Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Sienkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Sienkiewicz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 stycznia 2017

Noworoczne przymiarki / va - „Conglomerate 2” / va - „For safety reasons can I ask what is inside”

Przełom starego i nowego roku to nie tylko czas postanowień i podsumowań. To również czas wszelkiej maści składanek i kompilacji. Oto dwie z nich bliskie memu sercu:

„Conglomerate 2” (Minicromusic Rec.)

Przestronne, masywne brzmienia, maszynowy bit, klubowe tempa, regularność techno. Posępny nastrój, smużące plamy i ambientowe zewy. Do tego ażurowe perkusjonalia, cyfrowa precyzja, dużo pogłosu i oszczędne, ledwo naszkicowane melodie. Tak brzmi nowa kompilacja Michała Wolskiego wydana na przełomie 2016/17 w jego labelu Minicromusic, prezentująca przekrój aktualnych tendencji panujących na scenie polskiego techno.

Na składance znaleźli się producenci, którzy hartowali stal i kładli podwaliny tego gatunku na krajowych parkietach i w rozgłośniach radiowych, na czele z ojcem chrzestnym polskiego techno Jackiem Sienkiewiczem, choć paradoksalnie, to wcale nie on wiedzie tutaj muzyczny prym. Ponad to, na „Conglomerate 2” gości nowy narybek twórców, coraz bardziej rozpoznawalnych wśród fanów rodzimego techno. Nowością jest, że pomiędzy polskimi artystami znalazło się miejsce na dwa projekty zagraniczne Amandra i Moon Wheel, choć mam wrażenie, że ich obecność wcale nie była w tym zestawie konieczna.

Zaprezentowany materiał wydaje się być wielce monochromatyczny brzmieniowo, utrzymany w posępnym nastroju i w żywym zdecydowanym tempie. Kompozycje można podzielić na dwie grupy różniące się regularnością uderzeń i ich dynamiką. Po jednej stronie znajdą się taneczne lokomotywy, oparte na silnym rytmicznym fundamencie, wartko płynące przy taktowaniu na 4/4. Tę opcję reprezentuje stara gwardia rodzimego techno (Wolski, Sienkiewicz, Malinowski, Jabłoński), oraz zaproszeni z zagranicy goście. W śród tej grupy artystów zachodzi równowaga między kompozycjami zamglonymi, otulonymi atmosferyczną mgiełką, wchodzącymi w romans z ambientowymi przestrzeniami i okraszonymi onirycznymi melodiami, czy jedynie smużącymi plamami (Wolski, Sienkiewicz, Amandra), a utworami zaklętymi w transowej, wysokokalorycznej galopadzie (Moon Wheel, Malinowski, Jabłoński). Po drugiej stronie znajdują się kompozycje równie temperamentne, acz o przetrąconej motoryce, reprezentowane przez artystów nowej fali (Concept of Thrill, Eastern Renaissance, Sept, Violent). Na sam koniec pozostawiłem dwóch twórców, których kompozycje dość wyraźnie wybijają się swym nietuzinkowym, eksperymentalnym podejściem na tle całej kompilacji. „Narccissus” Fischerlego; pokraczny, wykrzywiony, przybrudzony, o wielowarstwowej budowie, i zaskakującej narracji  to absolutny top tej składanki. Szkielet rytmiczny tego utworu został zredukowany do symbolicznej roli. Jego delikatne pukanie, jest jednak w stanie unieść ciężar brudnego, przesterowanego żelastwa trzepoczącego na pierwszym planie. Drugie osobliwe spojrzenie na techno, zafundował słuchaczom kompilacji Kuba Sojka. „Micromal” to plumkająca zawiesina poddana, sprzężeniu zwrotnemu i multiplikująca w abstrakcyjną ornamentykę. Utwór delikatny, kwaśny, nawiązujący nieco do eksperymentalnego oblicza minimal, czy click'n'cuts.

Wycinek rodzimego techno, jaki zaprezentował słuchaczom Michał Wolski wydaje się być dość konserwatywny. Przywiązany do klasycznych wzorców i sprawdzonego kroju. Jeśli pojawia się tu eksperyment, to odbywa się on w gatunkowych granicach. Zaproszeni na płytę artyści stronią od romansowania z estetykami post-techno'wymi charakteryzującymi się dekonstrukcją formy, śmieciowym brzmieniem, czy stylistyką lo-fi. Wprost przeciwnie, wszystkie utwory na „Conglomerate 2” wyróżnia wysoka kultura dźwiękowa, selektywne brzmienie, szeroka panorama, i bogata dynamika. Całość działa niczym perfekcyjnie nasmarowany mechanizm.


