niedziela, 25 października 2015

Naive house / Heroiny - "Ahh-Ohh"

Piotr Kurek to artysta, dla którego muzyki próżno szukać estetycznych szufladek. Jego niepodrabialny styl nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia właśnie z jego nagraniami. Skąd bierze się fenomen tego artysty? Z pewnością dużo w tym temacie zdradza jego najnowszy solowy projekt Heroiny i wydana dla Dunno płyta "Ahh-Ohh".

Dla wszystkich, którzy oczekiwali kontynuacji "Edeny", onirycznej, modularnej odysei Kurka spotkanie z Heroinami mogło zaskoczyć. Kto marzył, aby raz jeszcze zanurzyć się w pastelowych dźwiękach tej quasi operetki, musiał dość szybko zostać sprowadzony na ziemię prymitywnym brzmieniem automatu perkusyjnego i żałośnie zawodzącej gitary. Kto jednak uważnie śledził poczynania artysty, cofnie się w pamięci do roku 2006 i współtworzonego z Marcinem Stefańskim duetu Ślepcy. Wystarczy jedynie odtworzyć kompozycję "With Charles Bukowski On The Ride", aby uświadomić sobie, że pozornie karkołomny pomysł łączenia gitary z automatem perkusyjnym zakiełkował w głowie Kurka już dawno temu. "Ahh-Ohh" jest jednak czymś więcej niż powrotem (być może podświadomym) do pomysłu sprzed lat. Jest sumą muzycznych eksperymentów łączącą wątki, które od prawie dekady pojawiają się w unikalnej muzyce artysty. 

Aż strach pomyśleć co by się stało gdyby Kurek do dyspozycji miał, dajmy na to, zestaw piła i Kaos Pad. Nie mam wątpliwości, że ze swoją wyobraźnią i poczuciem humoru wyszedłby nawet z takiej konfrontacji z tarczą, gdyż dla tego twórcy nawet najbardziej zaskakujące wyzwania stają się motorem napędowym grania. Do nagrywania płyty "Ahh-Ohh" Kurek przystąpił więc z autentyzmem prymitywisty, realizując swoją artystyczną wizję z tego co aktualnie znalazło się pod ręką. A że muzyk nie lubi powracać do instrumentów wykorzystanych przy realizacji wcześniejszych nagrań, tym razem ochoczo sięgnął po gitarę, na której, jak wspominał w jednym z wywiadów, grać nie potrafi, oraz po maszynę perkusyjną, którą ktoś podrzucił mu zupełnie przypadkowo. Sądząc po temperamencie i brzmieniu tych instrumentów Kurek najwyraźniej gitarę musiał zawinąć od Jandka, a automat od Legowelta. 

Samo już zestawienie tych dwóch artystów może wydawać się kuriozalne, a jednak w kontekście płyty Heroin jest jak mniemam uzasadnione. "Ahh-Ohh" zaaranżowano na naiwne akordy pijanej gitary, jawnie drwiącej sobie z tonalności, oraz vintage'owe brzmienie perkusji, dopełniane kwasowym akompaniamentem syntezatorów. Kwintesencją ekspresji opartej na swobodnej zabawie konwencjami, oraz surrealistycznego podejścia Kurka do muzyki, a przy tym punktem kulminacyjnym krążka jest utwór "Braids" oraz tytułowa kompozycja "Ahh-Ohh". W krzywym zwierciadle migoczą tam zarówno echa Jandkowego country - bluesa, garażowej improwizacji spod znaku Sonic Youth, oraz muzyki klubowej o tanecznym potencjale. Dodatkowego smaczku temu szalonemu muzycznemu amalgamatowi dodaje charakterystyczna dla muzyki Kurka figlarna melodyka i skoczność, przywołująca na myśl formy ludowe. To właśnie te elementy kompozycji, podobnie jak na "Edenie" odpowiedzialne są za oryginalny styl artysty charakteryzujący się nieuchwytną narracją, intrygującymi plątaninami polifonii, oraz wszechobecnym nastrojem psychodelii. 

Piotr Kurek podchodzi do muzyki ze śmiałą wizją i bez uprzedzeń. Udanie łączy wątki, o których balibyśmy się nawet pomyśleć. Jego twórczy entuzjazm w pełni udziela się słuchaczowi. "Ahh-Ohh" to muzyka na rauszu, w pewnym sensie przaśna (zestawienie instrumentów), z pewnością figlarna i pełna surrealistycznego dowcipu, ukrytego za kamienną powierzchownością, niczym u Bustera Keatona. I podobnie jak w przypadku tego znakomitego komika, u Kurka nawet pastisz wypada niezwykle finezyjnie.


