poniedziałek, 24 lipca 2017

Burzliwa muzyka na burzliwe czasy / FOQL „Lower Your Expectations”

Aby docenić klasę nowej płyty Justyny Banaszczyk (FOQL), wcale nie trzeba zaniżać swoich oczekiwań. No chyba, że tytuł kasety zawiera przesłanie na nowe, burzliwe czasy.

Pochodząca z Łodzi artystka coraz śmielej poczyna sobie na scenie techno i okolic. Jej wydawnictwa cyklicznie ukazują się w zagranicznych wytwórniach, a utwory pojawiają się w djskich setach, coraz bardziej wpływowych twórców. Banaszczyk z polotem porusza się w międzygatunkowej materii mocnych tanecznych estetyk, wiele czerpiąc ze spuścizny techno, electro i acid, oraz kilku dekad muzyki elektronicznej od lat 80 do współczesnych. Również jej „Lower Your Expectations” wydana dla amerykańskiego labelu Always Human Tapes, to energetyczna fuzja transowej motoryki, syntezatorowych akordów, i kwaśnych arpeggiów, na której słychać zarówno wpływy holenderskiego electro, dynamikę techno z Detroit, czy inspiracje sceną EBM.

Już od otwierającego płytę „Sky high bridges of dreams” mamy do czynienia z potężnym brzmieniem opartym na zestawie automat perkusyjny (Elektron Rytm + Elektron Analog 4) - syntezator (Dave SMith PRO 2 + Arturia Mini Brute). Ów hardware'owy fundament emituje dźwięki ciężkie, gęste i drapieżne. Powstają z nich monumentalne i energetyczne, a przy tym niepozbawione przestrzeni kompozycje. Banaszczyk główny nacisk kładzie na współbrzmienie wielu wygenerowanych warstw, spiętrzających się w hałaśliwych rezonansach. Rola uderzeń w nagraniu została potraktowana przez autorkę nieszablonowo i niewiele ma wspólnego z regularnością parkietowego rytmu. Mocne stopy automatu dość często, zostają pochłonięte przez wzbierające tekstury („Sizzle sizzle little baby”), bądź tworzą brutalną ścianę dźwięku („Disgusting human being”). Towarzyszą temu wijące się w psychodelicznych spazmach melodie, kojarzące się z kwaśnymi pętlami Legowelta. W dalekich planach rozłożyste syntezatorowe plamy pobłyskują widmowymi poświatami. Wszystko to odbywa się na granicy przesteru, emanując dźwiękowym brudem i brutalnością. Materiał wrze od nagromadzonego na nim napięcia, a towarzyszący muzyce podskórny niepokój, przeszczepiony mam wrażenie bezpośrednio z nagrań Ostów (tria Banaszczyk), dopełnia atmosfery tego ekscytującego nagrania.

Wysokooktanowe „Lower Your Expectations” imponuje energią, polotem w mieszaniu estetyk, rozmachem aranżacyjnym i autentyczną pasją autorki. FOQL buduje repertuar wyrazisty i kąśliwy. Dokręca śrubę, tam gdzie wydaje się, że bardziej już jej dokręcić nie można. Utrzymuje przy tym szczyt wyrafinowania, panując nad formą, dramaturgią i czytelnością kompozycji, której nie przytłacza ani ciężka brzmieniowa architektura, ani gęsta struktura utworów.

W ostatnich dniach muzyka FOQL doskonale sprawdziła się w roli panaceum, skutecznie zagłuszając mój gniew, frustracje i poczucie bezradności, będące reakcją na bieżące wydarzenia na politycznej arenie. Słuchałem zatem „Lower Your Expectations” często i głośno (jak najgłośniej), bo już w żaden inny sposób nie radziłem sobie ze słabością, jaką jest tłumiony w środku gniew. Utożsamiłem się zatem z tym energetycznym, pełnym wewnętrznych napięć, hałaśliwym materiałem, zaciskając zęby i pięści w pełnych pasji kulminacjach. Pomogło! Jednak nawet pozbawiony tego, miejmy nadzieję tymczasowego kontekstu materiał, nie traci na wartości, ponieważ w mojej opinii to zdecydowanie najmocniejsze, najciekawsze i najbardziej wyraziste wydawnictwo techno jakie w tym roku słyszałem w wykonaniu rodzimych twórców.



FOQL „Lower Your Expectations”
2017, Always Human Tapes

środa, 19 lipca 2017

Utracone historie / Radosław Kurzeja „Noce”

Radosław Kurzeja - kolejny muzyk wśród rysowników, tudzież rysownik wśród muzyków.

Postać tego artysty pozostawała mi dotąd całkowicie nieznana. Jak się jednak okazuje, wydana w BDTA płyta „Noce” jest dla Kurzeji wydawnictwem jubileuszowym. Swoją przygodę z elektroniką autor rozpoczął bowiem dekadę temu, a w jego dyskografii odnaleźć można trzy wcześniejsze albumy.

„Noce” to muzyka osobliwa, a przy tym nienachalna. Interesująco wychodzi poza schematy ambientowego grania. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że poza ów schemat wybiega dość przebojowo i z otwartością na inne gatunki. Czuć tu podskórne zauroczenie lżejszymi estetykami. Może nawet muzyka popularna kładzie się echem na nastrojowych i subtelnych kompozycjach autora, stonowanej melodyce, bezpretensjonalnym czarze. Już pochodzące z archiwów domowych nagranie przedstawiającego się publiczności 5-letniego Kurzeji, wmontowane w somnambuliczny ambient („Wenecja”) sygnalizuje, że mamy do czynienia z muzyką stworzoną z dystansem, lekką ręką i otwartą głową. Bo choć nie brak tutaj mocnych syntetycznych brzmień, dronów, szumiących warstw, a estetyka hałaśliwego lo-fi dość często uwypukla się w kolejnych kompozycjach, to spomiędzy mrocznych fragmentów wyziera łagodność. Jej symptomami mogą być stonowana narracja, melancholijny nastrój, opasająca całość poetyka snu, przystępność formy, czy kojące melodie nagrane na syntezatorze Casio, otrzymanym w prezencie komunijnym w 1996 roku. Tam gdzie dronujące sekwencje zostają zdominowane wyrazistym bitem i melodią tam ambient zaczyna flirtować z muzyką popularną, synth-popem, czy idm. Oczywiście proszę potraktować ów „pop” nieco umownie, wciąż mamy bowiem do czynienia z wydawnictwem sygnowanym logo nadpsutego zęba, zatem również i pop to mocno nadpsuty.

Obok syntezatora Cassio, (o którego historii dowiedziałem się z wywiadu jaki z muzykiem -rysownikiem na łamach swojego bloga przeprowadził Jan Prociak), Kurzeja korzystał w trakcie nagrań z gitary, wokali, wspomnianych archiwalnych taśm rodzinnych, czy nagrań terenowych. Przetwarzając je uzyskał miękkie i ciepłe brzmienie działające inspirująco na wyobraźnię. A jak czytamy we wspomnianym wywiadzie, to właśnie ludzka wyobraźnia najbardziej interesuje muzyka – „(...) nie brudny „realizm”, świat sporu i polityki, a mity, historie, które gdzieś w cywilizowanym świecie utraciliśmy.”

To niepozorne nagranie zauroczyło mnie swoją subtelnością, inwencją autora, jak również organizacją materiału. Z ciężkiej materii ambientowego sukna udało się Kurzeji wykroić dopasowany, wygodny fason. Nie jest to wprawdzie Haute Couture, ale skromny, urokliwy i elegancki casual wear. No i zupełnie nieoczekiwanie mamy do czynienia z jedną z ciekawszych tegorocznych premier.


Radosław Kurzeja „Noce”
2017, BDTA

wtorek, 18 lipca 2017

Anatomia dźwięku / Sharif Sehnaoui + Adam Gołębiewski „Meet the dragon”

Pocieranie, szarpanie, uderzanie, ostukiwanie to tylko niektóre metody intensywnej artykulacji Sharifa Sehnaoui i Adama Gołębiewskiego. Ich ekstremalnym sonorystycznym poszukiwaniom często towarzyszy fizyczna siła z jaką preparują instrumenty i obiekty dźwiękowe. Ale siła to tylko jedna strona medalu, bo obaj artyści również w półtonach i subtelnościach odnajdują wspólny język.

Sharif Sehnaoui to improwizator o światowej sławie. W rodzinnym Bejrucie jest kreatorem tamtejszej sceny improv, oraz (wraz z Mazanem Kerbajem wirtuozem modyfikowanej trąbki) twórcą najstarszego w świecie arabskim festiwalu muzyki improwizowanej Irtijal. Akustyczna gitara stanowi główny oręż wyrafinowanych zabiegów artykulacyjnych Libańczyka. Co istotne, jego eksperymenty są jedynie manualne, nie są wspierane przez zewnętrzne efekty, czy elektronikę. Sehnaoui traktuje gitarę przede wszystkim jak instrument perkusyjny, a wieloletnie doświadczenia improwizatorskie pozwalają mu posługiwać się cała paletą osobliwych technik. Jedną z nich jest przetykanie strun metalowymi obiektami i uderzanie w nie pałeczkami, co daje metaliczne i chropowate, perkusyjne brzmienie. Do innych należy szybkie opukiwanie pudła rezonansowego, gdzie wprowadzony w wibrację dźwięk daje efekt akustycznego dronowania. Muzyk równie chętnie posługuje się zestawem kamertonów, którymi pociera o pudło gitary, a także opukuje nimi jej drewniane i metalowe elementy. Jego gra jest niezwykle szybka i skupiona, a dźwiękowe emanacje eksperymentów wyraziste i przenikliwe.