   


„For safety reasons can I ask what is inside” Czaszka (rec.)

Skrajnie odmienne podejście do dźwięku i kompozycji reprezentuje kompilacja stworzona przez Michała Fundowicza, zawiadującego kasetowym labelem z Edynburga. Repertuar „For safety reasons can I ask what is inside” (wydawnictwa tym razem jedynie cyfrowego) nie stroni od dźwiękowego recyclingu, eklektycznych eksperymentów, dekonstrukcji i artystycznego nieładu. Znajdzie się tu miejsce na hałas, brud, przypadek, zgiełk, dźwięki kostropate i uwierające, noisowe wzburzenia, oraz łagodne pastelowe pejzaże, wylewające się z analogowych syntezatorów. Rytm jest okazjonalny, choć i to nie wróży wcale jego regularności. Identyfikacja gatunków jest utrudniona, ponieważ artyści tu zgromadzeni poruszają się jedynie po ich marginesach, bądź poddają je gruntownym modyfikacjom.

Prowadzący oficynę Michał Fundowicz zdradził w rozmowie ze mną, że enigmatyczny tytuł kompilacji to; „słowa, które słyszę nieustannie na brytyjskiej poczcie. Gdy wysyła się przesyłkę za granice pada własnie ta formułka. A jako że chodzę prawie zawsze do tego samego oddziału, szybko przylgnęła do mnie latka "tego gościa od kaset". To zdanie kojarzy mi się chyba najbardziej z prowadzeniem oficyny. A Karolina i Oliver graficznie ciekawie to rozegrali (odcięte ucho w pudelku), rozmywając dosłowne znaczenie tytułu”.

Artyści zgromadzeni na czaszkowej kompilacji to postaci przewijające się przez katalogi powstających jak grzyby o deszczu kasetowych wydawnictw. Są tu autorzy nagrywający dla takich wiodących labeli jak Seagrave, A Giant Fern, Jozik, Opal Tapes, Metaphysical Circuits, czy rodzimego (niestety już nie działającego) Wounded Knife. Repertuar jest mocno zróżnicowany, jednak całość przybiera kształt starannie zakomponowanej narracji, płynącej na skrajach estetyk i gatunków.  Na „For safety reasons can I ask what is inside” usłyszymy kostropaty noise (JESSOP&CO), zaangażowany minimal wave (German Army), formy rytmiczne (Palace Lido) i transowe (former airline), eksperymenty no input (Missing Organs), abientowe lo-fi (M/M), oraz przestrzenne i wielobarwne syntezatorowe impresje (Richard Frances, qualchan.). Największe wrażenie robi na mnie właśnie końcówka materiału, kiedy po dość chłodnym i eksperymentalnym obliczu pierwszej części składanki, do głosu dochodzą kojące ciepłem dźwięki klawiszy i oniryczne melodie rodem z repertuaru Popol Vuh (qualchan.).

Wśród moich ulubionych momentów na „For safety reasons can I ask what is inside” znalazło się miejsce dla jedynego polskiego twórcy zamieszanego w powstanie tej kompilacji . Tą osobą jest Robert Skrzyński, producent znany z łamów mojego bloga jak mało kto; artysta, który chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać swoją umiejętnością adaptacji w różnych gatunkach, estetykach i kooperacjach. Podobnie jest i tym razem, jego „Lutalica” wzbogaca estetykę ambientowego lo-fi ambientu o popowy anturaż. W zaledwie nieco ponad trzy minuty Micromelancolié prezentuje pokaz swojego przepastnego warsztatu eksperymentatorskiego (nagrania terenowe, szumy, elektronika, sample), ukazując go w bardzo subtelnych gestach tak aby wykreować łagodny nastrój mogący stać się podkładem popowej piosenki. Drobinki różnorodnych sampli; delikatne, wyciszone zaszumienia; kilka rozpoznawalnych odgłosów; cyfrowe kliki i przypadkowa melodia stają się scenografią dla samplowanego i modyfikowanego kobiecego wokalu. Wychodzi z tego niezwykle nastrojowy, quasi-popowy hit. Tak się składa, że podczas ostatnich rozmyślań podczas pracy nad podsumowaniem muzycznym 2016, zastanowił mnie fakt, iż między sceną niezależną, a młodym polskim popem (nie mylić z muzyką komercyjną z repertuaru festynów i Sylwestrów) nie istnieje żadna łączność. Twórcy nie inspirują się wzajemnie, może nie wiedzą nawet o swym istnieniu. Nie wspominając już o wspólnych kolaboracjach, łączących te skrajne środowiska. Kompozycja „Lutalica” Micromelancolié sprawiła, że uwierzyłem, że taka współpraca byłaby możliwa, i że ów stylistyczny kameleon Robert Skrzyński mógłby pokusić się o romans z estetyką pop, bez obawy utracenia własnej tożsamości artystycznej.

