poniedziałek, 30 grudnia 2013

Złota rybka / BOKKA - "Bokka"

Gdybym miał rozpatrywać debiut tajemniczego tria BOKKA w kategoriach oryginalności, poszukiwania własnych form wypowiedzi, czy poszerzania ram gatunkowych to album ten nie mógłby zostać przeze mnie doceniony. "Bokka" to bowiem pełna odtwórczość, bezwstydnie czerpiąca zarówno  z muzycznych jak i wizerunkowych (anonimowość) wzorców skandynawskiego electropopu spod znaku The Knife, Röyksopp. Lykke Li, Múm, Fever Ray czy nawet Goat.
Wsłuchując się szczegółowo i dogłębnie w ten album nie miałem jednak nawet przez chwilę wątpliwości, że sięgnięcie przez BOKKĘ do sprawdzonych i modnych estetyk jest działaniem w pełni świadomym. Z przekonaniem o premedytacji intencji twórców - muzycznie udokumentowaną doskonałą znajomością gatunkowych meandrów i zgrabnością poruszania się po nich - pozostaje jedynie rozliczać ich tak jak malarskich kopistów; z warsztatu i dotrzymania wierności oryginałowi. I właśnie w tych kategoriach "Bokka" wypada wręcz wybornie.

Wysoki poziom realizatorski i produkcyjny tego materiału; bogactwo muzycznych środków wyrazu; śmiałe sięganie do instrumentów akustycznych, syntetycznych, a także własnych, preparowanych; pełna świadomość stylistyki pozwalająca na komponowanie "alternatywnych przebojów"; zapadanie w pamięci charakterystycznym brzmieniem, głosem, melodią; talent do tworzenia chwytliwych motywów; a wreszcie poświęcanie dużej uwagi detalom nadającym muzyce kolorytu stawia ten debiut wysoko pomiędzy światowymi "gwiazdami" electropop. (muzyczne konotacje BOKKI z innymi wykonawcami fantastycznie opisał w swojej recenzji dla Onetu Paweł Gzyl). 

Jakże uderzająca jest również w przypadku BOKKI umiejętność poruszania się na rynku muzycznym i promowania produktu (doskonałe orientowanie się w koniunkturze muzycznej; nastrojowy klimat muzyki, oraz tajemnicza aura towarzysząca projektowi; próba wytworzenia wokół niego enigmatycznej aury, która mogłaby połączyć słuchaczy więzią wtajemniczenia).

Za tak w pełni przemyślanym projektem jakim jest BOKKA nie mogą stać amatorzy, gdyż jego oddziaływanie wydaje się być doskonale zaplanowane na długo przed premierą. Wobec powyższego  BOKKA jawi się jako gruba ryba w przebraniu małej złotej rybki spełniającej oczekiwania polskiej publiczności na świetnie wyprodukowany, przebojowy, alternatywno-popowy album. Sprawi on bez wątpienia dużo niezobowiązującej radości słuchania, ma też wszystko by w szybkim czasie nabrać aury kultowości. Nie ulega również wątpliwości że 2014 rok będzie należał właśnie do tego projektu i z pewnością zobaczymy go na większości plenerowych festiwali w Polsce (Opener już zabookowany)



BOKKA - "Bokka"
2013, Nextpop

niedziela, 29 grudnia 2013

Między duchowością a konwencją / Jacaszek - "Pieśni"

Wychowałem się w typowo katolickiej rodzinie i zapewne jak większość moich rówieśników co tydzień posyłany byłem na niedzielną mszę do pobliskiego kościoła. Jakże Ja się wycierpiałem tym cyklicznym obowiązkiem podpierania kościelnych ścian i filarów, oraz uczestnictwem w tych pustych obrzędach wyzutych z jakiegokolwiek ładunku duchowego. (O podobnych refleksjach ze swojego dzieciństwa w kontekście kina podzielił się niedawno Bartosz Żurawiecki na łamach Dwutygodnika).
Wszystkie te lata dziecięcego umartwiania (mając w sobie wiele z tresury Pawłowa) spędzone na coniedzielnym kościelnym dyżurze, wryły głęboko do mojej podświadomości treści których nie zapomnę już raczej do końca życia; tekstu liturgii katolickiej mszy świętej, oraz melodii i słów kościelnych pieśni. Nawet dziś obudzony w środku nocy jestem w stanie odtworzyć te słowa z pamięci, choćby i na wyrywki.

Powtarzane automatycznie i bezrefleksyjnie teksty i melodie liturgii zostały pozbawione swojego znaczenia. Zamiast stanowić punkt wyjścia do własnych rozważań i modlitw stały się wręcz niezrozumiałą mantrą, rodzajem bezmyślnej wyliczanki. Podobnie jak powtarzane w nieskończoność słowo, które w końcu traci funkcję komunikatu stając się dźwiękowym tworem, tak słowa liturgii choć powszechnie znane przestały być słyszalne a ich wymiar duchowy ulotnił się. Piękno liryki i piękno melodii straciły swą wartość symboliczną. 

Na zatarcie się znaczenia duchowego i symbolicznego pieśni kościelnych zwrócił uwagę również Michał Jacaszek - uznany muzyk i producent eksplorujący peryferia muzyki elektronicznej i klasycznej; poszukiwacz dźwiękowego sacrum w odległej polskiej tradycji i kulturze duchowej; przywracający archaiczny język historii we współczesne realia z zachowaniem wierności  i szacunku wobec interpretowanych treści. On to właśnie pod auspicjami Narodowego Centrum Kultury podjął się realizacji intrygującej idei reinterpretacji wybranych pieśni kościelnych. Tak powstały "Pieśni" - zbiór siedmiu kompozycji kościelnych.

Motywacją dla Jacaszka była chęć ukazania osłuchanych kościelnych klasyków w takiej wersji, aby oddać tkwiące w nich pierwotne piękno, liryzm, smutek, skupienie, czy zadumę, oraz wyeksponować ich walor duchowy. Sam tłumaczy swoje intencje, oraz koncept nagrania we wkładce albumu: "... próbowałem wzmocnić i podkreślić ten właśnie metafizyczny poruszający wewnętrznie element, obecny w kościelnych melodiach. Stąd m.in decyzja by zrezygnować z warstwy tekstowej (...) Nieobecność liryki, koncentracja na brzmieniu, harmonii, melodii pozwala nieco inaczej kontemplować te utwory przesunąć uwagę na te aspekty mniej widoczne w momencie kiedy pieśń ta funkcjonuje w typowym liturgicznym kontekście".

Jacaszek podszedł do swojej pracy - z wyraźnie słyszalną w warstwie dźwiękowej i adekwatną do interpretowanego materiału źródłowego - pokorą. Muzyk nie ulega pokusie przejaskrawienia, czy patosu. Jego pomysłem na odświeżenie pieśni nie jest też bynajmniej dekonstrukcja. Swoje awangardowe oblicze objawia skromnie i jedynie w służebnej wobec kościelnych melodii roli; w postaci ambientowo-dronowych, teł, głuchych miarowych uderzeń, czy glitchowych przesterów przecinających piękne katedralne pogłosy. 
Centralny punk każdej z siedmiu kompozycji stanowią jednak instrumenty smyczkowe Dominika Dublimowskiego i Anny Śmiszek - Wesołowskiej. Elektronika zostaje użyta do wyeksponowania żywych instrumentów, oraz do budowania dramaturgi, choć Jacaszek nie eksponuje jej aż z takim rozmachem jak na mojej ulubionej jego płycie "Glimmer"

Oszczędność aranżacyjna kompozytora "Pieśni" kieruje myśli słuchacza w stronę pierwotnych intencji treści liturgicznych; w stronę skupienia i duchowości, ale przez skromność twórczej ekspresji i pokorne podejście do tematu kompozycje sprawiają wrażenie jedynie delikatnie nakreślonego szkicu.  Momentami mam wrażenie, jakby Jacaszek aż nazbyt zachowawczo podszedł do tematu, tak aby przypadkiem nie przekroczyć granicy dobrego smaku. Autor rozmyślnie unika ryzyka, a muzyka ani na chwilę nie staje się zbyt gwałtowna. Jednak taka uległość wobec materiału źródłowego niezbyt korzystnie wpływa na ogólny odbiór "Pieśni". Po raz pierwszy w twórczości Jacaszka wątki akustyczne i elektroniczne miast zazębiać się podążają oddzielnie nie wpływając na siebie wzajemnie. Następuje bolesne rozdarcie pomiędzy akustyczną melodią, a syntetycznym tłem, a narracja toczy się dwutorowo.

Skromna ingerencja dźwięków elektroniki w kompozycjach ogranicza wymowę "Pieśni" jedynie do roli osobistej modlitwy, rozmowy z Bogiem. Jacaszek zupełnie ignoruje zaś inną fundamentalną rolą kościelnych pieśni pomijając ich walor integrujący i powszechny który może objawiać się w formie podnoszenia na duchu, zagrzewania do boju, czy wzajemnego solidaryzowania się. Swą interpretacje kościelnych melodii ograniczył jedynie do jednowymiarowej roli ignorując fakt, że ich mistycyzm i sakralność ma nie tylko wymiar indywidualny ale i zbiorowy. Być może efektem tego jest wrażenie, że warstwa muzyczna "Pieśni" jest niezbyt przekonującą i dość konwencjonalną aranżacją.

Nie sposób "Pieśni" komentować również w oderwaniu od "Komplety" Stefana Wesołowskiego (2006), w której nagraniu brał udział Michał Jacaszek. Obie te kompozycje łączy przecież bardzo podobna idea. Jednak płyta Wesołowskiego stworzona na zlecenie Dominikanów, a będąca sama w sobie fragmentem muzycznej liturgii mszy świętej; surowa i z wokalami wydaje się być kompozycją bardziej przekonującą i nasyconą duchem niż "Pieśni".  Z tamtych prostych i ujmujących, komponowanych od zera utworów wyłania się niezwykła sakralna moc, która trzyma słuchacza w pełnym kontemplacji (choćby nad aranżacją) skupieniu. U Jacaszka ten nastrój wydaje się być mocno zamglony, a "Pieśni" ani nie urzekają prostotą, ani nie emanują bogactwem.

Czy zatem udało się Jacaszkowi odtworzyć w "Pieśniach"  mistykę liturgii i nasycić osłuchane kościelne melodie duchem? Czy udało mu się przywrócić należny im nastrój sakralności, wskrzesić w nie moc symboliczną? Myślę, że na to pytanie każdy w zależności od swojego stanu duchowego odpowie sobie sam. Jeśli zaś oceniać "Pieśni" w kontekście jedynie muzycznym, to moim zdaniem nie wnoszą one nic inspirującego i odświeżającego w estetykę kościelnej pieśni pozostawiając ją tak samo skostniałą jak była w momencie kiedy narodziła się koncepcja tego nagrania. Niestety przedstawione kompozycje nie wnoszą nic nowego również do muzyki samego Jacaszka, sprawiając wrażenie nagranych bez pomysłu, pasji i iskry bożej.

