Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 kwietnia 2018

genialna muzyczka do słuchania sb / zwariowane nutki (czyli; młoda polska elektronika) :3


Paszka, Julek Płoski, ehh hahah, młody łucznik. W ostatnich tygodniach mogliśmy odnotować w Polsce wysyp zjawiskowych wydawnictw (w tym kilku debiutów), będących powiewem świeżości w rodzimej elektronice. Gdyby rozszerzyć cezurę czasową o kilka miesięcy wstecz to do grona wymienionych należałoby dodać jeszcze m.in. KXLT, muzę do fury, nadzieja.. To co łączy wszystkich wymienionych, to oryginalne i wyraziste podejście do elektroniki pozwalające dostrzec w twórcach nową jakość w polskiej muzyce niezależnej, a także kluczowy z perspektywy tego tekstu fakt, że żaden z nich nie skończył jeszcze 25 roku życia.

Perspektywa kronikarska kusi, aby bohaterom niniejszego wpisu przypiąć metkę sceny, fali, czy pokolenia. Postaram się jednak wystrzegać tak stereotypowej generalizacji, bowiem poza wieloma wspólnymi kulturowymi czynnikami dla których punktem wyjścia jest metryka, w kontekście czysto muzycznym każdy z wywołanych wykonawców jasno wyznacza indywidualne granice swojej ekspresji, odbiegające od twórczości pozostałych na tyle, że trudno objąć je jedną stylistyczną ramą.

Nie znajduję zazwyczaj potrzeby, aby grzebać ludziom w metrykach, ale w przypadku tych artystów ich młody wiek ma ogromne znaczenie. Wskazuje bowiem na nowy kontekst, który dopiero rodzi się w szerszym dyskursie kulturowo-społecznym. W obieg muzyczny / artystyczny (multidyscyplinarny) wchodzą właśnie ambasadorzy generacji urodzonej w latach milenijnego przełomu (po 1995 roku), którzy dorastali w erze powszechnego dostępu do szerokopasmowego internetu (tym samym do dóbr kultury), i dla których naturalna jest koegzystencja świata realnego i sieci. Z perspektywy historycznej, to również pierwsze polskie pokolenie nie dojrzewające w cieniu konfliktu, przełomu kulturowego, komunikacyjnego, czy społecznego. Towarzysząca ich wchodzeniu w dorosłość rzeczywistość to świat internetu; memów (ehh hahah jeden z bohaterów wpisu jest ich uznanym autorem), fake newsów post-prawdy i post-ironii. Nic dziwnego, że takie kulturowe uwarunkowania wytworzyły nowe swoiste formy komunikacji, sztuki, oraz wykreowały nowe normy estetyczne, tak wyraźne w multidyscyplinarnej twórczości bohaterów tekstu.

Brak zakorzenienia w latach 80. i częściowo w 90. pozbawił ekspresję omawianych producentów ciężaru nostalgii, melancholii, czy retromanii, która w znacznym stopniu zdominowała dyskurs muzyki rozrywkowej w ostatnich dekadach. Wychowując się w czasach dominacji kultury mash upu, dowolnego mieszania wszystkiego ze wszystkim, obcą pozostaje dla nich zarówno jako słuchaczy, jak i producentów spójność gatunkowa. Jako twórcy reprezentują ekspresję hybrydyczną, post gatunkową, unikającą identyfikacji z klasycznymi gatunkami muzycznymi. Jednak co ciekawe, pomimo że funkcjonują w świecie memów, fake newsów i post ironii, mając do nich nieukrywaną słabość (nazwy projektów, okładki, identyfikacja graficzna, tytuły utworów, działalność poboczna), ich muzyka sama w sobie pozostaje wyrazem autentycznej ekspresji, nietkniętej post ironicznym wirusem. Potwierdza to Radosław Sirko (Audile Snow) wydawca nagrań ehh hahah i KXLT – „Są to twórcy bardzo świadomi, nie muszący niczego udowadniać, są bardzo dobrze rozeznani i sprawnie balansują pomiędzy tym co ironiczne, a tym co poważne, zarówno we własnych produkcjach, remiksach, jak i w graniu setów”. Świadomość artystyczna tych utalentowanych młodych muzyków jest zresztą jednym z fundamentów formujących ich tożsamość jako artystów. Takiego zdania jest Mikołaj Tkacz (Magia) wydawca m. in. ehh hahah, Młodego Łuczniczka, KXLT – „Mam wrażenie, że nieco prędzej nabierają świadomości tworzenia niż moje pokolenie i przez to mimo młodego wieku ich rzeczy brzmią bardzo dojrzale.”

„Są to twórcy bardzo świadomi, nie muszący niczego udowadniać, są bardzo dobrze rozeznani i sprawnie balansują pomiędzy tym, co ironiczne, a tym, co poważne”


Jak celnie zauważa Jarosław Szczęsny w recenzji, wydawnictwa „Dreambank” młodego łucznika, urodzony w 2000 roku twórca ”nigdy nie słyszał jak brzmiał internet w latach 90.”. Dorastał jednak tak jak jego rówieśnicy w dobie wielkiej ekspansji nowych technologii, w związku z czym dziś stanowią one dla niego (ich) naturalne środowisko. Łatwość poruszania się w świecie nowych mediów ma z pewnością wpływ na biegłość w opanowywaniu technicznych aspektów tworzenia muzyki, oraz ułatwia możliwości komunikacyjne co zauważa Radek Sirko – „Szybciej opanowują programy muzyczne, graficzne, do obróbki wideo i 3d. Szybciej znajdują się nawzajem i kolaborują ze sobą; tworzą sobie nawzajem remiksy, reworki, klipy, featy, bity itp.”. Biegłość w przyswajaniu nowinek technologicznych nie zawsze jest jednak zbieżna z posługiwaniem się zaawansowanym oprogramowaniem do tworzenia i rejestracji muzyki. Nagrywający swój debiutancki album „Tesco” (BAS Kolektyw) Julek Płoski (1998 r.) korzystał z nagrań terenowych i sampli zarejestrowanych za pomocą aplikacji w smartfonie, kompozycje zaś kleił i montował na ledwo działających, pożyczonych laptopach z wgranym oprogramowaniem DAW (wirtualne domowe studio), podłączonych do małej klawiatury midi. Nie przeszkodziło mu to jednak w uzyskaniu znakomitych efektów.