Składanka „For safety reasons can I ask what is inside” jest podsumowaniem rocznej działalności Czaszki, oficyny prezentującej z każdym kolejnym wydawnictwem coraz ciekawszy repertuar, oraz która przy równie konsekwentnym rozwoju co dotychczas, ma szanse odgrywać coraz większe znaczenie na międzynarodowej scenie kasetowej.

piątek, 24 lipca 2015

Rok Sienkiewiczowski - Część czwarta / Jacek Sienkiewicz "Drifting"

Sienkiewicz w marcu. Sienkiewicz w kwietniu. Sienkiewicz w czerwcu. Sienkiewicz w lipcu. Odmierzam rok 2015 w rytm kolejnych wydawnictw Jacka Sienkiewicza, który po latach względnego wyciszenia postanowił ujawnić słuchaczom skarby swego przepastnego archiwum. 

Od 2000, czyli od wydania swojej debiutanckiej epki "Recognition", a tym samym uruchomieniu własnego labelu sygnowanego taką samą nazwą, Jacek Sienkiewicz przez ponad dekadę umacniał swą pozycję na międzynarodowej scenie klubowej, jako producent techno i DJ. Dopiero kilka ostatnich lat działalności muzycznej, ujawniło jego wielki talent w dziedzinie eksperymentu z nieklubowymi wątkami muzyki elektronicznej. Zwłaszcza pierwsza połowa tego roku, kiedy to po kolei ukazywały się znakomite "Nomatter", "Ridges", oraz "Instynkt", zdradziła niezwykłą oryginalność tego twórcy również w formach awangardowych. Teraz natomiast, kiedy już na dobre próbowaliśmy antycypować kolejne posunięcia twórcy na polu improwizowanej elektroniki, czy ambientu, Sienkiewicz w naprawdę w imponującym stylu powrócił do... techno.

Można stwierdzić, że jest to nawet powrót podwójny. Producenta do swoich korzeni, a także do korzeni gatunku. "Drifting" jest bowiem totalnym zaprzeczeniem obecnie panujących trendów w klubowej awangardzie zdominowanej przez hałas, przester, soniczny brud i gatunkową dekonstrukcję. Wymienione elementy współczesnej klubowej narracji Sienkiewicz zdołał już przecież z polotem wyeksploatować na trzech tegorocznych eksperymentalnych wydawnictwach. Na nowej płycie, wydanej nakładem własnej wytwórni, gwałt i obskura są nieobecne. Dominuje wręcz klasyczna forma wypielęgnowana, przejrzysta i wykoncypowana co do jednego dźwięku.

Profesorski wykład jaki z produkcji techno daje Sienkiewicz jest odbiciem jego przepastnego doświadczenia, które hartowało się za automatami i djskimi konsoletami od niemal dwóch dekad. Owe kompetencje, budowane przez lata raz w blasku, raz w cieniu tymczasowych estetyk, pozwalające na kształtowanie stylu wbrew chwilowym trendom pozwoliło Sienkiewiczowi pozostać wiernym techno w najbardziej klasycznej jego odmianie, czerpiącej garściami z najznamienitszych wzorców z Detroit. "Drifting" łączy w jednej narracji motorykę Jeff'a Mills'a ("130 mm", "No Matter What", "Mistrz"), z przebojowością i melodyjnością Roberta Hooda ("Stand Up", "Free Float")