HEROINY - "Ahh-Ohh"
2015, Dunno

wtorek, 13 października 2015

Między dźwiękami / Kolega Doriana - st

Kolega Doriana to muzyczny paradoks. Z jednej strony można z niego czytać jak z otwartej księgi z drugiej skrywa wiele tajemnic i niejednoznaczności.

Warstwy szumów, lepkie burdony, czy kanciaste glitch'e napotkać można niemal w każdym kolejnym wydawnictwie BDTA. Z kolei te drapieżne, hałaśliwe fundamenty na których oparty jest repertuar wytwórni z zepsutym zębem w logo, dość rzadko obecne są w jazzie. Do takiego spotkania jednak dochodzi na płycie wrocławskiego tria Kolega Doriana, oczywiście jeśli przyjmiemy a priori, że zestaw perkusja + elektronika (Jan Krukowski), gitara (Maurycy Wilczkiewicz) i saksofon (Matylda Gerber), oraz jedna kompozycja utrzymana stricte w duchu free daje nam legitymacje do nazywania muzyki zespołu jazzem.

Na płycie tria więcej hipnotycznych partii preparowanej elektroniki, długich pociągłych dźwięków, szemrzących hałasów, alchemicznych zewów i transowych akordów niż rwanej improwizowanej narracji, czy solowych popisów. Kolega Doriana brzmieniem i mglistą atmosferą sugeruje konotacje industrialne, zaś instrumentarium muzyków występuje jako jeden z nierzadkich zestawów w jazzie. Taka zbitka estetyk sugerować może szarpaną i dynamiczną narrację, tymczasem dokładnie rozplanowana dramaturgia wewnątrz kolejnych kompozycji jest zaskakująco stoicka i harmonijna. Sprawa nie jest oczywista, to pewne, bo wątki które spotykają się na płycie tria utrudniają próbę jednoznacznej identyfikacji całości. Ale przecież właśnie tego typu niepokorności oczekujemy od muzyki.

Materiał rozpoczyna kompozycja "Podobny do nocy", która mogłaby równie dobrze znaleźć się na ostatniej płycie Stefana Wesołowskiego, czy Alchimi, choćby ze względu na leniwą, liryczną melodię saksofonu meandrującą wśród szumów i wprowadzającą w zagadkowy klimat albumu. Kolejnym punktem dramaturgicznym "Kolegi Doriana" jest transowość ("Leventhal") która pobudza swą pulsacją, zacieśnia atmosferę oraz intensyfikuje doznania estetyczne. Dzieje się tak za sprawą szeleszczącej perkusji, która wraz z wibrującą gitarą nadaje kompozycji falującej struktury. Zgodnie z przewidywaniami co raz bardziej zagęszczone powtórzenia zmierzają do finałowego połączenia instrumentów w falę hałasu. Po niej następuje oczekiwana kulminacja, jawnie wpisująca się w idiom jazzowego free. Jeśli przypominacie sobie scenę w której Fred Madison, bohater "Zagubionej autostrady" czesze energetyczną solówkę na saksofonie to w pełni możecie sobie wyobrazić kompozycję "3". Po szybkim i mocnym popisie nic tak nie przykuje uwagi słuchacza jak zanurzenie w ciszy. Jest to też wstęp do sonorystycznej części płyty, brzmiący jak akompaniament towarzyszący buddyjskiemu rytuałowi. Z alchemicznego zawieszenia powoli wyłania się gitara frazująca jak u Noël'a Akchoté. Płytę wieńczy "138", skromne wyciszenie, co raz bardziej rozproszonych instrumentów.

Muszę przyznać, że mimo iż Kolega Doriana w każdym kolejnym utworze prowadzi mnie swoją narracją jak po sznurku, to niezrażony podążam za materiałem w zaangażowanym zasłuchaniu. Nie potrafię odmówić sobie przyjemności z następnych odsłuchów, bowiem prostota kompozycyjna, którą narzuciło sobie trio ma w sobie mnóstwo magnetyzmu, którego źródło tkwi prawdopodobnie w dusznej filmowej atmosferze powstałej na styku jazzu, ambientu i industrialu.

Za to zupełne zagadkowa wydaje się współpraca między muzykami. Jeśli chodzi o formę kompozycji, opartych w dużej mierze na repetycjach, w grze króluje dyscyplina, której mocno trzymają się instrumentaliści, jedynie rzadko pozwalający sobie na indywidualne popisy. Z artykulacji zespołu bije zaś dziwny chłód i matematyczna wręcz regularność rzadko spotykana w jazzowych jamach. Może to jedynie subiektywne wrażenie, ale w muzyce wrocławskiego tria wyczuwalny jest brak skrzenia między instrumentami (podkreślam; między instrumentami nie instrumentalistami), które wzajemnie się nie kokietują, nie stają ze sobą w szranki i nie stanowią dla siebie wsparcia. Zupełnie jakby każdy ze śladów nagrywany był osobno. Odnoszę jednak wrażenie, że zabieg ten został w pełni zaplanowany i z premedytacją wypacza pojęcie tzw. "chemii", będącej fundamentem zespołowej ekspresji opartej na duchowej synergii muzyków.