Debiutancki album Julka Płoskiego „Tesco” (BAS Kolektyw) powstawał od pierwszej do trzeciej klasy liceum. Zanim jednak ujrzał światło dzienne, jego autor zdołał rozpocząć studia w Warszawskiej Szkole Filmowej. "Tesco" to hybrydyczna forma elektroniki kompozycyjnie przypominająca produkcje współczesnego, eksperymentalnego cloud r'n'b, z którego Płoski czerpie głównie rytmiczne podziały i wolne tempa. Temperamentu nagraniom dodają liczne hałaśliwe spiętrzenia szumów, cyfrowe przestery, które zdradzają fascynację autora estetyką lo-fi i noisem. W momentach, w których autor buduje nastrój pojawiają się z kolei hipnotyczne echa poetyki vaporwave. Paleta dźwięków meandruje miedzy radykalnym zgiełkiem i przesterem, a łagodną suitą, której wyrazistość potęgują liczne katedralne pogłosy, oraz melodyjne frazy przypominające barwą i tonacją średniowieczne organy. „Większość sampli, które można tu usłyszeć zrobiłem sam, albo pochodzi z jakichś moich archiwalnych nagrań. Na telefonie mam zawsze zainstalowaną apkę "dyktafon" i to ona w sumie jest odpowiedzialna za mnóstwo dźwięków na tym albumie” – wyjaśnia autor.

Materiał ujawnia talenty dekonstrukcyjne Płoskiego, który wykuwa subtelne melodie i rytmiczne formy z amorficznego śmietniska szumów, pogłosów i glitchów. Dramaturgia „Tesco” jest kreowana stopniowo, bez pośpiechu, w finale zaś doprowadza do spektakularnej, wielowątkowej kulminacji. Złożoność aranżacji, ciekawe zaadaptowanie planów, sięganie do rezerwuaru niecodziennych (inspiracji muzyką dawną w „Laurze konsumenta”) sprawia, że na tle nagrań Paszki i ehh hahah, muzyka Julka Płoskiego zdaje się być bardziej wykoncypowana niż emocjonalna. Warta podziwu jest tutaj powściągliwość kompozycyjna i dramaturgiczna, twórcy godna doświadczonego producenta. „Tesco” jest mętne brzmieniowo, przelewa się niczym gęsta smolista maź, niesie jednak w sobie odświeżający szept o lirycznym uroku. Hybrydyczna muzyka Płoskiego zawierająca w swoim DNA skrawki elektronicznych gatunków i estetyk idealnie wpisałby się w repertuar duńskiego labelu Posh Isolation.

„Tesco” jest mętne brzmieniowo, zrodzone z szumu i w rozmywającego wszystkie dźwięki pogłosu. Przelewa się niczym gęsta smolista maź, niesie jednak w sobie odświeżający szept lirycznego uroku.




Płoski współtworzy również eksperymentalny duet lo -fi domen omen, oraz jest odpowiedzialny za ujawnienie światu kolejnego uzdolnionego młodziana Paszki (1995 r.). „Do debiutu doszło głównie dzięki Julianowi Płoskiemu, który puścił Paszkę ludziom z enjoy life, spodobała im się i byli tak mili, że zgodzili się na wydanie” – wspomina Szymon Spalski ukrywający się pod pseudonimem, który Jakub Adamek prowadzący blog Weird Temple uznał za „najgenialniejszy od czasów Ścianki”. „Rytmy, cykle i czas" imponują, swobodą w łączeniu elektronicznych środków wyrazu, dynamiką zmian i zadziornym charakterem.

Nagranie inauguruje melodyjna mozaika, ale w większości kompozycji dominują partie rytmiczne; ultra szybkie, niezborne, nawarstwione i szatkujące kompozycje na mikro opiłki. Zrytmizowane struktury zostają zbilansowane basowymi tąpnięciami i cyfrowymi przesterami, a puentylistyczna muzyka mimo spiętrzenia warstw brzmi czysto i potężnie. „Rytmy, cykle i czas” sprawiają chwilami wrażenie jakby noisowiec próbował interpretować nagrania z katalogu raster - noton. Intensywna dynamika cyfrowych perkusjonaliów, o industrialnych proweniencjach, estetyzacja hałasu, brutalność brzmieniowa, a także doskonała jakość dźwięków, przy hałaśliwym repertuarze, idealnie wpisuje się również w klimat muzycznych dokonań rodzimego kolektywu Intruder Alert. W przypadku tego twórcy warto również poszperać w sieci, aby trafić na jego kanał YT, w którym prezentuje swoje znakomite multidyscyplinarne ekspresje; wypadkowe video artu, memicznej poezji i muzyki, podlane rzecz jasna, lekką dawką ironii i autoironii.

„Rytmy, cykle i czas" imponują, swobodą w łączeniu elektronicznych środków wyrazu, dynamiką zmian i zadziornym charakterem. 




