Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasze Nagrania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasze Nagrania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Poza zasięgiem wzroku / Suavas Lewy „Dźwiękowa historia Łodzi”

RECENZJI W WERSJI AUDIO MOŻNA ODSŁUCHAĆ TUTAJ (KLIK)

"To co widzieliśmy kiedyś, to nie czuliśmy tego, bo żeśmy właśnie nie dotykali. A teraz dotykiem można wiele rzeczy innych doświadczyć... Poprzez dotykanie czegoś to się zupełnie nowych rzeczy dowiaduje, niż by się na to spojrzało... Tam, jest wzrokiem powierzchowne, ale bardzo szybkie... wzrok tu rzucisz tam rzucisz... A tu jak dotkniesz to zupełnie inaczej to czujesz. I ten człowiek, który widzi, a nie dotknie to inaczej to ocenia."

„W kulturze Zachodu zmysły nigdy nie były równorzędne. Od czasów starożytnych istniała ich ścisła hierarchia. Platon rozróżniał zmysły wyższe (wzrok, słuch) oraz niższe (smak, węch). Podobnie dzielił je Arystoteles i znaczna część filozofów w wiekach późniejszych. Wzrok i słuch były uprzywilejowane ze względu na dystans percepcyjny. Im przedmiot znajdował się dalej, tym lepiej. Od momentu wynalezienia druku przez Jana Gutenberga człowiek istniał przede wszystkim w świecie wizualnym” – możemy przeczytać we wstępie zbiorowej publikacji „Świat zmysłów. O znaczeniu zmysłów w kulturze” (wyd. Akademia Ignatianum). Okulocentryzm zdominował percepcję świata aż do dziś. A jednak wzrok zdaje się być zmysłem niepewnym, nie do końca godnym zaufania. Mimo swojej dominacji niejednokrotnie poszukuje bowiem oparcia w innych zmysłach. Aby w coś uwierzyć, stwierdzić faktyczną egzystencję, zażegnać swój niepokój i nieufność szukamy ostatecznego potwierdzenia w innych zmysłach. „Nie wierzę w to co widzę” mówimy, często dodając „muszę doświadczyć tego na własnej skórze”; „nie uwierzę dopóki nie dotknę”. O tym zdaje się mówić jedna z bohaterek „Dźwiękowej Historii Łodzi”, której wypowiedź przytoczyłem w pierwszym akapicie.

Bohaterka to kobieta z dysfunkcją wzroku. Jego utrata spowodowała wzmocnienie innych zmysłów, w tym dotyku, co z kolei pozwoliło jej głębiej odbierać rzeczywistość. Ona i inni podopieczni Fundacji „Szansa dla Niewidomych”, odbywają cykl spacerów śladami historii miasta Łodzi. Ich dźwiękowa relacja została zarejestrowana i wydana w formie reportażu w oficynie Nasze Nagrania, prowadzonej przez Suavasa Lewego; społecznika, kuratora sztuki, artystę, muzyka. Perspektywa postrzegania świata przez osoby niewidome i niedowidzące staje się okazją wejścia w świat całkowicie niedostępny dla osoby pełnosprawnej. Pozwala dostrzec immanentność zmysłów, która wcale nie jest tak oczywista w multisensualnym odbiorze świata wokół.

Razem z grupą podopiecznych fundacji zwiedzamy Łódź za pomocą słuchu i dotyku. Usłyszymy szum wody płynącej w dziewiętnastu (!) rzekach przepływających przez Łódź, dźwięk krosen i warsztatów tkackich, tramwajów, zajezdni, oraz zapomniane przez powszechną historię opowieści o powstaniu łódzkim i strajku włókniarek, a na koniec zasłuchamy się w wersach Kadiszu. Poczujemy wibracje miasta, a także dotkniemy (w dosłownym i przenośnym znaczeniu) sztuki. W nagraniu usłyszymy zarówno dialogi i dyskusje spacerowiczów, jak i nagrania terenowe zarejestrowane in situ, oddające środowisko dźwiękowe odwiedzanych miejsc. Do czasu niestety, bo dotyczy to tylko kilku rozdziałów „Dźwiękowej Historii Łodzi”. Słusznie domaga się Maciej Wirmański z Kultury Staroci konsekwencji w prowadzeniu tej opowieści w oparciu o odgłosy terenowe. W momencie, kiedy zamiast nich wypowiedzi zostają zilustrowane muzyką, nagrania tracą pierwiastek swojej unikalności. Co zaskakuje, to muzyka jest najsłabszym elementem całego przedsięwzięcia. Próba zachowania neutralności i niewchodzenia w drogę narracji wokalnej została sprowadzona do formy muzaka, rodem z podkładu muzycznego do plansz pogodowych w telewizji regionalnej. Najdobitniejszym tego przykładem jest kompozycja „Tramwaj”.