Członkowie Kolegi Doriana, bardzo umiejętnie pętają tropy nie uciekając się przy tym ani do dekonstrukcji, ani do wolnej improwizacji. Ich estetyka podporządkowana jest formalnej dyscyplinie. To muzyka chłodnych głów, ogrywana na zimno, bez emocji i z ascetyczną ekspresją. Bez indywidualnych szaleństw, przebojowości, brawury. To muzyka aseptyczna, która nie karmi się dzikim instynktem improwizacji, a skupieniem i powściągliwością instrumentalistów. To muzyka, która dzieje się nie w narracji nie w formie, ale pomiędzy dźwiękami w gęstej atmosferze pełnej kontemplacji i wyczekiwania. Czy to jazz, czy też nie to sprawa zupełnie drugorzędna. Z pewnością jednak to bardzo ciekawe doświadczenie.


KOLEGA DORIANA - st
2015, BDTA

niedziela, 4 października 2015

Dawca organów / Mazzmelancolié - st

Twórczego urodzaju Micromelancolié ciąg dalszy, choć tym razem to nie on będzie głównym bohaterem tego wpisu.

Nikogo kto śledzi poczynania producenta z Gliwic nie powinna dziwić nieustająca lawina wydawnictw Roberta Skrzyńskiego. Na przestrzeni zaledwie kilku ostatnich miesięcy jego nagrania zasiliły repertuar kolejnych polskich i zagranicznych labeli: m.in. Zoharum (duet z Sindre Bjerga), Wounded Knife, Pointless Geometry (jako Ixora), Audile Snow, BDTA, Seagrave.

Właściwie, oczekiwałem już jesiennej premiery nowego projektu Skrzyńskiego i Antoniny Nowackiej (WIDT, KiRK) przygotowanego do wydania w Requiem Records, kiedy to zupełnie niespodziewanie Wounded Knife zaskoczyło kasetą Mazzmelancolié. Jak łatwo domyślić się po nazwie wydawnictwo to jest kooperacją z Jerzym Mazzollem; projektem z kategorii dźwiękowego (e)mail artu. Panowie (jeszcze) nie spotkali się w studiu, a ich współpraca przebiegała jedynie korespondencyjnie.

Poniekąd dlatego, że muzyce (i warsztatowi) Roberta Skrzyńskiego poświęciłem w ostatnich miesiącach sporo czasu, poniekąd z innych przyczyn, o których przeczytacie dalej, na duet Mazzmelancolié postanowiłem spojrzeć z perspektywy Jerzego Mazzolla, który nie składając broni wciąż poszukuje nowych podniet i świeżej krwi. Współpraca ta wpisuje się bowiem w pewien kierunek, którym po powrocie z muzycznych zaświatów porusza się klarnecista. Mazzoll, co widoczne i słyszalne podąża z duchem czasu, z dużym animuszem zerkając w stronę nowych estetyk. W ich arkana wprowadzają go współpracownicy, dla których jeszcze pokolenie temu jako jedna najbardziej charyzmatycznych osobowości polskiego yassu pełnił rolę muzycznego idola ("Po roku 2000 klarnet Mazzolla stanowił dla mnie i kilku przyjaciół ścieżkę dźwiękową pod pełne wzruszeń studenckie prywatki oraz pod częste przeprowadzki, które były naturalną konsekwencją tych pierwszych" - pisze na swoim profilu FB Skrzyński).