Obok Młodego Łucznika najmłodszym w gronie prezentowanych artystów (choć paradoksalnie najbardziej doświadczonym) jest ehh hahah (2000 r.), pragnący zachować anonimowość licealista z Krakowa, który przed trzema laty laty zadebiutował w Magii, otwierając kompilację „Tytan” zaś w 2016 wydał tamże udaną „Kasetę” (wydaną swoją drogą na pendrivie) będącą flirtem eksperymentalnej elektroniki z popową wrażliwością. „Muzykę zacząłem nagrywać jak miałem 13 lat, tak jakoś od zawsze mnie do tego ciągnęło. Chodziłem do szkoły muzycznej na perkusję, gdzie oprócz perkusji grałem na marimbie, która mnie totalnie oczarowała, do dzisiaj tęsknie za tym instrumentem” – wspomina ehh hahah, na którego najnowszej płycie „Netia genialna rozmowa z klientem” (Audile Snow) bez trudu można odnaleźć dźwiękowe fascynacje afrykańskim idiofonem. 

„Netia...” tytułem nawiązuje do kultowego nagrania rozmowy konsultanta Netii z klientem i jest doskonałym przykładem popkulturowego remiksu. Inspiracją muzyczną jest przebojowy singiel  „On Hold” pochodzący z ostatniej płyty The XX. Cytaty pochodzące z tej piosenki (melodia i wokal) stały się podwaliną zupełnie nowej, niezwykle intrygującej impresji. W warstwie dźwiękowej producent nieszablonowo łączy rożne struktury elektroniczne (szumy, tekstury), odgłosy terenowe, urokliwe melodie syntetycznej marimby, ekstremalnie spowolnione wokale i rozmywające całość pogłosy, oraz sęga po awangardowe praktyki kompozycyjne (plądrofonia, deformacja). Tak brzmi remiks popkulturowego przesytu, bezkompromisowo skrzywiony narracyjnie i brzmieniowo, ale i absolutnie majestatyczny formalnie. „Rozmowa z klientem” to dźwiękowa dystopia, odbijająca echem elektroniczny shoegaze Christiana Fennesza z czasów „Endless Summer” i antyestetykę vaporwave (paulstretch - technika wydłużania ścieżek, bez utraty jakości dźwięku). „Rozmowa z klientem” skrzy całym wachlarzem emocji od rozkoszy, po zgorszenie. Jest niczym muzyczna odyseja, w której słuchacz co chwila gubi się w dźwiękowym tyglu i kuszony jest pięknymi melodiami, oraz onirycznymi wokalizami. Dźwięki odbijają się w pogłosach i zakrzywiają, niczym zdeformowany obraz w gabinecie luster, tworząc fascynujący, ale i chwilami przerażająco ciężki trip. Bonusowy utwór staje się kwintesencja tego wykrzywienia. Wierci dziurę w mózgu; meczy i przyciąga, odstręcza i fascynuje. (Jak dotąd jest to mój tegoroczny faworyt w kategorii ulubiona płyta 2018)

Tak brzmi remiks popkulturowego przesytu, bezkompromisowo skrzywiony, ale i absolutnie majestatyczny formalnie. „Rozmowa z klientem” to dźwiękowa dystopia, odbijająca echem cyfrowy shoegaze Christiana Fennesza z czasów „Endless Summer” i antyestetykę vaporwave  




Wśród młodych wiekiem producentów poruszających się własnymi ścieżkami w kontekście nowej elektroniki, trzeba wymienić także młodego łucznika (Wojtek Filipowicz, 2000 r.), który dopiero co wydał swój mini album w Magii. „DREAMBANK” w porównaniu z wyżej wymienionymi nagraniami to album zdecydowanie bardziej zrównoważony, harmonijny i łagodny. Kompozycje łucznika są eleganckie i melodyjne, stronią od szumów, zgiełku i przede wszystkim od gatunkowej dekonstrukcji. Lawirują gdzieś między downtempo, housem, a breakbeatem, czyli gatunkami modnymi jeszcze przed pojawieniem się na świecie tego twórcy. Taki jest też koncept artystyczny tego przedsięwzięcia wyeksplikowany, nie bez dozy humoru, w didaskaliach na bandcampie; „młody łucznik nagrał album o wyobrażaniu sobie czasu spoza swojego czasu. Jest w tym dużo więcej nostalgii i świeżości niż mogłoby być w muzyce osoby znającej dobrze tamte czasy. Widocznie wyobrażenia o czymś mogą przynieść dużo więcej, niż doświadczenie tego naprawdę, a doświadczanie wyobrażeń to już w ogóle”.


Kolejnym twórcą młodym wiekiem, choć niekoniecznie doświadczeniem, (swoimi dokonaniami dał się już bowiem poznać słuchaczom) jest Kacper Leszczyński nagrywający jako KXLT, którego ubiegłoroczne wydawnictwo z satysfakcją odnotowałem na blogu pisząc; „Kompozycje KXLT są wyrazem praktycznego minimalizmu, (...) Perfect Creature” jawi się z pozoru jako eklektyczny galimatias, tymczasem ów zbiór inspiracji jest utrzymany w ryzach przez nienaglący, czy wręcz chill-out'owy charakter nagrania. W muzyce Leszczyńskiego nie czuć ani grama młodzieńczej brawury, czy pretensji. Wszystko zostaje podane bez sięgania po ekstremum i bez kokietowania słuchacza”.


