal.
Z pewnością braciom Lawrence udała się jednak sztuka niebywała nagrania szalenie egalitarnego i demokratycznego albumu, przy którym zabawa nie zgorszy ani fana poszukującej elektroniki, ani wytrawnego klubowicza. Settle będzie niekwestionowanym hitem tego lata, przebijając swoim młodzieńczym wdziękiem i brawurą nawet wykoncypowany i złożony Random Access Memories.
DISCLOSURE - Settle
PMR Records 2013
poniedziałek, 4 marca 2013
Trójpodział / Benjamin Damage - Heliosphere
W kulturze anglosaskiej młodzi chłopcy tuż po ukończeniu nauk, a chwilę przed podjęciem zawodowej pracy i przejściem w stan dorosłości odbywali podróże dookoła świata. Celem tych wypraw, które stanowiły swoiste rites de passage było poznanie innych kultur, obyczajów i języka. Taka wiedza miała pobudzić wyobraźnię młodych wędrowców, poszerzyć horyzonty, a finalnie przeobrazić chłopca w mężczyznę. Ten post jest kolejną odsłoną cyklu dokumentującego drogę Londyn - Berlin, jaką odbywa wielu młodych brytyjskich twórców muzyki elektronicznej, aby po przeniknięciu muzycznej aury europejskiej stolicy techno zrealizować swój twórczy potencjał i podobnie jak wspomniani podróżnicy stać się mężczyznami.
Bohaterem tego epizodu jest nijaki Benjamin O'Shea znany bardziej jako Benjamin Damage, który po sukcesie ubiegłorocznej płyty They!Live nagranej wspólnie z Doc Daneeka postanowił osiąść w stolicy naszych zachodnich sąsiadów i właśnie tam kontynuować swą producencką działalność.
Okładka Heliosphere świetnie sugeruje zawartość albumu. Mamy na niej trzy wcielenia "świeżego" berlińczyka. Pierwsze wcielenie to półprofil - mocne dynamiczne ujęcie, ze zdecydowanym i wnikliwym spojrzeniem autora. Drugie en face - rozmarzone, melancholijne z przymkniętymi powiekami. Wcielenie trzecie, odwrócone, zdystansowane.
Ten interesujący trójpodział odnosi się jednak nie tylko do okładki płyty, ale bezbłędnie oddaje jej muzyczne inspiracje. Na celowniku BD znalazło się (bez niespodzianki) brzmienie trzech
najważniejszych na mapie świata miast, których wpływ w rozwój muzyki
elektronicznej jest nieoceniony. Detroit, Berlin, Londyn.
Damage dozuje emocje sięgając kolejno po cytaty z motorycznego techno przypominającego echa "maszynowych" nagrań Jeffa Millsa, czy Joeya Beltrama. Następnie przywołuje tektoniczne, brutalne brzmienie rodem z berlińskiego Berghain będącego od kilku sezonów mekką fanów techno i świątynią inspiracji dla producentów elektroniki. Całą tą wybuchową mieszankę łagodzi melodyjną elegancją house i UK garage.
Kompilacja tak zacnych wątków w rękach tak zdolnego i czującego ducha czasów
producenta zaowocowała parkietowym
killerem, który przez niemal 50 minut buja i trzyma w napięciu zaskakując swoim świeżym, soczystym brzmieniem.
BENJAMIN DAMAGE -Heliosphere
50Weapons - 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)