Adam Gołębiewski, którego improwizacje nie raz już opisywałem na blogu, tym razem oprócz bębna i obiektów perkusyjnych, używa talerza, który w przypadku sesji „Meet the dragon” znakomicie stroi z brzmieniem opukiwanych strun gitary. Polak gra równie szybko i intensywnie, co oczywiście nie powinno zaskoczyć nikogo, kto spotkał się już z jego muzyką. Gołębiewski posługując się instrumentarium typowo rytmicznym daleki jest jednak od poszukiwania w rytmie regularności. Jego preparacje są abstrakcyjne i arytmiczne; delirycznie rozedrgane. Nierzadko przybierają formę gęstej kostropatej faktury, a momentami akustycznej ściany hałasu.

Formalnie rzecz ujmując, w trakcie trzech kwadransów frenetycznej improwizacji, gra muzyków jest ultra dynamiczna i abstrakcyjna. Intensywność i tempo artykulacji ujawnia się w niezliczonej ilości mikro uderzeń. Muzycy prowadzą dwie równoległe narracje, utrzymane w tej samej dynamice. Dźwięki wydobywane z obiektów są surowe, chropowate i zgiełkliwe. Dopiero na kilka minut przed końcem nagrania, muzycy wchodzą w bliższą relację, fundując słuchaczom coś na kształt finałowego zakończenia. Na chwile muzyka staje się bardziej uładzona. Pojawia się regularność uderzeń, której towarzyszą piskliwe glissanda i szelest perkusjonaliów. Nagle, w krótkiej przestrzeni czasu, surowa, brutalistyczna konstrukcja zostaje opasana woalem tajemniczości. Udaje się duetowi wywołać, zupełnie niespodziewany stan kulminacji, pełny napięcia i niepokoju.

***

Płyta „Meet the dragon” jest pozycją wymagającą od słuchacza pewnej świadomości estetycznej, bez której odpychać będzie gwałtowność i hałaśliwość improwizacji. Jednak co się okazuje, w pełniejszym zrozumieniu muzyki improwizowanej, także Polsko-libańskiego duetu, pomaga patrzenie. Obserwowanie twórców w trakcie improwizacji pozwala dostrzec ich skupienie, wkład pracy i umiejętności preparowania instrumentów. Pomaga też zrozumieć emocje kiedy patrzymy na maksymalnie skoncentrowanych i doświadczonych profesjonalistów, którzy pozostając w bliskiej symbiozie z instrumentem poświęcają mu maksimum swojej atencji. Oglądałem występ Gołębiewskiego na żywo, a Sehnaoui na Yutube. Ich performansy nie mają nic wspólnego z formą występów do jakich przyzwyczaiła nas muzyka rozrywkowa. Artyści nie puszczają oka do publiczności, nie kokietują jej, nie wchodzą z nią w interakcje. Mało tego, można odnieść wrażenie, że odwracają się od niej tyłem, stając się galeryjnym obiektem kontemplacji. Owszem to nie jest rock&roll, ani nawet free jazz, gdzie emocje w ekstrawertycznym uniesieniu udzielają się współodczuwającej publiczności. W improv energia skierowana jest do wewnątrz, skoncentrowana bardziej na procesie, niż współuczestnictwie. Natomiast popisy targanego twórczym szaleństwem improwizatora są niejednokrotnie bardziej pasjonujące od najlepszego rozrywkowego show. Tak jak podekscytowane audytoria piętnastowiecznych teatrów anatomicznych przyglądały się tajnikom ludzkiego wnętrza, tak słuchacz / widz improwizowanych jamów może śledzić poczynania instrumentalistów, zgłębiając przy tym tajniki anatomii dźwięku. 

Obrazy ułatwiają słuchaczowi skoncentrować się na abstrakcyjnej dźwiękowej krzątaninie. Oczy pomagają mu skorelować obraz z dźwiękiem; czynność z jej zmysłową emanacją. To wrażenie bliskie zahipnotyzowania; wciągające do śledzenia skomplikowanego procesu dźwiękowej kreacji. Patrząc, koncentrujemy się na grze, koncentrując się na grze, odbieramy muzykę uważniej. Nie tylko w przypadku wolnej improwizacji patrzenie intensyfikuje słuchanie, ale tu, ze względu na eksperymentalny charakter twórczości, wydaje się wyjątkowo pomocne, w zrozumieniu jej gramatyki.

***

Kompozycja Sharifa Sehnaoui i Adama Gołębiewskiego, która została zarejestrowana w 2015 w poznańskim Domu Kultury Dragon pozbawiona jest powtórzeń, regularności i symetrii. Tym samym daleka jest od architektury transowego rytuału. Zwracam na to uwagę, bo paradoksalnie intensywność z jaką muzycy oddają się improwizacji zbieżna jest z energią i dramaturgią ceremoniału. Ponad to, w brutalnym namaszczeniu z jakim duet preparuje instrumenty odnaleźć możemy wyraźny ślad mistycyzmu i potrzebę poszukiwania transcendencji. Kryje się ona w procesie eksploracji dźwiękowej materii obiektów. Porzucając w swojej muzyce wszystko co powtarzalne i regularne muzycy stawiają na szali swój komfort i poczucie bezpieczeństwa. Stają oko w oko z chaosem, zaopatrzeni jedynie w soje umiejętności i wyobraźnię. To dźwiękowe misterium, ekstatyczny mariaż brutalności i namiętności, której często towarzyszy ekstremalny wysiłek fizyczny, krew, pot i zmęczenie. Adam i Sharif obcując z twórczym szaleństwem i dźwiękową abstrakcją angażują w to swą duchowość i fizyczność. Igrając z żywiołem uzyskują spektakularne rezultaty, choć w świadomości wielu pozostaną niezrozumiałymi szaleńcami i muzycznymi outsiderami. 

***

„Meet the dragon” jest wydawnictwem inaugurującym działalność oficyny Uznam. Jest to prywatna inicjatywa Adama Gołębiewskiego. Motywacją do powstania labelu była chęć udokumentowania własnej działalności improwizatorskiej – „Skupiam się na najporządniejszym udokumentowaniu (CD tylko tłoczone, dobrze brzmiące, być może winyle, dobry artwork, ogólnie wysoki poziom estetyczny, ale przede wszystkim wysoki poziom artystyczny) i rozpowszechnieniu wśród świadomych recenzentów i słuchaczy. Wierzę, że jeśli to będzie spełnione, feedback sam przyjdzie”. 

 
Sharif Sehnaoui + Adam Gołębiewski „Meet the dragon”
2017, Uznam

czwartek, 13 lipca 2017

Videonarkomania / Grupa Etyka Kurpina „Revolutionnnaire”

Oddycham z ulgą na myśl, że od kilku, może nawet kilkunastu lat nie posiadam już telewizora. Z ulgą, bo niegdyś i moją słabością było przysiadanie w fotelu z pilotem w ręku i bezmyślne, transowe skipowanie z kanału na kanał. Powodem tej refleksji jest lektura kasetowego wydawnictwa Adama Frankiewicza nagrywającego pod szyldem Grupa Etyka Kurpina (GEK).

Frankiewicz jest współzałożycielem białostockiego, kasetowego micro-labelu Pionierska Records. Jego muzyczne wcielenia (oprócz GEK, występuje jako Ojun i ZXSinclair) zostały odnotowane zarówno w katalogu macierzystego wydawnictwa, jak i w Jasieniu, czy Pointless Geometry. Główną materią artystycznych poszukiwań autora jest taśma, zarówno ta magnetofonowa, jak i taśma video, które twórca intensywnie przeczesuje (plądruje), w poszukiwaniu dźwiękowych kadrów, niezbędnych do stworzenia brikolażowych opowieści.

W przepastnym zbiorze sampli z jakich przy nagrywaniu „Revolutionnnaire” korzystał Frankiewicz znajdują się stare reklamy telewizyjne, fragmenty filmowych dialogów, dżingli, dźwiękowe cytaty z programów dokumentalnych i rozrywkowych. Autor garściami czerpie materiały z kultury vhs, opartej na planie audiowizualnego fundamentu: kaseta vhs - odtwarzacz video (najlepiej Orion bo dobrze oddaje precyfrowy moment do którego nawiązuje autor) - kineskopowy telewizor podłączony eurozłączem (żadne HDMI), plus telewizja satelitarna. Usłyszycie tu wszystko co w latach 80-tych i 90-tych szczęśliwy posiadacz magnetowidu i anteny satelitarnej, mógł odnaleźć na swoich liczonych w setkach kanałach. Prawdziwe hity z satelity.

Oprócz kaset VHS, Frankiewicz sięga po taśmy magnetofonowe. To najprawdopodobniej stąd pochodzą wszelkie muzyczne cytaty, które sąsiadują, a nieraz i współtowarzyszą próbkom dźwiękowym wyekstrahowanym z telewizyjnego ekranu. Są wśród nich fragmenty egzotycznych piosenek z rożnych zakątków globu, ale także wycinki z muzyki elektronicznej o klubowej proweniencji. Znamienne że próbki dźwiękowe równie często nawiązują do ostatniej dekady XX wieku przytaczając szeroki wachlarz ówczesnych „nowych brzmień” spod znaku rave, breakbeat, czy idm.

Jeśli chodzi o metodę rekompozycji jaką posługuje się autor „Revolutionnnaire”, trzeba wyraźnie zaznaczyć, ze żadna z użytych w nagraniu próbek nie trwa dłużej niż kilkanaście sekund. Nie towarzyszy im też żaden instrumentalny akompaniament. Montaż Frankiewicza, mimo użycia setek sampli, często wyraźnie ze sobą kontrastujących jest bardzo plastyczny, układający się w ramy linearnej, a przy tym dynamicznej i pozbawionej dłużyzn narracji.