Miłosz Cirocki ze Złotej Jesieni podsuwa jeszcze postać Filipa Grzeszczuka, odpowiedzialnego za cieszącą się uznaniem głębokiego undergroundu „muzę do fury mixtape” – „ziomek który za tym stoi to przyszła główna postać polskiej elektroniki (jeśli będzie mu się chciało). Zachciało mu się zrobić album inspirowany filmami z youtube testującymi bas w samochodach. Rezultaty są takie że chce się skakać po pokoju z ekscytacji że coś takiego w ogóle istnieje” – zachwyca się Cirocki.  „muza do fury mixtape” to postgatunkowy remix, sięgający od raveowej wiksy, po popularny trap. Dominuje tu całkowita kompozycyjna anarchia, oraz brzmieniowa destrukcja pełna przesterów i słabej rozdzielczości dźwięków. Jeśli zaś jesteśmy już przy labelu enjoy life, który odważnie stawia na tak bezkompromisową ekspresję, to w kontekście młodych twórców nie wypada nie wspomnieć choćby o nadzieju., który w ubiegłym roku zwrócił uwagę diggerów niezalu abstrakcyjną swoją wizją elektroniki. Wydawnictwo „nie lubię myśleć o niemiłych sprawach gdy nie jestem w stanie” zaskakuje użyciem radykalnych hałaśliwych brzmień, potęgujących efekt dźwiękowy pogłosów, i intrygujących zrytmizowanych struktur. Zadziorny charakter i brzmieniowy chłód nadzieja. pokrewne są eksperymentom Paszki, z tą różnicą, że ten pierwszy wykazuje większe zainteresowanie noisowymi strukturami, podczas gdy tego drugiego bardziej pochłania dynamika nagrań i ich nieregularne zrytmizowanie. Jest jeszcze oczywiście w Młody Kotek bezczelnie łączący trapową produkcję i rap z permanentnym przesterem i elektronicznym lo-fi.



Jeśli wziąć pod uwagę jedynie muzykę bohaterów tego tekstu, to wydawnictwa Paszki, Płoskiego, ehh hahah i innych przesiąknięte są genetyczną świadomością elektronicznych estetyk. Muzycy nie posługują się jednak nimi wprost do tworzenia gatunkowych kolaży. To raczej muzyczny rdzeń (muzyczne DNA), który ujawnia się podświadomie w ich muzyce, i na którego gruncie powstają unikalne post gatunkowe hybrydy. To zaś co łączy ich muzykę, to jedynie elementy składowe; upodobanie do pogłosów, przesterów, deformacji dźwięku (paulstretch), eksperymentów z jakością cyfrowych formatów, łączenia brzmień hi-tech z estetyką lo-fi, a także słabość do posługiwania się popkulturowymi cytatami i ich twórczego przerabiania. Jednak pomimo tak wielu wspólnych praktyk producenckich, w przypadku wymienionych wyżej artystów mamy do czynienia z indywidualnymi kierunkami rozwijania muzycznej ekspresji. Mimo że czerpią z podobnych źródeł to jednak trudno byłoby ich muzykę ometkować w jakiś konkretny nurt. Co innego jeśli spojrzeć na kulturowy i socjologiczny background ich twórczości i zastanowić się co w tym kontekście łączy tych młodych uzdolnionych artystów, którzy właśnie brawurowo wchodzą w dyskurs polskiej muzyki alternatywnej?

Ów fenomen przytomnie ujmuje Kuba Malinowski (Anatol / Złota Jesień) założyciel labelu enjoy life; „Myślę że trzeba być świadomym tego, że jest grupa młodych, dla których klasykiem jest bala club, czy spaceghostpurrp, którzy nie myślą o nośniku, czy wydawaniu płyty (bo np. nie myślą w sposób płytowo-branżowo-konceptualny), ale bądź co bądź nagrywają tzw. >>pierwszy w polsce rap<< czyli rzeczy bardzo świeże. I dodatkowo też bardzo osobiste, surowe, otwarte, eksperymentujące niekiedy tak samo ze sobą jak z muzyką. Ich kanały youtubowo-soundcloudowe (tzw. 'czeluście') przypominać mogą formę pamiętnika, gdzie te poważniejsze rzeczy robione po nocy, mieszają się ze śmiesznymi mp3 z ziomkami i prywatnymi linkami. I to jest super, i trzyma tę muzykę w surowości, ale jako że „ogar” soundclouda w Polsce promotorskiej jest raczej średni, a własnych pamiętników nie chce się po czasie czytać, istotne jest wydawanie płytek jako takiej bardziej skupionej formy”.

„Myślę że trzeba być świadomym tego, że jest grupa młodych, którzy nie myślą o nośniku, czy wydawaniu płyty (bo np. nie myślą w sposób płytowo-branżowo-konceptualny), ale bądź co bądź nagrywają rzeczy bardzo świeże”


Młodzi ludzie coraz śmielej wkraczają w obieg kulturowy (multidyscyplinarny, nie tylko muzyczny), nie zaprzątając sobie tym nawet głowy. Ich twórczość jest absolutnie spontaniczną formą, gdzie zabawa, czy hobbystyczne podejście do ekspresji sąsiaduje jak wskazują Sirko, Malinowski i Tkacz z tym świadomym i absolutnie serio. Dowodem na to niech będzie upodobanie twórców do złego smaku, post ironii, czy memów (nazwy projektów, tytuły, opisy, okładki, nomenklatura), które jednak, co istotne, nie wychodzi poza obręb inspiracji i koncept wizualno-nazewniczy, kończąc się tam gdzie zaczyna się muzyka. Trudno wymienione wyżej nagrania posądzać o jednoznaczne jajcarstwo, bekę, czy ironię. Na tym poziomie mamy już do czynienia z niezwykłą świadomością artystyczną, widoczną w spójności koncepcyjnej albumów, w budowaniu narracji, operowaniu dramaturgią, a przede wszystkim w producenckich umiejętnościach (skilach). Pod grubą warstwą ironii (będącej notabene częścią aktu twórczego), dekoncentrującą i pozostawiającą na jej powierzchni pobieżnego obserwatora, kryje się esencja, w omawianym przypadku głównie muzyczna.