Na nowym albumie mamy do czynienia, z w pełni modernistycznym techno o soczystych, przestrzennych, katedralnych wręcz brzmieniach i olbrzymiej wrażliwości na melodykę. Ujawnia on ogromny talent rodzimego producenta w dziedzinie budowania klimatu muzyki. W przypadku "Drifting" kluczem do tego stają się niezwykle melodyjne tematy wybrzmiewające melancholią ("Drifting", "Stand Up"), lub emanujące psychodelią ("No Matter What"). Ten gorzko-słodki smak poszczególnych kompozycji, nasycenie ich nostalgiczną liryką ma szansę z tych kompozycji uczynić ponadczasowe klasyki, na długo wybrzmiewające echem w pamięci słuchacza.

"Drifting" zaaranżowany z wielkim pietyzmem, imponujący użyciem detali, urasta do rangi wielowątkowej opowieści. Wszystkie jej elementy zostały zaaranżowane z niewiarygodną automatyką. Pojawianie się i zanikanie kolejnych ścieżek uderzeń, akcentów, melodyjnych fabuł, opartych na psychodelicznych rozległych plamach syntezatorów, zostało ze sobą tak znakomicie zestrojone, że mogło wyjść tylko spod ręki muzycznego pedanta o zjawiskowym guście i profesjonalnym warsztacie, jakim jest Sienkiewicz.

Przy całej dynamicznej motoryce tego albumu, jest on jednak wolny od klubowego paradygmatu opartego na budowaniu i rozładowywaniu kulminacji. Zamiast dyskoteki mamy do czynienia z koncept albumem osadzonym w psychodelicznej atmosferze. "Drifting" płynie zgodnie z własną dynamiką i narracją, powodując u siedzącego słuchacza przyjemność kontemplacji, zaś u słuchacza tańczącego siódme poty i wypieki entuzjazmu na policzkach.


JACEK SIENKIEWICZ - "Drifting"
2015, Recognition Rec.


niedziela, 7 czerwca 2015

Nagi instynkt / Jacek Sienkiewicz "Instynkt"

"Instynkt" to jedna z tych zjawiskowych płyt, które wymykają się opisowi i daleko przerastają wyobraźnię słuchacza.

W niebywałe poruszenie wprawiają mnie ostatnie dokonania Jacka Sienkiewicza, dlatego nie należy się dziwić, że goszczą na łamach 1/u/1/o z taką regularnością. Muzyk nie daje w tym roku o sobie zapomnieć, zaskakując kolejnymi swoimi produkcjami. I bardzo dobrze bo forma artystyczna Sienkiewicza wciąż zwyżkuje, a jego wyobraźnia wydaje się nie być ograniczona żadnymi barierami.

Mimo dorobienia się uznanej pozycji wśród europejskich producentów techno, Sienkiewicz nie odcina kuponów od wcześniejszych wydawnictw i kooperacji, a ponad wszystko stawia sobie rozwój własnego oryginalnego języka i poszukiwanie nowych form dla wyrażenia siebie przez muzykę elektroniczną. Utożsamiany do tej pory głównie z klubową odnogą techno, serią tegorocznych produkcji "Nomatter", "Ridges", producent wytyczył sobie nowy obszar poszukiwań, w którym tworzywem jest język eksperymentalnej elektroniki. Odstawiwszy na bok estetyki wyrażane konkretem repetycji i dyktaturą bitu, Sienkiewicz udanie sięgnął do form improwizowanych. Otwarte pole eksperymentu sprzyjają mu w uwalnianiu pomysłów, zamkniętych do tej pory w sztywnej klubowej pętli taktowanej na 4. 