Mazzoll w swoim flircie z producentami niezwiązanymi z jazzem, przypomina nieco wampiryczną figurę bohatera filmu"Tylko kochankowie przeżyją" Jima Jarmuscha. Odradza się po raz wtóry, obsesyjnie poszukuje nowych estetycznych doznań, a suma doświadczeń muzycznych zgromadzonych na przestrzeni epok pozwala mu adaptować się w nowych warunkach i zaskakiwać artystyczną mimikrą. Wyjściem z artystycznej trumny było dla Mazzolla spotkanie z Marcinem Dymiterem, rówieśnikiem z awangardowej niszy polskiej muzyki lat 90tych. Prace przy "Responsio Mortifera" (2012) przebiegały w podobny sposób co współpraca z Micromelancolié. Mazzoll otworzył swoje przepastne archiwa pozwalając z nich do woli czerpać i reinterpretować. Kolejnym przystankiem do "nieśmiertelności" był projekt Dwutysięczny (2013) Błażeja Króla, w którym Mazzoll wystąpił również jako dawca organów (wraz z Radkiem Dziubkiem i Wojtkiem Kucharczykiem), użytych do splecenia wielce udanego dźwiękowego "Jedwabnika". Kolejną ofiarą, z której klarnecista wyssał krew był Igor Pudło ze Skalpela, jednak z powodu wydawniczych perturbacji ich współpraca finalnie nie ujrzała światła dziennego. Również tegoroczna płyta projektu MazzSacre wydana dla Instant Records, pomimo że została nagrana w sposób iście ekwilibrystyczny przez pokaźny band, finalnie jest rezultatem producenckich wycięć i sklejeń w wykonaniu Echo Deal pracującego pod dyktando Jerzego Mazzolla. Po drodze wydarzył się epizod na płycie Artura Maćkowiaka i Grzegorza Pleszynskiego, gdzie wmontowana ścieżka klarnetu potęguje artystyczną wartość kompozycji. Teraz nadeszła pora na Roberta Skrzyńskiego, choć Mazzoll zdążył już donieść o kolejnych eksperymentach dźwiękowych prowadzonych tym razem wespół z Jerzym Przeździeckim.

Klarnecista niewątpliwie ma dobrą intuicję w doborze współpracowników, o czym świadczą pochlebne opinie z jakimi spotkały się powyższe realizacje. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że obecność artystyczna Mazzolla jest w nich zaskakująco bierna i niewspółmierna z artystyczną charyzmą i mistrzowskim warsztatem. Większość z wymienionych produkcji jest właściwie jedynie próbą adaptacji muzyki i idei  rodem z lat 90 w aktualną estetykę. Twórczym remiksem, za którego rezultat większą odpowiedzialność ponoszą współautorzy niż sam klarnecista. Wkład Mazzolla zdaje się bowiem być, nie wiele większy niż kolaż autocytatów, choć trzeba uczciwie przyznać, że w jego przypadku jest akurat z czego cytować.

Właściwie z pominięciem MazzSacre, spotkania z kolejnymi projektami Mazzolla owocują ascetycznymi kompozycjami, utrzymanymi w kameralnych nastrojach i pozbawionymi wykonawczej brawury, czy dadaistycznego zacięcia tak charakterystycznego dla yassowego okresu gdańszczanina. Podobnie jest w przypadku projektu Mazzmelancolié. Skrzyński nie rewolucjonizuje Mazzolla, jedynie zagarnia od niego elementy potrzebne do budowania swoich charakterystycznych ambientowych paczworków. W zestaw mazzollowych sampli wchodzą zatem zarówno rytmiczne basowe pomruki klarnetu, jego dronująca wibracja, jak i bardziej melodyjne fragmenty, wraz z kultowymi cytatami na czele ("Ojczyzną naszą dobroć, dobroć, dobroć" w "B1"),  które klarnecista używa jako swoją twórczą sygnaturę. Wszystkie te elementy Skrzyński z elegancją wplata w eteryczną, zaszumiałą i pełną dźwiękowych detali scenografię.

Mazzmelancolié nie jest wprawdzie brawurową próbą reinterpretacji idei Arhythmic Perfection, o jaką pokusił się choćby Marcin Dymiter, nie jest również pomnikiem wystawionym mistrzowi. Dla Skrzyńskiego to z pewnością nobilitacja nagrywać z legendą, zaś dla Mazzolla, świeża krew jest nieco sztucznym przedłużeniem muzycznej egzystencji. W związku z tym marzy mi się osobna wypowiedź Mazzolla, skrojona na miarę naszych czasów, być może czerpiąca właśnie z doświadczeń z ostatnich trzech lat, w których jego osobowość krzyżowała się z muzykami opierającymi ekspresję na poszukiwaniu i przekraczaniu kolejnych eksperymentalnych nisz. Coś co swoim zaangażowaniem i charyzmą nie pozostawiałoby żadnych wątpliwości co do studyjnej formy mistrza. Coś tak intensywnego jak mrożąca krew w żyłach adaptacja "Święta wiosny" nagrana wespół z Tomaszem Sroczyńskim. Propozycja, która ulokowałaby niekwestionowany talent i doświadczenie twórcy w nowym kontekście. Z pewnością Mazzoll należy bowiem do typu osobowości artystycznych od których wymaga się więcej i dla których ciągła ewolucja determinuje twórczą egzystencję.


MAZZMELANCOLIÉ - st
2015, Wounded Knife

niedziela, 27 września 2015

Akcent przeciągły / High Fall "^"

Niezwykłej plastyce nagrań musi towarzyszyć równie plastyczny opis. Chciałbym za pomocą słów choć odrobinę dorównać intensywności i przestrzenności brzmień jakie sączą się z muzyki High Fall.

