poniedziałek, 12 czerwca 2017

Licho nie śpi / SqrtSigil „Licho”

Serce rośnie na wieść o kolejnych wydawniczych poczynaniach Plaży Zachodniej. Najświeższą pozycją w katalogu, jest solowy materiał jednego ze współzałożycieli labelu Maćka Jaciuka, wydany pod szyldem SqrtSigil.

Tytułowe „Licho” to starosłowiański demon, personifikowany jako stara, wychudzona kobieta z jednym okiem. Jej obecność sprowadza nieszczęścia, choroby i zaburza harmonię codziennego życia. Przed Lichem, jak przed fatum nie sposób się uchronić. Można jedynie liczyć, że ów wędrujący demon długo nie zadomowi się w jednym miejscu. O tym jak mocno Licho zagnieździło się w kulturze magicznej Słowian może zaświadczyć język polski, w którym nie tylko roi się od powiedzeń z Lichem w głównej roli (a niech to licho weźmie, pal to licho, licho nie śpi, licho przyniosło), ale i funkcjonuje przymiotnik Lichy, oznaczający słabego, chorego, niemrawego. Co prawda Maciek Jaciuk tytułując tak swoją kasetę, nie odnosi się wprost do demonicznego motywu, jednak jego nagrania mogą stanowić sugestywną i klimatyczną opowieść o Lichu.

Odrealniony i niezwykle hipnotyczny jest nastrój kasety SqrtSigil. Jest to zasługą przede wszystkim długich fragmentów terenowych nagrań, na których usłyszymy szum miejskich podwórek, gdzie niosą się odbite echem rozmowy i nawoływania, a szepty i oddechy przemykają mimochodem. Czasem jesteśmy w stanie wyłowić z nich fragment zdania, czy pojedyncze znajome słowo, dziecięcy krzyk. Reszta dźwięków, długo niesiona naturalnym pogłosem podwórek tworzy jedyną w swoim rodzaju rozmytą dźwiękową aurę, miejskie tchnienie, które możemy usłyszeć również w nagraniach Martyny Poznańskiej czy Micromelancolie. Jaciuk ze zmysłem dramaturga aranżuje zebrany materiał terenowy. Zapętla zarówno długie, powłóczyste fragmenty („Z powietrza”), jak i pojedyncze westchnienia („Z wody”), za każdym razem opierając na nich fabularny rdzeń. Towarzyszą temu subtelne cyfrowe tekstury, ciche sprzężenia, niezidentyfikowane szelesty i pomruki, lapidarne melodie, gdzieniegdzie („Odblaski”) dubowe, podskórne pulsacje, a przede wszystkim delikatne burdony nadające kompozycjom narracyjnej płynności.

Ukoronowaniem wyciszonej opowieści snutej przez Jaciuka jest tytułowy utwór „Licho”, gdzie w pochmurną ambientową smugę zostaje wkomponowany zaskakujący wątek wokalny. Głosy starszej kobiety i starszego mężczyzny deklamują naprzemiennie cyfry, prawdopodobnie jest to związane z prowadzoną przez nich grą liczbową (słychać przy tym delikatny stukot, jakby odgłos wyrzucanej kostki, a i cyfry wypowiadane przez bohaterów nie wychodzą poza zakres 1 - 6). Szorstka barwa głosów, beznamiętnie cedzone słowa brzmiące niczym mantra, bądź sesja hipnozy i fakt, że posługują się językiem polskim, który doskonale pasuje do posępnego akompaniamentu - wszystko to tworzy mocny motyw dramatyczny, stanowiący znakomitą kulminację kasety. Doprawdy, na długo zapadnie mi w pamieć ten zjawiskowy fragment.

„Licho” jest intrygującą ambientową fabułą prowadzoną z lekkością i świadomością oddziaływania użytych środków. Kolejne subtelne dźwiękowe zdarzenia, z wyczuciem komponowane przez autora nagrań splatają się w sugestywny kolaż, o zmyślnej dramaturgii. Inspirujące to, i z pewnością nieliche doświadczenie.

 
SQRTSIGIL „Licho”
2017, Plaża Zachodnia

piątek, 9 czerwca 2017

Ducha nie gaście / Iron Noir „YOU and ME, ME and YOU”

Okładka nowej epki Iron Noir jest równie absurdalna co historia spotkania Elvisa z Nixonem. A co ma wspólnego z muzyką duetu Kucharczyk - Dziedzic? Pojęcia nie mam, i zupełnie mi to nie przeszkadza w słuchaniu „YOU and ME, ME and YOU”.

Wcześniejsze nagrania duetu, podobnie zresztą jak alternatywne kooperacje członków zespołu to nieodłączny prymat rytmu, oraz ciężkiego masywnego brzmienia. Wtłoczone w klubowe, mechaniczne repetycje od zawsze były nośnikiem silnych emocji, temperamentu i buntowniczej zadziorności autorów. Nowy materiał, na który przyszło czekać dwa lata ujmuje nieco ciężaru z muzyki Iron Noir, jednak pewne rzeczy pozostawia nienaruszone.

Rytmiczna obsesja, która rządzi muzyką duetu wciąż eksploatowana jest z podobną intensywnością, co nie powinno dziwić, wszak Wojtek Kucharczyk jest przede wszystkim perkusistą; choć powinienem raczej napisać, że bębniarzem, ... z kraju Mołr. Widzieć go w trakcie występów na żywo, kiedy zatraca się w amoku transowych kawalkad, to jak oglądać Hendrixa masakrującego swoją gitarę. Na „YOU and ME, ME and YOU” partie rytmiczne wysunięte na pierwszy plan znów imponują swoim temperamentem, jak również obszerną  paletą perkusyjnych barw, które Kucharczyk nieustannie podmienia. Jak już wspomniałem z brzmienia Iron Noir autorzy odjęli nieco ciężaru, przez co i uderzenia wydają się lżejsze, momentami nawet melodyjne jak w kompozycji o znamiennym tytule „Power of pałeczki”. Nie ma już mowy o sążnistych tąpnięciach „zatykających głośniki” i transowej monotonii. Zostajemy natomiast wrzuceni w sam środek kumulacji napędzanej tanecznym groove'm i gniewną kontestacją.

Na prowadzoną zdecydowanym rytmem narrację nawlekane są glitchowe tekstury, będące wygasającym echem pamiętnych nawałnic hałaśliwego szaleństwa i twórczego nieokiełznania z płyty „Strange Gods” John'ego Lake'a, czyli Łukasza Dziedzica. Tym razem tekstury są oszczędniejsze i rozrzedzone, adaptując się do równie odchudzonej rytmiki. W tłach majaczą widmowe zewy, spod nich wystają szorstkie pomruki; dźwięki frenetyczne i uwierające, których intensywność pozostawia jednak miejsce na oddech. Doświadczenie pozwala duetowi doskonale panować nad dramaturgią nagrania. Wystarczy chwila aby muzyka Iron Noir osiągnęła pełen rozmach ukazując kły i pazury. Tyle samo wystarczy, aby stonować nastrój eksponując pod warstwą gniewu delikatną materię.

„Muzyka rezygnacji” („Music of Resignación”), „muzyka odmowy” („Music of Refusál”), krzyczą tytuły kompozycji. Tymczasem jeśli posłuchamy „YOU and ME, ME and YOU” dojdziemy do wniosku, że Kucharczyk i Dziedzic nie tracą ducha i nie składają broni. Ich wyrazista muzyka wciąż ma moc, a przy okazji okazuje się być terapeutycznym katalizatorem niezbędnym do skanalizowania nadmiaru „wkurwu”.

 
IRON NOIR „YOU and ME, ME and YOU”
2017, NIE WYDAJE TEGO NIKT RECORDS / distributed by mik musik.

czwartek, 8 czerwca 2017

Walizkowe sekwencje / Pin Park „Krautpark”

Zaryzykuję tezę, że ze wszystkich powojennych nurtów w zachodniej muzyce rozrywkowej krautrock okazał się najbardziej wpływowym zjawiskiem, pierwotnym organizmem, który od lat 60-70 infekuje coraz to nowe estetyki i stale odradza się w formie powracających inspiracji.

Z potrzeby stworzenia nowej jakości estetycznej, która radykalnie odcinałaby się od wojennej hekatomby, wyrażonej przy tym oryginalnym językiem pozbawionym wpływów amerykańskiego bluesa i rock'n'rolla zrodziło się zjawisko niezwykle płodne i wszechstronne stylistycznie. Z dzisiejszej perspektywy widać jak niemiecki gatunek zwiastował nadejście postmodernizmu, manifestując triumf eklektyzmu, zainteresowanie deformacją, czy multidyscyplinarność. Krautrockowi protoplaści z Amon Duul, Can, Cluster, Ash Ra Temple, przestali używać instrumentów do grania melodii i komponowania piosenek, skupiając się na kreowaniu atmosfery i poszukiwaniu w muzyce psychodelii i transu. Sięgali przy tym po etniczne pozaeuropejskie inspiracje, oraz po nowe technologie, bacznie przyglądając się osiągnięciom współczesnej awangardy (Stockhausen) i możliwościami potraktowania studia nagraniowego jako dodatkowego instrumentarium (Eno). Tej potrzebie emancypacji towarzyszyła ekspansja nowych instrumentów muzycznych i technik nagraniowych, oferujących zupełnie nowe możliwości ekspresji. Drzemały one m.in w syntezatorach, których unikalne brzmienia i nieograniczone możliwości modulacji wreszcie przystawały do osiągnięć technologicznych ery podboju kosmosu i cywilizacyjnego przyspieszenia.

Zasięg estetyczny gatunku szybko okazał się na tyle szeroki, że obejmował zarówno gitarową psychodelię (Amon Düül), syntezatorową elektronikę (Kraftwerk), ambient (Eno), preindustrialne, improwizowane eksperymenty (Cluster) czy inspirowaną etnicznymi wątkami muzykę new age (Popol Vuh). Niczym nieograniczona wolność twórcza pozwalała cieszyć się pełnią eklektyzmu, stąd częste repertuarowe wolty zespołów. W szybkim tempie zjawisko stało się tak przestronne, że nie sposób objąć go definicją. Urodzajna krautrockowa gleba wydała z siebie szeregi estetyk, które generowały kolejne twórcze inspiracje dla następnych pokoleń. Kierunek zjawiska wiedzie dalej m. in. przez nową falę, industrial, techno, microelectronikę milenijnego przełomu, post rock, aż po dzisiejszą retromanię.

Z działających na krajowym podwórku wydawnictw, z pewnością krakowskie Instant Classic, może pochwalić się szerokim repertuarem muzyki zainfekowanej wirusem krautrocka. Zwłaszcza w nagraniach solowych i licznych kooperacjach Kuby Ziołka znajdziemy wiele pokrewnych inspiracji, choćby w kreowaniu psychodelicznej atmosfery, sięganiu po inspiracje muzyką etniczną, poszukiwaniu transowości, prymatu rytmu, czy we współbrzmieniu gitar i syntezatorów. Najnowszym tytułem w katalogu IC sięgającym po krautrockowe inspiracje (jednak z zupełnie innej strony niż Ziołek) jest „Krautpark”, debiut duetu Pin Park.

Zespół tworzą klawiszowiec Kristen, Robotobibok i Małych Instrumentów Maciej Bączyk, oraz Maciej Polak nie znany mi dotąd z muzycznej działalności, ale w dziedzinie analogowych syntezatorów to człowiek instytucja. W przypadku ich debiutanckiej płyty możemy mówić o krautrockowej estetyce, przede wszystkim z perspektywy instrumentarium i jego brzmienia, które determinuje takie postrzeganie tego materiału. „Krautpark” zostało nagrane na trzech walizkowych syntezatorach modularnych; jednym EMS VCS 3 i dwóch EMS Synthi A. O historii i specyfikacji tego pierwszego warto poczytać w tekście samego Macieja Polaka na łamach Estrady i Studia. Instrument znalazł sobie szczególne uznanie wśród zespołów gitarowej psychodelii lat 70-tych; The Alan Parsons Project, Roxy Music, King Crimson, The Who, Gong, czy Pink Floyd. Drugi, wśród twórców kosmicznych impresji; Briana Eno, Jean-Michel Jarre, Klausa Schulze, czy Czesława Niemena. Oba jednak cieszyły się dużą sławą dostarczając futurystyczną wówczas paletę barw wielu koncept albumom.