"Instynkt" jest dość płynnym rozwinięciem dwóch poprzednich wydawnictw ("Nomatter" "Ridges") i pretekstem do kolejnych, co raz śmielszych brzmieniowych i kompozycyjnych ewolucji. Abstrakcyjna ekspresja Sienkiewicza, z jako pierwszą, rozprawia się z linearną narracją. Zdarzenia dźwiękowe zdają się tu ewoluować w czasie rzeczywistym, rozgrywając się równolegle na kilku ścieżkach. Cała gęsta tkanka odgłosów płynie miesza się, rozciąga i kurczy w nieokreślonej przestrzeni bez oparcia w tradycyjnych kompozycyjnych fundamentach. Otwarta forma pozwoliła zrezygnować z symetrycznego podziału kompozycji, wyznaczonego sinusoidą wyciszeń i kulminacji. Sienkiewicz nie posiłkuje się również hałasem, aby zaznaczyć intensywność materiału. Zostaje ona wystarczająco dobrze wyrażona zagęszczeniem faktur i złożonością poszczególnych wątków niesionych abstrakcyjnym pozbawionym podziałów rytmem. Właśnie ów rytm jest sercem całego "Instynktu", choć prawdopodobnie trafniejszym określeniem opisującym strukturę frenetycznych, nieregularnych stukotów i tąpnięć byłaby z pewnością arytmia. Gdyby odnieść się do poprzedniego materiału Sienkiewicza "Ridges" i jego górskich inspiracji, to kostropaty "rytm" "Instynktu" mógłby odpowiadać nieregularności skalnych krawędzi. Podobnie tyczy się to chropowatego, twardego, brzmienia. Ów spękana rytmika podążająca tylko sobie znanym krokiem inklinuje silne skojarzenia z muzyką Autechre. W przeciwieństwie jednak do Brytyjczyków, Sienkiewicz nie kładzie nacisku na klarowność i trójwymiarowość brzmień, chętnie oblepiając je szumem, przeplatając syntezatorowymi nawałnicami świstów, graniastym basem, czy onirycznymi zewami.

Jeśli już porównujemy Sienkiewicza eksperymentującego z abstrakcyjną, improwizowaną elektroniką, do innych artystów - to tylko do tych najlepszych. Tak jak czytelne jest bowiem pokrewieństwo fragmentów "Instynktu" do prac Autechre, tak równie widoczne powinny być analogie z diabelską narracją "Traditional Music Of Notional Species Vol. I" Rashada Beckera. U obu producentów plątanina niezbornych dźwięków i nerwowych sprzężeń tworzy dzieło monumentalne, wielowymiarowe i wielowątkowe, które paradoksalnie zachowuje intymną atmosferę i spójność fabularną.

"Instynkt" to spektakl detali, w którym abstrakcyjna forma idzie wespół z abstrakcyjnym brzmieniem, aranżując przy tym mroczną i niepokojącą atmosferę. To zaproszenie do wnętrza zachwycającego i jednocześnie przerażającego dźwiękowego imaginarium. Jacek Sienkiewicz, z każdym kolejnym swoim wydawnictwem zawiesza poprzeczkę o kilka szczebli wyżej, choć już przy pierwszej tegorocznej produkcji "Nomatter" została ona wywindowana pod nieboskłon. To stopniowanie napięcia kolejnymi nagraniami jest pasjonujące i pozwala ewoluować odbiorcy razem z artystą.



JACEK SIENKIEWICZ "Instynkt"
2015, Bocian Rec. / Recognition Rec.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Duch gór / Max Loderbauer & Jacek Sienkiewicz "Ridges"

Pokusa i groza. Tajemnica surowego piękna i zaduma nad nieokiełznaną przestrzenią.

Mistyczna aura gór i ich niezwykły magnetyzm, od wieków przyciągały do siebie, równie nieokiełznane charaktery. Nic dziwnego, że artyści ukochali sobie góry, odnajdując w ich naturze pokrewną duszę. Mistyczna aura i bezkresne krajobrazy, okazały się skarbnicą inspiracji dla całej rzeszy poetów, malarzy, czy muzyków. Wśród nich znaleźli się również tacy, których dotychczasowa twórczość wpisywała się w tkankę miejską, z całą jej frenetyczną ruchliwością, i zrytmizowaną strukturą, zaklętą w repetycji codziennych rytuałów.


Tym razem, nastrojowy i mroczny woal górskiej melancholii uwiódł Maxa Loderbauer'a i Jacka Sienkiewicza, artystów tkwiących korzeniami w kulturze techno i realizujących się w rozległych ramach muzyki elektronicznej i eksperymentalnej. Obaj, jawnie przyznający się do górskich fascynacji producenci, a których dorobku, raczej nie trzeba przedstawiać, nagrali w duecie epkę poświęconą Tatrom i Alpom. W dwóch kompozycjach "Ridges" do głosu dochodzi nie tylko inspiracja surowym krajobrazem i jego mistyczną aurą, ale również folklorem ziem górskich.