Pierwsze trzy kompozycje otwierające "^" (cyrkumfleks, używany w wielu alfabetach znak diakrytyczny znaczący akcent przeciągły), to jedne z najbardziej esencjonalnych i najwspanialszych muzycznych momentów, w znakomitym dla polskiej muzyki niezależnej 2015 roku. Choć dalsza część materiału nie jest tak równa, to nie zamierzam ukrywać entuzjazmu jakim z miejsca obdarzyłem to wydane na karcie microSD wydawnictwo.

Projekt High Fall to jednoosobowe przedsięwzięcie Wawrzyńca Wróblewskiego, artysty wizualnego, który mając na podorędziu Rolanda jx-3p i Korga DS-8 ukazał koloryt, jaki wydobyć można z tego analogowego zestawu. Plastyczne wykształcenie warszawskiego producenta w pełni przekłada się na wrażliwość z jaką buduje on brzmienie swoich kompozycji. "^" posiada dwie dominanty, które (co u debiutanta wcale nie wydaje się tak oczywiste), z całą świadomością eksponuje. Przestrzeń i nasycenie dźwiękiem, bo o nich mowa, uzyskane na skromnym zestawie syntezatorowych staroci imponują rozpiętością barw i rozmachem z jakim brzmienia rozpełzają się trafiając do uszu słuchacza. Masywność i mięsistość głębokich analogowych fraz faluje w zaaranżowanym z pogłosów środowisku akustycznym przywodzącym na myśl przestronne katedralne wnętrza. Do takiego porównania skłania również ornamentyka i melodyka albumu. Napęczniałe soczystym, energetycznym brzmieniem leniwe frazy, oraz strzeliste arpeggia rozlewają się uroczyście, a szkliste, wysokie rejestry dzwonków okraszają narrację świetlistością. Niezwykłym jest fakt, że namaszczona intymnością muzyka High Fall, przybiera nie tylko charakter kontemplacyjny, ale tryska wręcz witalnością i emanuje ogromnym ładunkiem energetycznym. Kompozycje Wróblewskiego udanie łączą melancholię z afirmacją, sakralność z ekstazą i paradoksalnie również oszczędność formy z przepychem brzmień. Tak narażone na skażenie kiczem połączenie udanie stroni od niego, a podniosłość atmosfery, szczęśliwie nie przybiera patetycznej pozy. Estetyczna świadomość debiutanta nie sprawia wrażenia przypadkowej i po raz kolejny w kontekście "^" wydaje się być przeniesiona wprost z sztuk plastycznych.

Zachłysnąłem się tą płytą, momentami bez pamięci, aczkolwiek świadomy jestem jej słabości pojawiających się tam gdzie, amorficznym brzmieniom analogów twórca stara się nadać kompozycyjny rygor. W następstwie skanalizowania ambientowych plam w formę melodii, na pierwszy plan wypływa dość przewidywalna melodyka ("overHz"), zaś tam gdzie następuje zdynamizowanie kompozycji poprzez motorykę pulsacji i uderzeń, tam wkrada się sztampowa klubowa narracja ("mid void"). Tymczasem materia brzmień, którymi tak świadomie i efektownie posługuje się Wróblewski potrzebuje przestrzeni i wolności. Tylko w takich okolicznościach buzuje, fluktuuje i skrzy roztaczając imponujący koloryt.

Materiał High Fall może pełnić rolę znakomitej przystawki do ostatniego wydawnictwa Boards of Canada "Tommorow's Harvest". Obie płyty z pomocą analogowych brzmień kreują atmosferę zanurzonej w technicolorze retro nostalgii. Innym odniesieniem dla przestrzenności muzyki, falistych arpeggiów i pastelowej kolorystyki dźwięków mogą być solowe poczynania Klausa Schulze z lat 70tych.

Drugi rzut z Audile Snow, pozwala na dostrzeżenie pewnych stałych wpływających na kształtowanie się repertuaru labelu, który już w swoim debiucie rozszczepił się na dwa estetyczne rdzenie wypływające z dwóch rodzajów odautorskiej kreacji. W dużym uproszczeniu można by podzielić albumy z AS na "modernistyczne" i "dekonstrukcyjne" W tej pierwszej obok projektu Wawrzyńca Wróblewskiego można umieścić album Efrema "Foli", obaj producenci sięgają bowiem do brzmień organicznych, z których w pełni formują swoje autorskie narracje. W drugiej jest z kolei miejsce na brud, szum, żonglerkę estetykami, ironię i deformację, tam też znajdzie się zarówno Duy Gebord "Qualm", jak i album Micromelancolie "Contour Lines". Jak dotąd to wydawnicze rozdwojenie jaźni  przynosi obiecujące rezultaty.