Autorzy „Krautpark”, w prasowej notatce powołują się na podobieństwo i mentalną łączność z muzyką Cluster, Harmonii, czy z wczesnym („Ralf & Florian”) Kraftwerk. Mnie jednak, być może z osobistych sympatii, repertuar Pin Park wydaje się bliższy zespołom fali niemieckiej elektroniki końca lat 90tych, która również zafascynowana krautrockiem ujęła go w w ściślejsze kompozycyjne ramy, nadając tej muzyce nowoczesny sznyt podporządkowany prymatowi repetycji. Takie zespoły jak To Rococo Rot, czy Mouse On Mars stały się spadkobiercami również ciepłego, analogowego brzmienia, krautrockową psychodelię zastępując pastelową melancholią. I pomimo, że pierwszy z tych zespołów poruszał się w repertuarze piosenkowym, w duchu post-rockowym, drugi zaś eksperymentalnym i tanecznym to zarówno koloryt analogowego brzmienia, jak i struktura kompozycji pozwala na doszukiwanie się pokrewieństw z muzyką Pin Park.

Muzyka duetu Polak - Bączyk jest niezwykle delikatna i niepozorna, zupełnie jak instrumenty na których została nagrana. Rozwija się pętla za pętlą, wpisując się przy okazji w repetycyjny lejtmotyw wydawnictw Instant Classic. Kolejne sekwencje nawarstwiają się tworząc gęstą strukturę o zwartej anatomii. Podskórna pulsacja zszywa kolejne ścieżki, nie pozwalając rozłazić się im w ambientowe pasaże. Towarzyszą temu filigranowe trzaski i kliki delikatnie ornamentujące zewnętrzną warstwę nagrania. Zaś otulone w analogowej mgiełce dźwięki sprawiają, że słucha się tego z podobną przyjemnością jak ogląda stare, wyblakłe fotografie.

Praca duetu jest powściągliwa, a dbałość o to by nie powiedzieć zbyt wiele wręcz chirurgiczna. Jak na płytę opartą na improwizacji wydaje się to dość osobliwe. Muzyków interesuje jednak przede wszystkim budowanie nastroju, który ma urzekać słuchacza. Drugorzędna staje się narracja, a napędzana kolejnymi pętlami muzyka unika nadmiernych kulminacji. Dramaturgicznie bliżej tu do stonowanej kontemplacji niż do transowego zatracenia. Sprawia to, że podczas słuchania mam wrażenie jakbym odbywał wycieczkę po analogowym skansenie, gdzie rekwizyty zostają pieczołowicie wyeksponowane, ale brak w tym życia, ludzkiej obecności. Fascynacja elegancką formą „Krautpark” pozbawia mnie wzruszeń i głębszych przeżyć ponad estetyczny zachwyt. Bączyk i Polak bez wątpienia potrafią posługiwać się syntezatorami, wiedzą też jak najpiękniej wyeksponować ich brzmieniowe walory, ale zapominają nieco o emocjach. Taki stosunek do muzyki, może przejawiać chyba jedynie ktoś, kto od strony formalnej wie o niej wszystko. W końcu nawet projektant samochodów nie musi być mistrzem kierownicy, aby móc tworzyć piękne i funkcjonalne modele.

 

PIN PARK „Krautpark”
2017, Instant Classic

wtorek, 6 czerwca 2017

Zmęczeni młodością / Sorja Morja „Sorja”

Długo oczekiwany debiut duetu Sorja Morja nie jest tym czym się z pozoru wydaje.

Sorja Morja duet Ewy Sadowskiej i Szymona Lechowicza objawił się światu kilka lat temu z repertuarem brzmiącym tak jakby mieli podążyć tę samą drogą tanecznego popu co Rebeka, czy The Dumplings. Dziś, choć za sobą mają dopiero płytowy debiut, brzmią o wiele świeżej i zdecydowanie ciekawiej, niż oba wymienione zespoły, a przy tym niemniej przebojowo. Mają od nich również zdecydowanie więcej istotnego do powiedzenia.

Pierwsze szkice „Sorji” powstały już w 2014. Wtedy również zespół postanowił swoje w pełni syntetyczne aranżacje zastąpić gitarą. W warstwie muzycznej i literackiej tegorocznego debiutu znajdziemy wyraźne ślady dwóch wczesnych epek zespołu, dzięki czemu spostrzeżemy jak mocno zostały przepracowane tematy i motywy. Ewa Sadowska i Szymon Lechowicz przez ten czas wyraźnie dojrzeli jako twórcy, dzięki czemu ich płyta zachwyca świadomością użytych środków i wysokiej jakości realizacją.

Pogodny, beztroski, przebojowy album. Tak myślałem jeszcze przeszło miesiąc temu, kiedy po raz pierwszy spotkałem się z muzyką duetu. Dwa łagodne, wpadające w ucho wokale, melodyjna gitara, dynamiczny, napędzający bas i syntezatorowy anturaż. Znakomita, przestrzenna i pełna smaków produkcja Michała Kupicza (tak znów on, brawo!). Zwrotki i refreny wpadające do głowy jak radiowe hity. Wielu, łącznie ze mną uległo zachwytowi muzyką zespołu, która idealnie wpisywała się w idiom wakacyjnej płyty, doskonale sprawdzającej się jako akompaniament samochodowych podróży odbywanych w scenerii malowniczych letnich krajobrazów, przy opuszczonych szybach i wietrze we włosach. Popowy potencjał muzyki duetu jest nie do przecenienia i mógłby bez starty dla wartości artystycznej zostać wykorzystany komercyjnie, choćby jako ścieżka dźwiękowa jakiejś kreatywnej reklamy. Chwytliwe melodie, łagodny akompaniament, efektowne i przestrzenne brzmienia, muzyczny luz. Od pierwszych taktów towarzyszy temu pozytywny odbiór i tak płyta Sorji Morji utrwala się w pamięci. 

Tak właśnie zapisała się „Sorja” w mojej pamięci po miesiącu luźnych przesłuchań; w aucie, knajpie, przy domowych czynnościach, w trakcie spotkań z przyjaciółmi, czyli w sytuacjach, w których muzyka nie wypełnia pierwszego planu, a stanowi przyjemny (choć nieprzypadkowy!) dodatek. Postanowiłem zatem podzielić się swoimi wrażeniami na łamach bloga, poprzedzając to uczciwym, recenzenckim odsłuchem. Założyłem słuchawki, otworzyłem notatnik i zacząłem się wsłuchiwać. Utwór po utworze, takt, po takcie, słowo, po słowie. Wystarczyło kilka intensywnych sesji, nad skądinąd krótką płytą, abym przecierał oczy i uszy ze zdumienia. Debiut Sorji Morji okazał się bowiem zupełnie inną płytą, niż ta której słuchałem jeszcze kilka tygodni temu! 

„Sorja” to szelmowsko inteligentny kalambur, dwuznaczna i wyrachowana gra, pułapka dla słuchających nieuważnie i powierzchownie. Spod maski zwiewności tekstów i przebojowości muzyki wyzierają tematy zaskakująco mroczne, gorzkie, a przy tym aktualne. Kontrast między opakowaniem, a zawartością jest absolutnie piorunujący i stanowi jakość nie spotkaną dotąd przeze mnie w polskiej piosence. 

Warto prześledzić to krok po kroku. Już otwierająca album „Australia” sugeruje z czym będziemy mieli do czynienia w dalszej części. Pełne przekory słowa: „Nie wracaj do domu nie ogrzejesz kości / Nie patrz prosto w oczy kiedy o coś prosisz / Nie ufaj rodzicom za dobrze cię karmią / Nie bierz ich pieniędzy nie ma nic za darmo” to jeszcze manifest niezależności, czy już egocentryzmu? Duet wywraca na głowę nasze przyzwyczajenia i oczekiwania, rozbija mit młodości, uwydatniając swoje zmęczeniem otaczającą beztroską i brakiem refleksji. Kolejne dwuznaczności napotykamy w „Młodości”. „Młodość nie mija a młodość w ogóle nam niemiła” – śpiewają łagodnym dwugłosem Lechowicz i Sadowska słowa, które mogłyby być manifestem młodych romantyków przytłoczonych weltschmerzem. Młodzieńczy hedonizm, wolność i brak zobowiązań, kontra ciężar przemijania, i widmo śmierci przekazywanej z „ust do ust„. I choć „śmiejemy śmierci się w twarz„ to jednak „młodość w ogóle nam niemiła”. Z pozoru niewinny tekst o zimie, czyli  „Nowy biały świat”, kryje kolejne niejednoznaczności. Kiedy słyszę dziś tekst o „białym świecie” i „białej sile” to z miejsca robię się nieufny i wzdrygam bynajmniej nie na myśl o chłodzie i słocie. Tekst tej piosenki, zestawiony z wieńczącą płytę „Śmiercią” sprawia, że perspektywa „Nowego białego świata” nabiera jeszcze wyraźniejszych rysów, na które wzdrygam się jeszcze mocniej. „Sezon” mógłby być kolejnym przebojem pochodzącym z tego mrepertuaru, gdyby znów spomiędzy słów przekornie nie przebijało przemijanie, odmierzane kolejnymi sezonami blichtrów i mód. „Echo” mogłoby kandydować do miana jednej z najfajniejszych i bezpretensjonalnych piosenek o miłości, ... aż do ostatniej zwrotki, która znów wywraca wszystko na opak. „Powiedz, że mnie kochasz” – uwodzącym głosem śpiewa Sadowska, po czym dodaje – „mów mi tak aż stracisz znaczenie / znikniesz z resztą słów" – tak jak powtarzane na okrągło słowo traci swój desygnat, tworząc abstrakcyjną, nic nieznaczącą zbitkę głosek, zanikającą niczym echo w lesie. (Efekt tytułowego echa uzyskany w tej piosence to majstersztyk; wisienka na torcie znakomitej brzmieniowej koncepcji tego albumu). Nawet sympatyczna piosenka o wilkołaku „Człowiek - wilk”, która brzmi z początku jak urodzinowe życzenia śpiewane cioci, finalnie okazuje się ilustrować udrękę i drapieżność bohatera. Szczyt posępnej dwuznaczności zostaje osiągnięty w poruszającej piosence „Coś nad tobą czuwa”, której treść jest równie niepokojąca co linia melodyczna. Dziecięca kołysanka, ku mojemu przerażeniu, zamienia się zupełnie nieoczekiwanie w tren. Wyśpiewywany łagodnym i ciepłym głosem wokalistki poraża kontrastem z treścią utworu. Płytę zamyka „Śmierć”. Nawet Nagrobki nie śpiewają o niej z tak urokliwą beztroską jak Sadowska. Wieńczący płytę utwór przy którym mógłbym w dyskotekowym szaleństwie podrygiwać przez całą noc (piosenka ma naprawdę przebojowy charakter) to przy okazji bardzo celna diagnoza rzeczywistości z aktualnym tłem społeczno-politycznym „Koniec świata zombie islam śmierć / Zła planeta kwarantanna śmierć / Śmierć którą łatwo można przespać / Śmierć którą dzieci straszy się”. 

Dwuznaczność, która tak niepozornie meandruje między słowami, nie dotyczy jedynie tekstów. Ona ukrywa się również w tej z pozoru zwiewnej i niewinnej muzyce. Jej przekorność uderza z każdej kompozycji. Zamiast łatwych przejść miedzy przebojowymi zwrotkami i refrenami pojawiają się przeszkody w postaci wybijających z rytu mostków, interwałów, zmian tonacji, nastroju i dynamiki. Mimo wydatnie przebojowego charakteru, nie jest to album przy którym łatwo byłoby się bawić. Tak często bowiem jak porywa do tańca, plącze nogi. Tak często jak zachęca do wspólnego śpiewania, sprawia, że słowa stają w gardle. 