Na pewno, na myśl o górach, większości z was, przed oczami staje ikoniczny landszaft odległej skalnej panoramy, zanurzonej w gęstwinie złowrogich chmur, pokonujących górskie szlaki dostojnym, leniwym tempem. Widok ten przywołuje również duet Loderbauer - Sienkiewicz w filmowej widokówce towarzyszącej wydawnictwu. Ów hipnotyczny obraz, równie dobrze mógłby być (był?)  dla muzyków swoistą partyturą, bowiem podążają w ślad za nim z zadziwiającą konsekwencją. Na "Ridges", dominują rozwlekłe wstęgi analogowych dronów, meandrujące niczym mgliste obłoki, bądź dymne ścieżki z pasterskich ognisk, unoszące się pomiędzy graniami. Jednak, wiodącym wątkiem tej opowieści, są jedyne w swoim rodzaju, góralskie zaśpiewy, wnoszące do dronowej uwertury liryzm nostalgii i mistyczną głębię. To wyskanie, czyli pasterskie nawoływanie, rodzaj białego śpiewu, wybrzmiewającego glissandem, którym komunikują się juhasi wypasający na halach owce. Świetlistość tych zaśpiewów udanie balansuje dolne, cięższe partie tła, a ich oniryczne widmo wywołuje w słuchaczu metafizyczne uniesienie. Powłóczysta materia ambientowej narracji, jest wzbogacona jeszcze jedynie o pojedyncze pluski, grzmoty, ziarniste faktury i subtelne syntezatorowe modulacje. Ów oszczędność środków wyrazu służy twórcom, do jak najwierniejszego oddania atmosfery górskiego uroczyska.

Być może zatem, najbardziej trafnie "Ridges" opisałyby malownicze słowa poetyckiego reportażu Witkacego: "Perć idzie ponad stawem. Patrząc z góry na jego powierzchnię widać przez płytką wodę pobrzeża, dno zawalone kamieniami, świecącymi spod błękitnego przeźrocza jak zatopione odłamy lodu. Dalej ku środkowi cień tajemniczy gęstnieje, aż w końcu przechodzi w mrok nocy, która zdaje się drzemać tam, zatopiona w nieprzejrzanych głębiach. Gładka, równa i miękka jego toń jest tak inną, tak rożną od chropowatego, twardego, najeżonego otoczenia, że nie można się nigdy z tym kontrastem oswoić, nie można bez podziwu i przyjemności przenosić wzroku z jednego zjawiska na drugie." ["Na przełęczy" 1889]. Z resztą, podążając dalej słowami dramaturga, dostrzec możemy, że sam artysta w owych widokach, doszukuje się znamion muzyczności górskiego krajobrazu "Wrażenie, które się tu odbiera, wywołuje wspomnienie jakiejś muzyki, kołyszącej i budzącej umysł na przemian dwoma różnymi motywami melodii, powtarzającymi się kolejno bez końca..."

"Ridges" to materiał bardzo stonowany i hipnotyczny, a w swym skupieniu nabierający wręcz charakteru pewnej nabożności. Pozostaje nasycony oniryzmem i psychodelią niczym ścieżki dźwiękowe Popol Vuh do filmów Wernera Herzoga. I chociaż Sienkiewicz z Loderbauer'em odnoszą się do transylwańskiego soundtracku z "Nosferatu" (1979), mnie na myśl przychodzi również mistyczna muzyka do "Szklanego serca" (1976).

Raptem dwadzieścia minut kontemplacji "Ridges", rekompensuje nawet kilkuletni (w moim przypadku) rozbrat z górami. Bezgraniczne poczucie piękna, pokorę wobec dostojności i grozy krajobrazu, mistycyzm miejsca, oraz intymność duchowego przeżycia jakie niesie spotkanie z żywiołem - to wszystko, niczym proustowska magdalenka wywołuje lektura "Ridges". Zdumiewające jest, jak posługując się jedynie kilkoma, dość oczywistymi gestami, Sienkiewicz i Loderbauer niezwykle sugestywnie oddali esencję górskiej ikonografii i audiosfery. Dodając do tego znakomitą okładkę, otrzymujemy świadectwo niezwykłej świadomości twórczej, podyktowanej wrażliwością na zmysłowość przyrody.