Obcując w sposób świadomy z wytworami, omawianych tu artystów, możemy zaobserwować jak hartuje się nowa zmiana elektronicznych producentów, pozbawionych balastu przeszłości, wychowanych w czeluściach internetu, dla których codziennością jest post ironia, a którzy rzeczywistość postrzegają przez pryzmat memów. Oderwani od sztampy zunifikowanych gatunków, a także od ciężaru przeintelektualizowanej i przekonceptualizowanej awangardy tworzą wymykające się opisowi estetyczne hybrydy i nowe, bezpretensjonalne dźwiękowe narracje. Zakrzywiają rzeczywistość posługując się wielopiętrowymi deformacjami i scalają ją z wirtualnym wymiarem, uzyskując płynną hybrydyczną całość. To sztuka przystająca do swoich czasów, nie imitowana, mówiąca aktualnym językiem młodych ludzi. Najwyższy czas zdać sobie sprawę, że to nie Kuba Ziołek, Wacław Zimpel, czy Stefan Wesołowski kształtują przyszłość rodzimej muzyki i kultury. Przyszłość jest zupełnie gdzie indziej. Jest dużo młodsza, bardziej spontaniczna i o wiele ciekawsza. Chowam nadzieję, że pozostanie taka gdy dojrzeje i nieco okrzepnie.

Płosik, Paszka, ehh hahah, młody łucznik, nadziej., czy KXLT to znakomite przykłady żywotności muzyki, tworzonej tu i teraz, próbującej doścignąć czas. Im szybciej zechcemy sobie uzmysłowić, że do nich i ich rówieśników należy przyszłość muzyki i sztuki, i że dzieje się ona tu i teraz, tym szybciej będziemy mogli zakosztować i cieszyć się tą muzyczna ewolucją dokonującą się póki co na marginesie dyskursu muzycznego w Polsce. Jej bohaterowie, dokonując tego małego (niewidocznego z wysokiej perspektywy) przewrotu w rodzimej muzyce, nie są tego absolutnie świadomi i nie spędza im to snu z powiek, bo przede wszystkim dobrze się tą całą muzyczką bawią. Co szczerze szanuję, gorąco polecając ich dokonania!


Paszkę, Płoskiego, ehh hahah, nadzieja., Zaumne, w towarzystwie Fischerle, Wilhelma Brassa, boy kot, Auride, Arkadiusza Entropii, oraz ædm będziecie mogli usłyszeć na żywo w ramach urodzin Audile Snow w warszawskiej Przychodni już 27.04. (link)
---------------------------------------------------------------------

Podziękowania za konsultacje i wsparcie dla: Julka Płoskiego, Paszki, ehh hahah, Kuby Malinowskiego (enjoy life), Radka Sirko (Audile Snow) i Mikołaja Tkacza (Magia).





czwartek, 18 stycznia 2018

Nowa ekspresja (Elektroniczne emancypacje) / Fischerle, Drvg Cvltvre, Duy Gebord, Zaumne, Jakub Lemiszewski


Tak jak zapowiadałem w podsumowaniu 2017, nowy rok zaczyna się niezwykle obiecująco dla fanów rodzimej elektroniki. Świeża dawka rilisów z mikrolabeli to brawurowa ucieczka od gatunkowych szufladek.

Jest to prawdopodobnie kwestia przypadku, że wydane zaledwie na przełomie kilku ostatnich tygodni nagrania, które swoją drogą sporo już odleżały w oczekiwaniu na premierę, tak bardzo odznaczają się tym że wychodzą poza dotychczas osłuchane schematy. Nie odważyłbym się wieścić w tym narodzin jakiegoś trendu, jednak ta koincydencja robi wrażenie, dając nadzieję na zupełnie nową muzyczną jakość w 2018.

Muszę się przyznać, że miałem nie mały orzech do zgryzienia próbując opisać słowami muzykę niżej wymienionych producentów. To jednak paradoksalnie powód do satysfakcji, bowiem w każdym z przypadków, nagrania wymykały się daleko poza znane mi dotąd klisze gatunkowe. Mamy w końcu 2018 rok, najwyższy czas aby muzyka oderwała się od melancholii i zrzuciła z siebie widmo retrosentymentów. Zbyt łatwo uwierzyliśmy że wszystko już było. To co prezentują swoimi nowymi wydawnictwami opisywani w tekście artyści, nie jest póki co muzyczną rewolucją, bardziej  poszukiwaniem nowego muzycznego języka, który dla takiej rewolucji mógłby być całkiem udanym preludium. Nowa ekspresja czerpie oczywiście z tego co już było, ale nie w taki sposób do jakiego zdołaliśmy się przyzwyczaić. Poniższy repertuar uświadamia bowiem, że nagrywający go muzycy, są osłuchani ze starszymi i nowszymi trendami w muzyce elektronicznej, usłyszycie ich tam wiele, jednak nie używają ich jako cytatów, jedynie jako punkt (dalekich) odniesień. Ich twórczość nie jest stylistycznym mash-upem i co chyba najbardziej dla mnie istotne, kolejną próbą dekonstrukcji. Mamy bowiem do czynienia z formą kreacji, gdzie bagaż kulturowego doświadczenia (osłuchania) artystów pozwolił im poszukiwać na tym fundamencie czegoś nowego i odbyć udany eksperyment emancypacji poza gatunkowe narracje. Jestem świadomy faktu, że eksperymentalna muzyka elektroniczna, właściwie w każdym wydaniu jest próbą wykształcenia takiego indywidualnego języka. Co artysta to inna poetyka. Jednak w przypadku Fischerle, Drvg Cvltvre, Duy Geborda, Zaumne, czy Jakuba Lemiszewskiego eksperyment zostaje pozbawiony ciężaru, oraz przypadkowości  improwizacji. Poniższe nagrania posiadają indywidualny sznyt, oraz spójną filozofię brzmieniową i kompozycyjną, które nie są kwestią przypadku ale świadomie rozwijanego warsztatu.