Zadziwia prostota z jaką Sadowska i Lechowicz osiągają efekt drugiego dna. Wpadające w ucho piosenki o młodości i miłości, emanują z zewnątrz nastrojem wakacyjnej beztroski i prawdopodobne, że wielu z odbiorców tej płyty właśnie na tym etapie się zatrzymała. Kto ma bowiem czas i chęci do zasłuchiwania się i interpretacji. Tymczasem ukryta między wersami metafora wywraca ten odbiór na drugą stronę, a jej treść wcina się w muzyczny akompaniamentem brutalnym klinem. Szczerze zastanawiam się jak to możliwe, że przez długi czas słyszałem w „Sorji” przede wszystkim beztroską przebojowość. W „Australii” i „Młodości” wyidealizowany manifest młodzieńczej wolności; w „Nowym białym świecie” - zimową poetycką impresję; w „Sezonie” że warto oczekiwać na sprzyjającą w życiu chwilę i odpowiedni nurt, w „Echu” deklarację miłości, a w „Coś nad tobą czuwa”,o zgrozo, kołysankę dla dziecka, podczas gdy jest to smutna piosenka o stracie kogoś bardzo bliskiego. Wszechobecny dysonans, którym operuje zespół pozbawiony jest ironii, sarkazmu, a także wielkich słów i moralizatorstwa. Niepokojące i śmiertelnie poważne teksty Sadowskiej i Lechowicza ujęte są w zgrabną i lekką metaforę, stronią również od przaśnego języka memów, którym tak powszechnie komentujemy naszą codzienność. Błyskotliwości postrzegania międzyludzkich relacji, społecznych strachów i fobii towarzyszy tu bystra poetycka przenikliwość.

„Sorja” absorbuje uwagę słuchacza powierzchowną, choć wyrafinowaną prostotą, aby zaatakować go podprogową treścią. Jest niczym koń trojański. Okazały z zewnątrz, kryje w swym wnętrzu wybuchowy ładunek. Spod urokliwej warstwy wierzchniej, wystaje album o buntowniczej naturze. Przebrany w modne fatałaszki uchwyca bolesny moment przejściowy między młodzieńczością, a dorosłością, punktując naiwną beztroskę, egocentryzm, pozbawione refleksji postrzeganie świata, brak empatii, powierzchowność opinii, i inne grzechy obojętności przytępiającej naszą wrażliwość. Długo oczekiwany debiut duetu Sorja Morja to jedna z najbardziej inteligentnych, przekornych i zaskakujących płyt o jakich miałem przyjemność kiedykolwiek pisać.


SORJA MORJA „Sorja”
2017, Thin Man

środa, 31 maja 2017

Nieobecni, wciąż są obecni / KXLT „Perfect creature”

Okazuje się, że odkąd słowo Niezal stało się niemal marketingowym zaklęciem, zabrakło nazwy i zainteresowania dla takich oddolnych i w praktyce wyznający niezalowy etos inicjatyw jak Audile Snow.

Radek i Nerka z labelu Audile Snow od dwóch lat konsekwentnie przeczesują zakamarki internetu, poszukując nietuzinkowej elektroniki nagrywanej przez rodzimych twórców. Nie mają parcia na szkło, potrzeby aby wyznaczać trendy, czy wydawać niezalowe hity. Label traktują jak wydawnicze hobby, nie jak misję. Nie mają zatem również obaw aby stawiać na twórców początkujących, czy niemal anonimowych. Nakłady ich świetnie opakowanych wydawnictw (karty sd w torebkach imitujących dilerki „artykułów kolekcjonerskich”) są zresztą wydawane w ilościach porównywalnych z rozpoznawalnością niektórych, tych mniej znanych artystów. Niestety zainteresowanie ze strony recenzentów jest znikome, przez co i mało osób jest w stanie poznać interesujący katalog labelu, w którym trafiają się perły na miarę tej.

Niestety muszę dodać w tym miejscu łyżkę dziegciu, bo na brak zainteresowania ze strony piszących mogły mieć wpływ również nieskoordynowane decyzje wydawnicze. Często bowiem premiery nagrań w Audile Snow niefortunnie dublowały się z premierami tych samych wykonawców w innych labelach. To z miejsca lokowało wydawaną na kartach sd muzykę w roli suplementu, spychając już i tak niszową produkcje, na margines zainteresowania słuchaczy. Kilka tytułów straciło tym samym na świeżości i przeszło niezauważalnie. Nie zmienia to jednak faktu, że recenzenci (biję się w pierś), nadal wolą poświęcać uwagę na wydawnictwa, które dorobiły się już rozpoznawalności i zaufania na tyle dużego, że pojedyncze recenzje nie mają wpływu na odbiór ich materiału, czy status artystów. Aktualny status Audile Snow niestety doskonale wyraża okładka ich nowego wydawnictwa, na której w księżycowym krajobrazie ukryte są widma zwierząt (psy, lisy, może wilki) widoczne jednie dla wyostrzonego wzroku. Niby są, a jakby ich nie było.

Nowe, premierowe wydawnictwo, zapewne znów przejdzie niezauważone.  Nie ma aż tyle potencjału, aby zaistnieć w szerszym, nawet niezalowym obiegu, ale jest to z pewnością materiał wart przeze mnie polecenia. Jego autorem jest Kacper Leszczyński ukrywający się pod nazwą KXLT. Producent niemal anonimowy, choć mający już na koncie debiutancką kasetę wydaną we współtworzonym wraz z Mikołajem Tkaczem labelu Magia. 

„Perfect Creature” to materiał niebywale skromny i choć przez swoją szkicowość wydaje się tworem na poły amatorskim, to jednak nie można odmówić mu uroku, a jego autorowi świadomości dźwiękowej materii. Muzyka Leszczyńskiego egzystuje pomiędzy gatunkami, doraźnie korzystając z estetycznych zapożyczeń. Znajdziemy tu zawiesiste ambientowe impresje („Lost In Intercity Train”), miejscami pobudzane lekkimi strukturami rytmicznymi wziętymi z footworku („Catabolism”; „About Politics In Us”). Nie jest to jednak muzyka taneczna, bo i zwiewność rytmiki na to nie pozwala i brak basowych bębnów nie pobudza do bujania. Raczej do niezakłuconej kontemplacji. Podobnie jak kwaśne, syntetyczne melodie, niemal podsłuchane gdzieś na płytach Aphex Twina i przeszczepione do repertuaru KXLT w sposób bezpretensjonalny, bardzo zresztą przyjemny dla ucha („Monolove 1”; „Monolove 2”; „No More Swag in 2017”). Z kolei wieńczące album kompozycje („Softy Saucy (Troaue)”; „Second Hour Thoughts”; „Just (don't)”) oddają eksperymentalne zainteresowania autora. Stąd obecne modyfikacje tempa, wysokości, czy brzmienia, oraz abstrakcyjna, pofragmentowana narracja.

Kompozycje KXLT są wyrazem praktycznego minimalizmu, stojącego na straży aby nie powiedzieć za wiele. Producent używa zatem niewielu ścieżek, w niewielkim stopniu rozwija też narrację. Zazwyczaj motywy pojawiające się we wstępie utworu, eksploatowane są już do końca, nieznacznie tylko modyfikowane.

„Perfect Creature” jawi się z pozoru jako eklektyczny galimatias, tymczasem ów zbiór inspiracji jest utrzymany w ryzach przez nienaglący, czy wręcz chill-out'owy charakter nagrania. W muzyce Leszczyńskiego nie czuć ani grama młodzieńczej brawury, czy pretensji. Wszystko zostaje podane bez sięgania po ekstremum i bez kokietowania słuchacza. „Perfect Creature” choć nie wywołuje u mnie palpitacji serca, słucham z niekłamaną przyjemnością, nie mając pretensji o więcej.


KXLT „Perfect Creature”
2017, Audile Snow

wtorek, 30 maja 2017

Poza Horyzont / Makemake „Something Between”

Niemal rok temu Łukasz Marciniak podesłał mi debiutancki materiał swojej formacji Makemake. Po przesłuchaniu nie bardzo przypadł mi do gustu. Gdybym dziś po raz pierwszy natknął się na to nagranie, również by mnie nie przekonało. Na szczęście właśnie dotarła do mnie druga płyta zespołu, która zupełnie zmienia moje spojrzenie na muzykę Rafała Blachy i Łukasza Marciniaka.

Ubiegłoroczny debiut Makemake, wydany na kasecie w toruńskich Złych Literach uwierał mnie swoim garażowym sznytem. Nie dla tego, żebym nie lubił dźwiękowej surowizny, brudu, lo-fi, czy garażowej muzyki gitarowej. Sęk w tym, że „From the earth to the moon” to nie punk, nie noise, ani nawet surf-rock, a elektroakustyczna, gitarowa preparacja. Zraziła mnie przede wszystkim nieporadność autorów w kwestii dobrania odpowiednich akustycznych warunków, do charakteru zaprezentowanego repertuaru. Nie potrafię powiedzieć, czy zaważyła na tym brak świadomości twórców, czy wyobraźni brzmieniowej; może brak funduszy na dobrą realizację, lub niedostateczne umiejętności w zakresie miksowania i nagrywania. Przez to tytułowa podróż z ziemi na księżyc zakończyła się dla mnie jak próba wystrzelenia na orbitę ziemską północnokoreańskiego satelity, czyli chwilę po starcie. Słabe brzmienie wyciągnęło również na wierzch nie do końca przekonującą warstwę formalną. Choć nigdy nie podważyłbym umiejętności posługiwania się gitarą przez Marciniaka i Blachę, to jednak nie udało się ich pomysłów w pełni wyeksponować. Znaleźli się jednak tacy, którzy dość przytomnie ocenili drzemiący w muzykach potencjał, a nawet zasugerowali (przewidując tym samym wypadki) z czyją pomocą zrobić z niego dobry artystyczny użytek. 

Tak oto muzycy Makemake trafili pod skrzydła Michała Kupicza, znakomitego i wszechstronnego realizatora nagrań, odpowiedzialnego za brzmienie lwiej części rodzimej alternatywy na przestrzeni ostatnich lat. Nowy materiał został zarejestrowany na dziewięciu mikrofonach porozstawianych w przestronnej sali teatralnej Centrum Kultury Agora we Wrocławiu. Efekt współpracy awansuje zespół do pierwszej ligi eksperymentatorów gitary, na pewno na krajowym podwórku. W porównaniu z debiutem, „Something Between” to album zdecydowanie ciekawszy brzmieniowo. W adekwatny sposób eksponujący arsenał sonorystycznych preparacji jakim posługują się Blacha i Marciniak. Współpraca z Kupiczem pośrednio wpłynęła na rozwinięcie przez Makemake wątków narracyjnych, przez co kompozycje wydają się bardziej złożone i przemyślane fabularnie. Dodatkowo tak podany materiał pozwolił na bazie eksperymentalnych i elektroakustycznych zabiegów wykreować unikalną, eteryczną atmosferę spowijająca „Something Between”, hipnotycznymi zewami, zawiesistymi pogłosami i barwnymi wybrzmieniami.

Makemake mogą pochwalić się zachwycającym repertuarem sonorystycznych figur i brzmieniowych pomysłów wynikających z intensywnej modyfikacji gitarowego instrumentarium. Spektakl zatytułowany „Something Between” rozpoczyna się od przytłoczonej industrialnym ciężarem „Suspirii”, która momentami brzmi jak nagranie z hali maszyn zakładów metalurgicznych. Po chwili jednak do głosu dochodzą wstęgi sfuzzowanych gitarowych dronów („A-bow”) roztaczające, ciężkie, posępne pomruki. Chwile później mamy z kolei gitarę potraktowaną jak instrument perkusyjny („Dry Water”). Towarzyszy jej solo, którego autorstwo można by przypisać Raphaelowi Rogińskiemu. Również w „Visions ” struny są eksploatowane niczym perkusjonalia, a cała kompozycja, razem z „Dinner at Home” najmocniej eksponuje idiom jazzowej improwizacji. Tu z kolei autorstwo można by przypisać Markowi Kądzieli. „Flight ove the rubble” to ponowne głębokie zanurzenie w sonoryzm, na poziomie mikro-dźwięków i szeleszczących faktur. Finał („As I Look Back”) zaś, to jedyny ukłon duetu w stronę ambientowej psychodelii jakiej możemy zakosztować u Ziołka, czy Maćkowiaka, z długimi, rozłożystymi efektami pogłosowymi i widmową aurą. 

Choć w nagraniu słychać częste kliki wciskanych efektów gitarowych, to są one dawkowane z umiarem, wpływając raczej na kolorystykę wydobywanych z gitary dźwięków, niż na przestrzeń, tą bowiem zapewnia zastana akustyka teatru. Makemake, w przeciwieństwie do takich eksperymentatorów polskiej preparacji gitarowej, jak choćby opisywani wcześniej na blogu Nowa Ziemia, Artur Maćkowiak, Kuba Ziołek, czy Columbus Duo nie zapętlają fraz, nie budują z nich teł i ambientowych przestrzeni (z wyjątkiem wspomnianego „As I Look Back”). Artykulacja katowickiego duetu korzeniami tkwi w jazzowej improwizacji, pełnej kontrastów, dysonansów i zwrotów akcji. Jeśli jeden z gitarzystów odpowiedzialny jest za fakturę, drugi na bieżąco buduje wątki melodyczne („Dinner at home”). Często zaczynając dwutorowo, w oka mgnieniu potrafią stworzyć zaskakujący tygiel, gwałtownie mieszając wątki w pierwszym planie i uzyskując tym samym udane dramaturgiczne kulminacje („Visions”). 