Grupa Etyka Kurpina porusza się w tej samej kolażowej konwencji i sięga po te same inspiracje co nie tak dawno opisywana przeze mnie formacja Soundscape Mirror. Jeśli jednak bydgoski kolektyw zanurza się w baśniowej melancholii i odlatuje na hutologicznym haju, to nagrania Frankiewicza odwołują się do estetyki mash-up, która na początku XXI wieku z nienasyceniem i dezynwolturą skonsumowała kulturę audiowizualną i wydaliła ją w formie remiksu. Nie wyczuwam również w plądrofonicznych kolażach GEK sentymentu, czy rozrzewnienia za pastelowymi barwami technicoloru. Odnoszę wrażenie, że autor nagrania proponuje spojrzenie krytyczne na audiowizualny nadmiar. Pozwolę sobie użyć w stosunku do „Revolutionnnaire” określenia, które Jacek Świąder zastosował w stosunku do nagrań Franka Zappy – „muzyka sarkastyczna”. Zestawione ze sobą przez Frankiewicza dźwiękowe cytaty, bywają wyraźnie podszyte grubą nicią ironii, często groteskowej, niemal zawsze surrealistycznej. Możemy doświadczyć tego wsłuchując się w treść dialogów i komunikatów zestawionych ze sobą, oraz ich dźwiękowych komentarzy. Wyrwane z oryginalnych kontekstów i tworzące nowe sensy zbitki, unaoczniają dodatkowo aspekt fabularny wydawnictwa, dzięki czemu możemy traktować je również w kategoriach słuchowiska.

Twórczość Frankiewicza jest spadkobierczynią postmodernizmu i praktyk plądrofonicznych, które od czasów Johna Oswalda zdołały stać się pierwszoplanowym tekstem kultury audiowizualnej. W przypadku „Revolutionnnaire” dochodzi fascynacja autora medium video z przełomu lat 80-90, ostatnim przedcyfrowym tchnieniem telewizji. Grupa Etyka Kurpina znakomicie uchwyca ów moment z całym jego przerostem treści, nadmiarem informacji, feerią atrakcji i tabloidowym zrównaniem komunikatów istotnych z błahymi, oferowanych biernemu widzowi na na wyciągniecie ręki. A dokonuje tego w formie udanego, wielobarwnego remiksu.


GRUPA ETYKA KURPINA „Revolutionnnaire”
2017, wydawnictwo własne

środa, 12 lipca 2017

Efekt cieplarniany / Maciej Maciągowski „DGGDRM”

Maciej Maciągowski to artysta dźwiękowy jak również konstruktor dźwiękowych obiektów i instrumentów, akustyk, oraz muzyk eksplorujący zagadnienia syntezy modularnej, tworzący zarówno solo jak i w zespołach Bachorze (recenzja), Lata, czy Cococlock. To również eksperymentator adaptujący w swojej twórczości estetykę błędu i wszelkie niedoskonałości sprzętowej materii. W ubiegłym roku zadebiutował solową kasetą „GODDNADOG” wydaną w barwach słowackiej oficyny Baba Venga, zaś jego najnowszy materiał możemy od kilku dni słuchać z taśmy nagranej dla Pointless Geometry.

Na „DGGDRM” panuje dźwięczny i migotliwy rozgardiasz. Maciągowski konstruuje kompozycje z dużej ilości krótkich pulsujących sekwencji, które swobodnie fluktuują na osi czasu. Jeśli udaje im się rytmicznie zespolić, wówczas tworzą transowe kulminacje, jeśli samoczynnie się rozchodzą, wtedy intrygują rozedrganą polirytmią. Kompozycje zbudowane z krótkich pętli, oraz licznych i gęstych struktur, pod którymi nieśmiało suną subtelne partie melodii, często osiągają aranżacyjne rozbuchanie. Jednak Maciągowski bynajmniej nie epatuje zgiełkiem, czy chaosem. Dźwiękowe ADHD, oraz towarzyszący mu zgiełk glitchowej estetyki równoważy bowiem subtelna narracja.

Mamy do czynienia z trudnym do stylistycznego zdefiniowania eksperymentem. Basowy pomruk syntezatora mógłby sugerować inspirację electro. Z kolei bulgoczące i świszczące pętle wskazują na obecność wątków acid'owych. Użycie wysokich tonacji, dźwięków krótkich i piskliwych, a przy tym stricte syntetycznych nasuwa skojarzenia z estetyką chip-tune. Z tą różnicą, że wszechobecny na taśmie glitch został przez Maciągowskiego otulony brzmieniowym pluszem, gubiąc swoją przerdzewiałą dźwięczność na rzecz złagodniałego i obudowanego basem dźwięku. Efekt finalny jest zaskakujący, z pozoru jazgotliwe brzmienia rezonują ciepłem i subtelnością.

Lektura „DGGDRM” sprawia wrażenie jakby podczas nagrywania materiału umysł ścisły konstruktora i projektanta instrumentów został zainfekowany czarem melancholii. To zanurzony w syntetycznych, analogowych brzmieniach eksperyment, przez który przebija słońce, wtłaczające w sam środek mechanicznych sekwencji tropikalny powiew. Najlepszym przykładem tej nieoczekiwanej stylistycznej przemiany z industrialnej hałaśliwości, w egzotyczny urok jest kompozycja „PLANESTRAINS”. Tam właśnie monotonna zgiełkliwa pętla zostaje gwałtownie przerwana rytmiczną wariacją na temat rumby, a prymitywizm perkusjonaliów rodem z syntezatorowych presetów łączy się, z urokliwą choć równie prostą melodią i kojącą przestrzenią.

W muzyce Maciagowskiego ekstrema łagodnieją, kostropate dźwięki zostają zmiękczone, zaś wyraziste i chłodne estetyki topnieją pod wpływem cieplarnianego efektu. Finalnie otrzymujemy udaną i zaskakującą fuzję hałaśliwości i elegancji, podaną w formie przystępnego eksperymentu.

MACIEJ MACIĄGOWSKI „DGGDRM”
2017, Pointless Geometry

wtorek, 11 lipca 2017

Upalne granie / Rhythm Baboon „Baboonism”

Kasetowe wydawnictwo Pawlacz Perski, nad którym kuratorską pieczę sprawują Lech Nienartowicz i Mateusz Wysocki, od pięciu lat pełni na rodzimej scenie funkcję awangardowego wentylu. To eklektyczna platforma śmiałych i bezkompromisowych eksperymentów, oferująca artystom absolutną wolność. Tutaj mogą dać upust swym najbardziej abstrakcyjnym pomysłom, z czego skwapliwie korzystają nagrywając muzykę często odległą stylistycznie od wątków eksplorowanych pierwszoplanowo. Tak było choćby w przypadku kaset; Pawła Klimczaka (Naphta/Braki, Opiłki i Makrostruktury), 3FoNII Jacka Mazurkiewicza, Jakuba Pokorskiego (Computer Says No) i wielu innych. Podobnie jest w przypadku najnowszej kasety Rhythm Baboon, będącej jubileuszowym, czterdziestym wydawnictwem labelu.

„Baboonism” jest pierwszą produkcją gdańszczanina Szymona Listewnika, która ujrzała światło dzienne od czasu ubiegłorocznego, znakomicie przyjętego winyla „The Lizard King”. Wydany w kooperacji U Know Me Records i Polish Juke album prezentował wcielenie fantastycznego rodzimego footworku w sposób przebojowy i pełen polotu. Uznanie go za jedno z najciekawszych wydawnictw 2016 może świadczyć, że podejście autora okazało się na tyle otwarte, aby zaabsorbować uwagę nie tylko znawców pochodzącego z Chicago gatunku. Tym razem Rhythm Baboon, postanowił w pełni wykorzystać swobodę jaką daje mu możliwość wydania kasety w Pawlaczu Perskim i zaprezentował materiał mroczniejszy i bardziej wymagający dla przypadkowego odbiorcy, przesuwający chicagowską estetykę w stronę eksperymentalnego post-footwork'u. Rezultat jest kolejnym dowodem, że polscy producenci mają wyjątkową smykałkę do tej wyrazistej stylistyki.

Tym razem, jak wspomina press info, mamy do czynienia z dalekimi reminiscencjami gatunku. Rhythm Baboon zapuszcza się w rejony duszne i gęste, analogicznie jak opisywana tu ostatnio płyta 1988, którą gdyby zakotwiczyć w kontekście muzyki klubowej to prawdopodobnie zabrzmiałaby właśnie tak jak „Baboonism”. O podobieństwie świadczą potężne partie basu, zagęszczone tekstury, czy nakładające się na siebie masywne warstwy. Podobnie jak wspomniana „Gruda” również materiał Listewnika eksperymentuje z rytmiką. Gdańszczanin manipuluje tempem kompozycji i złożonością uderzeń. Usłyszymy tutaj zarówno klasyczne footworkowe kawalkady; plemienne tam-tamy; regularne trip-hopowe, zwaliste tąpnięcia, a także fragmenty pozbawione zupełnie bitu, lub z rytmem zagnieżdżonym w głębokim tle. O klubowym rdzeniu gatunku przypominają modyfikowane wokale, a także sample, z których Baboon ochoczo korzysta. Wśród nich uważne ucho wychwyci zniekształcone fragmenty „Da Funk” Daft Punk, czy kompozycji „Everybody's Got to Learn Sometimes” zespołu The Korgis, (zdecydowanie bardziej kojarzonej z jungle'owej przeróbki.