Zadaję sobie pytanie, na jakich podstawach wysuwam tak profetyczne wnioski? Poza intuicją, jest to przede wszystkim dyskomfort jaki napotkałem przy pierwszych odsłuchach nagrań, znanych mi skądinąd artystów. Dyskomfort niewynikający bynajmniej z ciężkiej, czy wymagającej materii muzyki, ale z tego, że przesłuchując ją nie umiałem wstawić żadnego z tych nagrań w znane mi dotąd gatunkowe ramy. O co tu chodzi, dlaczego to nie pasuje, do żadnych z setek klisz, które już zdążyły zadomowić się u mnie w głowie? Przy kolejnych odsłuchach repertuar zaczynał mnie coraz mocniej fascynować, co jednak nie zmniejszyło dyskomfortu związanego z niesatysfakcjonującymi próbami ich nazwania, sklasyfikowania (nawet na potrzeby własne). I dopiero kiedy zacząłem z autentyczną pasją zasłuchiwać się w materiale, dostrzegłem, że mam do czynienia z czymś absolutnie unikalnym, wobec czego czuję się w pewien sposób bezradny. Muszę jednak wyznać, że taka bezradność w połączeniu z estetyczną fascynacją, to to na co będąc fanatykiem muzyki zawsze czekam z wytęsknieniem. Jestem przekonany, że swojego zachwytu nie jestem w stanie tak przekazać, aby oddać esencję opisywanych wydawnictw, bo jak wspomniałem zabrakło mi do tego narzędzi. Ale koniecznie namawiam was do odsłuchu. Są bowiem wśród was pewnie lepiej osłuchani i posiadający bardziej wyważone emocje, którzy z pewnością będą potrafili zweryfikować moje sądy. Jeśli chodzi o mnie to jestem zachwycony i tej ekscytacji nikt mi już nie odbierze.


FISCHERLE „Beard & Parachute” / 2018 / Pointless Geometry

Mateusz Wysocki dał się poznać jako artysta lubujący się w eklektycznych woltach gatunkowych. Słuchowiska, elektroakustyczne eksperymenty, dub techno, nagrania terenowe, to tylko część z jego estetycznych wycieczek. Jeśli z którejś z wymienionych estetyk najbliżej do „Beard & Parachute” to z pewnością jest to dub, który pulsuje w kilku kompozycjach. Mimo wszystko nie jest to ta sama stylistyka, którą możemy spotkać choćby w nagraniach duetu Mech współtworzonego z Michałem Wolskim. Na „Beard & Parachute” dub jest bliżej korzenia gatunkowego, elastyczny, rozedrgany, jamajski. Jednak to właściwie jedyny symptom gatunkowych naleciałości jeśli chodzi o repertuar zgromadzony na kasecie Fischerle. Aby opisać resztę trzeba brodzić po omacku. Sample żywej perkusji, powolne tempa, jazzowe fluidy, brzmienie bliskie lo-fi, ale pozbawione obskury, oraz bogata warstwa melodyczna. Gęsta materia dźwięków, tropikalna temperatura, surrealistyczne melodie; gdybym miał szukać jakiś pokrewieństw do muzyki Wysockiego, to znalazłbym je paradoksalnie bardzo niedaleko; w nagraniach Naphty, Lutto Lento, czy Maćka Maciągowskiego, czyli twórców równie osobliwych. Najlepiej o muzyce Fischerlego opowiada jednak grafika kasety, utrzymana w estetyce okładek vhs do filmów kategorii B; pełna egzotycznych dziwadeł i emanujących neonowym światłem dziwolągów. Owa okładka, autorstwa Darka Pietraszewskiego skierowała mój trop w stronę opowiadań Lovecrafta, a dalej do ... „Rodziny Adamsów”. Zresztą coś musi być na rzeczy, bo wypłowiały mrok i surrealistyczny, wisielczy humor emanują z nagrań Fischerle, czego najlepszy przykład stanowi utwór „Comb Among Thieves”. „Beard & Parachute” jest materiałem niezwykle plastycznym i narracyjnym. Nie będzie zatem stawiać oporów słuchaczowi eksperymentalnym zadęciem. Intrygująco zapowiadają się również dwa inne wydawnictwa Wysockiego, które w nadchodzących tygodniach będą miały swoją premierę; Mech w Pawlaczu Perskim i nowy projekt Ifs tworzony wraz z Krzysztofem Ostrowskim z kolektywu Soundscape Mirror, a który zostanie wydany w portugalskim labelu Crónica.