Miasto Łódź, które w tej opowieści wcale nie pełni kluczowej roli, jawi się z zewnętrznej perspektywy jako miasto dumne ze swojej trudnej, robotniczej historii i pełne paradoksów. Kto bowiem spodziewałby się gęstej sieci rzek w Łodzi; kto słyszał o „powstaniu czerwcowym”, czy o „strajku włókniarek”. To co zaginęło w pomroce dziejów i ulotniło się z kart historii, autor wydawnictwa Suavas Lewy jedynie szkicuje, pozostawiając słuchaczowi możliwość zagłębienia się w genezę wydarzeń. Historia Łodzi w wersji audio sprawdzi się zatem jako przewodnik dla tego kto w mieście nigdy nie był, nigdy go nie widział, lub nigdy go już nie zobaczy. Ciekawie przytoczony zostaje wątek odbioru sztuki awangardowej, w kontekście unistycznego malarstwa Władysława Strzemińskiego. Bohaterowie opowieści stawiają instynktowny opór przed abstrakcją i niefiguratywnością; co jeden ze spacerowiczów ujmuje celną puentą; „przytłacza nas rzeczywistość od której nie potrafimy się oderwać”.

Wydawnictwo Suavasa Lewego rozpięte zostało na wielopiętrowej narracji. Na poziomie najbardziej dosłownym mamy do czynienia, z przewodnikiem miejskim, z mapą miejsc i wydarzeń historycznych, oraz rejestracją miastoznawczych spacerów. Kolejną płaszczyzną jest niepełnosprawność, narzucająca filtr, na postrzeganą rzeczywistości, oraz implikująca rozważania dotyczące odmienności, wykluczenia i tolerancji. Z kolei na poziomie metanarracyjnym mamy do czynienia z refleksją nad funkcjonowaniem zmysłów ich przenikaniem się i kompensacją. To ambitne przedsięwzięcie nie uniknęło momentów słabości, nikną one jednak wobec doniosłości idei i jej wielowątkowego ujęcia.

„Dźwiękowa historia Łodzi” jest czymś więcej niż, co mogłoby wynikać z tytułu, materiałem promocyjnym miasta. Więcej niż elementem pielęgnowania tożsamości mieszkańców; więcej nawet niż historyczny bryk. To przede wszystkim lekcja empatii i tolerancji, a także bezpretensjonalna forma dialogu z osobami niepełnosprawnymi. Paradoksem jest, że dzięki osobą niedowidzącym, chętnie dzielącym się swoimi unikalnymi doświadczeniami, widzący mają szansę dostrzec więcej.



SUAVAS LEWY „Dźwiękowa Historia Łodzi”
2017, Nasze Nagrania

piątek, 2 grudnia 2016

Chłopak z Grembacha / Bogusz Rupniewski „Zweiheitsmusik”

Przyszedłem na świat 36 lat temu w Łodzi. Od razu po narodzeniu rodzice zabrali mnie ze szpitala im. Rydygiera do mieszkania przy ulicy Kresowej. Wielorodzinny drewniak stał w samym centrum robotniczego osiedla Grembach. Na początku lat 80'tych miejsce to z zaniedbaną infrastrukturą, kocimi łbami i rynsztokami, malowniczo meandrującymi wśród traktów, stawało się z wolna zaklętym i zapomnianym rewirem na mapie miasta. Zła sława, sprawiła, że obcy omijali je z daleka, choć sama lokalizacja w istocie do dziś pozostaje pięknie usytuowana nieopodal parkowego zacisza, okalających przestronnych łąk, w sąsiedztwie Stoków najbardziej „górzystego” i pofałdowanego fragmentu Łodzi