Ten niespełna półgodzinny energetyczny materiał płynnie łączy szereg często stojących ze sobą na kolizyjnym kursie estetyk. Splatają się tu masywne, przesterowane uderzenia o industrialnej proweniencji, z funkowym grooeve'm przeniesionym z płyty „The Lizard King”. Plemiennym brzmieniom bębnów, towarzyszy uliczny zgiełk i rozedrgana narracja, kreująca ekspresyjny obraz miejskiej dżungli. Spod hip-hopowej stopy unoszą się zaś opary ambientu i psychodelii nakręcanej narkotycznie zwolnionymi wokalami. Wreszcie, co najważniejsze, wszystkie te elementy spaja gęsty dubowy pogłos, nadając całości okazałą basową muskulaturę.

Muzyka Rhythm Baboon jest na tyle transowa i energetyczna, że nie sposób się od niej oderwać. Jej żywiołowa pulsacja idzie w parze z narracyjnym polotem, a masywność brzmienia nie zakłóca wyjątkowej zwiewności z jaką „Baboonism” absorbuje uwagę słuchacza. To bez wątpienia najlepsze remedium na letnie skażenie przestrzeni publicznej kiczem wakacyjnych szlagierów.

RHYTHM BABOON „Baboonism”
2017, Pawlacz Perski

czwartek, 6 lipca 2017

Miejskie palimpsesty / 1988 „Gruda”

Jeśli w słowach deklamowanych przez Piernikowskiego na płycie „No Fun” kryje się zgorzknienie i bunt na otaczającą autora rzeczywistość, to „Gruda” jest dźwiękowym suplementem tej wypowiedzi, jej posępną konstatacją.

„Gruda” autorstwa Przemysława Jankowiaka vel 1988 to jedna z najbardziej przytłaczających płyt jakie w tym roku słyszałem. Osacza słuchacza masywnymi brzmieniami wylewanymi obficie z syntezatora, mozolnymi tempami, mrocznymi, kwaśnymi melodiami, hipnotyczną pulsacją i minorową aurą. Ogromne wrażenie robi zagęszczenie dźwięków, nagromadzenie basowych plam i tłustych syntezatorowych warstw, które nie przepuszczają światła, ni powietrza. Jednak pod tą spiżową warstwą ukryta jest też kruchość. Możemy ją odnaleźć w zepchniętych na dalszy plan warstwach rytmicznych; symbolicznym taktowaniu, subtelnym tykaniu hi-hatów i okazjonalnym użyciu mocniejszych bitów. Skryta w toni syntezatorowych odmętów aranżacja rytmiczna, jest jednak niezwykle różnorodna i mocno zatomizowana na; ciche, szeleszczące kliki, meandrujące miedzy dźwiękową fakturą, a subtelną ornamentacją, oraz pojedyncze potężne trzaski i zwaliste tąpnięcia stopy, wywołujące gromkie pęknięcia masywnych basowych ścian. Niegdyś nazwalibyśmy to abstract hip-hopem, dziś może bardziej odpowiedni byłby post hip-hop. Mniejsza o to.

Niemal wszystkie recenzje płyty na które się dotąd natknąłem, akcentowały miejski kontekst „Grudy”. Nie ma co do tego wątpliwości, że obcujemy z muzyką zdecydowanie miejską, o mocnym basowym fundamencie, pełną pogłosów, zgiełkliwą szumem miasta. Przyświeca jej to samo poczucie alienacji i kontrkulturowego gniewu, które swoją muzyką wyraziście manifestują twórcy grime'u ze wschodniego Londynu, młodzi Afrykanie tworzący scenę gqom music w Durbanie, hiphopowcy z Detroit, a niegdyś również producenci trip-hopu z Bristolu, czy nowojorscy raperzy. Z kolei tytułowa kompozycja „Gruda” z cichym podszeptem hi-hatów i gromkim basowym pomrukiem przy odwróceniu proporcji mogłaby wpisać się również w footworkową estetykę Chicago, bądź Tokio. Muzyka 1988 absorbuje miejski hałas, notoryczny uliczny szum, duszny klimat starych śródmiejskich kamienic, obskurę osiedli, brud zaułków, lecz przede wszystkim przygnębienie mieszkańców tych miejsc. Jest niczym zaniedbany miejski zaułek, gdzie strach zapuszczać się nawet za dnia, ale który magnetyzuje urokiem ilości faktur, malowniczości odchodzącej płatami farby, palimpsestów naściennego graffiti. Wypisz wymaluj jak z okładki płyty.

W tej dusznej opowieści 1988 pełni rolę współczesnego flanera. Jego pozycja jest zdystansowana. Nie używa słów, jest jakby pomiędzy nimi, rejestrując w trakcie miejskich wędrówek, odbite echem konspiracyjne szepty, skrawki osiedlowych gadek, szemranych interesów, fragmenty rapowych nawijek. Jankowiak nie jest bynajmniej bohaterem swojej opowieści, w przeciwieństwie do Piernikowskiego, który stoi w centrum i wchodzi w bezpośredni dialog z otoczeniem. 1988 portretuje otoczenie niczym Emil Zola zapuszczający się w najgorsze dzielnice Paryża, aby ukazać ponurą egzystencje ludzkiego mrowiska, a później z kunsztownością odtworzyć jego obskurę.

„Gruda” to mroczna muzyka na mroczne czasy. Biada tym, którzy szukaliby w niej pocieszenia. To doświadczenie boleśnie sprowadza na ziemie. Jednak ten mentalny ucisk towarzyszący podczas słuchania kolejnych zwalistych kompozycji, dość szybko możemy wyciszyć estetyczną fascynacją. „Gruda” to bowiem również uczta dla uszu, producencki majstersztyk. Album doskonale zaprojektowany brzmieniowo, wielowarstwowy, pełen pasjonujących dźwiękowych detali. Album do którego obsesyjnie powracam zachwycając się jego muzycznym bogactwem i brzmieniową architekturą.

1988 „Gruda”
2017, Latarnia Records

środa, 5 lipca 2017

Bałuckie marcepany / Tsvey „Tsvey”

Duet bałuckich* lokalsów, w dobie „nadpodaży wydawniczej”, uderza z „brutalną siłą” i kilkoma „denerwującymi przerywnikami”.

Przy okazji wczorajszej recenzji płyty Stefana Wesołowskiego podawałem przepis na modern classical. Dziś zaś podaję recepturę na muzykę z wydawnictwa Mik.!.Musik. Oto ona. Absolutny prymat rytmu. Linearna kompozycja. Ultra syntetyczne, twarde i wyraziste brzmienie. Szybkie tempa. Duża dynamika. Brak melodii. Jeśli twierdzicie, że to nic trudnego, dodam, że sekretnym składnikiem tej mikstury jest charyzma. Tylko od niej zależy czy efektem będą zakalce, czy marcepany. Chłopakom z Tsvey, można próbować wytykać, „blagę” czy, „bałaganiarstwo”, ale z pewnością  nie można zarzucić im braków „w pracy u podstaw”, a już w szczególności charyzmy.

Więcej niż z kulinariami, płyta Piotra Połoza i Bartka Kujawskiego ma wspólnego z szeroko pojętą motoryzacją. Po pierwsze; okładka. Po drugie; tytuły ów „denerwujących przerywników” wymieniające kolejne roczniki Fiata Cinquecento od 2003 do 2007. Po trzecie; muzyka Tsvey świetnie sprawdza się w trasie, choć tu akurat skutkiem ubocznym jest pokusa doścignięcia tempa uderzeń prędkością na liczniku, co niestety może zakończyć się tak jak na przedstawionym wyżej obrazku. Po czwarte; maksyma: „Rave, hałas, odpowiedzialność" która w przypadku wspomnianej prędkościowej pokusy, celną przestrogą puentuje ów motoryzacyjny kontekst.

Nie jest to solowa płyta Bartka Kujawskiego, wiec nie wiem skąd zawód i utyskiwanie na małą różnorodność. Tsvey to zupełnie nowa formuła współpracy obu artystów. Owszem, więcej zasług przyznalibyśmy tu raczej kojarzonemu z tanecznymi projektami Połozowi (Tsar Poloz), jednak to tylko pozór. Tajemnicą poliszynela jest bowiem, że Kujawski jest oddanym fanem starego rave z niemieckiej Vivy, happy hardcore'u, Scootera, holenderskiego gabba spod znaku Thunderdome, czy sceny euro-dance. Może to zabrzmieć jak żart, ale ów inspiracje obecne są przecież na solowych i bardziej eksperymentalnych albumach łodzianina, którymi zachwycałem się w zeszłym roku. W przypadku Tsvey przybrały one jednak mniej abstrakcyjną, a bardziej regularną formę. Dodatkowo odnoszę wrażenie, że na płycie udało się zawrzeć również pierwiastek macierzystej formacji Połoza (Psychocukier), nie tylko w postaci rock'n'roll'owej werwy, ale i noisowego brzmienia, które udanie imituje gitarowe sprzężenia („Ukufa”).

Mimo wszystko żal – śmiem zgodzić się w tej kwestii z Jarkiem Szczęsnym z portalu Nowamuzyka.pl, do którego recenzji robię w niniejszym tekście delikatne kuksańce – że „denerwujące przerywniki” nie doczekały się rozwinięcia w pełniejsze kompozycje, bo mimo swojej embrionalnej postaci świetnie się zapowiadają.

Nie kunszt, ani nie eksperyment jest fundamentem tej płyty. Jest nią energia i charyzma. Tsvey grają masywnie, dynamicznie i zdecydowanie transowo. Jeśli jednak chodzi o kokietowanie słuchacza, to trzymają go na dystans, a ich podejście bywa chłodne. Ponoć na Bałutach tak gra się na weselach.