MAX LODERBAUER  & JACEK SIENKIEWICZ "Ridges"
2015, Recognition

niedziela, 22 marca 2015

Gorączka i psychodelia / Jacek Sienkiewicz "Nomatter"

Jeśli jest w Polsce producent, który będąc oderwany od dyktatury mód i trendów, sam wyznacza sobie kierunek rozwoju, a jednocześnie zaliczany jest do grona najciekawszych europejskich artystów, spinających klamrą eksperymentalną elektronikę z techno, to jest to zdecydowanie Jacek Sienkiewicz. Muzyk, który od dwudziestu lat, poszukując wciąż nowych środków wyrazu dla realizowanych przez siebie estetyk, buduje swą rozpoznawalną i cenioną na całym świecie markę. Rok 2015 będzie należał z pewnością do niego, a fani jego talentu będą mogli się raczyć wieloma premierowymi wydawnictwami.

Oczekując ze zniecierpliwieniem wyniku kolaboracji z Max'em Loderbauer'em (epka inspirowana górami), eksperymentu zapowiadanego dla rodzimego, awangardowego Bocian Records, oraz klubowego techno, sygnowanego logiem wytwórni Recognition, możemy zasłuchiwać się we frapującym materiale "Nomatter" wydanym przez No. - label Uwe Schmidt'a (Atom TM). To właśnie ten album, pozwala wypatrywać kolejnych tegorocznym premier warszawskiego producenta, z wypiekami na policzkach. Jacek Sienkiewicz jest bowiem w znakomitej formie i ponownie zaskakuje swoim oryginalnym i wyrazistym językiem.

Album "Nomatter", w pełnej krasie prezentuje szerokie spektrum wyobraźni muzycznej Sienkiewicza, sprawnie wymykając się jednoznacznej identyfikacji gatunkowej. Podstawą kreacji, jest bowiem, dźwiękowa abstrakcja, dla której najkorzystniejszą przestrzenią, pozostają obszerne ramy, elektronicznego eksperymentu. Posługując się głównie warstwami nakładanych na siebie, gęstych faktur, Sienkiewicz tworzy wieloplanowe kompozycje, zagadkowe i pełne niedomówień, meandrujące w mglistych ambientowych chmurach, w większości pozbawione regularnego rytmu. Narracja budowana przez producenta "Nomatter" nasycona jest osobliwą atmosferą psychodelii, która na każdym kroku zwodzi słuchacza i rzuca wyzwanie jego przyzwyczajeniom. Nie do przewidzenia są ścieżki, którymi podążają kompozycje Sienkiewicza. Na najnowszym albumie można mnożyć przykłady brzmieniowych i kompozycyjnych paradoksów, dzięki którym materiał jest tak zaskakujący i nieoczywisty. A to nagle w środku zamglonej ambientowej impresji "Ammm" pojawi się werbel, który jednak zamiast porządkować utwór regularnością, plącze się w rytmie jak pijany, przy akompaniamencie psychodelicznej linii organów. W jeszcze innym miejscu ("Redarkstalmyt"), dynamiczny bit, zostaje pokryty gęstymi fałdami halucynogennych plam i rozbija narrację na dwie koegzystujące ze sobą fabuły.

Jacek Sienkiewicz, jak na tak progresywnego producenta przystało prezentuje techno przekorne, wywrócone na lewą stronę, odbite w krzywym zwierciadle, pozbawione imperatywu repetycji i dynamicznej sekcji rytmicznej. "Nomatter" przywołuje skojarzenia z dubowymi eksperymentami Moritz Von Oswald Trio, czy Ricardo Villalobosa, ale także z elektroakustycznym teatrem dźwiękowym Valerio Tricoli'ego, bo podobnie jak w kompozycjach Włocha, Sienkiewicz buduje muzykę z mnogości ruchliwych detali, spajając je w rozedrganą kipiel, oraz tworząc przy tym niezwykle sugestywną atmosferę izolacji i niepokoju.

"Nomatter", mimo dość skromnego charakteru, imponuje nieprzewidywalnością fabuły, zaskakuje paletą brzmień, gęstością muzycznej materii i psychodeliczną aurą. Zadżumiona aura albumu oferuje przeżycia intymne i klaustrofobiczne. Oblepia zmysły niczym mokre prześcieradło oblepia nagie ciało w upalną, duszną noc.

JACEK SIENKIEWICZ "Nomatter"
2015, No.