To miejsce tak wewnętrznie mi bliskie, znam głównie z rodzinnych opowieści. Nie miałem szansy zdzierać kolan na nierównych chodnikach Grembacha, zajadać się w "małpim gaju" przy Nowogrodzkiej morwami, które tak zaszkodziły niegdyś mojemu ojcu, ani zakradać się na działki przy Mazowieckiej. W rok po moich narodzinach wysuszony słońcem drewniak przy Kresowej spłonął. Ogień wyznaczył kres długiego grembachowego epizodu Gutkowskich, Cymermanów, Szyplów, wreszcie Nowickich. Niezwykły sentyment jakim darzę tę niewielką przestrzeń to zasługa babci i prababci, które pobudzały mą dziecięcą i młodzieńczą wyobraźnię kolorowymi opowieściami o świetlanych czasach Grembacha. Zofia, moja babcia rodziła się w 1927 roku w rodzinie Szyplów. Jej beztroskie dzieciństwo przecięła wojna, stąd być może czasy przedwojenne zapamiętała tak barwnie i drobiazgowo. A że szczególnie uwrażliwiona była słuchowo; co było ponoć efektem ubocznym zapalenia opon mózgowych, które przeszła jako dziecko; w jej opowieściach pełno muzyki i dźwięków. Niski pomruk, dobiegający niemal całą dobę, z położonej nieopodal fabryki nici Ariadna. Tętent koni, niosący się po kocich łbach Wilanowskiej i Antoniewskiej. Szum Luxtorpedy mknącej na trasie Łódź Fabryczna – Warszawa Główna. Czy wreszcie wizyty muzykantów, którzy wpadali na Grembach odbywać swoje podwórkowe tournée.

Szczególnie jeden z muzykantów zapadł babci w pamięci. Szalenie uzdolniony. Potrafił swoją muzyką hipnotyzować słuchaczy doprowadzać ich do płaczu, ale i dawać ludziom radość życia płynącą ze skocznych, tanecznych melodii. Na imię miał Bogusz. Grał równie dobrze na wiolonczeli co na skrzypcach. Wyróżniał się na tle innych grajków, nie tylko tym, że u lewej dłoni miał sześć palców, co wydatnie wpłynęło na jego muzykę. Cierpiał mianowicie na przypadłość zwaną melancholią, stąd często wydawał się nieobecny, zamknięty w swoich myślach. Ten serdeczny i roześmiany na co dzień jegomość – jak wspomina go babcia – miał z powodu swej duchowej słabości niemałe kłopoty. Zapraszany na rauty, czy wesela, grywając radosne poleczki, czy oberki, potrafił nagle wpaść w nostalgię tak mocną, że nie sposób było go z niej wybudzić. Wtedy też jego instrument obniżał swą barwę, roztkliwiał się w posępnych pasażach, a struny i smyczek nie wystarczały do wyrażania dławiącej go nuty. Grał wtedy muzykę prywatną. Szarpał struny, pocierał i opukiwał instrument, wypuszczając z niego dźwięki, o których nawet nie śnili przedwojenni melomani. Bogusz był rozdarty. Może podświadomie przeczuwał nadejście wojennej zawieruchy. Wraz z wkroczeniem wojsk niemieckich do Łodzi słuch o Boguszu zaginął. Przeżył kataklizm, ale nigdy już nie wziął do ręki żadnego instrumentu.