Pozwolę sobie zatem zakończyć tę recenzję z absolutnie świadomą „blagą” i parafrazując stadionową przyśpiewkę zakrzyknąć – Kto nie skacze przy Tsvey'u, tańczy polo na weselu.

TSVEY „Tsvey”
2017, Mik.!.Musik / BDTA

* Bałuty - taka dzielnica w Łodzi.


wtorek, 4 lipca 2017

Lament czyli melodramat / Stefan Wesołowski „Rite of the end”

Powszechna ekscytacja płytą „Rite of the end” Stefana Wesołowskiego jest dla mnie niezrozumiała. W mojej opinii to mało porywająca, wyblakła kopia, dramatycznie wyeksploatowanego gatunku. Estetyki tak zdartej, że nie zdziwiłbym się, gdyby za chwilę sięgnął po nią Zbigniew Preisner.

Mowa o mariażu muzyki akustycznej o zadęciu klasycznym, z brzmieniami elektronicznymi, czyli estetyce rozpoznawalnej pod tagiem modern classical, choć oba człony są niezbyt adekwatne do skrywającej się pod nią treści. Nie jestem bynajmniej wrogiem tego gatunku, natomiast trudno jest mi znaleźć nurt bardziej hermetyczny na innowacje. Owszem całkiem przyjemnie i z ekscytacją można było słuchać tego jeszcze 5-10 lat temu, ale teraz jest to nie do zniesienia. Jedyni na tym polu którzy walczą o przesuniecie granic to w mojej opinii Tim Hecker i Ben Frost, którzy każdym kolejnym studyjnym wydawnictwem próbowali przewartościować gatunek na nowo. Pozostała większość mozolnie powtarza uporczywy schemat, zaś sam gatunek znalazł sobie wygodną i bezpieczną przystań jako ilustracja filmowa.

Minorowa kolorystyka. Wolne tempa. Cedzone nuty. Akustyczne instrumentarium, z naciskiem na skrzypce o rustykalnym, chropowatym brzmieniu. Wibrujące burdony. Obowiązkowe crescenda, i hałaśliwy finał, gwałtownie ucięty. Czasem głuche regularne tąpnięcia uderzeń. Oto i przepis na modern classical, a zarazem przepis na „Rite of the end”. Wesołowski nie sili się nawet aby poza ów przewidywalny schemat wyjść. Nie pozostawia sobie żadnego wentylu bezpieczeństwa, nie eksperymentuje z formą, a jego nagrania pozbawione są elementu artystycznego ryzyka. Wobec powyższego, boleśnie rozczarowująca jest postawa kompozytora, a przecież jest to twórca, który już na początku swojej muzycznej drogi objawił się ze znakomitym pomysłem. Mam na myśli często niedocenianą przez recenzentów „Kompletę”(2008), na której Wesołowski zadał sobie trud muzycznej adaptacji liturgii brewiarzowej. Zarówno koncepcja, jak i samo wykonanie, którego wspomnienie mam w pamięci do dziś okazały się niezwykle intrygujące. Wyciszona i natchniona mistyką „Kompleta” okazała się dziełem zarazem przejmującym, ale i podanym lekko, z wyczuciem, wręcz zmysłowym. Niestety w najnowszy materiale nie odnajduje podobnych uniesień.

„Rite of the end” jest modern classicalową pulpą, w której trudno znaleźć wyraziste punkty odniesienia, czy to formalne, czy brzmieniowe kontrasty. Muzyka jest masywna, a momentami nawet drapieżna, ale i to nie wynosi jej poza przeciętną gatunkową. Z pewnością to płyta emocjonalna, ale na pewno nie porywająca, bardziej te emocje wymusza, podaje jakby w pakiecie z gatunkową stylistyką. Smutna? Możliwe, lecz z większym prawdopodobieństwem zwyczajnie nudna. Wyrafinowana? Co to to nie. Szumy, pogłosy i owo gęste, masywne brzmienie maskuje jedynie mało finezyjną formę. Najlepszym tego przykładem może być kompozycja „Seven Maidens”, z dramatycznie przewidywalną linią melodyczną. W tym momencie zrobię tu osobistą dygresję. Ta zagrana na kilku nutach melodia przypomina mi moje dawne karkołomne i pozbawione odrobiny talentu zmagania z klawiaturą syntezatora, kiedy to kulawym paluchem nieporadnie próbowałem odgrywać najprostsze harmonie, aby nie ograniczać się jedynie do dronowania.

Jedyne, nieliczne momenty, które były w stanie wyrwać mnie z objęć estetycznego stuporu, to chwile w których autor pokazuje pazur. Czy to w otwierającym album „Prelude”, gdzie osiąga intensywność artykulacji zbliżoną do totalności „Polimorfi na 48 instrumentów smyczkowych” Pendereckiego, bądź w chwilach kiedy sięga po estetykę harsh noise wall („Rex, Rex!”, „Hoarfrost II”).

Dopiero w trakcie pisania tej recenzji przypomniał mi się fakt, że oto byłem niegdyś na koncercie Stefana Wesołowskiego. Miało to miejsce po wydaniu przez niego, płyty „Liebestod”. Moje wspomnienia z tamtego występu jak i refleksja po przesłuchaniu (kilkadziesiąt razy, stąd tak opóźniona jest ta recenzja) „Rite of the end” jest ta sama. Stefan Wesołowski jest kompozytorem pozbawionym artystycznej charyzmy, nie potrafiącym dotąd wzbić się ponad schematy, które paradoksalnie samemu sobie narzucił. Jest zaś tyle możliwości gdzie można by tchnąć ten zatęchły modern classical, które dla wykształconego kompozytora  nie powinny stanowić problemu formalnego; choćby elektroakustyka, sonoryzm, nawet minimalizm (choć ten z równie wielkimi krokami zmierza do podobnego wyeksploatowania przez rodzimych twórców), czy nawet techno, które niektórzy recenzenci starają się uparcie, choć w mojej opinii zupełnie niefortunnie przypisać muzyce Wesołowskiego. Być może schematyczne podejście, reprezentatywne dla muzyki kompozytora sprawdza się w filmowych i teatralnych soundtrackach, jednak w formie autonomicznych nagrań boleśnie mnie rozczarowuje. Mimo szczerych chęci, żadna z licznych entuzjastycznych recenzji płyty, nie przekonała mnie dotąd do zmiany tej opinii.

STEFAN WESOŁOWSKI „Rite of the end”
2017, Ici D'ailleurs

poniedziałek, 3 lipca 2017

Schizofonia vs. retromania / Soundscape Mirror „Schizofonie”

Soundscape Mirror, audiowizualny duet z Bydgoszczy archiwizuje swą artystyczną działalność, prezentując ją na debiutanckiej płycie „Schizofonie”.

W skład kolektywu wchodzą Freeze odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową, oraz Skoff zajmujący się warstwą wizualną projektu. Wydany własnym sumptem materiał jest zapisem cyklu koncertów i performansów dźwiękowych, zainspirowanych koncepcją schizofinii Raymonda Murraya Schafera. Bada ona aspekt oderwania dźwięku od swjego źródła, a także jego funkcjonowania poza naturalnym kontekstem. Akcje kolektywu odbywały się we wnętrzach legendarnego bydgoskiego Mózgu, kolebki yassu. Formuła site specific, która przyświecała przedsięwzięciu, uniemożliwiła pełne oddanie schizofonicznego charakteru eksperymentów grupy. Pojawia się on jednak w nagraniu, w nieco innym kontekście, związanym ze współoddziaływaniem elementów audio i wideo. 

Z uwagi na nośnik (płyta CD), na którym zostały zarejestrowane wydarzenia, mamy możliwość zapoznać się jedynie z warstwą audytywną. Nie powinno to jednak zniechęcić odbiorców, bowiem muzyka SSM jest wystarczająco sugestywna, aby kreować w wyobraźni słuchacza wizualne panopticum. Została zaprojektowana w dużej mierze w oparciu o próbki dźwiękowe pochodzące ze źródeł video. Stąd tak wiele tu cytatów z filmów, dialogów, fragmentów kronik filmowych, telewizyjnych dżingli. Schizofoniczny kontekst ujawnia się poprzez fakt, że w słuchawkach słyszymy dźwięki kojarzone z telewizją. Uszy stają się zatem naszymi oczami i zabierają nas w krainę wyblakłego technicoloru, prześwietlonych klisz i interferencyjnych zakłóceń.

Muzyczna warstwa, z którą mam przyjemność obcować na płycie „Schizofonie”, roztacza przede mną melancholijny pejzaż rodem z nagrań Boards Of Canada, czy The Caretaker. Przykurzone winylowe trzaski, długie wstęgi pastelowych syntezatorów, hipnotyczne pętle, kosmiczne melodie rodem z programów edukacyjnych („Sonda”, „Kwant”) niespiesznie rozbrzmiewają, układając się w psychodeliczną ambientową suitę. Dynamika dźwiękowych wydarzeń jest wyraźnie wyciszona co sprzyja kontemplacji, a nawet hipnozie. Mamy tu do czynienia z kwintesencją muzycznej retromanii. Estetyka ta co prawda należy do mocno już wyeksploatowanych, jednak jej magnetyzm zdaje się być niewyczerpanie wręcz uwodzący; otumaniający niczym syreni śpiew. Mimo, że muzyka SSM nic nowego do niej nie wnosi, to nie można zarzucić twórcom, że nie potrafią posługiwać się nią w sposób, który gwarantuje słuchaczom nad wyraz sugestywne przeżycie. Doświadczenie hipnagogii, które udanie rekonstruuje SSM sięga wprost do naszej pamięci, poruszając się w niej przebiegle i niepostrzeżenie. Słuchając nagrań duetu mamy bowiem podświadome wrażenie że sięgają one bezpośrednio do naszych wspomnień, wydobywając z nich znajome dźwięki; zasłyszane mimochodem, najpewniej w dzieciństwie. Takie wrażenie stwarza słuchaczowi komfort odsłuchu i poczucie bezpieczeństwa, zaś utkana zagadkowymi dźwiękami narracja nie pozwala mu się oderwać od nagrań. Choć prawdę mówiąc materiał SSM zyskałby jeszcze na solidnym przycięciu.