Na „Something Between” warto wygospodarować sobie chwilę wolnego, aby wsłuchać się, prześledzić wątki, skoncentrować na szczegółach, spróbować wyobrazić sobie „jak oni to robią”. Lub po prostu przyjemnie odpłynąć, poddając się nastrojowi, który, adekwatnie do miejsca nagrania, natchniony jest teatralną atmosferą. Możliwości, w jaki sposób potraktujecie płytę Makemake jest kilka. Jeśli poświęcicie jej jednak choćby minimum koncentracji to z pewnością powrócicie do niej wielokrotnie. Tak jak ja, z rosnącym zaciekawieniem, zmierzającym w stronę pełnego zauroczenia.

MAKEMAKE „Something Between”
2017, Zoharum

piątek, 26 maja 2017

Muzyka drgań / Mike Majkowski „Days and Other Days”

W przeciwieństwie do opisywanej wczoraj muzyki Łukasza Kacperczyka, Mike Majkowski chętnie operuje dłużyznami, a jego autorską muzykę już dawno zdominował minimalizm i asceza.

Cztery statyczne kompozycje wydane na płycie winylowej w znakomitym wydawnictwie z Austin – Astral Spirits – oparte zostały na przepastnych, rozwibrowanych dronach. To kolejna odsłona twórczego redukcjonizmu Majkowskiego, tym razem bez wątpienia w najmroczniejszym wydaniu. Elektroakustyczne preparacje przybierają kształt ambientowych nokturnów, przepajających słuchacza niepokojem i grozą. Ich twórca z tym repertuarem spokojnie mógłby znaleźć nowe audytorium wśród publiczności Wrocław Industrial Festiwal.

Introwertyczne suity na „Days and other days” zostały nagrane przy użyciu zaskakującej liczby instrumentów. W opisie materiału znajdziemy kontrabas, perkusję, pianino, wibrafon, analogowy syntezator. Dodatkowo obecne są nagrania terenowe, najczęściej w postaci szumów, gwarów i pomruków natury. I choć to typowy zestaw, jakim posługuje się w solowych nagraniach artysta, to żadnego z instrumentów nie będziemy w stanie tutaj rozpoznać. Ich barwy zostały bowiem podane daleko idącej modyfikacji. Z źródłowych dźwięków pozostaje tylko rezonujące wybrzmienie, które najbardziej interesuje Majkowskiego. To właśnie te długie, anonimowe i rozedrgane pogłosy dyktują narrację utworów.

„Days and other days” kryje w sobie wiele tajemnic. Dopiero wielokrotne przesłuchanie pozwala dostrzec bogactwo faktur, skrytych pogłosów, sonorystycznych szeptów. szemrzących w zakamarkach kompozycji odgłosów, które być może są niekiedy subiektywną projekcją słuchacza; dźwiękowym mirażem powstałym ze współbrzmienia barw i widm roztaczanych przez rezonujące instrumenty. Lektura tego materiału sprawia, że możemy poczuć się jak widzowie dobrego dreszczowca, w którym groza (zło) są niewidzialne, ale mimo to czujemy ich obecność unoszącą się w powietrzu. Kulminacją tego posępnego nastroju, który z taką pieczołowitością aranżuje Majkowski jest „Matter” – długa, kompozycja magnetyzująca mrokiem i melancholią. Rozpoczyna się od pomruków i zapętlonych rezonansów, zakomponowanych w różnych natężeniach głośności. W środku, na chwilę pojawia się nawet instrumentalny motyw z kompozycji „A Shadow Of Silver Dipped In Gold” pochodzącej z albumu „Why Is There Something Instead Of Nothing?” (Bocian Rec. 2014). Suita rozwija się niegwałtownie, wzmagając uwagę i nabożną atmosferę. Wzrastające napięcie rozładowuje końcówka, w której na pierwszy plan dochodzą głośne dronowe plamy, transowy rytm wzbudzany grzechotką, oraz niski basowy bęben.

Nie znam drugiego artysty, który z taką gorliwością potrafi kontemplować pojedynczy dźwięk. Majkowski wsłuchuje się w niego głęboko, medytuje nad nim, śledząc jego wybrzmiewanie i badając jego fizyczną naturę. Dźwięk staje się w jego muzyce relikwią adorowaną z pasją i nabożnością. Gest ten wydaje się tym bardziej donośny, kiedy uprzytomnimy sobie, że mamy do czynienia z multiinstrumentalistą i improwizatorem. Radykalnie redukując swą artykulację Majkowski kieruje uwagę słuchacza na muzyczny rdzeń; dźwięk podstawowy, odnajdując w nim szerokie pole dla artystycznej ekspresji. Jego muzyka staje się tym samym cichym aktem oporu przed naporem bodźców, jakie towarzyszą współczesnej kulturze i codziennemu życiu.


MIKE MAJKOWSKI „Days and other days”
2017,  Astral Spirits

czwartek, 25 maja 2017

Elektroakustyczne kalambury / Łukasz Kacperczyk „Kosmos”

Łukasz Kacperczyk to artysta aktywny w wielu projektach z okolic jazzu i eksperymentu. Wystarczy wspomnieć Cukier, Modular String Trio,  Warsaw Improvisers Orchestra, czy Bouchons d’Oreilles, by dostrzec z jak wszechstronnym repertuarem ma do czynienia. Zazwyczaj jego eksperymenty z modularnymi syntezatorami stanowią tło, lub ornament większej narracji. Często z tego powodu nie trafiając do świadomości słuchacza. Solowy materiał Kacperczyka jest szansą na odkrycie jego wyrazistej twórczości.

Trzeszczące faktury, wszędobylskie stukoty, różnej gęstości szumy, niezidentyfikowane odgłosy, przenikliwe świsty, a także upodobanie do wysokich częstotliwości to oręż jaką posługuje się Kacperczyk. Nie inaczej jest na wydanej przez kołobrzeską Plażę Zachodnią kasecie „Kosmos”. Siedem daleko abstrakcyjnych miniatur ukazuje szerokie spektrum sonorystycznych modulacji. Mamy do czynienia z kolażem chropowatych, zakurzonych, niemuzycznych dźwięków, ciasno zakomponowanych i odciętych od przestrzeni. Z elektroakustycznym kalamburem, złożonym z licznych fonicznych wydarzeń.

Kacperczyk dysponuje szerokim zakresem dźwiękowych preparacji. Przybierają one formę muzycznych reliefów, surowych i wyrazistych, eksponujących ostre krawędzie i chropowate faktury. Momentami pośród nich pojawiają się jakieś majaczące widma melodii, choć to raczej zestawienie ze sobą rzadkich basowych plam i pomruków wywołuje taki efekt. Wiodąca w muzyce autora jest zawiła, abstrakcyjna i pełna detali, ornamentalna narracja, będąca konsekwencja używanych środków; krótkich, pofragmentowanych dźwięków, mieszczących się w wąskim spektrum zarezerwowanym dla odgłosów kostropatych, szorstkich i uwierających.

Komponując, Kacperczyk absolutnie panuje nad dźwiękową materią unikając przy tym eksperymentalnej sztampy. Wystrzega się dłużyzn, powtórzeń, powielania własnych patentów i przegadania. Gdy operuje atrakcyjną brzmieniowo fakturą, to nie zamęcza słuchacza jej nadmierną adoracją. Omija hałas szerokim łukiem, bowiem nie interesują go gwałtowne kulminacje. Buduje dramaturgię zestawiając ze sobą skontrastowane dźwięki, eksponując ich współbrzmienia.

Z pewnością jest to eksperyment dla zaawansowanych i osłuchanych odbiorców. W szczególności dla sympatyków Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia i jego kompozytorów Bohdana Mazurka, Zygmunta Krauzego, a przede wszystkim dla wielbicieli twórczości zmarłego w ubiegłym roku Edwarda Rudnika, zwłaszcza jego abstrakcyjnych kompozycji pozbawionych wątków publicystycznych i słuchowiskowych jak choćby; „Dixi”, „Kamienne epitafium”, „Ostinato” czy „Tryptyk”.

„Kosmos” to również materiał dla tych wszystkich, którzy dotąd utożsamiali syntezator modularny, jedynie z pastelowymi, okrągłymi brzmieniami i oniryczna ambientową stylistyką.


ŁUKASZ KACPERCZYK „Kosmos”
2017, Plaża Zachodnia

środa, 24 maja 2017

Senne słyszadła // Naphta / Braki „Under the face”

Piękna to muzyka, która więcej skrywa niż odsłania. Która pozostaje niedopowiedziana, choć warta jest dopowiedzenia. Która nie narzuca się słuchaczowi, a łagodnie uwodzi. Kasetowy split Naphty i Braków jest właśnie taką muzyczną impresją, roztaczającą oniryczny czar, i nie roszczącą sobie pretensji do niczego więcej ponad przyjemność obcowania z dźwiękiem.

Naphta to Paweł Klimczak. DJ, producent, muzyk, a przy tym wnikliwy muzyczny dziennikarz. Jego dotychczasowe produkcje sygnowane imieniem jednego z bohaterów „Czarodziejskiej Góry” Tomasza Manna prezentują autorską wizję muzyki tanecznej, udanie flirtującej z dźwiękowymi inspiracjami z różnych zakątków świata. Mimo, że wpisują się w idiom muzyki klubowej, równie chętnie skręcają w stronę dźwiękowego eksperymentu. Na „Under The Face” podobnie jak w przemilczanym projekcie AU79 wątek eksperymentalny staje się wiodący. Przyjmuje postać ambientowej suity, w której wątki elektroakustyczne łączą się z fragmentami onirycznych melodii, przepasanych smugami syntezatorowych brzmień.

„Cerebral cortex” czyli kompozycja z pierwszej strony pawlaczowej kasety to impresja przeplatana świetlistymi melodiami, które w  rozległych pogłosach wybrzmiewają szklistym brzmieniem. Pojawiają się tu echa klubowych fraz, elementy koschmiche music, czy elektroakustycznego teatru pełnego sugestywnych odgłosów. Wszystko to tworzy narrację, która doskonale sprawdziłaby się jako filmowa ilustracja. Klimczak rozwija ją w sposób ciekawy i świadomy. Nie używa powtórzeń, nasycając materiał serią następujących po sobie melodyjnych szkiców, na których przy odrobinie chęci można by oprzeć kilka autonomicznych utworów. Całość emanuje nastrojem onirycznej nieważkości, naturalnie łącząc się z kompozycją po drugiej stronie kasety.

W drugiej kompozycji „Thalamus” Klimczak odpowiedzialny jest za gitarę i efekty. Wysunięte na pierwszy plan syntezatory, obdarzone miękkim, i zamglonym brzmieniem są obsługiwane przez Jana Stulina i Kasię Konachowicz. Trio występuje pod nazwą Braki, choć w kreowaniu odrealnionej, natchnionej atmosfery nie można zarzucić zespołowi żadnych niedostatków. Pod wpływem analogowej improwizacji słuchacz zostaje łagodnie wprowadzony w poetykę snu. Rozmyte i rezonujące, stłumione nieco dźwięki klawiszy otulają odbiorcę dźwiękowym pluszem, w którym łatwo poczuć się bezpiecznie i komfortowo. Braki roztaczają widmowy anturaż, nie epatując przy tym grozą. Ambient staje się tutaj nośnikiem łagodnej psychodelii. Doświadczeniem ze wszech miar przyjemnym, czy wręcz kojącym. Za sprawą hipnotycznych skrawków melodii, lewitujących pogłosów, pastelowych smug pozostawionych przez syntezatory i widmowej gitary wybrzmiewającej z dalekich planów, stanowi znakomitą pożywkę dla wyobraźni słuchacza.

„Under The Face” to muzyka lepka i senna. Natchniona psychodelią, przy tym łagodna i bezpretensjonalna. To repertuar, który doskonale zabrzmi między nagraniami z katalogów 12k, Kranky, czy niedziałającego już Digitalis. Bądź też jako muzyka do nowego „Twin Peaks”. Niejednoznaczna, oniryczna i pobudzająca wyobraźnię.