HIGH FALL "^"
2015, Audile Snow

wtorek, 22 września 2015

Dirty Dancing / "Kaleidofon"

Rozbrykali się ostatnio nasi rodzimi producenci na tanecznych parkietach. Od drapieżnego techno począwszy (John Lake, czy FOQL), przez wyrafinowany produkcyjnie house (Matat Professionals), oraz jego bardziej eksperymentalne odłamy (Lutto Lento, produkcje z Transatlantyku), aż po najmniej z mojego punktu widzenia interesujące electro popowe melodie (Rysy). Wszyscy chcą grać do tańca. Na parkiet co raz życzliwiej zaczęli spoglądać również producenci i muzycy działający na scenie eksperymentalnej elektroniki, czy muzyki improwizowanej. Najlepszym przykładem niech będzie świeżutka kompilacja "Kaleidofon" (swoją drogą dlaczego nie Kalejdofon, bądź Kaleidophon?) na której to gitary i drony z powodzeniem zostają dopełnione, bądź zastąpione przez syntezatory i perkusyjne maszyny.

Wydawcą kasety jest młodziutki label Jasień, który ze względu na charakter muzycznego profilu mogłoby spokojnie stać się sublabelem BDTA. Nie jest z resztą żadną tajemnicą że zarówno Emil Macherzyński jak i Michał Turowski stale ze sobą współpracują, w przyjaznej symbiozie drenując polski niezal z najbardziej wyszukanych i intrygującym muzycznych i okołomuzycznych projektów. Na trackliście "Kaleidofonu" znaleźli się zatem artyści, których nagrania można odnaleźć w katalogu obu wydawnictw (Łukasz Ciszak, K., Łukasz Kacperczyk). Do składu dołączyło kilka debiutanckich projektów. Siłą kompilacji jest zarówno tych kilka intrygujących odkryć, jak i muzyczne metamorfozy muzyków o rozpoznawalnej dotąd stylistyce.

"Nie mamy wprawdzie na okładce robota palącego skręta, ale lubimy myśleć o tej składance jako duchowym odniesieniu do słynnej serii „Artificial Intelligence” wydanej w Warp" - możemy przeczytać w info towarzyszącym wydawnictwu. I owszem, w większości utwory zamieszczone na składance nawiązują stylistycznie do progresywnej elektroniki lat 90tych będącej próbą przeniesienia energii acid rave'wego szaleństwa w formy bardziej abstrakcyjne i kontemplacyjne. Jednak z całą pewnością nieco bliżej "Kaleidofonowi" do wydawnictw ze święcących popularność w ostatnich latach wytwórni takich jak 100% Silk, Not Not Fun, Blackest Ever Black czy Opal Tapes, udanie reinterpretujących, a nawet brutalnie znoszących reguły przypisane do danceflorowego dyskursu. Dźwiękowe faktury, brzmienie lo - fi, chwilami dość chaotyczna narracja, czy patologiczna repetycja dodały muzyce tanecznej eksperymentalnego ciężaru, który okazał się jednocześnie zbawiennym powiewem świeżości. Dźwiękowy rozpad, dystopijne bity, produkcyjna surowizna, wszechobecny dron, szum, oraz syntezatory dławiące się zwichniętymi, analogowymi brzmieniami i wypluwające z siebie pijane melodie to również charakterystyka "Kaleidofonu". Jak się okazuje szalenie pociągająca.

Wszystkie utwory zgromadzone na kompilacji prezentują barwne spektrum brzmieniowego rozkładu. Punktem wyjścia jest syntezator wyrzucający z siebie serie amorficznych plam i gęstych dronów, dużo rzadziej melodii, a jeśli już to zdeformowanych. Współtowarzyszy temu acidowy bulgot arpeggiów, często wnoszący do kompozycji dodatkową przestrzeń. Tak jak w utworze producenta nagrywającego jako DR Phlux, do złudzenia przypominającego melodyjne początki Aphex Twina / Polygon Window, czy Autechre. W latach 90tych pozostaje również Kinga Kozłowska, czyli  Teenage Lightning. Jej "A Room of One's Own" to skromna, świetnie skrojona acidowa elektronika a'la wczesny Plastikman, plumkająca wokół zgaszonych, szeleszczących snare'ów i kleistego szumu. Podkręcona efektem przeistacza się w motoryczną hybrydę brudnego techno z tr-808 w roli głównej.