Przeglądając jakiś czas temu rodzinne fotoarchiwum natknęliśmy się z babcią na zdjęcie skrzypka. Bez trudu rozpoznacie tę rozedrganą duszę. Stoi w środku, trzeci od lewej. Jego podobizna jest poruszona. Poznacie go również po sześciu palcach lewej ręki, zaciskających gryf skrzypiec. Jest to bodaj ostatnie znane zdjęcie dokumentujące Bogusza jako grajka.

fot: archiwum Zofii Nowickiej
  

Nieoczekiwanie, po osiemdziesięciu latach historia Bogusza doczekała się swojego ciągu dalszego, w postaci płyty wydanej przez łódzką oficynę Nasze Nagrania. Jej autorami są wiolonczelistka Małgorzata Bogusz - Cyganowska i skrzypek Michał Rupniewski. Ci blisko związani artystycznie z Łodzią muzycy, natknąwszy się na legendarną postać, postanowili w oparciu o opisy i opowieści zrekonstruować repertuar Bogusza i przełożyć go na język współczesnej kameralistyki. 

„Zweiheitsmusik”, czyli „muzyka podwójności” znakomicie oddaje rozdwojoną i rozedrganą naturę Bogusza. Na płycie usłyszymy repertuar klasyczny, którym grajek zachwycał salony łódzkiej finansjery i cerkiewne zgromadzenia prawosławnej diaspory. Znalazły się w nim interpretacje maryjnego hymnu („O Presviataya Mariye Devitse”); czy starowłoskiego powolnego tańca („Pasakal i ja”), jak również echa muzyki barokowej (finał kompozycji „Grembach”). Pojawiają się również, choć incydentalnie formy rozrywkowe, którymi Bogusz zabawiał robotniczą gawiedź, dorabiając na miejskich potańcówkach. Najwięcej miejsca zostało jednak poświęcone kameralistycznej improwizacji, opartej w głównej mierze na brawurowych dysonansach i dynamicznej sonorystyce. Szerokie pozamuzyczne eksploracje instrumentów; pocieranie, opukiwanie pudeł rezonansowych, szarpanie strun, brutalne ich piłowanie i uderzanie smyczkiem to tylko niewielki wycinek błyskotliwych zabiegów preparacyjnych jakimi popisuje się duet muzyków. Kontrastują je z równie szeroką artykulacją tradycyjną, pełną piętrzących się staccat, strzelistych flażoletów, glissandowych girland i ożywczych arpeggiów. Wszystko to odbywa się w znakomitej akustyce, przy niezwykle selektywnym brzmieniu, które eksponuje zarówno chropowatą fakturę sonorów, rustykalny strój instrumentów, metaliczność strun, basowy ciężar wiolonczeli, jak i świetlistość skrzypiec. 

Duet Bogusz - Rupniewski z polotem przeskakuje pomiędzy epokami, estetykami i technikami artykulacji, proponując narrację pełną zwrotów akcji, najeżoną kontrastami i emanująca prawdziwą witalnością. Nieceniony jest również potencjał mitotwórczy płyty, która przywraca do życia kolejną podwórkową legendę. 

***

Mam świadomość, że brak temu wpisowi choćby odrobiny pisarskiego szlifu. Że jest leceniem po bandzie, szarżą straceńca mającą ukryć braki i niekompetencje recenzenta, zarówno jeśli chodzi o znajomość muzyki klasycznej, jak i próbę nadania tym wykwitom grafomana formy literackiej. Możliwe, że i ze strony historycznej znajdą się w tej opowieści dysonanse. Nie decydowałbym się jednak na taką formę recenzji, gdybym nie odczuwał osobistych zażyłości z tematem. Sami zatem musicie rozstrzygnąć co w tym wpisie jest fikcją a co prawdą, mając oczywiście namacalne świadectwo w postaci znakomitej płyty wydanej przez Nasze Nagrania. 

BOGUSZ RUPNIEWSKI „Zweiheitsmusik”
2016, Nasze Nagrania

wtorek, 22 marca 2016

Drewno, struna, głos / Mutant Goat "Yonder"

Duet Mutant Goat jest ze wszech miar zjawiskowy. Tworzy go mieszkająca w Łodzi skierniewiczanka Ola Kozioł i londyńczyk  Andrew Dixon. Ona pieje, wyje i zawodzi, po autorsku interpretując tradycję śpiewokrzyku. On zaś wydaje ciężkie pomruki z big stick'a, własnoręcznie skonstruowanego monochordu. Oboje hipnotyzują i sprowadzają w zaświaty. Właśnie ukazała się ich debiutancka płyta wydana w łódzkim labelu Nasze Nagrania.