JACASZEK - "Pieśni"
2013, Narodowe Centrum Kultury

piątek, 20 grudnia 2013

Jaka to melodia? / Marcin Ciupidro - "Talking tree"

Bartek Chaciński znów rozbił interpretacyjny bank porównując fragmenty debiutanckiej  płyty Marcina Ciupidro z dokonaniami Tortoise, czy Steve'a Reicha. Jego recenzja wytrąciłby jednak oręż z dłoni nie jednemu w miarę osłuchanemu recenzentowi, bo nie sposób uwolnić się w trakcie słuchania "Talking tree" od myślenia o fragmentach "TNT", czy "Standards" avant rockowej formacji z Chicago, czy też o eksperymentach z repetycją aranżowanych przez amerykańskiego awangardzistę na podobne instrumentarium którego używa Ciupidro. Nie można nie myśleć również o Vytwórni Om i nagraniach Robotobiboka (którego Marcin był członkiem), a którego echa pobrzmiewają w pastelowych partiach Mooga, i kojących dźwiękach wibrafonu. 

Pozostaje zatem skupić się na najważniejszym walorze tej płyty, czyli na jej melodyjności - pięknie wyeksponowanej nagraniem i produkcją Michała Kupicza. Odpowiadają za nią przede wszystkim ciepła barwa wibrafonu Ciupidro, szklana i dźwięczna marimba japońskiej instrumentalistki Shoko Sakai, oraz atłasowe brzmienie klarnetu Mateusza Rybickiego. Dla uzupełnienia warto dodać, że skład został dopełniony o sekcję rytmiczną, w której nagraniu brało udział trzech perkusistów; Hubert Zemler, Wojciech Romanowski i Marcin Rak, oraz kontrabasista Zbigniew Kozera.

Wcale nie mam ambicji przebijać porównania skrzętnie wymienione przez redaktora Chacińskiego i ścigać z nim na doszukiwanie się muzycznych odniesień do albumu Ciupidro, ale słuchając tej płyty dopadła mnie refleksja, że tak otwarcie eksponowana melodyjność "Talking tree" ma w sobie coś z melodyjności polskiego jazzu lat 60tych w szczególności tego komponowanego do produkcji kinowych. Jak choćby do "Noża w wodzie" gdzie mistrz Komeda lapidarnymi i jakże wpadającymi w ucho motywami puentował dramaturgię odbywającej się na ekranie psychodramy. U Ciupidro współistnienie ciepłego brzmienia z melodią jest w pełni komplementarne. Delikatne i urokliwe instrumenty uwydatniają piękno melodii tworząc zgrabne miniaturowe kompozycje o niezbywalnym uroku filmowej opowieści.
Rzadko kiedy polscy jazzmani przykładają równie wiele uwagi do melodii nie wkraczając przy tym na terytorium zarezerwowane dla muzyki rozrywkowej. Zazwyczaj  traktowana jest ona jako punkt wyjścia do improwizowanych partii, motyw spajający free jazzowe odloty, bądź jest całkowicie pomijana na rzecz instrumentalnej wirtuozerii, czy sonorystycznych eksperymentów.  

"Talking tree" jest płytą przepiękną i urokliwą, intymną i wyciszoną. Może być odpowiednikiem radosnej pozytywki kojącej ucho. Proste i łagodne melodie idealnie współbrzmią z instrumentarium zamieniając tą skromną płytę w kojący grzejniczek, zwłaszcza gdy za oknem zima i mróz.




MARCIN CIUPIDRO - "Talking tree"
2013, Unzipped Fly Records




środa, 18 grudnia 2013

Lapidarium dźwiękokształtów / Kaluza+Majewski+Mazur+Suchar - "Tone Hunting"

Ilekroć sięgam po okładkę wydawnictwa aby odnaleźć na niej trop do interpretacji muzyki tam zawartej tylekroć zastanawiam się czy nie wpadam w pułapkę nadinterpretacji. Niejednokrotnie ilustracje, czy sposób wydania pozwalają mi uformować sposób myślenia i kształt narracji na temat muzyki w momencie kiedy nie za bardzo wiem jak zabrać się za pisanie o niej. Wtedy zastanawiam się nad tym czy muzycy w pełni świadomie ilustrują swoje muzyczne dokonania o takie obrazy a nie inne. Musieliby w takim przypadku prawdopodobnie samemu zinterpretować swoją twórczość aby zilustrować ją adekwatnie. Ale czy muzycy interpretują swoje prace? Na pewno analizują ją pod względem technicznym i pod względem nośności idei jaką wyraża ich muzyka. Ale czy aby wpisują ją w nowe konteksty, odczytują ich drugie dno? Nie odpowiem teraz na to pytanie, ale być może zapytam kiedyś jakiś muzyków o to na ile świadomi możliwości interpretacyjnych dokonują oni wyboru przy wybieraniu oprawy graficznej do swych nagrań tak aby ta korelowała z ideą jaka zawarta jest w muzyce.

Okładka albumu "Tone Hunting" nagranego przez kwartet w składzie; Anna Kaluza (saksofon altowy), Rafał Mazur (bas), Artur Majewski (trąbka), Kuba Suchar (perkusja) wydaje mi się w pełni adekwatna do muzycznej zawartości albumu. W centrum narysowanego tuszem obrazka znajduje się dom. Jego granice tworzą zamkniętą przestrzeń dla postaci znajdujących się w środku, ale przeźroczyste ściany pozwalają zajrzeć z zewnątrz do środka. Niewidzialna ściana nie chroni domowników przed spojrzeniem "obcego", ale najwyraźniej nie mają oni nic do ukrycia, a właściwości ścian wykorzystują jako poszerzenie swojego interioru poza granice domu. Takie otwarcie, nieskrępowana swoboda i kreatywne wykorzystanie przestrzeni jest w mojej interpretacji główną ideą muzyki kwartetu. A oprócz niej jest to dialog.

"Tone Hunting" to jedna kompozycja podzielona na pięć części. Przybiera ona kształt improwizacji, w której następuje swobodna wymiana myśli pomiędzy muzykami. Instrumentarium jest idealnie wyważone tak aby każdy  z muzyków w pełni demokratycznie mógł mieć wpływ na narrację materiału. I mimo, że każdy z nich podąża swoją ścieżką to nie wchodzi innemu w wątek i nie zawłaszcza dla siebie przestrzeni albumu. W przeważającej części materiału Kaluza, Mazur, Suchar i Majewski grają jednocześnie i z odrębnych wątków swoich muzycznych wypowiedzi budują abstrakcyjną jazzową całość. W tej wspólnej rozimprowizowanej formie muzycy skazani są tylko na siebie i swoje umiejętności, a ich artykulacja pozbawiona jest znamion melodyjności i wszelakiego tła. Każdy z instrumentów zawieszony jest w próżni nie stanowiąc dla innego podkładu. Takie ograniczenie zmusza muzyków do dźwiękowej dyscypliny i dużej kreatywności  której wynikiem jest wzajemna wymiana mikro wątków, fragmentarycznych melodii i dźwiękokształtów. Odbywa się ona na zasadzie swoistej "dyskusji instrumentów" artykułowanej całym wachlarzem lapidarnych komunikatów dźwiękowych. W "Tone Hunting" bulgocze jak w garnku, a deliryczne rozedrganie następuje za sprawą niezwykle szybkiej wymiany myśli i dźwięków pomiędzy czwórką muzyków którzy wzajemnie dopełniają swoje pourywane frazy. Ów dialog wyeksponowany jest w ekscytującej formie "akcja - reakcja" opartej na doskonałym kontakcie między muzykami i ich ogromnych umiejętnościach technicznych. We wspólnej pracy tej czwórki muzyków, z których każdy zachowuje pełną indywidualność dźwiękową zawarty jest fundament jazzowej ekspresji oparty na umiejętności słuchania i instynktownego dialogowania pomiędzy członkami składu. 

Kaluzie, Sucharowi, Mazurowi i Majewskiemu udało się stworzyć imponującą kompozycję w której skomplikowane i oparte na ćwiczeniach improwizacyjnych pofragmentowane struktury podane są w sposób lekki, niemal free jazzowy. "Tone Hunting" jest bowiem niezwykle przestrzenną, świetnie skrojoną i swobodną kompozycją, prawdopodobnie przez decyzję o rezygnacji z teł, melodii, elementów ilustracyjnych, czy budujących nastrój.

Ostatnią część kompozycji traktuję jako suplement, żywcem wycięty z ostatniego albumu Mikrokolektywu. Oparta jest ona na dynamicznej pętli o ciepłym drewnianym brzmieniu, z melodyjnym motywem Majewskiego dopowiadanym saksofonem Kaluzy i delikatnie pobudzanym basem Mazura. Możemy usłyszeć w niej ile ciepła i łagodnego nastroju można wprowadzić rozbudowując aranżacje wrocławskiego duetu. 

Jeśli musiałbym wyróżnić spośród tego kwartetu jednego z instrumentalistów, którego artykulacja pobudziła moje zmysły najbardziej to zdecydowałbym się na perkusistę Kubę Suchara, który z każda kolejną płytą wprawia mnie swoją grą w zdumienie połączone z ekscytacja. Jego ekspresja momentami wydaje się dwa razy szybsza od pozostałych muzyków, nadludzko ruchliwa, wielobarwna i ultra dynamiczna.

"Tone Hunting" to znakomita płyta, usiana mikro wątkami pobudzającymi słuchacza do nieustannej koncentracji. Z każdym kolejnym przesłuchaniem zyskuje, bo nie od razu ukazuje swe kunsztowne wnętrze. Słuchacz potrzebuje kilku przesłuchań aby móc dostrzec logikę kompozycji i nauczyć się intrygującego języka w którym komunikują się muzycy.




ANNA KALUZA / ARTUR MAJEWSKI / RAFAŁ MAZUR / KUBA SUCHAR - "Tone Hunting"
2013, Clean Feed

wtorek, 17 grudnia 2013

Anarchia i dyscyplina / Rob Mazurek Exploding Star Orchestra – "Matter Anti-Matter"

Zanim tym razem przejdę do meritum muszę sięgnąć kawałek w przeszłość i przytoczyć kronikę wydarzeń  oraz moich osobistych wspomnień koncertowych związanych z bohaterami tego wpisu, Exploding Star Orchestra (ESO).

Koncept na zbudowanie tej wielkiej orkiestry wypłynął z inicjatywy Roba Mazurka wybitnego kornecisty, kompozytora i improwizatora znanego doskonale wśród fanów nowego jazzu na całym świecie z takich projektów jak choćby Chicago Underground, Isotope 217, Mandarin Movie, Brokeback, Sao Paulo Underground czy ze współpracy z Gastr Del Sol, czy Tortoise. Ideą zawiązania Exploding Star Orchestra była potrzeba zorganizowania szerokiej platformy muzyków, którzy byliby ambasadorami brzmienia chicagowskiego jazzu na świecie. Działanie to było niewątpliwie zainspirowane działalnością założonego w 1965 roku i funkcjonującego do dziś społeczno-kulturowego ruchu AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians) działającego na rzecz artystycznej emancypacji afroamerykańskiej społeczności Chicago.