Kwasowe brzmienie szalejących na kompilacji Jasienia analogów zostają dopełnione mocno ascetyczną, warstwą rytmiczną sprowadzoną głównie do cykających snare'ów i lichej, akcentującej stopy; zbyt eleganckiej aby uciągnąć ciężar ambientowych warstw. Tak jest choćby w "Taman Shud" Centralii (Paweł Starzec). W utworze "717" K. (Jakub Adamiak) charczący analogowy bas, ledwo słyszalna melodia na granicy dźwiękowej halucynacji, warstwy średniotonowych dronów, zlepiają się ze sobą w senny miraż, nabijany tępą stopą, która nie jest w stanie poruszyć wielkiego, brudnego cielska syntezatorowego brzmienia, za to znakomicie dynamizuje kompozycje. To jeden z najlepszych momentów tej składanki, tym bardziej że jest prawdopodobnie zwiastunem artystycznej wolty laureata jury na Łódzka Płytę Roku 2014.

Nie wszystkie kompozycje sięgają po rytmiczny argument aby narzucić swoją narrację słuchaczowi. Dwie ambientowe, eksperymentalne formy "Untitled" Łukasza Kacperczyka i "Two Ages" Łukasza Ciszaka stanowią świetnie zakomponowane kontrapunkty w topografii "Kaleidofonu". Kacperczyk niezwykle plastycznie moduluje elektroakustyczne, zaszumiałe pętle pozwalając im dryfować w mocno minorowym nastroju, Ciszak zaś wieńczy składankę spuszczając na nią ciężką sludge'ową kurtynę, interesująco zawiadując dramaturgią utworu przez zróżnicowane wykorzystanie brzmienia gitary. Szum, gęste dronujące pogłosy, chropowate, zapętlone przestery, pojedyncze szarpnięcia strun, leniwe wybrzmienia, oraz wpuszczone w to dialogi przynoszą finalny trans w postaci zapętlonych ścian gitarowego zgiełku.

"Kaleidofon" jest kompilacją ze wszech miar udaną. Różnorodną jeśli wziąć pod uwagę estetyki po które sięgnęli zaproszeni artyści, a przy tym zaskakującą spójnym klimatem. To materiał znakomicie zaplanowany, posiadający wewnętrzną dramaturgię. Trafnie nawiązuje do aktualnych trendów łączenia eksperymentu z tanecznymi wątkami. Przede wszystkim jednak, to muzyka idealnie wpisująca się w muzyczne emploi Jasienia. Spontaniczna, brudna, zanurzona w szumach, pogłosach i przesterach. Aestetyczna, lecz autentyczna i charakterna. Te zaledwie siedem kompozycji wzmaga apetyt na kontynuację; jeśli nie w formie zbiorczej, to mam nadzieję, że indywidualnej, każdego z zaprezentowanych tu wykonawców.

va - "Kalejdofon" 
2015, Jasień

czwartek, 17 września 2015

Dronowe odcienie czerni / Purgist "Bleak Prospects"

Dotychczasowa twórczość Dawida Kowalskiego dość wyraźnie zaznaczyła swój twardy charakter, zgłębiając ze wszystkich stron odcienie hałasu. Wyrażona w zadziornej, obcesowej formie, pełnej dynamicznych przesterów i wewnętrznych sprzężeń miksera, niosąca odczuwalny ładunek emocjonalny idealnie wpisuje się w estetykę noise, wyrosłą z industrialnego rdzenia. Jednak pierwszy regularny materiał "Bleak Prospects", wydany na kasecie jako Purgist dość niespodziewanie zrywa z hałaśliwym idiomem, odsłaniając głębokie pokłady melancholii ubranej w minorowy całun ambientu.

Zaskakującym (jeśli weźmiemy pod uwagę harsh noisowy rodowód artysty), acz dominującym odczuciem podczas sesji z "Bleak Prospects" jest kojący spokój, leniwie rozlewający się wraz z dronami, stanowiącymi dla tego materiału element kluczowy. Ich gruba warstwa, niczym izolacja otula wszelkie zadziorności i artefakty, które mogłyby wyjawić słuchaczowi prawdziwą akustyczną tożsamość dźwięków. Dronowa czerń w kompozycjach Purgist posiada szeroką rozpiętość; raz bulgocze jak rozgrzana smoła, innym razem osadza się gryzącym smogiem, bądź huczy jak ogień wewnątrz hutniczego pieca. Bez względu na odcień mroku, działanie najniższych, pełzających częstotliwości, pozwala słuchaczowi poczuć masywność przesterowanego basu na własnym ciele. Dla zbalansowania tego funeralnego nastroju, autor, pod płaszczem melancholii dopuszcza do współbrzmienia elementy liryczne, w postaci melodyjnych ścieżek pianina i syntezatorowych plam, zadzierzgniętych w hipnotyczne pętle ("Pieces Won't Fall Back in Place", "Never Admit", "Violet in the White").