 
DRVG CVLTVRE „Everybody Cares Now” / 2018 / Pointless Geometry

Drugie ze styczniowych wydawnictw Pointless Geometry, sygnowane nazwą Drvg Cvltvre zostało zrealizowane przez Vincenta Koremana założyciela holenderskiego wydawnictwa New York Haunted. Mocny, mechaniczny rytm, twarde analogowe brzmienia, dystopijna atmosfera to estetyka diametralnie różna od propozycji Fischerle, choć równie hybrydyczna i osobliwa. Połączyć ze sobą w ciekawy i płynny sposób regularny rytm, z połamanymi junglowymi wstawkami, to zadanie karkołomne i nie znam wielu udanych połączeń tego typu. Drvg Cvltvre sięga po tego typu przejścia („Dead Stock”), rozbijając nimi monotonność regularnej narracji, i trzeba przyznać, że w jego nagraniach ten element wypada całkiem przekonująco. Na „Everybody Cares Now” mamy do czynienia z revivalem undergroundowych nurtów z lat 90tych (techno, acid, breakbeat, electro, ebm, industrial) które artysta adaptuje na nowo. Ma do tego mocną legitymację weterana elektronicznej sceny, który po brzmienia wyżej wymienione sięgał m.in w solowym projekcie Ra-X z początków erupcji rave'u w Europie trzydzieści lat temu. „Everybody Cares Now” w mojej opinii wypada najciekawiej („Killscreen”; „Destablization”, „Digital Ascension”) w momentach najbardziej skumulowanych i punkowych (Koreman grał niegdyś na gitarze w garażowych kapelach), gdzie analogowe brzmienie automatów perkusyjnych łączą się, z brudnymi acidowymi arpeggiami i metalicznymi dźwiękami, gęstniejąc w transowej kulminacji.



DUY GEBORD „ʤ” / 2018 / Pointless Geometry

Muzyka Radka Sirko zawsze wybrzmiewała gdzieś pomiędzy gatunkami i nie inaczej jest w przypadku materiału nagranego dla Pointless Geometry. To jednak zdecydowanie najlepszy i najciekawszy, a przy tym paradoksalnie najlżejszy rilis na koncie tego artysty. Tym razem Gebord zdecydował się odchudzić swą eksperymentalną twórczość z okresu ‚Mildew”, czy „Kelp”, nadając narracji transparentną formę. Sprzyja temu regularna rytmika, która staje się osią całej dźwiękowej struktury. Na nią nakładane są atmosferyczne zewy, ale także gruba warstwa glitchowej rdzy, warstwy pogłosów, generujące przestery efekty i noiseowe akcenty. U Sirko dokonuje się emancypacja regularnych, tanecznych taktów w elektroniczną impresję, będącą antytezą parkietowego klimatu i użytkowości tkwiącej w muzyce tanecznej. Jakby na przekór tym słowom w repertuarze pojawia się antyprzebojowy „Hating All Music” (o jakże deklaratywnym tytule) z wpadającą w ucho dźwięczną melodią, ascetycznym bitem zepchniętym w tło, szklistymi arpeggiami i strzelistym pogłosem. „ʤ” zaskakuje brakiem stylistycznych ram, oraz wyobraźnią twórcy, potrafiącego konstruować tak osobliwe i wciągające struktury. Materiał nie jest obciążony eksperymentalnym nadmiarem, który często był obecny we wcześniejszych nagraniach Geborda. To zjawiskowa i niezwykle intrygująca post-gatunkowa mutacja, odtrutka na generyczną elektronikę, całkowicie słuchalna nawet dla tych mniej wtajemniczonych.


 
ZAUMNE „\(´O`)/” / 2017 / Magia

W funkcjonującym na rubieży nisz, mikro labelu Magia od dłuższego czasu dzieją się rzeczy, które poszerzają wyobrażenie o tym jak może wyglądać współczesna emancypacja elektroniki poza gatunkowe ograniczenia i kulturowy resentyment. To w Magii swój znakomity album wydał w ubiegłym roku Jakub Lemiszewski, to tam w wąskiej społeczność niszowych artystów powstaje muzyka „naszych czasów”. Zainspirowany cyfrową, post-internetową rzeczywistością repertuar celnie oddaje obraz sieciowej egzystencji, której towarzyszy nadmiar bodźców, redukcja treści, porozumiewanie sprowadzone do formy obrazkowej (vide tytuł kasety), relatywność opinii, zatracenie w post-ironii. Być może jedynie w tak niszowych miejscach jak label Magia, muzyka przytomnie nawiązuje kontakt z rzeczywistością mówiąc jej językiem. Epka Zaumne, to w zasadzie jeden autorski track zremiksowany dalej przez ehh hahah, Micromelancolie, ETERNAL WOLF, oraz Mchy i Porosty. Na dobrą sprawę mamy do czynienia z muzyką elektroniczną, której słuchanie nie nasuwa prostych inklinacji gatunkowych. Nazwać to ambientem ze względu na nikłą obecność rytmiki, eteryczne plamy i kontemplacyjny nastrój byłoby pójściem na skróty. Zatem muzyka relaksacyjna dla przyklejonych do wszelkiej maści interfejsów (odgłos klawiatury stanowi lejtmotyw nagrań)? Czy raczej wyrażająca zmęczenie nieustanną aktualizacją statusów i odświeżaniem newsfeedów? Muzyka z Magii i jej funkcjonowanie pod pozorem memicznej, tumblrowej ekspresji intrygująco komentuje przeniesioną do sieci rzeczywistość, pobudzając słuchaczy do wytężonej refleksji.



JAKUB LEMISZEWSKI „Bubblegum New Age” / 2018 / Trzy Szóstki

Jakub Lemiszewski jest autorem mojej ulubionej płyty 2017 roku. Po nowym wydawnictwie wcale nie oczekiwałem że zdyskontuje sukces poprzednika. Lemiszewski bardzo rozsądnie robi unik odchodząc od footworkowej estetyki, dryfując w stronę tylko sobie znanych elektronicznych odjazdów. Tytuł sugeruje gatunkową mieszankę new age i estetyki bubblegum, jednak nie sugerowałbym się nim zbytnio. Dynamika nowego materiału jest stonowana i wyciszona, perkusjonalia pulsują w tle, nie zajmując tym razem pierwszoplanowego miejsca. W głównej roli objawiają się osobliwe arpeggia, kosmiczne plamy, basowe chmury, prześwietlane świetlistymi syntezatorowymi snopami. Muzyk interesująco operuje planami i głębią, a przy tym zmyślnie rozrzuca poszczególne ścieżki między kanałami. Proponuje również przestronne i bardziej rozbudowane brzmienie niż na „2017 [Nielegal]”. Bubblegum New Age” ukazuje potencjał kompozycyjny Lemiszewskiego, który z tarczą wychodzi z kolejnej realizacji, nie schlebiając przy tym gustom i nie idąc na żadne artystyczne kompromisy. Z nagrania na nagranie rozwija swą unikalną ekspresję, zaskakując wyobraźnią i brakiem podatności na wpływy stylistyczne,. Pozwala mu to tworzyć muzykę nowoczesną, energetyczną i wymykającą się gatunkowym klasyfikacjom. Unikat!