Powołany do życia projekt zadebiutował w styczniu 2007 albumem "We Are All From Somewhere Else" Nagrany został jak na orkiestrę przystało w 14sto osobowym składzie dowodzonym przez Mazurka. W składzie znaleźli się m.in. John McEntire, John Herndon i Jeff Parker lider, oraz członkowie legendarnego Tortoise, flecistka Nicole Mitchell oraz wybitny wibrafonista Jason Adasiewicz - wtedy jeszcze mało rozpoznawalny, ale po późniejszych sukcesach orkiestry - filar składu, bez którego nie zaistniałoby i zapadło w pamięci melomanów jazzu charakterystyczne brzmienie ESO. 

Dokładnie sześć lat temu w grudniu 2007 Rob Mazurek po raz pierwszy zaprezentował  polskiej publiczności swą orkiestrę. Mini tour ESO obejmował cztery polskie miasta: Warszawę, Wrocław, Kraków i Łódź. Mnie spotkał zaszczyt uczestniczyć w dwudniowym karnawale chicagowskiego jazzu w legendarnej łódzkiej Jazzdze (4-5.12) i były to jedne z najpiękniejszych i najbardziej zachwycających koncertów jakich byłem świadkiem.
Mazurek zaimprowizował w Polsce swoją orkiestrę w mocno zmienionym i eksperymentalnym składzie. On, lider zespołu i kompozytor w jednym, grający na kornecie i akompaniujący reszcie składu elektronicznymi loopami, któremu towarzyszyli wibrafonista Jason Adasiewicz, kontrabasista Jason Aiemian, perkusista Mike Reed, zaś na trąbce i perkusji współpracujący stale z Mazurkiem obaj członkowie Mikrokolektywu Artur Majewski (trąbka) i Kuba Suchar (perkusja).
Dwudniowy występ luźno oparty na materiale "We Are All From Somewhere Else" był  ekscytującą i trzymającą w napięciu wizytówką chicagowskiego free jazzu doskonale wyważonego między improwizacją a melodyką. Exploding Star Orchestra mimo iż na alternatywnej scenie Chicago reprezentowała najbardziej "konwencjonalne" podejście do jazzu inspirowane free jazzem lat 60tych i psychodelią lat 70tych nie stroniła od eksperymentów, w których odbijały się awangardowe estetyki realizowane w tamtym czasie w tym mieście. W brzmieniu i kompozycjach obecny był zatem element sonorystyczny, eksperymentalny, post rockowy, avant popowy, czy z pogranicza elektroniki. I tak właśnie brzmiała łódzka część trasy koncertowej, do której chętnie teraz powracam sięgając do nieoficjalnego bootlegu. 

W 2008, w lutym Exploding Star Orchestra była już po nagraniu i opublikowaniu swojej drugiej płyty o bardziej eksperymentalnym zacięciu. Tym razem o współpracę poproszony został Bill Dixon - legenda trąbki. Zaś już jesienią na zaproszenie Festiwalu Dialogu Czterech Kultur pełny skład ESO ponownie zawitał do Łodzi. Anonsowany Dixon z powodu choroby zastąpiony został inną żywą legendą Fred'em Andersonem, chicagowskim trębaczem, jednym z założycieli AACM.
Szczerość, energia i zaangażowanie muzyków, oraz euforyczna reakcja publiczności w trakcie koncertu doprowadziła do sytuacji bezprecedensowej i z perspektywy czasu już legendarnej, kiedy to muzycy zarażeni spontanicznością oddanej jej publiki przez kilka następnych dni jamowali dla przyjemności w Jazzdze zamieniając Festiwal Dialogu Czterech Kultur w Festiwal Dialogu z Chicagowskim Jazzem. Niestrudzeni muzycy przez kilka nocy bezustannie improwizowali, a ich zadomowienie w łódzkich realiach sprowadziło to wydarzenie do sytuacji wręcz towarzyskiej w której relacje artysta - słuchacz przerodziły się w relacje czysto koleżeńskie i przyjacielskie. Było to jedno z najbardziej chlubnych wydarzeń muzycznych w ostatnich dziejach miasta Łodzi.

Kolejnym przystankiem w kronice Exploding Star Orchestra, który doprowadzi nas w końcu do meritum tego wpisu jest występ tej formacji w Brazylii w maju 2009.  To właśnie tam odbyła się rejestracja koncertu, który teraz możemy odsłuchiwać na nowym wydawnictwie orkiestry "Matter Anti-Matter"
W Sao Paulo Mazurek zgromadził aż 15sto osobowy skład w którym prócz niego, lidera, kompozytora i kornecisty, wystąpili trzej perkusiści Mike Reed, John Herndon, Chad Taylor (dołączył z klasycznego składu Chicago Underground), wibrafonista Jason Adasiewicz, trębacze Steve Well, Jeb Bishop (utwór otwierający), flecistka Nicole Mitchell, saksofoniści Matana Roberts (alt) Matt Bauder (tenor), wokalista Damom Locks, basista Matthew Lux, obsługujący elektronikę Kevin Drumm (!) i Guilherme Granado (Sao Paulo Underground), oraz obsługujący perkusjonalia Mauricio Takara (Sao Paulo Underground). Honorowym członkiem składu, został saksofonista Roscoe Mitchell, wybitnie zasłużony dla rozwoju chicagowskiego jazzu, członek legendarnego składu Art Ensemble Of Chcicago.


Materiał ten ukazuje się po serii bardziej radykalnych i konceptualnych propozycji, które w 2013 roku zaprezentował nam Rob Mazurek. Zaczynając na eksperymentalnym i odlatującym w stronę kosmicznego jazzu "The Space Between" sygnowanym jako Rob Mazurek Exploding Star Electro Acoustic Ensemble, świetnym łączącym free z eksperymentem i sonorystyką "Skull Session" (Rob Mazurek Octet), kończąc na dość przeciętnym jak na możliwości składu "Tres Cabeças Loucuras" - albumie Sao Paulo Underground. Na tle wymienionych (tylko tegorocznych) wydawnictw "Matter Anti-Matter" jawi się jako ukłon w stronę pełnej rozmachu energetycznej erupcji orkiestrowego free jazzu

Część pierwszą "Matter Anti-Matter" opatrzoną podtytułem "Sixty-Three Moons Of Jupiter" otwiera łagodne intro dęciaków ("Lo And Volcanic"), które po chwili ulega naporowi jazzowego big bandu. Słuchacz zostaje wessany w ekstatyczną improwizację, w której muzycy w twórczym szale starają "przekrzyczeć się" i zaznaczyć swą obecność
Płynne przejście do "Europa" dyktuje dynamiczną narrację czystego free, opartego na chwytliwych frazach i transowym rytmie, wśród których Roscoe Mitchell znajduje miejsce do saksofonowej ekspresji. Tuż przed końcem kompozycji wątek nagle urywa się by na tle ambientowej elektroniki pojawił się oniryczny wokal zakończony gromkim uderzeniem jazzowej ściany dźwięku. To z niej po chwili wyłania się chwytliwy motyw południowo-amerykańskiej fiesty "Ganymede And The Ice Parade".  
Kolejna kompozycja "Callisto The Bear" zbudowana jest na ciężkiej grze perkusji i charakterystycznych dla ESO melodyjnych pasażach instrumentów dętych wygrywających główny motyw melodii, oraz na płynącym niezależnie swoim torem saksofonem Mitchell'a. Wszystko to kończy kulminacja, po której następuje kapitalne przejście w "Himalia A Metaphor For Joe Frazier". Jest to zapętlony motyw na wibrafonie i perkusji, z towarzyszącą sporadycznie trąbką, na których tle sam Mazurek wygłasza głosem amerykańskiego kaznodziei, bądź sportowego mistrza ceremonii płomienną tyradę dedykowaną pamięci Joe Fraziera - wybitnego amerykańskiego pięściarza. To chyba najbardziej urokliwy muzycznie fragment tej płyty.
"Almathea Is Red" podąża w stronę sonorystycznej improwizacji opartej w głównej mierze na delirycznych perkusjonaliach i elektronice, które wciągają w tą eksperymentalną grę pozostałe instrumenty.
"Elara Beneath The Underground" rozpoczyna plemienny flet Nicole Mitchell rodem z funkowej psychodelii lat 70tych, wspaniale puentowany stonowaną frazą całej orkiestry. Ta kompozycja to czas na popisy solowe. Po solówce Nicole Mitchell przychodzi czas na chwilę dla wibrafonu Adasiewicza, któremu wspaniale wtórują perkusiści. Po chwili jako główny motyw pojawia się saksofon Roscoe Mitchella', a do gry włączają się kolejne instrumenty po raz kolejny doprowadzając kompozycję do wrzenia.
W "Pasiphae Gives Birth To The Minotaur" znów słyszymy przemowę Mazurka, niesioną zmasowaną i niezwykle motoryczną sekcją rytmiczną uwijającej się w nieprawdopodobnym tempie. Dodajmy do tego ekstatyczne instrumenty dęte i mamy wymarzony (choć może zbyt krótki) euforyczny finał pełen energii i jazzowego zgiełku, z którego wynurza się melodyjna fraza Mazurka dopinająca album klamrą.

Ta część wydawnictwa, "Sixty-Three Moons Of Jupiter" to popis pracy zespołowej, ale przede wszystkim organizacji muzycznej tak dużego składu instrumentalistów. Mazurek doskonale panuje nad kompozycjami dozując miejsce dla wszelkich jazzowych form artykulacji, inkorporując jednocześnie elementy melodyczne i sonorystyczne, dynamiczne i nastrojowe. W jednej chwili potrafi przejść od żywiołowego szaleństwa orkiestrowej improwizacji w chwytliwą, melodyjną frazę. Jest również wielce wszechstronny jako kompozytor potrafiąc sięgać zarówno do tradycji wielkich orkiestr jazzowych (Sun Ra and His Arkestra), multiinstrumentalnych kolektywów (Art Ensemble of Chicago) jak i do klasycznego free, psychodelii, bądź też egzotyki. Dokonuje tego w sposób niezwykle harmonijny, niekiedy zaledwie w odstępie kilku taktów zderzając epicki rozmach z intymnym wyciszeniem.

Druga płyta wydawnictwa to jak wskazuje sam podtytuł "Electronic Works" tegoroczne impresje elektroniczne samego Mazurka. To zdecydowanie inny świat niż płyta numer jeden. To prywatny zbiór eksperymentów z elektronicznym brzmieniem o charakterze ambientowym i nieco chaotycznej konstrukcji. Jako producent elektroniki ukazuje znane już z wcześniejszych eksperymentów swoje mroczne oblicze. W części kompozycji ("Cryogenics After The Land Of Spirals" ) dźwięk zostaje podporządkowany linearnej narracji zmierzając do redukcji dźwięków do tych najbardziej hipnotycznych i halucynogennych. Mazurek sięga w nich po ascetyczne konstrukcje ambientowego izolacjonizmu, czy minimal music opartego na wibrujących dronach, przesterach i pogłosach. Inne kompozycje ("Stalking The Spectrum Of Inevitable") ulegają z kolei entropii tworząc nieuporządkowane struktury dźwięków i piętrząc noisowe, chropowate brzmienia, aby doprowadzić całość do kosmicznej abstrakcji. To zdecydowanie elektronika dla fanów Kevina Drumma, pod którego wpływami znalazł się Mazurek za sprawą znajomości i muzycznej współpracy.