Ten łagodny i absorbujący uwagę repertuar, powstał z wykorzystaniem szerokiego spektrum technik, koncepcji artystycznych i sprzętów; sampling, synteza, field recording, plądrofonia, elektroakustyka, komputer, magnetofon, darmowe programy, instrumenty akustyczne. W jednej z kompozycji usłyszymy również znajomą trąbkę, dawno niesłyszanego Grzegorza Pleszynskiego. Jego zamglone i przyczajone partie solowe dostosowują się do sennej melancholii nagrania, przepasając je przydymioną frazą, która kojarzy mi się z artykulacją Jona Hassella.

Lektura „Schizofonie” pod sztafażem ambientowego nokturnu, zupełnie nieoczekiwanie ujawnia szereg interesujących tropów. Nie tylko zatem przyjemnie mami onirycznością dźwiękowej kreacji, ale i stawia przed słuchaczem intelektualne wyzwania. 


SOUNDSCAPE MIRROR „Schizofonie”
2017, wydanie własne

wtorek, 27 czerwca 2017

Peace & ... / LOVE „E Bik Dangam Lan”

Polsko - duńsko - szwedzki, sześcioosobowy kolektyw LOVE debiutuje zachwycającym hymnem do miłości.

Twórcza aktywność polskiego zaciągu muzyków studiujących w prestiżowym kopenhaskim
Rhythmic Music Conservatory, w szybki czasie przybrała formę nowego zjawiska w polskim jazzie. Kreatywna i niezwykle płodna grupa muzyków jest niewątpliwie zwiastunem pokoleniowej zmiany na rodzimej scenie. Jędrzej Łagodziński, Szymon Gąsiorek, Franciszek Pospieszalski, Grzegorz Tarwid, Maciej Kądziela, Kuba Wójcik, Kamil Piotrowicz, czy Albert Karch (a dodajmy tu jeszcze muzyków formacji EABS, o której pisałem wczoraj) dają wszelkie preteksty, aby śmiało zakrzyknąć, że oto „Idzie nowe!”. Już bowiem na starcie to pokolenie jazzujących dwudziesto-trzydziestolatków ma fundament, który lokuje ich tam gdzie znajdują się doświadczeni i dojrzali artystycznie jazzmani. Przykładem niech będą choćby znakomite płyty Karcha i Tarwida, nagrane ze starszym o pokolenie Wojtkiem Jachną. Cała polska frakcja duńskiego konserwatorium to artyści już ukształtowani, mający znakomity warsztat instrumentalny, formalny i kompozytorski, pozwalający im na sprawne realizowanie swoich autorskich koncepcji. Bez wpadek i bezpłodnych poszukiwań będących przypadłością debiutantów, bądź samouków. Osłuchani, obeznani z klasyką, nie tylko jazzową, a przede wszystkim ograni w uczelnianych kolaboracjach i muzycznych jamach, doskonale panują nad dźwiękową materią, nie pozwalając aby improwizacja, która często maskuje niedociągnięcia warsztatowe stała się istotniejsza od myślenia kompozycyjnego. Myślenia, trzeba podkreślić, w pełni młodzieńczego, natchnionego swobodą i bezkompromisowością. Nieskalanego przyziemnością, a przesyconego duchem, szczerością i wciąż jeszcze ideą poszukiwania w muzyce miłości i piękna. Nie bez przyczyny wydawnictwo założone przez kolektyw polskich i skandynawskich muzyków nazywa się Love & Beauty Music, a poszczególne formacje w skład w których wchodzą inicjatorzy tego przedsięwzięcia: The Love & Beauty Seekers, bądź po prostu LOVE. Wynikiem tej niezwykłej jak na nasze czasy szczerej postawy w sztuce są nagrania o wyrazistym charakterze, pełne polotu, bezpretensjonalności, narracyjnie lekkie, a przy tym bogate warsztatowo i niezwykle różnorodne, czerpiące z wielu tradycji, stylistyk i kultur.

Nie można nie dać się uwieść temu młodzieńczemu porywowi. Nic dziwnego, że ich nagrania z miejsca zostały docenione przez Polskich recenzentów. Tak było zarówno z wydaną niedawno przez For Tune płytą sekstetu Franciszka Pospieszalskiego, oraz z wydawnictwami z Love & Beauty Music, za którymi stoją saksofonista Jędrzej Łagodziński i perkusista Szymon Gąsiorek, odpowiadający za kompozycje kolektywów (odpowiednio) LOVE i Pimpono Ensemble. Dodajmy jeszcze, ze obaj wraz z Pospieszalskim współtworzą trio The Love & Beauty Seekers.

W skład LOVE oprócz Łagodzińskiego i Gąsiorka wchodzą muzycy z Danii i Szwecji; wokalistaka Lo Ersare, pianista Petter Rylen, tubista Rasmus Kjaergard Lund i kontrabasista Tomo Jacobson. Jednak w sesji nagraniowej wzięli również udział wokaliści Kalina Wasilewska, Kaspar Vig, Nicolai Noa, oraz kilkudziesięcioosobowy chór. Już na wstępie trzeba bowiem zaznaczyć, że „E Bik Dangam Lan” to album w dużej części oparty na ludzkim głosie. Wnikliwe podejście do wokalnej artykulacji i różnorodne jej użycie obrazuje filozofię według której Łagodziński skomponował debiut swojej formacji. Opiera się ona na muzycznym eklektyzmie i silnym duchowym przeżyciu. Niemal każda z kompozycji została zainspirowana innym pomysłem na aranżację i ekspresję wokalną. W introdukcji („Creation - Drone”) mamy do czynienia z głosem niskim, gardłowym zestrojonym z dronującymi instrumentami. Następnie („Creation - Beginning”, „Creation - Lament”) słyszymy głos improwizujący, naśladujący dźwięki instrumentów i posługujący się licznymi figurami intonacyjnymi. Dalej natrafimy na głos użyty jako jeden z trybów zamachowych maszyny repetycyjnej („Creation - Reminiscence”). Piosenkową wokalizę na dwa głosy, będącą wyznaniem jedności i miłości czynionym przez Łagodzińskiego i Ersare („I am you”). Głos swingujący („Life Path Number 7”). Głos ekspresyjnie deklamujący japoński poemat („Yakuza”), a finalnie („E Bik Dangam Lan”) chór snujący orientalną mantrę, zamykający ten pasjonujący album przy akompaniamencie morskich fal.

Różnorodność wokalna idzie w parze z bogactwem wątków i odniesień jakie znalazły się na „E Bik Dangam Lan”. Czego bowiem tutaj nie ma. Są przenikliwe, wibrujące drony; sonorystyczne eksperymenty; natchnione, ekstatyczne kulminacje, budowane w oparciu o repetycję i rozrastające się niczym kula śniegowa tocząca się ze zbocza. Mamy również wpadającą w ucho piosenkę o popowym potencjale, czy aranżacje na chór. Każdy z utworów to popis erudycji muzycznej Łagodzińskiego, jego umiejętności operowania formą i kreowania dramaturgi. Całość jest wręcz wzorowy przykładem koncept albumu, zrealizowanego z myślą o najdrobniejszym elemencie wielowątkowej i dynamicznej narracji. Prócz wpływów stylistycznych (sonoryzm, minimalizm, spiritual jazz, free improv) i multikulturowych inspiracji (Japonia, Skandynawia, kultura popularna, Indie), „E Bik Dangam Lan” natchniony jest emocjami, które nie tylko ze względu nazwę zespołu możemy utożsamiać z różnymi wcieleniami miłości; od uniesień i ekstaz, po smutek, melancholię czy gniew. Płyta nieustannie uwodzi słuchacza, przymila się mu, pieści zmysły, ale i niezmiernie intryguje, zaskakuje i pobudza – wszystko w doskonałych proporcjach.

Jeśli miałbym gdzieś ulokować ten album na mapie odniesień, to znalazłby się on w jednym rzędzie z nagraniami Warsaw Improvisers Orchestra i Fire! Orchestra Matsa Gustafssona. Z tą różnicą, że to Łagodziński bardziej panuje nad improwizacyjnymi zapędami solistów i nad formą, która nie rozłazi się samopas i jest kontrolowana nawet w momentach kiedy wydaje się, że w narrację wdziera się improwizowany zamęt. Autor „E Bik Dangam Lan” potrafi czujnym uchem kontrolować rozognione frazy swoich muzyków, w mgnieniu oka nadając im logiczny i harmonijny ciąg.

Nie będę się zatem już dłużej krygował, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej płyty. Udzieliła mi się ta młodzieńcza, pełna polotu i wyobraźni energia twórców. Kocham tę płytę, kocham zespół. Kocham Łagodzińskiego za nieczęsto już znajdywaną w muzyce autentyczność i otwartość, dziecięcą wręcz wrażliwość i młodzieńczy idealizm. Kocham „E Bik Dangam Lan” za wspaniałe nawiązanie do spiritual jazzu, za wokale, za użycie chóru, za obecność tak rzadko spotykanej, a mojej ulubionej tuby. Kocham za zróżnicowanie, bogactwo i wszechstronność, a przy tym za umiar i świadomość kompozytora, które uchroniły ten wielowątkowy album przed przesytem i przeszarżowaniem. Kocham za muzykę, z którą chcę się identyfikować, muzykę pełną emocji piękną, świeżą i budującą, a przy tym co najważniejsze, intrygującą i niebanalną. Peace & Love... and Beauty!