W dzieciństwie miałem sen. Dość przykry i nawracający. Zawsze był zwiastunem nieszczęścia. Choroby, zatrucia, słabości organizmu. Towarzyszyła mu gorączka. Obraz tego snu był tak odrealniony, że jego treść opowiedzieć mogę w zasadzie jedynie przez uczucia jakie mu towarzyszyły. Niepokój, przytłoczenie, strach, spowodowane były bezbronnością wobec siły, która oddziaływała na mnie swym masywnym ciężarem. Wyobraźnia dopowiadała, że to wielki kamienny głaz toczy się na mnie powoli, lecz nieuchronnie. Ale głazu w tym śnie nie było. Była tylko niesprecyzowana przestrzeń bezkształtnej szarości. Kiedy sięgnąłem po płytę "Yonder" poczułem, że mogłaby być tego snu ilustracją, tyle że tym razem niepokojące uczucie zatapiania się w gęstej, amorficznej atmosferze nabiera perwersyjnego uroku.

Muzyka Mutant Goat oparta jest na uderzającej prostocie zarówno w warstwie aranżacyjnej jak i narracyjnej. Jednak skromne środki w zupełności wystarczają, aby na dobre zawładnąć wyobraźnią słuchacza. Monotonny ślad jednostrunowca wibruje ciężkimi i gromkimi burdonami, których brzmienie smakuje niczym skrzyżowanie trącego o beton betonu, z jęczącym drewnianym konarem. Dixon pocierając smykiem grubą metalową strunę, oraz z rzadka wzbudzając ją palcami wydobywa z instrumentu prymitywny, a jednocześnie przenikliwy dźwięk. Kozioł w równie prymitywny sposób używa głosu. Jej improwizowana artykulacja, przywodząca na myśl tradycyjne zaśpiewy, przecina tektoniczną materię dronów, ostrym, wysokim, rejestrem. Ich wspólne, niemal godzinne spotkanie, to przenikliwy spektakl rozpadu. Dryfując wśród ziemistych dronów big stick'a i ulegając zaświatowym wokalizom, balansujemy między tym co rzeczywiste, a urojone przez wprawioną w trans wyobraźnię.

Zasłuchując się intensywnie w improwizacji duetu odnoszę wrażenie obcowania z muzyką tradycyjną, w apokaliptycznej, nokturalnej formie. Przemawia za tym zarówno artykulacja wokalna oparta na technice śpiewokrzyku, a także specyficzny akompaniament big sticka, instrumentu brzmieniowo pokrewnego np. lirze korbowej, a budową bliskiemu prymitywnym instrumentom ludowym np. gęślą. Na "Yonder" obecna jest również, tożsama z muzyką tradycyjną transowość, oparta tu na hipnotycznym tempie dyktowanym pociągnięciami smyczka. Ów dźwiękowy spektakl ma w sobie również, coś z rytuału przejścia zakończonego estetycznym katharsis. Śledząc bowiem artykulację Oli Kozioł możemy zauważyć stopniową degradację ekspresji przebiegającą od form pieśniowych, przypominających nieco archaiczne pieśni celtyckie, poprzez krzyk, aż do pełnego odhumanizowania wokalu, przybierającego tonacje imitującą zwierzęcy skowyt.

Apokaliptyczny folk Mutant Goat, przybiera wielce unikalną formę daleko posuniętej interpretacji muzyki tradycyjnej. Oparty na pierwotnych instynktach i prymitywnych dźwiękach, łapie za gardło brutalną surowością, osacza nastrojem, a jednocześnie staje się źródłem intymnego przeżycia. Doświadczenie głębokiego słuchania funkcjonuje bowiem z muzyką duetu nierozerwalnie pozwalając oddać się intensywnej kontemplacji.

Warto również zwrócić uwagę na ręcznie wykonaną okładkę. Na jej froncie znajdziemy namalowany popiołem ślad, który jest symboliczną pieczęcią chtonicznego żywiołu będącego cichym patronem "Yonder".

MUTANT GOAT "Yonder"
2016, Nasze Nagrania