Jeśli ktoś dotąd nie był pewien że Rob Mazurek jest postacią dla współczesnego jazzu wybitną to po przesłuchaniu "Matter Anti-Matter" nie powinien mieć już co do tego żadnych wątpliwości. Płyta ta jest bowiem dowodem, że mamy do czynienia z prawdziwym człowiekiem renesansu, nieustającym w dźwiękowych poszukiwaniach, a także z muzykiem wciąż cieszącym się graniem. 
Mazurek to niestrudzony krzewiciel chicagowskiej tradycji, improwizator o otwartym umyśle i jazzowy obywatel świata chętny na wszelakie artystyczne kolaboracje. To muzyczny geniusz który w jednym dziele, takim jak "Matter Anti-Matter" potrafi ukazać różne podejścia do kompozycji zarówno zdyscyplinowanie jak i anarchię. Dokonuje tego w iście artystyczny sposób, utrzymując w 15sto osobowej grupie wirtuozów i improwizatorów pełną dyscyplinę, a pozwalając sobie na anarchię jedynie w solowych kompozycjach. Na taką metodę pracy mogą pozwolić sobie jedynie charyzmatyczni i inspirujący liderzy.



ROB MAZUREK EXPLODING STAR ORCHESTRA – "Matter Anti-Matter"
2013, RogueArt




wtorek, 3 grudnia 2013

American dream Kuby Ziołka / T'ien Lai - "Da'at"

Prestiżowy portal z muzyką alternatywną The Quietus w swoim podsumowaniu roku wyraźnie docenił eksplozję polskiej muzyki niezależnej, której twarzą i wizytówką w 2013 jest bez wątpienia Kuba Ziołek. Jego album "Cień chmury nad ukrytym polem" sygnowany nazwą Stara Rzeka został sklasyfikowany na dwunastej pozycji rankingu najlepszych płyt mijającego roku (deklasując bardzo solidną konkurencję). Fakt ten traktuję nie tylko jako osobisty sukces niezwykle utalentowanego Ziołka, ale również całej polskiej sceny niezależnej, która eksponując swoją niezaprzeczalną oryginalność podbiła serca słuchaczy i krytyków w kraju i na świecie.
Projekt Stara Rzeka słuchany nawet teraz, ponad pół roku od premiery wciąż zaskakuje bogactwem pomysłów, wielowątkowością kompozycji, czy unikalnością nastroju. Sam Ziołek - nieustannie pozostając w twórczym procesie - z powodzeniem zdyskontował swój artystyczny sukces w projektach Alameda 3 i Hokei. Teraz zaś swą hiperaktywność potwierdza nagraną wespół z Łukaszem Jędrzejczakiem w ramach projektu T'ien Lai płytą "Da'at" 
Czy również ten album mógłby zostać oceniony przez brytyjski portal podobnie wysoko jak Stara Rzeka?

"Da'at" to monolityczna dźwiękowa struktura powoli wprowadzająca słuchacza w trans. To hipnotyczna mantra, wibrująca mięsistymi dronami. Spotyka się tu ambient, kosmische musik, ezoteryczna atmosfera (pobudzana tajemniczą oprawą i otoczką projektu inspirowanego kabałą), zaś charakterystyczne dla Ziołka sugestywne elementy folkowe, utrzymane w słowiańskim duchu Obuha zostają tu wzbogacone, bądź zastąpione klimatami bliskowschodnimi ("Tron").
T'ien Lai to najbardziej statyczny i jednorodny projekt z prezentowanych przez Ziołka w tym roku. Oparty głównie na brzmieniu transowych syntezatorów, shoegaze'owych dronów i psychodelicznych wokaliz zawieszonych w strumieniu pogłosów, czyli na tych samych elementach, na których zbudowane zostały albumy Starej Rzeki i Alameda Trio. W porównaniu jednak z wymienionymi, na "Da'at" ograniczone zostało miejsce dla gitary elektrycznej (odpowiedzialnej do tej pory głównie za fakturę teł), oraz akustycznej (nie licząc transowych akordów "Glorii"), która w niezwykły sposób dodawała lirycznego i folkowego odcienia muzyce Ziołka. Tym razem tło malują gęste pasma syntezatorów o brudnych barwach, oraz wibrujące niczym pustynne powietrze drony, wprowadzające atmosferę mistycznego napięcia. 
Elementem (jak dla mnie nie trafionym) dodanym do stałego elementarza "ziołkowej" ekspresji są wychwycone z fal eteru sample radiowej audiosfery, poprzetykanej sensacyjnymi informacjami i miałką muzyką pop. Ów bardzo charakterystyczne sample (Madonna - "Vogue") zostają użyte na płycie (z premedytacją?) w sposób mało subtelny i niechlujny. Nie tworzą z materiałem zwartej całości co i rusz wybijając słuchacza z kontemplacji kosmicznych pejzaży. Być może to celowa strategia Jędrzejczaka i Ziołka aby rozbijajać komfortowy stan muzycznej medytacji brutalnymi wtrętami rzeczywistości, bowiem podobny burzliwy przebieg miał tak nieszczęśliwie i dramatycznie zakończony występ T'ien Lai w łódzkich Owocach i Warzywach. Wtedy również postrzeganie zahipnotyzowanej dronami publiczności rozbijane było krótkimi, irytującymi samplami o większym natężeniu głośności, co sugerowałoby bądź niechlujność wykonawczą i brak koncentracji, kłopoty sprzętowe bądź też, celowe poddawanie słuchacza i jego wrażliwości próbie (tylko czemu miałaby ona służyć?).

Mimo iż sam w sobie "Da'at" jest interesującym wydawnictwem, to z pewnością nie jest to materiał na miarę solowej Starej Rzeki. Hipnotyczny charakter T'ien Lai skazuje go na brzmieniową i kompozycyjną jednolitość, przez co nie skrzy on tak kapitalnymi pomysłami jak "Cień chmury nad ukrytym polem". Nie posiada również tej monstrualnej mocy co "Późne królestwo". Ubyło również folkowego ducha, który wzbogacał wymienione projekty Ziołka o unikalny pierwiastek swojskości i mistycyzmu kultury ludowej. (Pamiętam jak w wywiadzie z Łukaszem Komłą Kuba Ziołek dystansował się od postrzegania jego muzyki przez pryzmat folkowy, czy etniczny nie zdając sobie chyba sprawy z sugestywności tego elementu w swojej muzyce i tego jak bardzo wyróżnia ją na tle innych podobnych muzycznych projektów ze świata) Być może to właśnie właśnie dzięki "Obuhowemu" dziedzictwu muzyk może teraz cieszyć się dwunastą pozycją wśród płyt AD 2013 portalu Quietus.

W moim przekonaniu "Da'at" podważa nieco sens nadaktywności wydawniczej Ziołka. Objawia bowiem w pełnym świetle niebezpieczeństwa jakie mogą stać przed twórcą, który w niepotrzebnym pośpiechu zdradza wszystkie swoje tajemnice. 
Aktywność Ziołka może świadczyć zarówno o niezwykle silnej wierze we własne umiejętności i trzymaniu w zanadrzu całkiem nowych zaskakujących muzycznych koncepcji, bądź też wprost przeciwnie o amatorskiej wręcz potrzebie wyjawienia światu wszystkiego od razu, bez dozowanego oczekiwaniem napięcia związanego z wydaniem kolejnego wydawnictwa. "Da'at" daje świadectwo zmęczenia materiału, braku świeżości i wystrzelenia się z pomysłów, oraz oryginalności, kosztem czego twórca jest zmuszony powielać swoje patenty. Chciałbym się mylić bo jestem wielkim fanem twórczych ambicji Ziołka i jego muzycznych projektów, ale zadziwiającym jest dla mnie fakt, że w przeciągu zaledwie kilku miesięcy tego roku bydgoszczanin zarówno zdołał dorobić się swojej brzmieniowej sygnatury w postaci shoegaze'owego ambientu; stać się liderem polskiego undergroundu (nie tylko jako producent, ale także jako "aktywista" dając mocny głos sprzeciwu wobec nierównemu traktowaniu polskich artystów w trakcie muzycznych, rodzimych festiwali); a także (niestety) wyczerpywać swój unikalny dotąd potencjał artystyczny za sprawą hiperaktywności wydawniczej (choć to, być może po części wina samych wydawnictw)

T'ien Lai wydobyło ze mnie zmęczenie wszechobecnością muzyki Ziołka, ogrywając wszelkie sprawdzone we wcześniejszych projektach patenty, w mniej błyskotliwej formie. Być może zatem przydałaby się tym razem chwila wytchnienia zafundowana słuchaczom, aby znów mogli z taką samą intensywnością być zaskakiwani ponadprzeciętnymi "ziołkowymi" umiejętnościami wypracowywania własnego stylu, łączenia (nawet skrajnych) estetyk i uwodzenia psychodeliczną i ezoteryczną aurą muzyki. 




T'IEN LAI - "Da'at"
2013 Monotype Rec.

poniedziałek, 25 listopada 2013

The Thing pręży muskuły / The Thing - "Boot!"

"Boot!" to żywioł. To wyzwanie, które poddaje słuchacza brutalnej próbie zmierzenia się z granicami
własnego postrzegania i przyswajania muzyki. To bezkompromisowa wymiana ciosów w wadze ciężkiej, gdzie słuchacz pozostaje jedynie bezbronnym sparingpartnerem, przyjmującym ciężkie ciosy od trzech solidnych zawodników. Ci zawodnicy z których każdy posiada syndrom hiperaktywności twórczej; to Mats Gustafsson (saksofony),  Ingebrigt Håker Flaten (bas elektryczny), oraz Paal Nilssen-Love (perkusja).  Nazywają się The Thing i właśnie ukazał się ich najnowszy album "Boot!"

"Boot!" wrzuca nas w sam środek skandynawskiego żywiołu, w wir apokaliptycznej zagłady. Poraża i zachwyca brutalną mocą jazzu i swoistym rozumieniem piękna jako niszczycielskiej mocy. Nie od parady okładka albumu przedstawia prężący się biceps, bowiem Gustafsson i spółka proponują słuchaczom porażający pokaz bezceremonialnej, ale i wyrafinowanej siły. Muzycy pomimo fizjonomii skandynawskich drwali z dźwiękowego ekstremum uczynili sztukę, a ich muzyka nie ma w sobie odrobiny nachalnej toporności. Ich wyrafinowane podejście i szacunek do jazzowej i rockowej tradycji uwidaczniają wątki melodyczne i cytaty, z klasyków, które wraz z elementem improwizacyjnym zostają ubrane w garnitur ekstremalnej ekspresji i skatalizowane w formie muzycznej apokalipsy. Jak szczera jest ta ekspresja muzyków słychać choćby w atawistycznych pokrzykiwaniach lidera, który bojowymi wrzaskami zagrzewa swój zespół do gry / walki.