LOVE „E Bik Dangam Lan”
2017, Love & Beauty Music

niedziela, 25 czerwca 2017

Make Komeda Not War / EABS „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)”

Proszę wybaczyć, że tak ogólnikowo (może i nazbyt) ujmę wstęp, ale forma tej recenzji wymaga pewnej powściągliwości i syntetycznego podejścia. Przynajmniej na etapie zaprezentowania kontekstu, który w tym przypadku obejmuje kilkadziesiąt lat historii jazzu.

Do 1956 roku granie w Polsce jazzu było zakazane i traktowane, jako przejaw dekadencji i zgnilizny moralnej zachodu. Krzysztof Trzciński student medycyny zdobywając pierwsze swingowe szlify, zmuszony był ukrywać swoją nowo odkrytą pasję. Swoją drogą, tej konspiracji zawdzięcza on rozpoznawalny na całym świecie pseudonim Komeda. Cenzura w Polsce robiła wiele, aby rodzimi melomani nie mogli na własne uszy usłyszeć nowoczesnego jazzu amerykańskich mistrzów. Tutejsi twórcy tworzyli niemal w kulturowej izolacji od źródła gatunku, bądź też podchodząc do niego z dystansem. Europejski jazz przeszczepił w swoje korzenie fundament muzyki klasycznej z jej zamiłowaniem do harmonii i kompozycji. Tymczasem w Ameryce był donośnym okrzykiem emancypacji, materią coraz to odważniejszych poszukiwań. Hard bop lat 50-tych radykalizując środki wyrazu, podążał stopniowo w stronę form co raz bardziej zrytmizowanych i improwizowanych, tworząc podwaliny dla free i spiritual jazzu. Główną rolę zaczęły odgrywać emocje wyrażane krzykiem dęciaków, perkusyjnymi kawalkadami, natchnionymi solówkami solistów, budowaniem kulminacji. Podczas gdy za oceanem jazz („New Black Music”) był muzyką buntu afroamerykańskiej społeczności, na starym kontynencie w głównej mierze pozostawał przeżyciem estetycznym i intelektualnym, zarezerwowanym dla elit. Jeśli amerykańscy twórcy tryskali testosteronem, to europejczycy romantyzowali w sposób stylistycznie wyrafinowany. Tam gdzie John Coltrane poszukiwał kulminacji, aby zamanifestować swoją wiarę w boga, tam Komeda stosował kontrapunkt, otwierając kompozycję na zupełnie nową narrację. Wiele dekad później kolektyw Electro-Acoustic Bass Sessions (EABS) obie te jazzowe tradycje, amerykańską i europejską, unifikuje. Władając współczesnym, globalnym językiem jazzu łączy melodyjny liryzm z rozbuchaną ekspresją, a nastrojowy romantyzm z potrzebą kontestacji.

EABS to siedmioosobowy kolektyw z Wrocławia, na którego czele stoi Marek Pędziwiatr pianista młodego pokolenia, które już za chwilę zacznie rozdawać karty w polskim (i zapewne nie tylko) jazzie. Niezwykle istotną rolę w przedsięwzięciu pod nazwą „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)” zajmuje również Sebastian Jóźwiak (1/3 labelu Astigmatic Records i jednocześnie manager EABS). To on odpowiedzialny jest za selekcję materiału źródłowego. Przekopawszy się, przez obszerną twórczość Krzysztofa Komedy sięgnął po wątki epizodyczne (etiudy baletowe, muzykę do filmów fabularnych, krótkich metraży, dokumentów, animacji oraz kompozycji ilustrujących wiersze polskich poetów), spoza komedowskiego kanonu. Jóźwiak, spiritus movens tego koncept albumu, stworzył szkic projektu, który następnie został poddany śmiałej interpretacji przez Pędziwiatra i zespół. EABS to jednak ponad wszystko kolektyw. Perfekcyjnie współbrzmiący mechanizm. Pozbawiony słabych punktów i (w sensie wykonawstwa) liderów. Świadczyć może o tym choćby fakt, że album udało się nagrać "na setkę", a na krążek weszły całe take'i z sesji.

Twórczość Komedy została potraktowana przez nich jako wehikuł czasu, którym można odbyć pasjonującą podróż przez różne wcielenia i dekady jazzu, począwszy od lat 50-tych, a skończywszy na współczesności. Nie jest to opowieść chronologiczna, ani obudowana gatunkowymi ramami, co sprawia, że fragmenty różnych stylistyk płynnie się ze sobą mieszają. Mamy tu więc melodyczne motywy autorstwa patrona płyty, które ze swobodą przymierzają odzienia z obszernej jazzowej konfekcji. Jest wśród niej natchniony mistycyzmem spiritual jazz Johna Coltrane'a. Są wątki acid jazzowe, łączące jazzowe frazy z soul'em i hip-hopem, po które niegdyś sięgali Guru's Jazzmatazz, czy Michał Urbaniak z projektem Urbanator (swoja drogą jego partia smyczkowa w utworze „Free Witch and No Bra Queen / Suit” stanowi bezpośrednie ogniwo łączące Komedę z EABS), a współcześnie eksploatowane choćby przez formację BadBadNotGood. Prym jednak wiedzie współczesne, przebojowe wcielenie spiritual jazzu, w epickiej odsłonie ambasadora gatunku Kamasi Washington'a. To właśnie na tego rodzaju, pełnej rozmachu, bombastycznej ekspresji został w głównej mierze oparty album EABS. Muzyka Komedy znakomicie sprawdza się w takim ultra dynamicznym wcieleniu nadanym jej przez wrocławski kolektyw. Ożywiona młodzieńczym porywem, buńczuczna i niepokorna, zachowuje jednocześnie szacunek dla formy komponowanej, oraz lirycznego charakteru muzyki mistrza. Cytaty z Komedy wyznaczają utworom kierunek i natychmiast zostają porwane charyzmatyczną ekspresją muzyków.

Jestem przekonany, że już na etapie koncepcyjnym autorzy „Repetitions” założyli, że zależy im na jak najszerszym odbiorze; że chcą, aby album ten trafił dalej niż ma to zazwyczaj miejsce wśród rodzimych jazzowych wydawnictw. Płyta EABS ma zatem wszelkie predyspozycje do tego aby zaistnieć w zasięgu globalnym. (Oczywiście pod warunkiem, że praca nad jej promocją będzie równie pełna rozmachu jak samo nagranie). Składa się na to wiele czynników, z których rozpoznawalność Komedy wcale nie jest najistotniejsza. Duży wpływ na sukces nagrania może mieć doskonałe wyczucie aktualnych tendencji w jazzie. Wrocławianie trafili w idealny moment, kiedy to mainstreamowy odbiorca za sprawą muzyki z kalifornijskiej wytwórni Brainfeeder (Washingtona, Flying Lotusa, czy Thundercata), oraz nagrań Shabaki Hutchingsa, czy formacji BBNG znów zainteresował się jazzem. Podobnie jak u wymienionych artystów tak i w repertuarze EABS usłyszymy piosenkowe motywy, zapadające w pamieć wokalizy, flirt z popowymi estetykami, wyrazistą narrację, częste zmiany tempa i dynamiki, czy prymat emocji. Dodatkowo olbrzymim atutem na drodze do masowego odbiorcy jest to, że „Repetitions” jest dziełem multidyscyplinarnym, idealnie skrojonym na nasze czasy, wypełnionym wątkami czekającymi na rozwiniecie. Mam tu na myśli liczne filmowe i literackie odnośniki, za sprawą których mamy do czynienia, ze znakomitą wizytówką polskiej kultury, której nie stworzyliby żadni kuratorzy i urzędnicy odpowiedzialni za jej zagraniczną promocję. Jednak decydujący wpływ na odniesienie przez płytę sukcesu może mieć w mojej opinii światowe, pełne rozmachu brzmienie. Tu właśnie tkwi wielka potęga tej płyty. Produkcja została zrealizowana unikalnie jak na polskie warunki, a co za tym idzie absolutnie światowo, z myślą o najnowszych trendach i szerokim odbiorze. Wyeksponowane zostały zatem niskie tonacje, które swoim mięsistym, wysokooktanowym brzmieniem stanowią serce całego mechanizmu. Momenty kiedy wsparty na tym solidnym basowym fundamencie skład dochodzi do głosu pełnią swojego instrumentarium, potęga dźwięku wywołuje ucisk w klatce piersiowej. Udaje się przy tym zachować zachwycającą selektywność nagrania. Słuchanie „Repetitions” to absolutna rozkosz dla ucha, której można poddawać się bez końca. Za każdym razem zachwycając się inną perspektywą nagrania, czy to rozmachem kolektywnej artykulacji, czy śledzeniem smakowitych detali poszczególnych instrumentów.

Temperament nagrania został dodatkowo wzmocniony mocnym przekazem ideologicznym, o przesłaniu antywojennym, czy antyksenofobicznym. Finalnie daje to nam album niezwykle wszechstronny i wielowątkowy.