NAPHTA / BRAKI „Under The Face”
2017, Pawlacz Perski

czwartek, 27 kwietnia 2017

Anatomia uczuć, czyli psychodelia i psychodrama / Kobieta z wydm „Bental”

Kobieta z wydm. Klasyczny trójkąt. On, Ona i On. Małżeństwo; Iwona i Błażej Królowie i... ten trzeci Mateusz Rychlicki. A w grze intymna rozgrywka i emocjonalny ekshibicjonizm.

To niesamowite z jaką łatwością Błażej Król zrzuca kolejny naskórek i wymyśla się wciąż na nowo, nie tracąc nic ze swojej artystycznej oryginalności. Kawałek Kulki, UL/KR, Dwutysięczny, Król, Lauda, a teraz Kobieta z Wydm. Za żadnym z tych wcieleń nie pozwolił zbyt długo tęsknić. Jednak do tej pory, nawet jeśli dzielił płytę z innymi artystami, rys jego muzycznej osobowości był dominujący. Kobieta z Wydm zmusiła Króla, może nie tyle do abdykacji ile do podzielenia się władzą. Ze zdecydowanym pożytkiem dla płyty „Bental”.

Zacznijmy od muzyki, bo mimo, że znakomita to w kontekście całego albumu wydaje się nieco mniej przeszywająca od fabuły (choć oczywiście dopiero w pełnym zestawieniu emanują efektowną dosadnością). Warstwa dźwiękowa „Bentala” została skomponowana demokratycznie, ze splotu zamiłowań każdego z muzyków. Mateusz Rychlicki bębni tu ze swadą i lekkością, jak na ostatniej płycie Kristen. Chwyta też za gitarę by zarzucić psychodelicznym, nerwowym motywem, dodać przestrzeni, bądź zaakcentować dramaturgię nagrania gwałtownym przesterem. Błażej Król, tym razem grający na basie, przemyca w swoich partiach dubowe motywy do których nie kryje sympatii jako słuchacz. Z kolei najmniej doświadczona muzycznie Iwona Król, przepasa dynamiczną sekcję, widmowymi pasmami syntezatora, którego brzmień poszukiwać możemy na przełomie lat 70-80 w estetyce kosmische musik. Z resztą to właśnie jej obecność (nie tylko instrumentalną) uznałbym za kluczową dla odbioru tej płyty. Odważając się zabrać głos, mimo braku praktyki, udało jej się uzyskać wyrazisty kontrast dla silnej maniery wokalnej i charyzmy Błażeja. Poetyckie rozmodlenie, ciążące często na płytach solowych Króla, zostaje tu zbilansowane chłodną, chropowatą i wyrazistą wokalizą Iwony.

Przejdźmy jednak do esencji albumu, w miejsce gdzie do muzycznej psychodelii, dołącza fabularna psychodrama. Osią na której została oparta narracja całej płyty, a której nie sposób zignorować (choć wielu piszących nie zwróciło na to uwagi, bądź celowo pominęło) jest pełna napięcia relacja na linii; kobieta-mężczyzna. Relacja skomplikowana, przepełniona zwątpieniem, obcością? Będąca testem weryfikacji uczuć i zaufania. Damsko-męska rozgrywka przybiera chwilami formę niebezpiecznego wyzwania, jak w zapierającym dech w piersiach „Urwisku”. W powtarzanych niczym mantra słowach – „Choć nie możesz być pewny, że z tyłu nie ma urwiska cofnij się o krok, zaufaj. / W gardle krwista flegma w oczach paleniska, zrób krok. Posłuchaj. I pewnie nie minie to i blizny zostaną marzy nam się spokój jak góra.”  czai się ocierający o perwersję obraz; próba wymagająca bezwzględnego zaufania i poświęcenia, nawet za cenę spadnięcia w otchłań. To coś więcej niż deklaracja miłości. To inicjacyjny rytuał; więzy krwi, ostateczny test na lojalność, motyw skądinąd szeroko eksploatowany w kinie, czy literaturze. Cała płyta obfituje w podobne, naznaczone perwersją umizgi. Począwszy od „Straszenia mnie i zabawy ogniem” („Strasz mnie”), przez „Przeciął ściśniętą dłoń, przyjemność obiecał”; aż po „Przyznaję, wolę patrzeć jak padasz /  Przyznaję lubię pod włos”(”Przeciął”). A że finał tych niebezpiecznych gier jest bolesny niech świadczy „Nabrzmiały od ciosów ciemny rumień”, „Krwista flegma” („Urwisko”) „Drapanie do krwi” („Pyk”).  Nie zostaje też bez wpływu na kondycję psychiczną bohaterów, która zostaje naruszona „wstrząsami i kołysaniem” („A co jeśli”). Stąd szlochy („Pyk”, „Nuda”), strach („Amnezja”), skruszenie („Przyjdź”) i wątpliwości („A co jeśli ten smak zostanie na ustach do końca / I budzić będzie w nocy, w dzień psuł będzie apetyt do słońca”) („A co jeśli”).  Za pomocą piosenek odbywa się tu dialog kobiety i mężczyzny, pełen wątpliwości, wyrzutów, traum i nawoływań. Zakończenie jest, jak można się spodziewać, pozbawione happy endu „Nawet nie zauważyłem, że całą drogę jechaliśmy bez świateł / Nawet nie zauważyłem że cała drogę jechaliśmy pod prąd” („Nie dość”).

Słuchanie debiutanckiej płyty Kobiety z wydm jest jak wchodzenie z butami w nie swoje życie. Moja obecność, jako słuchacza poza niekłamaną satysfakcją estetyczną, sprawiła mi również dyskomfort emocjonalny. „Bental” jest wstrząsający. Nie kojarzę, aby tak intymny dialog między kobietą i mężczyzną rozegrał się kiedykolwiek w polskiej muzyce. Słowa, które same w sobie nie są jakimś szczytem poetyckiej metafory, są nośnikiem niespotykanych w muzyce rozrywkowej napięć. I mimo, że bolą i wywołują zakłopotanie, to (obok muzyki) stanowią ogromną wartość tego materiału, który z racji emocji jakie wywołuje powinien wejść do annałów polskiej liryki muzycznej. Chwała należy się również za to, że muzykom udało się zachować balans między tym co niepokojące, a przebojowe, a w zasadzie zmieszać to w jakąś unikalną całość. Słucha się bowiem tej płyty z prawdziwą przyjemnością, co wziąwszy pod uwagę jej ciężar pozamuzyczny, samo w sobie zakrawa na perwersję.

 

KOBIETA Z WYDM „Bental”
2017, Thin Man Records

wtorek, 25 kwietnia 2017

Na wieś mnie nieś! / WCIAS „Hejnały”

Do tej pory braci Filipa i Karola Majerowskich kojarzyliśmy jako We Call It A Sound. Pod tą nazwą od 2009 roku wydali trzy płyty, będące kolażem ich szerokich muzycznych inspiracji od tanecznej elektroniki począwszy, przez pop, gitarowe piosenki, a skończywszy na muzyce ludowej. Premiera ich znakomitej płyty „Hejnały” przynosi nie tylko ujednolicenie repertuaru, ale i modyfikację nazwy zespołu na swojsko brzmiące WCIAS. Zmiana ta tożsama jest z nowym wcieleniem muzycznym duetu zorientowanym na wieś i jej folklor. 
„Zmiana nazwy, czy raczej rezygnacja z nazwy anglojęzycznej jest spowodowana tym w jaki sposób teraz postrzegamy sztukę i jej kontekst przynależności do konkretnego miejsca na globie, oraz kontekst tożsamości. Głównie o tożsamość chodzi, a co za tym idzie o poczucie autentyczności tego co robimy. Kiedyś, to było dla nas naturalne i w pełni logiczne, że ludzie mieszkający w Polsce, piszą anglojęzyczne piosenki i nadają angielskie nazwy swoim muzycznym projektom. Z czasem, gdy już po drugiej płycie zaczęliśmy się inspirować polską muzyką tradycyjną, mimochodem analizowaliśmy tego typu zjawiska i doszliśmy do wniosku, że obcy język w naszej twórczości jeszcze bardziej oddziela nas od miejsca, które jest naszym domem, czy od ludzi którzy nas otaczają. Najpierw zmieniliśmy język obcy na ojczysty później poszliśmy po muzykę na wieś. Podobnie było z nazwą zespołu. Przestała po prostu pasować do filozofii i brzmienia tego zespół” – komentuje Karol. 
Bracia Majerowscy pochodzą z Kłębowa w Wielkopolsce i ten fakt okazuje się co raz bardziej oddziaływać nie tylko na ich tożsamość, ale i świadomość artystyczną. Romans z muzyką tradycyjną rozpoczęli już na poprzedniej płycie „Trójpole” (2014). W piosence „Na dalekiej” pochodzącej z tego albumu usłyszymy zmodyfikowany fragment polki, wygrywany bądź na wielkopolskich dudach, bądź na klarnecie (deformacja nie pozwala mi jednomyślnie rozsądzić), oraz charakterystyczne dla wiejskiej przyśpiewki swojskie dana dana. Z kolei w „Kawalerskiej opowieści” mamy do czynienia z tekstowym podjęciem wiejskiej tematyki. Jednak dopiero „Hejnały” w pełni zainspirowane są wsią, jej przestrzenią kulturową, oraz formą muzyki tradycyjnej in crudo.
„Jako słuchacze początkowo zetknęliśmy się z tradycją w jej bardzo stylizowanych formach - w postaci zespołów folkowych czy folklorystycznych. Trochę czasu zajęło nam dotarcie do źródeł i zrozumienie ich wartości. Obecnie nie mamy wątpliwości, że „in crudo”, czyli forma niestylizowana i jej przetrwanie jest kluczowe do zachowania ciągłości tradycji. A wobec faktu, że mało jest rąk do tej pracy - sami zmierzamy w tym kierunku, koncentrując się na muzyce Wielkopolski, skąd pochodzimy, ucząc się ją grać. Nie jesteśmy jednak ortodoksami. Nigdy nie chcieliśmy operować na istniejących źródłowych melodiach czy słowach, gdyż one w swych pierwotnych formach nie wymagają poprawek. Stąd nowe wcielenia WCIAS to muzyka autorska - inspirowana muzyką tradycyjną, gdyż to nią żyjemy w ostatnich latach, ale unikająca wchodzenia z butami w świat, do którego mamy ogromny szacunek” – stwierdza Filip.
 ***

„Hejnały” warto prześledzić piosenka po piosence. Każda z nich odsłania bowiem inny fragment kulturowego obrazu wsi, utrwalonego w zbiorowej świadomości pełnej mitów i uprzedzeń. To również dobry sposób na przyjrzenie się procesowi stopniowego zanurzania się WCIAS w tradycji.

- Płytę otwiera piosenka „Zabierzemy cię”, której tytuł wydaje się być skierowaną do słuchacza obietnicą wprowadzenia w nowy repertuar. Jednak już po pierwszych słowach okazuje się, że nie jest to zaproszenie, a groźba.  Tekst „Zabierzemy Cię tam gdzie pies nie zwącha / Ubierzemy Cię w pogrzebowy frak / Nawet jeśli byś chciał jeszcze coś powiedzieć / Nie będziemy Cię słuchać tylko prać” - nie zdradza do kogo zaadresowane są słowa, i póki co nie podejmuje bezpośrednio wiejskiej tematyki. Poznawszy jednak kontekst przyświecający całej płycie, zbrodnicze deklaracje „Zabierzemy Cię” nasuwają skojarzenia z naturalistycznymi opisami przemocy jakiej dopuszczali się chętnie mieszkańcy wsi, bohaterowie „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego. Z kolei Filip Majerowski widzi to tak: 
„Zabierzemy Cię” to jawne groźby, najpewniej podlegające pod konkretny paragraf. Jest to jednak raczej figura poetycka, którą staramy się zarazem przestrzec i uczulić słuchacza na wstępie płyty. Zależało nam również na kontraście z muzyką, którą stanowi prosta ballada na trzy, z melodią mającą w sobie coś z niepokoju pozytywek. Te słowa to takie trochę wiejskie bragga - kto bywał na wsi poza strefą komfortu ten wie, że są sytuacje, w których nie ma żartów”.
- Dopiero drugi w kolejności „Muzykant” w pełni zdradza słuchaczowi fascynację muzyką tradycyjną, której ulegli WCIAS. Oberkowa forma, zaaranżowana na tradycyjne instrumentarium (baraban, bęben obręczowy) i wzbogacona o bogatą sekcję dętą (trąbka, puzon i trzy saksofony na których gościnnie grają Michał Felter, Michał Pijewski i Michał Śliwiński) zostaje podana z zachowaniem surowości muzyki in crudo, zwłaszcza jeśli chodzi o brzmienie i dynamikę perkusjonaliów, a jednocześnie stylizowana liryczną poświatą dęciaków. Z kolei tekst piosenki „Kiedyś będę muzykantem ma droga, ojcze, matulo...” można uznać za deklarację braci Majerowskich, mającą jednak bezpośrednie przełożenie na rzeczywistość.  
„Stopniowe skręcanie w stronę polskiej muzyki tradycyjnej wzięło się na początku z poszukiwań nowych inspiracji. Trafiliśmy na płytę Polskiego Radia "Muzyka Źródeł - Wielkopolska" i od tego się zaczęło. Jednak im bardziej szukaliśmy inspiracji dla własnej twórczości, tym bardziej zaczęło nas pociągać samo źródło. Odkryliśmy masę wspaniałych nagrań, historii, ludzi i obecnie po wydaniu tej płyty zajmiemy się pewnie graniem muzyki wiejskiej jako głównym naszym zajęciem. Zresztą już to robimy, ja gram na dudach wielkopolskich, Filip na skrzypcach.” – wyznaje Karol. 
- Jeśli „Muzykanta” uznamy za deklarację, to krótki, powtarzany tekst piosenki „Na wieś” możemy uznać za manifest nowego, folkowego wcielenia duetu. „Na wieś mnie nieś, bo ciągle mało jej / Na wieś - ta wieś tam wciąż majaczy gdzieś” śpiewają bracia z tęsknotą wibrującą w ich przenikliwych głosach. Wydaje się, że nienaturalnie wysoka i przeciągła wokalna artykulacja Majerowskich, ocierająca się wręcz o fałsz, może być w tym przypadku interpretacją białego śpiewu.