Choć nowa płyta The Thing jest po części wynikiem inspiracji jazzowymi klasykami Coltrane'm ("India") i Ellington'em ("Heaven"), to jest albumem paradoksalnie mniej jazzowym niż poprzednia ich produkcja "Mono" (2011). Od poprzedniczki różni ją również to, że mniej operuje nastrojowymi kontrastami ograniczając swą wizję jazzu do jednolitego rockowo-garażowego brzmienia. Doskonale słychać to nie tylko w punkowo-noisowych obłąkańczych odjazdach Gustafssona, którego deliryczny saksofon chwilami osiąga rejestry niebezpieczne dla ludzkiego słuchu, ale przede wszystkim w rzężącym w tle, przesterowanym elektrycznym basie Flaten'a i grindecore'owej perkusji Nilssen-Lowe'a. 

Postrzeganie "Boot!" wydaje się jeszcze ciekawsze z perspektywy zerkania na album przez pryzmat  koncertu skandynawskiego tria, który przeszło miesiąc temu odbył się w warszawskim Pardon To Tu. Występ, który zatrząsł w posadach stołeczną klubokawiarnią, pomimo potęgi brzmienia wypada przy studyjnym nagraniu niczym dziecinna igraszka. W trakcie pasjonującego koncertu The Thing, z wyczuciem adekwatnym dramaturgii klubowego setu przeplatali kawalkady brutalnej jazzcore'owej siły elementami wręcz "tanecznymi", czy kameralnymi. Na "Boot!" nie ma taryfy ulgowej, nie ma kokietowania słuchacza. Wszelkie fragmenty melodyczne zostają przytłoczone tak ciężkim brzmieniem, że nie sposób wziąć oddechu aby przynieść sobie choć chwilową ulgę. Elektryczny bas Flaten'a, który w trakcie koncertu pełnił funkcję porządkującą i dynamizującą kompozycję dla rozimprowizowanych kolegów, na "Boot!" staje się metaliczną, meandrującą fakturą pełną kaleczących opiłków i zadziorów, która nadaje chropowaty i zardzewiały odcień brzmieniu utworów. Z kolei Nilssen-Lowe, który w Pardon To Tu brawurowo operował szeroką paletą perkusyjnych środków wyrazu (momentami o zacięciu stricte sonorystycznym) zbombardował album precyzyjnymi i monumentalnymi kawalkadami o dynamice pocisków artyleryjskich. Tylko energię Gustafssona (dla którego instrument wydaje się zbyt skromnym narzędziem do pełnego wyrażenia swojej improwizatorskiej ekspresji) można w skali 1:1 przenieść z występu w Pardon To Tu bezpośrednio na płytę "Boot!"

The Thing stawiają sobie za cel przekroczenie zarówno swoich improwizatorskich możliwości, jak i przesunięcie granic jazzowego postrzegania w rejony zarezerwowane dotąd głównie dla muzyki metalowej, czy ekstremalnej, noisowej elektroniki. 
Łatwo odbić się od tej intensywnej i nasyconej dźwiękowym ekstremum płyty, podkulić ogon wobec jej bezceremonialnej siły. Łatwo jej przypiąć łatkę muzycznej rzeźni i dźwiękowego pandemonium. Sęk jednak w tym, że ten rodzaj ekspresji, którą ukochali sobie członkowie zespołu pozwala otrząsnąć się z codziennego letargu współczesnej zbanalizowanej i opresyjnej audiosfery.


THE THING - "Boot!"
2013 The Thing Records





środa, 20 listopada 2013

Szlachetność analogowego brzmienia / Mirt - "Rite of Passage" + Ter - "Fingerprints"

TER - "Fingerprints"
MIRT - "Rite of Passage"
Dwa obrazy Tomka Mirta zdobią dwa nowe wydawnictwa Cat | Sun (sublabel Monotype Rec.). Te dwie premiery to solowy album samego twórcy oprawy graficznej, oraz solowy album Magdy Ter - artystów "zafiksowanych" na punkcie syntezatorów modularnych.

Na okładce "Fingerprints" Magdy Ter swoje wielkie, żółte ślepia wlepia w nas makak czubaty, niezwykle "światły" gatunek, który w stadzie stosuje całkowite równouprawnienie płci. Oczy makaka zdają się być zadziwione czymś, bądź próbują nas wprowadzić w trans swoim hipnotycznym spojrzeniem. 
Podobne spojrzenia kierują na nas bohaterowie surrealistycznej okładki "Rite of passage" Mirta. Jej z pozoru sielski nastrój i scenerię burzy obecność postaci w czarnym jednolitym kostiumie, białej masce z długim czerwonym nosem i umalowanymi policzkami pozująca wraz z kobietą przy Cadillacu, bądź Lincolnie. Wpatrują się w nas zaskoczeni naszą obecnością, na wpół kroku przed wejściem do auta. 
Obie okładki mogą być świetną inspiracją do swobodnego fantazjowania i snucia tajemniczych fabuł. Do próby nawiązywania relacji między dźwiękiem i obrazem. Muzyka Ter i Mirt jak najbardziej sprzyja takim odlotom.

Jeśli natomiast chcielibyśmy uzyskać rzeczywiste analogie pomiędzy oprawą tych płyt, a ich dźwiękową zawartością to wiele z nich znajdziemy przyglądając się detalom tych wydawnictw.  Brak tytułów utworów, informacje o autorstwie zredukowane do niezbędnego minimum wystarczającego jedynie do identyfikacji z dziełem, którego tytuł został wyeksponowany na tylnej obwolucie. Eleganckie, minimalistyczne wydania tonące w ciepłych, pastelowych, jednolitych barwach kojących oko. Taka jest też muzyka obu albumów. Minimalistyczna, wyciszona, hipnotyzująca i nieśpieszna.

Zarówno Mirt jak i Ter pozwalają nam kontemplować pastelowe odcienie modularnego brzmienia. Dźwięków niezwykle szlachetnych, nasyconych, soczystych, selektywnie współistniejących ze sobą. Do rozkoszy doprowadza słuchacza śledzenie tych mięsistych, atłasowych basów dryfujących w tłach, elektrycznych wyładowań arpeggiów, czy stłumionych stóp automatu perkusyjnego, które nadają temu kosmicznemu krajobrazowi dostojnego, leniwego tempa. Te ascetyczne kompozycje oparte zaledwie na kilku dźwiękach, kilku motywach i barwach rozlewają się szerokimi plamami tworząc oniryczne i jak najbardziej psychodeliczne scenerie.

To co różni oba te albumy to indywidualne tory na które artyści kierują swoją koncepcję kosmicznej muzyki, a które doskonale można scharakteryzować jako opozycją pomiędzy elementem dynamicznym Magdy Ter i statycznym Tomka Mirta. 

"Fingerprints" to pozycja bardziej ruchliwa, ale nie mniej hipnotyczna niż "Rite of Passage". Do analogowej osnowy albumu Ter wprowadziła instrumenty perkusyjne, które nadają jej kompozycjom lekkości i atrakcyjnej ornamentyki. Chwilami wkradają się elementy egzotyki (3,5), muzyki klubowej (analogowe subtelne techno (3)), czy też dubowe inklinacje (5).

"Rite of Passage" to z kolei propozycja bardziej statyczna, ambientowa, której autor pozwala nieśpiesznie wybrzmiewać. Przypomina ona w delektowaniu się analogowym brzmieniu współpracę Piotra Kurka i Sylvi Monnier w ramach projektu Suaves Figures. Swoje kontemplacyjne aranżacje Mirt chętnie wzbogaca o rejestracje field recording, wycinki z filmów o zombie, a także egzotyczne brzmienie bansuri - indyjskiego fletu. 
Tytuł albumu Tomka Mirta chciałbym interpretować w taki sposób że, muzyk zaprasza słuchaczy do wspólnego przeżywania ceremonii dźwiękowego rytuału przejścia, w trakcie którego za cenę cierpliwości, koncentracji i uważnej kontemplacji dostąpią oni dźwiękowej inicjacji, aby stać się bardziej dojrzałymi i wrażliwymi słuchaczami. W czasach, w których co raz więcej adresatów kultury ma kłopot z recepcją większego dzieła, w czasach kiedy nowym sposobem na konsumowanie treści muzycznych / kulturowych jest skipowanie płyt i dyktatura fragmentu (singla)  tak rozumiany rytuał przejścia byłby nie do przecenienia.

Muzyczne combo Mirt-Ter występujące wspólnie również na żywo otwiera słuchaczom uszy na szlachetność analogowego brzmienia stawiając na Panteonie te jakże niezgrabne i nie kompaktowe urządzenia jakimi są syntezatory modularne. W ich rękach te maszyny ukazują swoje bogactwo i duszę, a także czarującą usterkowość i nieprzewidywalność. Wskazują jednocześnie, że poprzez ich manualne użycie i oryginalne, mięsiste brzmienie dużo bliżej im do instrumentów akustycznych  niż do cyfrowego interfejsu muzyki laptopowej.

MIRT - "Rite of Passage" / TER - "Fingerprints"
2013 Cat | Sun / Monotype Rec.

wtorek, 19 listopada 2013

Złota proporcja / Mammoth Ulthana - "Mammoth Ulthana"

Na płytę kolektywu Mammoth Ulthana natknąłem się zupełnie przez przypadek, przeglądając wpis  Bartka Chacińskiego. Dzięki krótkiej wzmiance na jego blogu, a raczej dzięki zamieszczonej tam dźwiękowej próbce udało mi się natrafić na jeden z najbardziej niezwykłych albumów wydanych w tym roku w Polsce. Kiedy myślałem, że w tak płodnym dla polskiej muzyki niezależnej roku nic już mnie nie zaskoczy oto pojawia się album (wydany jeszcze przed wakacjami), który jeśli nie bije wszystkich faworytów na głowę, to bezdyskusyjnie urzeka i wprawia w zachwyt.

Mammoth Ulthana to duet stworzony przez Rafała Kołeckiego - multiinstrumentalistę operującego we wszelakich odmianach instrumentów perkusyjnych, członka składu toruńskiego Hati, oraz Jacka Doroszenko - artystę audiowizualnego i producenta dźwięku. Razem stworzyli dźwiękowy mikrokosmos utkany z pełnego symbiozy przenikania się struktur akustycznych i elektronicznych.

Album "Mammoth Ulthana" to udana alchemiczna próba przemiany metalu w złoto. To obfitość i bogactwo składników, które ulegają metamorfozie w szlachetny kruszec. To wydawałoby się niemożliwe połączenie mnogości dźwięków, instrumentów, inspiracji i pomysłów w skromnym minimalistycznym dziele.