"Bleak Prospects" to materiał, który nie wyrasta ponad dark ambientowo - dronowy schemat. Zbyt wiele tu, zbyt charakterystycznych wątków zaczerpniętych, co prawda z zacnych, ale dość ogranych źródeł. Brakuje zaś wyraźniejszych gestów, które zamanifestowałyby muzyczną odrębność artysty. Kompozycje Purgist w niezawoalowany sposób ujawniają inspiracje autora, w których bez trudu usłyszeć można zarówno izolacjonizm Lustmorda, hałaśliwą elegancję Tima Heckera, elektroakustyczne zabiegi Valerio Tricoli'ego, czy pełną melancholii repetytywność Williama Basinskiego. Nie sposób jednak odmówić tej kasecie pewnej dozy romantycznego uroku, zrodzonego na przecięciu się elementów mrocznych z lirycznymi. Udane ich zbalansowanie pozwala słuchaczowi z satysfakcją zanurzyć się w kontemplacji nieśpiesznej fabuły i mrocznej atmosfery "Bleak Prospects". 

PURGIST  "Bleak Prospects"
2015, self released



czwartek, 10 września 2015

Odżywcze walory owsianki / Pokorski & Fischerle „John, Betty & Stella”

Album duetu Pokorski – Fischerle to kooperacja dwóch utalentowanych muzyków o niezwykle szerokich horyzontach artystycznych, którzy jako twórcy najlepiej czują się w swobodzie stylistycznego eklektyzmu. Łączy ich zamiłowanie do koncept albumów i inscenizacji dźwiękowych, realizowanych głównie w formie słuchowisk. Szczególne miejsce w dyskografii obu producentów zajmuje bajka i jej muzyczna adaptacja. Nie powinno zatem zaskakiwać, że ich pierwszy wspólny materiał jest właśnie sumą dotychczasowych artystycznych doświadczeń związanych z teatrem wyobraźni.

„John, Betty & Stella” jest słuchowiskiem wyreżyserowanym w oparciu o archiwalne taśmy do nauki języka angielskiego. Ze zgromadzonego na starych winylach materiału źródłowego, Pokorski i Fischerle powycinali podręcznikowe scenki rodzajowe, aby następnie poddać je muzycznej adaptacji. Wynikiem tego działania jest przypominający serię skeczy zabawny i surrealistyczny kolaż dialogów, akustycznych efektów i muzyki, który na pierwszym planie eksponuje poczucie humoru jego twórców. Elementarzowe rozmówki trójki bohaterów zostały spuentowane jawnie groteskowo, a humorystyczny efekt został osiągnięty przez udramatyzowanie dźwiękowym imaginarium schematycznych, podręcznikowych dialogów. Nasycone suspensem nagrania sprawiają, że zwykła rozmowa o odżywczych walorach owsianki nabiera atmosfery dreszczowca i trzyma słuchacza w hitchcockowskim napięciu. Zresztą filmowe nawiązania pojawiają się na płycie częściej, choćby w warstwach melodycznych nawiązujących do jazzowych ścieżek dźwiękowych sensacyjno-przygodowych produkcji w stylu „Różowej pantery”, czy „Fantomasa”.

Muzyczne panopticum inscenizacji składa się zarówno z elementów harmonijnych w postaci klawiszy wijących się „bliskowschodnimi” melodiami, przestrzennej gitary, piskliwych wyziewów lfo, dronujących teł, czy akordów kontrabasu, oraz sonorystycznych odgłosów, szmerów, szumów, plumkań ,oraz field recordingów. Ten zbiór muzycznych osobliwości tworzy spektakl dźwiękowej metafory nadający fabule odrealnionej aury, błyskotliwie kontrastującej ze sztampową treścią scenek rodzajowych.

Pokorski i Wysocki brawurowo rozwijają inscenizację przyrządzając z eklektycznym rozmachem koktajl gatunkowych rozmaitości. W zaskakujący sposób łączą ze sobą wątki eksperymentalne, ambientowe, elektroniczne, jazzowe, czy egzotyczne nie stroniąc również od down tempo i dub techno. Jednak pomimo, iż twórcy nie rzadko odnoszą się do elementów współczesnej elektroniki, cała aranżacja pozostaje przykryta brzmieniową patyną. Wyraźnie zakurzona i przytłumiona produkcja, przypomina retro stylistykę rodem z pocztówki dźwiękowej, co świetnie koresponduje z pochodzącymi z lat 70tych rozmówkami.

"John, Betty & Stella” to lekcja języka angielskiego, która może szczególnie ucieszyć fanów groteski. Surrealistyczna wyobraźnia twórców adaptacji, Jakuba Pokorskiego i Mateusza Wysockiego wywraca do góry nogami edukacyjny walor rozmówek czyniąc z nich smakowity spektakl pure nonsensu.


POKORSKI & FISCHERLE „John, Betty & Stella”
2015, Monotype Rec.