- Powtarzane niczym mantra słowa piosenki „Na wieś”, w kolejnym utworze „Fortepian” kontynuowane są w formie repetycyjnego motywu zaaranżowanego na tytułowym instrumencie (gościnnie Adam Brzozowski). Towarzyszy temu malownicze solo na trąbce, przywodzące na myśl wczesne epki Beirut inspirowane muzyką bałkańską. Treść piosenki jest raczej formą poetyckiego abstrahowania „Spalding [nazwa piłki do koszykówki] co tańczy na obręczy”; stanowi jednak zarówno tekstowo, jak i muzycznie wstęp do kolejnej, najpiękniejszej na płycie kompozycji .

- Łącznikiem pomiędzy „Fortepianem”, a „Wiwatem” jest nastrojowa melodia trąbki, której w cieniu akompaniuje puzon. Tym razem tytuł jest przekorny. Wiwat (wielkopolski) to bowiem ludowy, wielce dynamiczny taniec, inaugurujący wesela i pograjki, tymczasem, zatytułowana tak nastrojowa i liryczna kompozycja WCIAS bardziej nawiązuje do formy hejnału. Równie dwuznaczna i niepokojąca jest treści piosenki: „Widziałem Cię dziś, to nie byłaś Ty / Poznałem dziewczynę, taką na zawsze, to nie byłaś Ty”. O niejednoznaczności słów zdamy sobie sprawę, kiedy uświadomimy sobie, że adresatem miłosnego wyznania nie jest wcale podmiot liryczny piosenki do którego zwraca się głos. To co staram się tu wytłumaczyć w dość karkołomny sposób, Majerowscy wyrażają z zaskakującym polotem, igrając przy okazji z formą miłosnej przyśpiewki. Intymnej atmosferze towarzyszy tu niezwykłe dramaturgiczne napięcie, a słuchacz zostaje pozostawiony sam na sam z posępna tajemnicą i głową pełną domysłów.

- „Od do” to z kolei kompozycja podejmująca w lakonicznej formie popularny w kulturze wsi motyw rytmu życia wyznaczanego rytmem natury . W swojej przenikliwej diagnozie upadku kultury chłopskiej Wiesław Myśliwski pisał o tym tak: – „Czas liczył się rodzajem prac, porami roku, świętami i następstwem pokoleń” Majerowscy odliczają ów czas według innego schematu, ale tego samego metrum: – „Od niedzieli do niedzieli / Od pościeli do pościeli / Od przestrzeni do przestrzeni / Od jesieni do jesieni”.

- Ostatnią piosenką jest, transowy oberek zaaranżowany na gitarę akustyczną i perkusjonalia. Mrocznemu akompaniamentowi „Jeziornego” towarzyszy tekst rodem z „Polskiej Demonologii Ludowej” Leonarda J. Pełki. Opowieści o topielcach, utopcach syrenach i wiara w zaświaty były integralną częścią mitologii społeczności wiejskiej, która ów wierzenia chętnie splatała również z religią. „Oprócz topielców są i topielnice, lubo nie tak szkodliwe jak pierwsi. Wabią urodnym licem i miłym głosem młodych, strzelców i wieśniaków, a schwytanych porywają w głębie. Wychylają często głowy nad powierzchnię wody, rozpuszczają długie, złociste warkocze na zburzone bałwany, a wówczas słychać dźwięk miły, bo włos każdy brzęczy osobnym tonem” – czytamy u Pełki (str. 83). U WCIAS  jednak opowieść przybiera znów niejednoznaczny wymiar. Nie do końca bowiem wiadomo, czy mamy do czynienia z demonologią, czy ponownie ze zbrodnią.
„Posępna natura wynika chyba bezpośrednio z nas. Nasza muzyka zawsze była raczej minorowa, nie jestem w stanie wskazać, czy napisaliśmy kiedykolwiek jednoznacznie pozytywny utwór. Muzyka z polskiej wsi, z różnych regionów, też ma nierzadko przejmujący, gorzki smak. Utwory niby grane do tańca potrafią jednak poruszyć do głębi, wywołać w tym tańcu łzy - tego typu historie można usłyszeć od wiejskich mistrzów. Zresztą gdy je przeanalizować - okazuje się, że stosowane tam harmonie potwierdzają efekt wrażeniowy” – komentuje Filip.
- „Hejnały” wieńczy instrumentalny, na poły elektroniczny „Koniec” - mroczna, nieco apokaliptyczna koda, zakrapiana melancholijnym spleenem wydobywającym się z trąbki, której tonacja odsyła wprost do doom jazzowych klasyków (The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, czy Bohren & der Club of Gore).

***

Przyglądając się biografii, oraz twórczości grupy We Call It A Sound przekształconej we WCIAS ujrzymy popularny w kulturze topos „powrotu na wieś”. Oto bowiem, urodzeni w Kłębowie, a rozpoczynający swoją muzyczną przygodę w Wolsztynie artyści, zasłuchani w muzyce zachodniej, zachwycają się technologią, nowymi dźwiękami i estetykami, aby po latach wylądować mentalnie i artystycznie znów na „ojcowiźnie”, fascynując się tym co wcześniej mieli pod samym nosem, kulturą ludową.

Podejście braci Majerowskich do tradycji jest nacechowane przede wszystkim wrażliwością i kreatywnością. Mimo zanurzenia w folklorze wielkopolskim i jego muzyce WCIAS zrezygnowali z najważniejszego instrumentu tamtejszej tradycji, z dud. Zdecydowali się również, aby bardzo charakterystyczny dla polskiej muzyki wiejskiej akompaniament skrzypiec i basów zastąpić rozbudowaną sekcją dętą (momentami z lekka jazzującą) oraz, akustyczną gitarą, a jedynie w warstwie rytmicznej podeprzeć się wiejskim instrumentarium. Tam też wykazują się większym rygorem stosując metrum i dynamikę tradycyjnych tańców ludowych; oberków i mazurków. Na „Hejnałach” znajdziemy również szerokie spektrum tematów utożsamianych z kulturowym obrazem wsi polskiej, wyrażanych zarówno słowem, jak i muzyką. Rytm życia, tęsknota za wsią, status muzykanta, surowość i brutalność wsi, wiara w zaświaty, nieszczęśliwa miłość. Co ciekawe, WCIAS nie idealizują obrazu wsi, udanie balansując jej jasne i ciemne strony. Zamiast zachwytów nad sielanką wiejskich krajobrazów i prostego życia, Majerowskim bliższa jest wieloznaczność, niedopowiedzenie i tajemnica („Zabierzemy Cię”, „Wiwaty”), w dodatku bez szafowania estetyką realizmu magicznego. Motywy niezwykle subtelnie przechodzą z piosenki na piosenkę. Słowa i muzyka tworzą spójną, intymną i zachwycającą opowieść. Istotne jest również że płyta trwająca niespełna 25-minut, gromadząca w sobie tyle wątków i pomysłów pozbawiona  jest jakiegokolwiek przegadania, czy przeładowania bodźcami.

„Hejnały” na każdym poziomie od, konceptu i inspiracji, przez teksty piosenek ich aranżację, aż po znajomość tradycji i jej funkcjonowania we współczesnej świadomości, przekonują, że zmiana repertuaru była nie przypadkowa i została zaplanowana w każdym detalu. Dodatkowo warto zaznaczyć, że część materiału została nagrana w XVIII wiecznej olęderskiej chacie w Boruni Nowej (Wielkopolska). Jednak ukoronowaniem dialogu z tradycją jest wspaniała forma publikacji wydawnictwa (autorstwa Marty Tomiak), która nawiązuje zarówno ilustracjami, jak i materiałem do ludowych makatek. Grafika przedstawiająca Majerowskich (w pozie rodem z okładek płyt hip-hopowych), opartych o auto zaparkowane w polu kapusty dodaje do tego znakomitego przedsięwzięcia odrobinę smakowitej ironii.

***

Odwołując się do wspomnianego eseju Myśliwskiego, „Hejnały” wpisują się w schemat kultury ludowej, zmitologizowanej i wyidealizowanej w zbiorowej świadomości jej odbiorców. Nie odnoszą się do nieistniejącej już kultury chłopskiej, nie mówią o codzienności wsi, ani tej dawnej traktowanej po macoszemu przez inteligencje, a później komunizm, ani tej dzisiejszej, którą Roch Sulima opisywał (Autoportret 04 (39) 2012) jako: „miejsce semantycznie puste, gruzowisko wielkiej formacji społecznej i kulturowej”. Na szczęście Majerowscy mają tego świadomość unikając nadmiernego estetyzowania i idealizowania tradycji. Tęsknotę za mitologicznymi kliszami kultury wiejskiej, weryfikują trzeźwym spojrzeniem na jej rzeczywisty stan. Świadomość ta pozwala im trzymać się z dala od kiczu i karykatury. Ich stosunek do tradycji jest przede wszystkim podyktowany szacunkiem i zdrowym rozsądkiem.
„Wyprowadziliśmy się ze wsi już bardzo dawno. Bywamy tam często ponieważ tam jest nasz wspaniały rodzinny dom, ale jednak nie budzimy się tam codziennie rano i nie jemy kolacji w nostalgicznej ciszy wsi, położonej gdzieś na uboczu przy lesie. Paradoksalnie mieszkając dziś na wsi, można jednak tęsknić za jej dawniejszą formą i tym co na przestrzeni lat zostało we wsi zapomniane. Można tęsknić za zwyczajami, gwarą, tradycjami, poczuciem wspólnoty, odrębności, za muzyką, śpiewem, tańcem. W pewnych rejonach Polski jeszcze to znajdziemy, w innych już nie ma nic. Tęsknimy za tą odrębnością, za tym wyjątkowym charakterem, który niestety przegrywa z kretesem w starciu z globalizacją.”  – podsumowuje Karol.



WCIAS „Hejnały”
2017, wydanie własne

środa, 5 kwietnia 2017

Niepospolita / Jazzpospolita „Humanizm”

A może by tak pogodzić się już z Jazzpospolitą i jej muzykami, którym nie szczędziłem utyskiwań na łamach M/I Kwartalnika Muzycznego. Po gazecie wszak nie pozostał nawet sentyment, a zespół niestrudzenie wciąż gra i robi swoje. A może by tak uszanować i docenić w końcu elegancki styl kwartetu? Polubić i niż zarzucać, że zbyt zachowawczo i odtwórczo podchodzą do jazzu. Okazja nadarza się do tego wymarzona, Jazzpospolita właśnie nagrała swój najlepszy album.