Na "Mammoth Ulthana" imponuje już samo instrumentarium i jego wykorzystanie. Po stronie Kołeckiego są to gongi, śpiewające misy, rogi, rury, dzwonki, kołatki, wszelkiej maści perkusjonalia, muszelki, skorupki z których poprzez uderzanie, pocieranie, szeleszczenie, zderzanie, wyginanie, czy postukiwanie wydobywa cały wachlarz dźwiękowych tekstur. Zostają one zrównoważone subtelną nawiązującą do estetyki clicks and cuts elektroniką Doroszenko, oszczędną i nietuzinkową sampodellią, oraz elementem melodycznym w postaci ciepłego brzmienia cyfrowego pianina. Panowie doskonale uzupełniają się w swej współpracy mając jasno określony cel - muzyczny kompromis, w którym żaden z instrumentów i żadna z koncepcji nie dominują nad pozostałymi, harmonijnie współtworząc elegancki, surrealistyczny kolaż. Kaskady krystalicznych "szklanych" dźwięków, metaliczne pogłosy, donośne gongi, wibrujące drony, hałaśliwe muszle, organiczne odgłosy (np oddychanie przez nos w "Interludium") plemienne melodie fujarek rodem ze ścieżek dźwiękowych do filmów Herzoga autorstwa Popol Vuh, celnie i oszczędnie pointowane klikającą elektroniką i hipnotycznymi pasażami pianina tworzą elektroakustyczne słuchowisko, które pasjonuje swą obfitością, oraz zachęca do zabawy w identyfikowania odgłosów.
Niezwykłym jest fakt, ze w tym dźwiękowym królestwie mikro-detali Mammuth Ulthana nie powtarzają swoich patentów, żonglując wręcz nieskończoną ilością aranżacyjnych pomysłów.

"Mammoth Ulthana" z każdą minutą zaskakuje zwrotami akcji, pojawiającym się instrumentarium i nawiązywaniem dialogu z muzyką elektroniczną, elektroakustyczną, ambientową, rytualną, klasyczną, a także minimal music La Monte Younga. To muzyka, która jednocześnie intryguje, hipnotyzuje i co ciekawe relaksuje, gdyż mimo zakorzenienia w mrocznych estetykach nie niesie ze sobą ciężaru gatunkowego upodabniając się do zwiewnej muzyki medytacyjnej. Ma ona w sobie niespotykaną przy takich produkcjach lekkość spotykaną głównie w banalnej i kiczowatej, relaksacyjnej muzyce new age, choć "Mammoth Ulthana" nie jest ani  trochę kiczowata, czy banalna.
Na podstawie mojej ulubionej kompozycji "Interludium" z wypiekami na twarzy można śledzić jak łagodna melodyjność, czy ćwierkający ptasi gwizdek, zostaje skonfrontowany z rytualnym gongiem, wibrującym dronem żywcem wyjętym z dźwiękowych instalacji Zygmunta Krauzego i elektroakustycznymi odgłosami rodem z taśm Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia.
Wielkości tego materiału upatrywałbym właśnie w takich opozycjach i paradoksalnych zestawieniach, które z pełną twórczą świadomością muzycy doprowadzają do alchemicznego kompromisu.

Łącząc ze sobą muzykę syntetyczną z akustyczną, a także wiążąc wątki ezoteryczne, folkowe, elektroniczne i industrialne w jedyną swojego rodzaju jakość Mammoth Ulthana jawią się jako kolejni na polskiej scenie niezależnej duchowi spadkobiercy tradycji Obuha.

Na marginesie recepcji albumu "Mammoth Ulthana" należy zwrócić uwagę, że z równą pieczołowitością, i poczuciem estetyki Kołecki i Doroszenko przykładają wagę do wizualnej oprawy swojej muzyki. Począwszy od hipnotycznych wizualizacji, poprzez efektowną stronę internetową, na minimalistycznym, stylowym wydaniu płyty kończąc. 
Wszystkie elementy muzyczne zawarte na płycie jak i towarzyszące jej fizycznemu wydaniu, jej koncepcja i arcy-udana realizacja sprawiają wrażenie dzieła w pełni przemyślanego i skończonego. Wycyzelowanego z największa starannością, wyobraźnią i umiarem. Będąc najzupełniej szczery trudno mi znaleźć jakiekolwiek negatywne strony tego wydawnictwa. Czyżby zatem polska płyta roku 2013?



MAMMOTH ULTHANA - "Mammoth Ulthana"
2013 Zoharum / Huta Artzine

poniedziałek, 18 listopada 2013

Słowiański duch / Stefan Wesołowski - "Liebestod"

Ryszard Wagner, Tristan i Izolda, Important Records, Dominikanie,  Michał Jacaszek, Piotr "Emade" Waglewski, "Kompleta". Jakże wiele wątków spotyka się na tej skromnej i wyciszonej płycie. Na każdym z nich mogłaby być oparta moja recenzja "Liebestod" odciągając uwagę od tego co najistotniejsze - muzyki.
O inspiracjach autora, jego współpracownikach, renomowanym wydawcy, czy wcześniejszych dokonaniach spokojnie można przeczytać w recenzjach, które jak mantrę powtarzają notatkę prasową towarzyszącą wydawnictwu. Jeśli więc trafiliście już na tą recenzję to na pewno znane są wam fakty towarzyszące powstaniu "Liebestod". Ja przywołam je tylko w formie odnoszącej się do muzyki Stefana Wesołowskiego. 

Szum morza, wiejący wiatr, odgłosy mewy i ujadanie psa to nieoswojony świat natury, który staje się wstępem do przepięknego nokturnu zagranego na skrzypcach i (jakżebym sobie tego życzył) na basach (?) typowo polskim instrumencie ludowym, o niskiej dronującej tonacji. Życzyłbym sobie tego gdyż otwierające płytę "Liebestod" "Ostinato" to utwór wyjątkowo piękny, uwydatniający swój słowiański ładunek właśnie za sprawą lamentujących instrumentów smyczkowych. Tak mogłaby brzmieć pieśń zaduszna, lub adwentowa rozchodząca się pod wiejskimi strzechami od Bałtyku do Tatr. 
Z dzikiej, nieokiełznanej natury, oraz nastrojowej, przepełnionej nostalgią ludowej sakralności, za sprawą talentu Stefana Wesołowskiego "Ostinato" przeobraża się w wyrafinowaną awangardę spod znaku modern cllassical. Podobnie rozpoczyna się modlitwa brewiarzowa "Kompleta" nagrana dla Ojców Dominikanów w 2006 roku. Na tamtej płycie to kompozycja "Wezwanie" wprowadza uroczysty, odświętny nastrój przenosząc słuchacza w sferę sacrum. 

Doskonałość "Ostinato" to wysoko postawiona poprzeczka wobec reszty materiału, który niestety nie utrzymuje tego poziomu. Im dalej wnikamy w "Liebestod" tym bardziej ulega rozrzedzeniu jego odświętność, a charakter albumu niepokojąco przybiera formułę sentymentalnego soundtracku.

Wesołowski nie próbuje mierzyć się z epickim rozmachem Wagnera, czy choćby intymnym Part'em. Ucieka od sterylności i "wysokiego stylu" eksponując szum, odgłosy otoczenia, taneczny rytm ("Route") tak jakby starał się wprowadzić element profanum i uczynić swą muzykę bardziej świecką. "Liebestod" brak liturgicznego nastroju "Komplety", tak jakby twórca zamierzał ukazać bardziej przystępne / popularne oblicze muzyki klasycznej spod szyldu Yann'a Tiersen'a, czy Hauschki. Możemy również natknąć się na wątki muzyki Tima Heckera ("Tacet"), którym jednak brakuje rozmachu, oraz potęgi brzmienia, charakterystycznych dla twórczości Kanadyjczyka.

Chciałbym słyszeć w tym materiale coś więcej niż tylko kompromis zaadaptowania muzyki klasycznej do form bardziej popularnych. Chciałbym aby "Liebestod" trzymał mnie w nastroju sakralnego uniesienia, w intymnej atmosferze religijnego obrzędu i swojskiej, słowiańskiej ludowości zamiast wpisywać się w ograne, kosmopolityczne konteksty. Jakże bowiem zyskuje ta muzyka kiedy słychać w niej echa rodzimego folkloru i korzennej, intymnej religijności.
Brakuje mi na płycie również mocnych gestów, kulminacji, czy kontrapunktów, które z landszaftu uczyniłyby pełnokrwiste dzieło jak choćby w na albumach Jacaszka, który poddał zarówno tradycję ("Treny") jaki i klasykę ("Glimmer") noisowej i ambientowej rekonstrukcji nie tracąc przy tym nic z ich podniosłego charakteru.

Wesołowskiemu brakuje takich mocnych, przełamujących momentów, przez co w miarę słuchania z "Liebestod" ulatnia się cała kontemplacyjna aura. Z tak niezwykłego i wielowymiarowego konceptu zapoczątkowanego w "Ostinato" finalnie pozostaje, zamykająca płytę łzawa  ballada "Hand Im Haar". Nie pozostaje mi zatem nic innego jak zapętlić w odtwarzaczu utwór rozpoczynający album Wesołowskiego i słuchać go nieskończenie jak mantry. Co czynię zresztą z prawdziwą przyjemnością



STEFAN WESOŁOWSKI - "Liebestod"
2013 Important Records

wtorek, 12 listopada 2013

Najsmutniejszy bard świata / Matt Elliott - "Only myocardial infarction can break your heart"

Matt Elliot to niewątpliwie jeden z najsmutniejszych bardów świata. Wystarczy przytoczyć tytuły jego płyt "Drinking Songs" (2005), "Failing Songs" (2006), "Howling Songs" (2008), "The Broken Man" (2012), aby stało się jasne, że to właśnie z traumy uczynił on swoją największą namiętność. Ale właściwie nie ma się czemu dziwić, bowiem autor piosenki o jakże znamiennym tytule "If Anyone Tells Me It's Better To Have Loved And Lost Than To Never Have Loved At All I Will Stab Them In The Face", która mogłaby rywalizować z "Gloomy sunday" o tytuł najsmutniejszej piosenki świata pochodzi z najbardziej depresyjnego obok Seattle miasta na muzycznej mapie świata - Bristolu - kolebki trip hopu, czy dub stepu.

Matt Elliott to dla mnie postać ambiwalentna. Od pierwszego spotkania z jego muzyką wzbudzająca we mnie jednocześnie odczucie zachwytu jak i lekkiego niesmaku. Jak bowiem traktować artystę, który od ponad dekady sztywno trzyma się swojego emploi muzycznego mazgaja, który swoimi balladami przynosi permanentnym "dołersom" i romantykom o złamanych sercach ulgę w postaci kojącej, bądź katalizującej ich emocje muzycznej strawy.
Z drugiej strony jest jednym z niewielu twórców, którzy swój żal potrafią wyeksponować w tak urzekający sposób. Brytyjczyk ma bowiem znakomity zmysł  kompozytorski i aranżacyjny. Jest też posiadaczem zjawiskowego i oryginalnego, chwytającego za gardło wokalu. Idealnie wpisującego się w estetykę nokturnu. Ciepłego niezwykle głębokiego, hipnotycznego, lekko przepitego i zadymionego, którego basowa (wręcz dronowa) tonacja zatrzęsie nie jednym subwooferem. Niestety nie rzadko zdarza mu się przekraczać granice patosu i przesadnego uniesienia, czym często psuje mi odbiór swojej intymnej muzyki.