poniedziałek, 20 marca 2017

Future is now / Jakub Lemiszewski „Nielegal”

Przy pierwszym przesłuchaniu opadła mi szczęka. Przy drugim, euforyczny dreszcz wstrząsną moim ciałem. Każde kolejne, utwierdza mnie w przekonaniu, że niczego lepszego w tym roku jeszcze nie słyszałem.

W 2016 palmę pierwszeństwa na polu progresywnej elektroniki, dzielnie dzierżył Bartek Kujawski, w tym roku będzie to zadaniem Jakuba Lemiszewskiego, dzięki któremu rodzima scena stała się właśnie bogatsza o materiał niespotykanie wręcz świeży i absolutnie oryginalny na poziomie, (nie mam wątpliwości) światowym. „Nielegal” to nagranie które bezceremonialnym kopniakiem wywarza drzwi z napisem standardy, kanony, konwencje, aby z hukiem dobijać się do następnych, tym razem z napisem „muzyka przyszłości”. Tak ją bowiem sobie wyobrażam, jako naładowaną bodźcami, utkaną z zapętlonych sekwencji, utrzymaną w bezustannym delirycznym drżeniu, odcinająca się gwałtownym gestem od przeszłości i retromanii. Muzykę, która wreszcie przestanie być autocytatem. Footwork / juke jest nadzieją, że nowe w muzyce, wciąż jest możliwe, a interpretacja Lemiszewskiego, sięgająca jeszcze dalej niż ramy tego gatunku, tezę tę śmiało potwierdza.

Już w ubiegłym roku muzyk zawiesił wysoko poprzeczkę wydawnictwem „Daaamn” (Polish Juke) prezentując autorską wersję chicagowskiego footwork'u, osadzonego na brutalnym brzmieniu, szybkim tempie i euforycznej narracji. Tegoroczny materiał wydany w formie cyfrowej, w labelu Magia, sięga po wszystkie te wątki jeszcze intensywniej.

„Nielegal” to rytmiczna orgia, oparta na kanwie ultra dynamicznych polirytmii: połamanych bitów, footworkowych repetycji, o niespotykanej, jak na tak osobliwą estetykę, przebojowości. Lemiszewski operuje krótkimi, kanciastymi dźwiękami i całą artylerią cyfrowych hi-hatów, snare'ów, clap'ów i klików, z których kreuje futurystyczne kompozycje. Frenetyczny rytm, szybkie tempo, a także momentami szalone wątki melodyczne („PNTNFTWRK”) wiążą się w w abstrakcyjne dźwiękowe diagramy, gęsto oplatające zmysły słuchacza. Natłok wydarzeń przypiera do ściany, generując poczucie niepokoju i osaczenia. Osobliwość brzmieniowa tego wydawnictwa opiera się na kontraście dźwiękowym między przesterowanymi basami, a wyostrzonymi, hiperrealistycznymi perkusjonaliami. Produkcję charakteryzuje dość wąska rozpiętość tonalna, obejmująca częstotliwości wysokie i bardzo wysokie, zestawione z brudnym, dudniącym basem, którym autor przetestuje możliwości waszych głośników. Brzmieniowy brud, jest zresztą ważnym odniesieniem w garażowej twórczości Lemiszewskiego, obecnym zarówno w produkcjach elektronicznych, jak i w projektach gitarowych (Sierść, Złota Jesień).  Akustyka „Nielegalu” staje się zjawiskiem fizycznie namacalnym, zwłaszcza przy bardzo głośnym (polecam) odsłuchiwaniu. Przy takim spiętrzeniu abstrakcyjnych bodźców i przy nieopadającej nawet na chwili dramaturgi, mózg zaczyna produkować strumienie serotoniny, a ciałem wstrząsają konwulsje.

Przeszczepiona na rodzimy grunt chicagowska estetyka ukazała w rękach Lemiszewskiego swój nieprawdopodobny potencjał. Nieco ponad trzydzieści minut to wystarczająco, aby producent przesunął granice stylistyczne gatunku w stronę abstrakcji, a przy okazji rzucił słuchaczy na deski, intensywnością wydarzeń, rozmachem rytmicznym, oraz bezwstydną charyzmą i twórczym polotem. Emocje jakie wywołuje obcowanie z „Nielegalem” są równie intensywne i nabuzowane energią co solówki najbardziej rzeźnickiego free improv, noisowe kulminacje i garażowy punk razem wzięte. Ukoronowaniem tego jest masywny utwór „COCOLA II”, w którym skondensowana struktura rytmiczna przeradza się w kompozycję, o hymnicznym wręcz rozmachu.

To co zrobił Lemiszewski jest absolutnie genialne! Na dobrą sprawę, nie musiałbym już niczego więcej w tym roku słuchać. „Nielegal” wywołał we mnie dawno już nie odczuwaną, autentyczną euforię płynącą z obcowania z dźwiękiem zarówno na poziomie intelektualnym, jak i fizycznym. Dzięki!


JAKUB LEMISZEWSKI „Nielegal”
2017, Magia