Tak bardzo jak do tej pory podziwiałem elegancję kompozycyjną i brzmieniową zespołu, tak równie mocno mierziło mnie jego trzymanie się schematów poprawności, brak szaleństwa, czy artystycznego zatracenia. Wobec nowej płyty zespołu, moja ocena wcześniejszych poczynań zmienia nieco swój krytyczny wydźwięk, bo uświadomiłem sobie, że bez tego, nie do końca przeze mnie docenianego akademickiego fundamentu, szlifowania formy, kompozycji i instrumentacji, nie byłoby dzisiejszego sukcesu zespołu.

Zdecydowanie zgodzę się z recenzjami „Humanizmu”, które do tej pory wpadły mi w oczy. Recenzenci słusznie spostrzegli bowiem, że Jazzpospolita to zespół zmieniający się z płyty na płytę. To prawda, kiedyś grali niczym nieopierzone świeżki, nieco chaotycznie, ale z ambicją odnalezienia swojego języka („Almost Splendid”). Kiedy odnaleźli, zaczęli go modelować i wygładzać, aby uzyskać założoną poprawność i nikogo przy tym nie zaszokować. Grali zatem ładnie, elegancko i... nudno („Jazzpo!”). Dziś grają zarazem dojrzale i świeżo, i to zarówno w znakomitych instrumentalnych jazz-rockowych kompozycjach, jak i w przebojowych piosenkach, w których, zgodnie z moimi przewidywaniami (o tym niżej) świetnie się odnaleźli.

Co zatem się wydarzyło, że zespół, który wypadł już z orbity moich zainteresowań, nagle zjednał sobie we mnie wielkiego sympatyka swoich najnowszych poczynań? Być może dużą rolę w przewartościowaniu stylistyki odegrały występy przed, naprawdę dużą publicznością na festiwalowej scenie Męskiego Grania. Mam jednak wrażenie, że zmiana dokonała się przede wszystkim na poziomie mentalnym. Gdzie indziej bowiem szukać przyczyn w zespole, który od początku istnienia nagrywa i występuje w niezmienionym składzie. Wraz z ograniem i zdobywanym doświadczeniem, z Jazzpospolitej zaczęło uchodzić napięcie. Wreszcie, przy szóstej płycie (fakt, trochę to trwało ale tym bardziej wyrazy szacunku za artystyczną nieustępliwość), nie musząc nikomu nic udowadniać, zagrali tak jak lubią, czyli melodyjnie, ilustracyjnie, w bogatej aranżacji, przestrzennie, nastrojowo, ale zyskali przy tym wyczuwalny luz, który dobrze wpłynął na dramaturgię i plastyczność ich nowego repertuaru. Z muzyki Jazzpospolitej znikła tak rażąca mnie egzaltacja i słyszalna w podniosłości fraz akademicka maniera. Wreszcie też pozbyli się natrętnego podobieństwa do Jagga Jazzist w postaci piętrzących się prog-rockowych kawalkad. Teraz jeśli kogoś momentami przypominają, to choćby w brzmieniu i melodyce gitary Michała Prerwy-Tetmajera, Tortoise, lub I'm Not a Gun, a to jednak zdecydowanie wyższa półka niż norweski big band..

Ciesząc się rozpoznawalnością nawet wśród słuchaczy nie mających wiele wspólnego z jazzem, Jazzpospolita rozpoczęła udany flirt z estetyką popową. W 2014 na łamach M/I prognozowałem: „ ... brak muzycznej rozwiązłości sprawia bowiem, że utwory nabierają singlowego potencjału, który, tak jak w przypadku Wojtka Mazolewskiego, mógłby doprowadzić muzyków Jazzpospolitej do listy przebojów radiowej Trójki." I oto „Humanizm” przynosi dwa znakomite przeboje wprost nadające się do radia. Oba dynamiczne, oparte na prostych, chwytliwych motywach, świetnych refrenach, kulminacjach nastroju i z dobrymi, charyzmatycznymi wokalami w pierwszym planie. „Combination” śpiewany po angielsku przez Paulinę Przybysz, oraz „Zakamarki” z Noviką w głównej roli. Druga z piosenek mogłaby bez trudu znaleźć się w repertuarze grupy Hey. Piosenkowych motywów w pozostałych kompozycjach instrumentalnych również nie brakuje, lecz dla mnie proporcje między między nimi są na „Humanizmie” idealne. Tworzą zaskakujący i ożywczy kontrast, zachowując przy tym stabilny środek ciężkości. W kontekście flirtu z muzyką radiową, płyta z samymi piosenkami jest prawdopodobna, a jednocześnie przy takim doświadczeniu muzyków, wydaje się nieobarczona ryzykiem wpadnięcia w mainstreamowy obieg.

Czy może być ciekawie bez sięgania po awangardę? Nowa płyta Jazzpospolitej wskazuje, że jak najbardziej. Pozbawiona ciężaru i maniery, zachwyca prostotą, świetnymi partiami solowymi, spójnością stylistyczną, jak zawsze znakomitą produkcją i brzmieniem, dobrą dynamiką materiału i oczywiście wpadającymi w ucho piosenkami. Mam wrażenie, że przyjemność z grania, którą słychać w tej lekkości i spójności wszystkich wspomnianych elementów, przekłada się na przyjemność słuchania. Za taką Jazzpospolitą warto kruszyć kopie.

 
JAZZPOSPOLITA „Humanizm”
2017, Postpost

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Prepary z gitary / NOWA ZIEMIA 2 (Adrjanczyk/Banasik/Krychowiak)

Projekt Nowa Ziemia 2, na przekór konotacjom jakie przynosi jego nazwa, wybuchowy nie jest. Przyciąga za to udaną realizacją, której głównym bohaterem jest preparowana gitara elektryczna.

Nowatorstwa, czy przełamywania schematów tutaj nie doświadczymy, ale nie było to bynajmniej w zamyśle twórców: Artura Krychowiaka (God's Own Prototype), Michała Banasika (Tranquilizer) i Dawida Adrjanczyka (Akpatok, Tundra). Istotą koncepcji, jak w przypadku zdecydowanej większości wydawnictw sygnowanych logiem Zoharum, jest budowanie nastroju, kluczowego elementem oddziaływania na słuchacza.

Konstrukcja utworów jest warstwowa i linearna. Ścieżki wijących się gęstymi smugami gitarowych dronów i przesterów uchwyconych w statycznej emfazie, stanowią osnowę obu kompozycji. W nią muzycy wplatają kolejne wątki sonorystycznych preparacji, szczątków melodii, oszczędnych imitacji perkusjonaliów, które następnie przepuszczone przez serię licznych pogłosowych efektów donośnie rezonują, tworząc wielopoziomową strukturę. Dochodzą do tego jeszcze rzadkie blasty, które jednak nie dynamizują, ani nie wyznaczają kulminacji w postaci strzelistych ścian hałasu, a zastygają w przeciągłym wybrzmieniu. Improwizacje Krychowiaka i zaproszonych przez niego muzyków są zdecydowanie bardziej impresyjne, niż burzliwe. Nieśpiesznie pęcznieją, przechodząc w kolejne fazy dronowej wibracji.

Nie można odmówić twórcom obu kompozycji świadomości posługiwania się gramatyką gitarowej preparacji, niezbędnej do uzyskania przekonującego rezultatu. Każdy z duetów odzwierciedla nieco inne podejście go eksperymentu. Kompozycja Krychowiaka i Banasika kryje w gęstych teksturach i pod doom'owym ciężarem oszczędne melodyczne partie. Z kolei duet Krychowiak - Adryjanczyk, ujawnia transową i bardziej zrytmizowaną odsłonę projektu, która wzmaga się w hałaśliwym uniesieniu. Głośne i co najmniej kilkukrotne przesłuchanie pozwala, na głębsze zanurzenie się w warstwach i teksturach, które kryją ciekawe detale i subtelności, oraz pozwala na zorientowaniu się w strukturze kompozycji i w jej planach przestrzennych. Jest to o tyle istotne, że bez pogłębionej recepcji, możemy odnieść mylne wrażenie, jakoby nagranie było jedynie pulpą gitarowego zgiełku.

Nowa Ziemia 2, mimo że ograniczona w zasadzie do jednego instrumentu - gitary elektrycznej i efektów, ukazuje wielowarstwowe bogactwo brzmienia, oraz możliwości jakie daje artystyczna modyfikacja. Bliżej do tego nagrania będzie z pewnością fanom ciężkich gitarowych estetyk opartych na statycznych dźwiękach, wolnych tempach, długich narracjach, czy noisowych eksploracjach, jak choćby doom, czy sludge. Pozostali mam nadzieję że odkryją tu dla siebie... Nową Ziemię.

NOWA ZIEMIA 2 (Adrjanczyk/Banasik/Krychowiak)
2017, Zoharum Records


środa, 29 marca 2017

Danse macabre / Mchy i Porosty „Untitled”

Z początku, przy muzyce Bartosza Zaskórskiego (Mchy i Porosty, Wsie, Mikroporosty) mogły tańczyć jedynie autobusy. Później próbować mogli też właściciele kasety „Bardzo ciepłe lato”. Teraz skuszą się być może nawet fani słuchowisk.

Najnowszy, bezimienny materiał Mchów i Porostów wydany na dwunastocalowym winylu, ukazał się w labelu, który, bardziej niż z wydawaniem muzyki, kojarzony jest z legendarnym cyklem imprez elektronicznych - Brutaż, a którego sława rozniosła się poza granicę kraju, a nawet przeniknęła do rodzimego mainstreamu za sprawą Taco Hemingwaya.

Nie spodziewałem się, jednak wszystko wskazuje na to, że przy muzyce Zaskórskiego można również zatańczyć. Twórca WSI (to nie jest skrót od Wojskowych Służb Informacyjnych) zaskakująco gładko dopasował swoją śmieciową estetykę, do tanecznej konwencji, nie tracąc przy tym nic ze swojej artystycznej wyrazistości.

Warstwa dźwiękowa brutażowego wydawnictwa numer 3, wywleczona jest wprost z hauntologicznego rumowiska dźwiękowych odpadów. Znajdziemy tu wszystko do czego przyzwyczaił nas Zaskórski swoimi rozmaitymi muzycznymi wcieleniami. Brud, szum, zgiełk, gęste hałaśliwe, tekstury, brzmieniowa chropowatość, zaskakujące zbitki sampli, stare melodyjki, radiowe komunikaty; słowem dźwięki z marginesu akustycznej poprawności. Aby jednak wpasować się w parkietową estetykę sięgnął po elementy, porządkujące tę amorficzną strukturę w regularny rytm. Do cywilizacyjnego szumu dołączyły zatem litanię zwalistych bitów, przesterowanych samotrzasków i innych oldschoolowych perkusjonaliów, które skrupulatnie regulują przepływ ciemnej materii. W dancefloorowych interpretacjach Zaskórskiego możemy usłyszeć podobieństwo do outsider house (Actress, Huerco S, Basic House), eksperymentów Posh Isolation, czy zimnofalowego Hospital Productions. Mimo brudów, przesterów i ciężkich naleciałości estetycznych charakterystycznych dla artysty, materiał Mchów i Porostów wybrzmiewa dość lekko, głównie za sprawą zwiewnej, nieprzekombinowanej narracji, która nie szokuje natłokiem bodźców, pozostając dla ucha całkowicie transparentna.

W momencie kiedy udało nam się już nieco tanecznie rozruszać, wykonując na pakiecie „Wężowe ruchy”, rozgniatając przy okazji zalegające na parkiecie szkło, wtedy do głosu dochodzi ostatnia kompozycja „Cholewa”, do której tańczyć mógłby chyba jedynie pozbawiony empatii zwyrodnialec. Pochłonięty przesterowanym basem, gęsty brzmieniowy smog staje się tłem autentycznej historii poważnego schorzenia przyjaciela artysty, o którym Zaskórski wspomina w rozległym wywiadzie udzielonym Piotrowi Strzemiecznemu w Dwutygodniku. W kompozycji tej została wykorzystana diagnoza pacjenta zarejestrowana prawdopodobnie podczas konsultacji lekarskiej. Decydując się na tą pozbawioną happy endu puentę Zaskórski z zimną krwią wpycha kij w tryby dobrze funkcjonującego mechanizmu rozrywkowego, jakim w szerszym kontekście jest muzyka taneczna. Ten kontestatorski afront artysty, ukazuje, że nawet tak użytkowa i eskapistyczna estetyka, może być jednak nośnikiem poważnych, skłaniających ku refleksji treści.