Muzyka tworzona przez bristolczyka swoim nastrojem ma moc wywoływania u słuchaczy wrażenia upijania się na smutno powodując, że nawet bez alkoholu zajrzysz w głąb siebie i choćbyś był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi zawyjesz z weltschmerz'u lub... ziewniesz. 
Jednak jego nowy album "Only myocardial infarction can break your heart" zapowiadany był jako przełamanie serii traumatycznych wydawnictw, na rzecz kompozycji bardziej optymistycznych i mniej mrocznych. I faktycznie nowa płyta należy do nieco mniej hermetycznych, i żałobnych, jednak nie jest pozbawiona muzycznej sygnatury Elliotta w postaci melancholii, i pokutnego nimbu. Tym razem smutek zastaje zastąpiony złością i twórczą agresją, czego przykładem może być otwierająca materiał ognista kompozycja "The right to cry".
Siedemnasto-minutowy utwór ma prawdziwie epicką ekspresję i jest prawdziwą wizytówką "elliottowej twórczości". Chwilami subtelną i cichą, chwilami dynamiczną, pełną rozmachu i twórczej pasji opartej na pochodach akordów akustycznych i elektrycznych gitar, kontrabasu, delikatnie wypełniającej tło elektronice i znakomitej perkusji rodem z albumów Third Eye Foundation. Bo też trzeba zauważyć że "Only myocardial infarction can break your heart" jest pierwszym albumem Elliotta, na którym tak jawnie łączy wątki swoich dwóch niezwykłych projektów. A robi to w sposób doskonały czerpiąc z obu to co najlepsze, a przy tym trzymając się z dala od przekroczenia granicy prześwięcenia.

Album Matta Elliotta, mimo iż wydaje się muzycznym monolitem subtelnie przemyca dużą ilość różnorodnych wątków i inspiracji. Alt folkową kanwę materiału ubarwiają zarówno aranże o proweniencji latynoskiej, rytmice rodem z flamenco, czy z tango ("The right to cry", "Prepare for disappointment"). Są też fragmenty inspirowane altcountry i americaną ("Reap what you sow"), czy unikalna i natchniona mistycyzmem sakralna elektronika Third Eye Foundation. Wszystkie te momentami egzotyczne i z pozoru nieprzystające do siebie tropy są możliwe do wyłapania dzięki wspaniałej produkcji pospołu samego Elliotta jak i David'a Chalmin'a. Różnica w brzmieniu, jego klarowności i selektywności między wczesnymi albumami a "Only myocardial infarction can break your heart" jest bowiem kolosalna na korzyść ostatniego.

Autor co znamienne zamyka swą płytę (bonusowe "All of our leaders are sociopathic...""I'll sleep when you're dead") remiksując sam siebie, oddając akustyczną formę ballady Matta Elliotta, w reinterpretację elektronicznego Third Eye Foundation. Krucha, rdzawa, niesiona dubowym rytmem i połamanymi breakami stylistyka tego projektu pomimo, że jest kontynuowana i wznawiana przez Elliotta dłużej niż twórczość podpisywana własnym imieniem i nazwiskiem świetnie odnajduje się w postdubstepowej estetyce, podobnie jak w czasach kiedy była śmiałą reinterpretacją drum'n'bass i jungle.

"Only myocardial infarction can break your heart" można by uznać jako wspaniałe podsumowanie dotychczasowej twórczości tego nietuzinkowego muzyka. Łączące wszystkie najlepsze cechy obu projektów. To płyta mająca muzycznie wiele do zaoferowania, wielowątkowa i eklektyczna. Pełna artystycznego rozmachu, ale i kompozytorskiej dyscypliny. Pozbawiona chwytliwych fragmentów bardziej cieszy swoją konstrukcją, brzmieniem i odniesieniami niż zapamiętywalną wpadającą w ucho melodią. To płyta na której większa uwagę poświęcimy kunsztowi muzycznemu autora niż jego emocjom, a to w przypadku Elliotta jest bardzo wskazane.


MATT ELLIOTT- "Only myocardial infarction can break your heart"
2013 Ici D'ailleurs

piątek, 8 listopada 2013

Tajemnica tekturowej szkatułki czyli RSSgate / Kucharczyk - "Chest"

Tak jak doczekaliśmy się w tym roku erupcji kapitalnych wydawnictw solidnej, rodzimej sceny elektronicznej i niezależnej tak i doczekaliśmy się własnej "Burialgate" (dla niewtajemniczonych; obsesyjnego polowania na tożsamość najbardziej enigmatycznej postaci elektroniki ostatnich lat). Cały polski i nie tylko polski internet huczy już od plotek kim są członkowie tajemniczego kolektywu RSS B0YS. Skrywana za burkami, firankami, girlandami frędzli i heklowanymi serwetami tożsamość świecącego obecnie tryumfy duetu stała się pretekstem do wysuwania najbardziej śmiałych teorii i domniemań who is who, a raczej who are RSS?. Burial + Zomby, Skrillex + Tiesto, Hawryluk + Chaciński?  Kolejny trop nasuwać może okładka nowego albumu T'ien Lai czyli, że Ziołek + Jędrzejczak?

RSS B0YS
T'ien Lai


Największe podejrzenia na choćby jedną z osób tworzącą RSS B0YS padają jednak na Wojtka Kucharczyka szefa Mik Musik, wydawcę tajemniczego duetu. Wiemy przecież, że Kucharczyk skory jest do wszelkich maskarad i teorii spiskowych (patrz projekt Dwutysięczny), zaś dowody na potwierdzenie tezy są coraz mocniejsze i dodatkowo podsuwane przez samego podejrzanego na jego autorskiej epce "Chest", która pojawiła się w październiku w katalogu rodzimego wydawnictwa.

Większość z jedenastu kompozycji z tajemniczej szkatułki Kucharczyka z powodzeniem mogłoby dołączyć do utworów z "TH T00TH 0F TH FTR" RSS B0YS (choćby utwory "Carrors", czy "Reminder X") Scala je bowiem charakterystyczne potężne, muskularne brzmienie, mechaniczne techno, ociężała narracja, i moc pneumatycznego młota. 
Różnica jednak polega na tym, że "Chest" pozbawione jest niemal w całości brudów i gęstości smolistej magmy w jakiej zanurzone są kompozycje RSS. Kucharczyk cyzeluje brzmienie swoich instrumentów dopieszczając je i doprowadzając do krystalicznej przejrzystości. Jego przepyszne, hipersyntetyczne dźwięki raczą uszy sterylnością godną wydawnictw Raster Noton, z tym wyjątkiem, że Kucharczyk miast mikro sampli, klików, czy miniaturowych ultradźwięków preferuje ciężkie, kostropate dźwiękowe kloce. Ich brzmieniowa jakość niczym fetysz powinna utrafić i rozbudzić fantazje fanów hi-techowych syntetyków ("13 and scheme").
Kucharczyk po raz kolejny potwierdza, że ma lekką rękę do ciężkich brzmień. Soczyste mechaniczne odgłosy, na granicy przesteru, czy industrialne pogłosy nie zakłócają przestrzeni kompozycji, zaś masywne, siermiężne, pompujące bity wbijające w podłogę, nie odbierają przebojowego potencjału tej ultratanecznej propozycji.  
Na "Chest" melodie zredukowane są niemal do zera, na rzecz metalicznej, człapiącej krokiem robota industrialnej elektroniki, w której płynnie przenikają się stylistyki techno, electro, idm, glitch, a nawet house.
I jak na projekt szefa Mik Musik przystało znalazło się również w tym zestawieniu miejsce na "firmowe" Kucharczykowe quasi piosenki  "Inny świat" i "It doesn't matter song"

Pomijając czysto humorystyczny wątek tożsamościowy RSSów należy na głos odtrąbić, że wreszcie doczekaliśmy się aktywnej i wielce kreatywnej polskiej elektroniki i muzyki niezależnej, czego dowodem może być właśnie "Chest" Kucharczyka. Epka, która jest skrojona głównie z odrzutów sesyjnych do mającej się ukazać w przyszłym roku w Monotype Records regularnej płyty. I choćby Kucharczyk zaklinał się, że "to nic wielkiego" poprzeczkę postawił na bardzo wysokim poziomie. Nie musimy już zatem zasłuchiwać się w Stott'ach, Actress'ach, czy innych Autechre'ach bo na swoim podwórku mamy nie mniej utalentowanych i doświadczonych zawodników. Chapeau bas!

Ps. W ramach śledztwa RSSgate organizatorom kolejnych showcase'ów Mik Musik sugeruję wzięcie na oko Wojtka Kucharczyka, czy aby nie przebiera się czasem w jakieś babcine obrusy i nie znika nagle przed występem Eresesów. ;)


KUCHARCZYK - "Chest"
2013 Mik Musik

czwartek, 7 listopada 2013

Halo techno / Gardland - "Syndrome Syndrome" / Laurel Halo - "Chance of Rain"

Na przestrzeni ostatnich tygodni ukazały się dwie płyty, których wspólnym mianownikiem jest techno i jego twórcza reinterpretacja. Z jednej strony klarowna i charakterna wizja Australijczyków z Gardland, z drugiej nieco chaotyczna próba wyjścia poza gatunek i poszukiwania unikalnej estetyki zrealizowana przez Amerykankę Laurel Halo. Oba albumy ukazują jak otwarta na próby interpretacji i interferencji gatunkowych może być estetyka techno. Odchodząca od utartych skojarzeń związanych z gatunkiem i szukająca jednocześnie możliwości ukazania go w nowym zaskakującym świetle. Jednak wynik owych poszukiwań i eksperymentów, tylko ze strony Gardland jest koncepcją koherentną i skończoną, zaś po stronie Laurel Halo jedynie zarysowaną i zagubioną w trakcie procesu poszukiwań. 

Gardland - "Syndrome Syndrome"  / Rvng Intl. 2013


Po tegorocznych sukcesach wydawniczych w postaci albumów Stellar Om Source i Blondes nowojorska  Rvng Intl. dokłada kolejną cegiełkę do budowania opinii jednej z najbardziej wizjonerskich i otwartych na twórczy eklektyzm wytwórni w świecie poszukującej elektroniki. 
Ową cegiełką jest kapitalny debiut dwójki Australijczyków (Alex Murray i Mark Smith) nagrywających pod szyldem Gardland niezwykle oryginalną wizję techno, wynosząc ten gatunek (podobnie jak Blondes) - poziom wyżej niż klubowe, parkietowe sztosy - do rangi sztuki.

"Syndrome Syndrome", to niezwykle hipnotyczny i wielowymiarowy materiał. To techno, w którym wcale nie najważniejszym elementem jest motoryka, tempo, napędzająca stopa, czy bitowa repetycja. Najważniejszym składnikiem tego albumu są ambientowe ślady syntezatorów, tworzące mroczną i tajemniczą atmosferę. Leniwie snujące się oniryczne widma o analogowej proweniencji, przesterowane plamy bulgoczących syntezatorów, czy przeszywające noisowe barwy, w pełnej krasie reprezentują ten materiał, który pozbawiony elementów motorycznych można by lokować na skrzyżowaniu stylistyk ambientu, minimal music i kraut rocka.
Z kolei gdyby "Syndrome Syndrome" ograniczyć do dynamicznych elementów  inspiracji  można by doszukiwać się w acidowym zacięciu muzyki elektronicznej z lat 90tych (Plastikman, LFO, a nawet AFX, czy Polygon Window)

Australijskiemu duetowi udało się stworzyć imponującą symbiozę, w której spójnie dopełniają się elementy z pozoru przeciwstawne; dynamiczne techno i atmosferyczny, psychodeliczny ambient. Analogowe, mięsiste brzmienia równoważą, potężny, industrialny szkielet, całość zaś zostaje zatopiona w fabrycznej, dubowej przestrzeni pogłosów i delikatnie otulona mgiełką szumów. 

Debiut Gardland w swym perfekcyjnym współistnieniu elementów dynamicznych i statycznych, ożywionych i onirycznych nasuwa mi momentami skojarzenia z "Selected Ambient Works I" (przywołanego już wcześniej Aphex Twina), który w podobnych proporcjach ważył ambient z techno. Jednak te luźne skojarzenia nie nie są w stanie przesłonić niezwykłej oryginalności, przejrzystości idei oraz spójności wizji muzyki elektronicznej nagranej przez Gardland. Doskonałe proporcje, tego debiutu, jego umiar w wykorzystywaniu środków i narzędzi, prostota kompozycyjna i twórczy minimalizm idące wespół z profetyczną wyobraźnią owocują dziełem wizjonerskim i skończonym, oraz stawiają je wśród najlepszych tegorocznych albumów z kręgów muzyki elektronicznej.


Laurel Halo - "Chance Of Rain" / Hyperdub 2013


Nieco inaczej jest w przypadku utalentowanej Laurel Halo, która założyła sobie ambitny plan zbudowania na fundamencie techno własnego odrębnego stylu. Amerykanka bez wahania rozstała się z większością elementów jej dotychczasowego muzycznego emploi, które wywindowały jej album "Quarantine" do czołówki ubiegłorocznych posumowań. Na tegorocznym "Chance Of Rain", a także na zapowiadającej go epce "Behind the Green Door" artystka całkowicie zrezygnowała z zatopionego w gęstej magmie pogłosów, przekwaszonego dream popu,  hyperdubowego trip hopu i hipnotycznego wokalu na rzecz delirycznej rytmiki i nieokreślonej eksperymentalnej narracji. 

Słuchając "Chance Of Rain" uderza siłowanie się przez artystkę z konwencjami w poszukiwaniu własnego twórczego szlaku. Detroit techno, które było punktem wyjścia tego eksperymentu zostaje pozbawione drapieżnego pazura i wykastrowane z motorycznego i tanecznego potencjału. Stłumione stopy, stają się dudniącym basowym tłem dla pozbawionych dynamiki arytmicznych faktur. Deliryczne loopy pozbawione symetryczności technoidalnego metrum, niewyraźne plamy - melodie, zamglone quasirytmiczne struktury, a także jazzowe wstawki, tworzą jedną pulpę. Żaden z użytych elementów nie zostaje wysunięty na pierwszy plan, pozbawiając utwory charakteru i przejrzystości. Laurel Halo w swojej najnowszej propozycji nie wychodzi poza fundament, wznosząc coś w rodzaju rozmytego dźwiękowego widma. Jedynie sugeruje czym mógłby być ten album gdyby alchemia dźwięków została przeprowadzona z większą selektywnością, odwagą i precyzją. 

Pomimo poszukiwań osobistej i unikalnej artykulacji nie da się zignorować tego, że panna Halo próbuje poruszać się ścieżkami przetartymi już przez bardziej charakternych i oryginalnych twórców. Halo ma ambicje zostać drugim Shackletonem i budować własne światy z najdziwniejszych kolaży dźwiękowych i poszatkowanej rytmiki, pragnie też jak Lucy czy Zeitgeber wywrócić techno na drugą stronę i zamiast motorycznej techniawki wyciągnąć na wierzch to co znajduje się zazwyczaj na jej marginesach, a więc maszynowy nerw, czy industrialne faktury. Podobnie jak Alan Abrahams (Portable, Bodycode) stara się opierać utwory na ażurowej rytmice i kwaśnych mikrorepetycjach ("Thrax", "Oneroi"), czy jak Ricardo Villalobos tworzyć psychodeliczne i zarazem minimalistyczne pasaże. 

"Chance Of Rain" to przykład jakim wrogiem intuicji artysty może być chorobliwa ambicja osiągnięcia oryginalności. Laurel Halo rezygnując z dotychczasowej (notabene jeszcze nie wyeksploatowanej) stylistyki na rzecz nowych wyznań stała się paradoksalnie bardziej konwencjonalna i mniej zrozumiała, a "Chance Of Rain" to fiasko idei wobec próby jej wyartykułowania.


poniedziałek, 14 października 2013

Niby coś nowego, a jednak to samo / Tim Hecker - Virgins

Wciąż zadaję sobie pytanie dlaczego albumy Tima Heckera jeszcze nie znudziły się słuchaczom. Wszakże między jego pierwszymi produkcjami, a mającą dzisiaj premierę "Virgins" nie doszło nigdy do radykalnego przewrotu, zanegowania przez  autora swojej twórczości, otwarcia na nowe estetyki, czy wreszcie pojawienia się zwyczajnie słabych wydawnictw. Hecker przez lata swojej muzycznej przygody utrzymuje stylistyczne status quo (mam nadzieję że się ktoś ze mną nie zgodzi) w muzyce z pogranicza elektroniki i modern classic opierając się modowym pokusom i trendom. Przyjęta w początkach twórczości wizja muzyki jaką nagrywa jest aktualna także dziś. Jedyne przesunięcia następujące na kolejnych albumach Kanadyjczyka to te wynikające z powiększającego się doświadczenia muzycznego i dokonujące się na płaszczyźnie aranżacji; jej wzbogacania, bądź zubożania.

Muzyka Heckera przypomina pisanie ikon, pełny mistycyzmu i uświęcenia proces - modlitwę, zaś jej paradygmatem jest poszukiwanie poprzez muzykę absolutu. Szukania dźwięków które go najpełniej wyrażą. Takie poszukiwania sacrum przy urzyciu narzędzi ze sfery profanum, (brudów, hałasów, kakofonii,) zawsze niesie ze sobą wysokie ryzyko przekroczenia delikatnej granicy oddzielającej uniesienie od patosu, wzruszenie od egzaltacji. O niesłychanej świadomości i trzeźwości kompozytorskiego umysłu Heckera świadczyć musi zatem fakt, że udało mu się nigdy tej granicy nie przekroczyć. Nigdy jego nagrania nie stały się zbyt ckliwe, czy nachalne. Mechanizm samoograniczenia i dobrego smaku równowarzący to co wzniosłe (liryzm melodii) od tego co przyziemne (brzmieniowy brud i obskura) działa u Heckera w sam raz aby dozować niesłabnącą i oczekiwaną przez słuchaczy dramaturgię. 
Do mechanizmu tonizującego "boskie" aspiracje muzyki Hecker niepotrzebnie próbuje dodać na swej nowej płycie niechlujność i niestaranność. Jak bowiem inaczej tłumaczyć brutalnie urwane wątki kompozycji, które od czapy kontynuowane są w innej części albumu ("Virginal I" "Black Refraction").  Konstrukcja "Virgins" jest niechronologiczna i sprawia wrażenie chaotycznej, co przecież nie przydarza się tak doświadczonym muzykom przypadkowo.

Zresztą cała zawartość "Virgins" sprawia wrażenie dzikości i drapieżności, oraz jest próbą rozpętania dźwiękowej anarchii. Wyznacznikiem tego albumu jest ruch, dyfuzja i artystyczny zamęt. Hecker deprymuje słuchaczy porzucając skupienie na rzecz nieregularności i nieładu. Dźwięki, brzmienia, sprawiają wrażenie pulsujących, i nerwowo meandrujących. Zupełnie inaczej niż w klasycznych produkcjach ambientowych. Wszystko buzuje, kipi, wibruje. Metaliczna maszyneria Heckera sprawia wrażenie jakby ledwo zipała i już za chwilę miała rozpaść się w gigantycznej eksplozji. Poluzowane elementy z hałasem stukoczą o siebie, tryska smar i unosi się para. Pijane dźwięki fortepianu pobrzmiewają z gracją perkusji, basowy klarnet prowadzi złowieszczy deliryczny dron (zupełnie jak Mazzoll w Dwutysięcznym, czy w ostatniej współpracy ze Sroczyńskim przy próbie reinterpretacji "Święta wiosny"), zardzewiałe, zniszczone ambientowe plamy ulegają entropii. Chropowate cząstki, gltchowe szmery, trzaski, szumy, eksplozje przesterowanych gitar, i spastyczne postukiwania dopełniają krajobrazu dźwiękowego wszechświata na "Virgins". Jednak pomimo nagromadzenia takiej ilości dźwiękowych faktur, każda z nich wydaje się być autonomiczna, przejrzysta i doskonale słyszalna. Dzieje się to głównie dzięki doskonałej produkcji albumu, która zapewnia świetną dynamikę i selektywność nagranego materiału.

Z pod ręki Heckera wyszedł bodaj najbardziej ruchliwy, rytmiczny i dynamiczny album, choć ani na chwilę nie można mieć wątpliwości, ze mamy do czynienia z jego i tylko jego muzyką. Producent ma umiejętność wyzwalania i ujarzmiania chaosu, w pełni kontrolując tworzące go elementy. W świecie muzyki offowej, niezależnej, czy alternatywnej brzmienie Kanadyjczyka ma bezdyskusyjną wartość indywidualnej sygnatury, która nadaje mu status klasyka. Jednak klasyka ma to do siebie, ze szybko przechodzi w konwencje. 

Muzyka Tima Heckera za każdym razem spełnia oczekiwania zarówno fanów jak i krytyków. Nagrywając dokładnie takie płyty jakich się spodziewają, kanadyjski producent utrzymuje bezpieczne ststus quo nie wychylając się zbytnio poza oswojone przez siebie terytorium. Brak podejmowania przez artystę ryzyka oznacza jednak często tyle, że nawet najlepsza sztuka z czasem staje się konfekcją. W przypadku Heckera to wciąż elegancka i zarazem awangardowa propozycja, ale dla niektórych może wydać się już nieco przenoszona.




TIM HECKER - "Virgins"
2013 Kranky