Bezimienny materiał Mchów i Porostów zanurzony w otchłani śmieciowego lo-fi jest przeze mnie odbierany jako współczesna trawestacja średniowiecznego motywu dance macabre. Pomimo dominujących w nagraniu lekkich struktur kompozycyjnych, dość klasycznie wpisujących się w idiom tanecznej elektroniki, mrok i poczucie rozpadu nie opuszcza „Untitled” nawet na chwile. Ów wątek tli się w cieniu każdego przesterowanego uderzenia, zniszczonym brzmieniu, hauntologicznych samplach, a wreszcie bezpośrednio w treści wieńczącego płytę utworu. Jest to oczywiście tożsame dla całej ogromnej estetyki opartej na dekonstrukcji, ale w przypadku wydawnictwa o tanecznym przeznaczeniu, kontrast ten zostaje przez Zaskórskiego nad wyraz uwypuklony.

 
MCHY I POROSTY „Untitled”
2017, Brutaż

wtorek, 28 marca 2017

Kwaśne słodkości / Poly Chain „Music for the Candy Shop”

Mój pierwszy kontakt z muzyką Poly Chain (Sasha Zakrevska) miał miejsce w dość osobliwych okolicznościach. Było to podczas jednego z plenerowych koncertów, poprzedzających otwarcie łódzkiej galerii sztuki dźwiękowej W Y. Koncert odbył się w altanie koncertowej najstarszego łódzkiego parku Źródliska, w otoczeniu bardzo rześkiej, szumiącej liśćmi i przesuwającej po niebie mosiężne, posępne chmury, jesieni. Wydarzeniu sekundowała kameralna garstka słuchaczy. Zmierzchało i niemiłosiernie pizgało. Park był opustoszały, a polarny wiatr roznosił syntezatorowe arpeggia po alejach i zakamarkach. Mimo dojmującego chłodu atmosfera sprzyjała słuchaniu i kontemplacji, zwłaszcza aktywnej. Korzystając z tych okoliczności zacząłem krążyć po parku, zbliżając się i oddalając od soundsystemu. To było to! Oprócz tego, że trochę się ów spacerem rozgrzałem, doświadczyłem zjawiskowego fenomenu akustycznego, w którym szelest przyrody integrował się z dźwiękami będącymi absolutnym zaprzeczeniem brzmień natury. Jakże to wtedy zabrzmiało! Niczym dźwiękowa fatamorgana basowe smugi przesuwały się tuż nad ziemią, z wolna przylegając do niej i gęstniejąc w bezruchu, podczas gdy strzeliste, piskliwe dźwięki szybowały w powietrze i gwałtownie nikły porywane jesiennym wiatrem. Atmosfera była luźna więc i muzyka pozwalała sobie zastygać w tych tajemniczych okolicznościach przyrody. Artykulację Zakrevskiej zapamiętałem jako (udanie) powściągliwą. Artystka często bowiem pozostawiała sekwencje, aby samoczynnie zapętlały się według syntezatorowego algorytmu (jest to również słyszalne na płycie). Z wolna wybrzmiewające dźwięki powolnie integrowały się z otoczeniem, tworząc dla niego unikalny anturaż będący skrzyżowaniem abstrakcyjnego soundtrack'u z dźwiękową instalacją typu site specific. Wszystko odbywało się nieśpiesznie, bez żadnych napięć i oczekiwań. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że muzyka, którą słyszę, stanie się kanwą przygotowanego dla Transatlantyku wydawnictwa. Po odsłuchaniu stwierdzam zaś, że na poły oniryczna atmosfera tamtego występu, nie ulotniła się wraz z ostatnim jego dźwiękiem, i wiele z niej udało się Poly Chain zawrzeć również na „Music for the Candy Shop”.

Smakołyki (karmel, guma do żucia, masło orzechowe, miętowe lody, czy pianki marshmallows) z karty deserów serwowanych przez Zakrevską w kawiarni Transatlantyk, są zaprzeczeniem zdrowego jedzenia i naturalnych składników. Są równie syntetyczne co muzyka Poly Chain. Mają za to tę właściwość, że są uzależniające i pochłania się je w amoku. Dominującym smakiem wydawniczego debiutu Ukrainki nie jest jednak słodki, a zdecydowanie kwaśny.

Materiał Poly Chain przebiega dwoma współzależnymi, choć skrajnie odmiennymi parametrami na mapie widma akustycznego. Pierwszy jest wyrazem upodobania do wysokich tonacji, dźwięków strzelistych i piskliwych. Prophet 8, analogowy syntezator Zakrevskiej wypluwa z siebie girlandy szklistych, migotliwych arpeggiów piętrząc je w transowe repetycje. Drugi, to nasycone basem i kładzione gęstą barwą syntezatorowe podkłady. Współistnienie obu tych wątków brzmieniowych przypomina zdobną kolię, złożoną z półprzezroczystych kamieni szlachetnych, wyłożoną w stonowanym pudełku z aksamitu, które eksponuje barwę, połysk i szklistość kamieni. U Poly Chain dźwięki skrzą się i migoczą tęczowymi refleksami, podczas gdy w dolnych partiach fundament budują basowe pomruki, przypominające statyczne tła, jakie służyły Janowi Jelinkowi (i innym twórcom nurtu click'n'cuts) do nanizania na nie organicznych micro sampli. Dynamika „Music for the Candy Shop” opiera się z kolei na powtarzalności sekwencji. Materiał pozbawiony jest bowiem elementów regularnej rytmiki. 

Debiut Poly Chain opiera się na kilku ciekawych paradoksach. Z jednej strony mamy do czynienia z ambientem, o czym zdaje się nam wspominać nawet trawestacja, tytułu płyty Briana Eno „Music for Airports“. Z drugiej strony, dźwięki syntezatora bezpośrednio odwołują się do klasyki acid techno. Fakt, że płyta ukazała się w oficynie Transatlantyk, potwierdzałaby jednak że mamy do czynienia z estetyką klubową. Amputowano z niej jednak kluczowy organ - rytm. Mamy zatem do czynienia z unikającą jednoznacznego sklasyfikowania, oryginalną fuzją, wykreowaną w oparciu jedynie o syntezatorowe brzmienie i kontrast miedzy kwaśnym i delirycznym pierwszym, planem, a wycofanym, często jednolitym tłem. Efekt jest unikalny, pełen napięć, dysonansów i podskórnego rozedrgania, mamiący słuchacza halucynogenną pokusą.

Tę udaną premierę, z pełnym przekonaniem stawiam tuż obok „Nielegalu” Jakuba Lemiszeskiego, na półce z napisem najlepsza progresywna elektronika 2017 roku!



POLY CHAIN  „Music for the Candy Shop”
2017, Transatlantyk

poniedziałek, 27 marca 2017

Złoty środek / X-NAVI:ET „Machina Nova”

Znakomicie rozwija się solowy projekt Rafała Iwańskiego X-navi:et. Toruński artysta pomimo swojego ogromnego już doświadczenia, które spokojnie pozwoliłoby mu funkcjonować w kategorii etno-ambientowego klasyka, nadal poszerza swój warsztat, a jego eksperymenty, i poszukiwania przynoszą coraz bardziej spektakularne rezultaty.

Po wydanej w ubiegłym roku w Instant Classic płycie ”Technosis“ (recenzja), która spotkała się ze świetnym przyjęciem wśród słuchaczy i recenzentów, ten rok X-navi:et inauguruje wydawnictwem „Machina Nova” zawierającym sześć premierowych kompozycji, wzbogaconych o wznowiony materiał „Vox  Paradox” z 2015.

„Machina Nova” przynosi sporo ciekawych i nieoczekiwanych folkowych i klasycznych proweniencji. Już w otwierającej wydawnictwo kompozycji tytułowej, mechaniczny, jednostajny pomruk i gromkie pulsujące bębny, stają się zaskakująco udanym akompaniamentem dla rustykalnych skrzypiec Anny Zielińskiej. Ludowa, artykulacja skrzypaczki wydaje się wprost natchniona partiami „Święta wiosny” Igora Strawińskiego, zarówno ze względu na swój żywiołowy temperament jak i na surową fakturę brzmienia. Rezultat tego dialogu jest na tyle zjawiskowy, że z pewnością zasługuje na rozwinięcie w formie dalszej współpracy, a może i nawet autonomicznego wydawnictwa.

Na kanwie elektroakustycznego eksperymentu Iwański oddaje się twórczym poszukiwaniom stycznych między tradycją, a współczesnością. Nie poprzestaje jedynie na preparacji brzmienia i możliwościach aranżacyjnych używanych w nagraniach instrumentów. Kompozycje „Neo Primitiv”, oraz „Weltschmertz” sygnalizują poszerzenie eksploracji artysty, również o wątek melodyczny, w którym wytrawne ucho usłyszy etniczne melodie, zakamuflowane syntetycznym dźwiękiem klawiszy. Ich pochodzenia dopatrywałbym się w muzyce inkaskiej, meandrującej hipnotycznymi smugami fletni Pana. Iwański osiągnął tu ciekawą niejednoznaczność, trawestując linie melodyczne rodem z ameryki południowej na analogowe brzmienie klawiszy. Inicjuje tym samym dialog prastarej tradycji ze współczesnymi formami muzyki elektronicznej... a metaforycznie; ziemi z kosmosem, z nim bowiem często utożsamiany jest przestrzenny tembr syntezatorów. Jeszcze innym przykładem zjawiskowego rezonansu na linii „prymitywizm” - technologia, jest kompozycja „Nonsens”, w której autor zestawił ze sobą szelest przesypywanych kamieni (świetny efekt akustyczny) z monumentalnym ambientowym zewem.

Z kolei wydany na kasecie w 2015 „Vox Paradox” nie jest materiałem, aż tak zniuansowanym jak „Machina Nova”. Rozpoczyna się od koszmarnych majaków, zaświatowych zewów, modyfikowanego głosu i mrocznych inkantacji Ewy Bińczyk, przywołujących w pamięci płytę Coil Presents Black Light District ‎– „A Thousand Lights In A Darkened Room”. Kolejne utwory przynoszą masywne sekwencje analogowych maszyn perkusyjnych, przepasanych gęstymi pasmami industrialnych dronów. Ów gęstą atmosferę tonizuje nieco gościnna trąbka Wojciecha Jachny w „Machinie”. Atmosferyczna i zaświatowa, snuje się z wolna pośród rytmicznych mechanizmów. Swoją drogą to doprawdy imponujące, z jaką łatwością trębacz odnajduje się w licznych i jakże różnorodnych stylistycznie projektach. Jeśli zaś chodzi o Iwańskiego, to akustyczne instrumentacje i preparacje obiektów dźwiękowych, nie są tu aż tak słyszalne, jak w pierwszej części tego podwójnego wydawnictwa. Dominują dźwięki o industrialnym pochodzeniu.

Porównując dwie części tego łączonego wydawnictwa, można wyraźnie prześledzić ewolucję muzyczną X-navi:et. Pozwala to wysnuć wnioski o wysubtelnieniu muzyki Iwańskiego, oraz rosnącym znaczeniu symbiozy elementów akustycznych z analogową elektroniką. Na pierwszy plan wysuwa się jednak zmiana w procesie konstrukcji utworów. Podczas gdy na „Vox Paradox” mamy do czynienia jeszcze z dronowymi dłużyznami i konwencjonalną zważywszy na estetykę, statyczną formą utworów, „Machina Nova” przynosi formy krótkie i konkretne, zawierające wyrazisty motyw główny, bądź melodię; szybkie przejście do kulminacji i wyraźny podział na wstęp, rozwiniecie i zakończenie. Na zmiany te zwróciłem już uwagę przy ubiegłorocznej płycie „Technosis”. Zaskakujące jest bowiem, że Iwański kreuje swoje ambientowe, organiczno-industrialne formy na podobieństwo formalne piosenki. Ujarzmienie estetyk, które z natury lubią wolno ewoluować, długo wybrzmiewać, albo po prostu nieprzerwanie płynąć, świadczy o tym jak wiele pomysłów brzmieniowych i strukturalnych posiadł Iwański i jak nie waha się wyeksponować z nich jedynie esencję.

Iwański wciąż pozostaje wierny własnemu stylistycznemu idiomowi. Alchemicznymi interwencjami dokonuje udanej transkrypcji form elektroakustycznych, industrialnych, czy ambientowych w konwencję muzycznego ceremoniału, posługując się przy tym zwięzłą i komunikatywną formą. Każde kolejne wydawnictwo przybliża go do odnalezienia złotego środka, będącego współbrzmieniem elementu akustycznego z syntetycznym.


X-NAVI:ET „Machina Nova”
2017, Beast Of Prey / Eter Records,