***

„Repetitions” ukazuje ponadczasowość muzyki Krzysztofa Komedy, a przede wszystkim jej rozpoznawalnej, natchnionej liryzmem melodyjności. Mimo że EABS interpretuje mniej znany repertuar mistrza, to odnajduje w jego melodyce coś ikonicznego i rozpoznawalnego przy pierwszym kontakcie. Być może to właśnie w muzyce Komedy możemy rozpoznać tego jedynego w swoim rodzaju słowiańskiego ducha. Romantycznego i pełnego gorzkiej melancholii będącej wynikiem oddziaływania noszonej w sercu traumy. Wrocławskiej załodze udała się, rzecz niebywała jaką jest przeniesienie delikatnej wrażliwości kompozytora w przebojową formę. Wpisanie tej twórczości w aktualny kontekst, daje tej interpretacji zdecydowaną przewagę nad licznymi innymi. Takie brawurowe, typowe dla młodzieńczej natury podejście, napędzane pokoleniową potrzebą dekonstrukcji kanonów, daje muzyce Komedy drugą młodość i szansę na dotarcie poza audytorium jazzowych pasjonatów.

EABS „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)”
2017, Astigmatic Records

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Licho nie śpi / SqrtSigil „Licho”

Serce rośnie na wieść o kolejnych wydawniczych poczynaniach Plaży Zachodniej. Najświeższą pozycją w katalogu, jest solowy materiał jednego ze współzałożycieli labelu Maćka Jaciuka, wydany pod szyldem SqrtSigil.

Tytułowe „Licho” to starosłowiański demon, personifikowany jako stara, wychudzona kobieta z jednym okiem. Jej obecność sprowadza nieszczęścia, choroby i zaburza harmonię codziennego życia. Przed Lichem, jak przed fatum nie sposób się uchronić. Można jedynie liczyć, że ów wędrujący demon długo nie zadomowi się w jednym miejscu. O tym jak mocno Licho zagnieździło się w kulturze magicznej Słowian może zaświadczyć język polski, w którym nie tylko roi się od powiedzeń z Lichem w głównej roli (a niech to licho weźmie, pal to licho, licho nie śpi, licho przyniosło), ale i funkcjonuje przymiotnik Lichy, oznaczający słabego, chorego, niemrawego. Co prawda Maciek Jaciuk tytułując tak swoją kasetę, nie odnosi się wprost do demonicznego motywu, jednak jego nagrania mogą stanowić sugestywną i klimatyczną opowieść o Lichu.

Odrealniony i niezwykle hipnotyczny jest nastrój kasety SqrtSigil. Jest to zasługą przede wszystkim długich fragmentów terenowych nagrań, na których usłyszymy szum miejskich podwórek, gdzie niosą się odbite echem rozmowy i nawoływania, a szepty i oddechy przemykają mimochodem. Czasem jesteśmy w stanie wyłowić z nich fragment zdania, czy pojedyncze znajome słowo, dziecięcy krzyk. Reszta dźwięków, długo niesiona naturalnym pogłosem podwórek tworzy jedyną w swoim rodzaju rozmytą dźwiękową aurę, miejskie tchnienie, które możemy usłyszeć również w nagraniach Martyny Poznańskiej czy Micromelancolie. Jaciuk ze zmysłem dramaturga aranżuje zebrany materiał terenowy. Zapętla zarówno długie, powłóczyste fragmenty („Z powietrza”), jak i pojedyncze westchnienia („Z wody”), za każdym razem opierając na nich fabularny rdzeń. Towarzyszą temu subtelne cyfrowe tekstury, ciche sprzężenia, niezidentyfikowane szelesty i pomruki, lapidarne melodie, gdzieniegdzie („Odblaski”) dubowe, podskórne pulsacje, a przede wszystkim delikatne burdony nadające kompozycjom narracyjnej płynności.

Ukoronowaniem wyciszonej opowieści snutej przez Jaciuka jest tytułowy utwór „Licho”, gdzie w pochmurną ambientową smugę zostaje wkomponowany zaskakujący wątek wokalny. Głosy starszej kobiety i starszego mężczyzny deklamują naprzemiennie cyfry, prawdopodobnie jest to związane z prowadzoną przez nich grą liczbową (słychać przy tym delikatny stukot, jakby odgłos wyrzucanej kostki, a i cyfry wypowiadane przez bohaterów nie wychodzą poza zakres 1 - 6). Szorstka barwa głosów, beznamiętnie cedzone słowa brzmiące niczym mantra, bądź sesja hipnozy i fakt, że posługują się językiem polskim, który doskonale pasuje do posępnego akompaniamentu - wszystko to tworzy mocny motyw dramatyczny, stanowiący znakomitą kulminację kasety. Doprawdy, na długo zapadnie mi w pamieć ten zjawiskowy fragment.

„Licho” jest intrygującą ambientową fabułą prowadzoną z lekkością i świadomością oddziaływania użytych środków. Kolejne subtelne dźwiękowe zdarzenia, z wyczuciem komponowane przez autora nagrań splatają się w sugestywny kolaż, o zmyślnej dramaturgii. Inspirujące to, i z pewnością nieliche doświadczenie.

 
SQRTSIGIL „Licho”
2017, Plaża Zachodnia

piątek, 9 czerwca 2017

Ducha nie gaście / Iron Noir „YOU and ME, ME and YOU”

Okładka nowej epki Iron Noir jest równie absurdalna co historia spotkania Elvisa z Nixonem. A co ma wspólnego z muzyką duetu Kucharczyk - Dziedzic? Pojęcia nie mam, i zupełnie mi to nie przeszkadza w słuchaniu „YOU and ME, ME and YOU”.

Wcześniejsze nagrania duetu, podobnie zresztą jak alternatywne kooperacje członków zespołu to nieodłączny prymat rytmu, oraz ciężkiego masywnego brzmienia. Wtłoczone w klubowe, mechaniczne repetycje od zawsze były nośnikiem silnych emocji, temperamentu i buntowniczej zadziorności autorów. Nowy materiał, na który przyszło czekać dwa lata ujmuje nieco ciężaru z muzyki Iron Noir, jednak pewne rzeczy pozostawia nienaruszone.

Rytmiczna obsesja, która rządzi muzyką duetu wciąż eksploatowana jest z podobną intensywnością, co nie powinno dziwić, wszak Wojtek Kucharczyk jest przede wszystkim perkusistą; choć powinienem raczej napisać, że bębniarzem, ... z kraju Mołr. Widzieć go w trakcie występów na żywo, kiedy zatraca się w amoku transowych kawalkad, to jak oglądać Hendrixa masakrującego swoją gitarę. Na „YOU and ME, ME and YOU” partie rytmiczne wysunięte na pierwszy plan znów imponują swoim temperamentem, jak również obszerną  paletą perkusyjnych barw, które Kucharczyk nieustannie podmienia. Jak już wspomniałem z brzmienia Iron Noir autorzy odjęli nieco ciężaru, przez co i uderzenia wydają się lżejsze, momentami nawet melodyjne jak w kompozycji o znamiennym tytule „Power of pałeczki”. Nie ma już mowy o sążnistych tąpnięciach „zatykających głośniki” i transowej monotonii. Zostajemy natomiast wrzuceni w sam środek kumulacji napędzanej tanecznym groove'm i gniewną kontestacją.

Na prowadzoną zdecydowanym rytmem narrację nawlekane są glitchowe tekstury, będące wygasającym echem pamiętnych nawałnic hałaśliwego szaleństwa i twórczego nieokiełznania z płyty „Strange Gods” John'ego Lake'a, czyli Łukasza Dziedzica. Tym razem tekstury są oszczędniejsze i rozrzedzone, adaptując się do równie odchudzonej rytmiki. W tłach majaczą widmowe zewy, spod nich wystają szorstkie pomruki; dźwięki frenetyczne i uwierające, których intensywność pozostawia jednak miejsce na oddech. Doświadczenie pozwala duetowi doskonale panować nad dramaturgią nagrania. Wystarczy chwila aby muzyka Iron Noir osiągnęła pełen rozmach ukazując kły i pazury. Tyle samo wystarczy, aby stonować nastrój eksponując pod warstwą gniewu delikatną materię.

„Muzyka rezygnacji” („Music of Resignación”), „muzyka odmowy” („Music of Refusál”), krzyczą tytuły kompozycji. Tymczasem jeśli posłuchamy „YOU and ME, ME and YOU” dojdziemy do wniosku, że Kucharczyk i Dziedzic nie tracą ducha i nie składają broni. Ich wyrazista muzyka wciąż ma moc, a przy okazji okazuje się być terapeutycznym katalizatorem niezbędnym do skanalizowania nadmiaru „wkurwu”.

 
IRON NOIR „YOU and ME, ME and YOU”
2017, NIE WYDAJE TEGO NIKT RECORDS / distributed by mik musik.

czwartek, 8 czerwca 2017

Walizkowe sekwencje / Pin Park „Krautpark”

Zaryzykuję tezę, że ze wszystkich powojennych nurtów w zachodniej muzyce rozrywkowej krautrock okazał się najbardziej wpływowym zjawiskiem, pierwotnym organizmem, który od lat 60-70 infekuje coraz to nowe estetyki i stale odradza się w formie powracających inspiracji.

Z potrzeby stworzenia nowej jakości estetycznej, która radykalnie odcinałaby się od wojennej hekatomby, wyrażonej przy tym oryginalnym językiem pozbawionym wpływów amerykańskiego bluesa i rock'n'rolla zrodziło się zjawisko niezwykle płodne i wszechstronne stylistycznie. Z dzisiejszej perspektywy widać jak niemiecki gatunek zwiastował nadejście postmodernizmu, manifestując triumf eklektyzmu, zainteresowanie deformacją, czy multidyscyplinarność. Krautrockowi protoplaści z Amon Duul, Can, Cluster, Ash Ra Temple, przestali używać instrumentów do grania melodii i komponowania piosenek, skupiając się na kreowaniu atmosfery i poszukiwaniu w muzyce psychodelii i transu. Sięgali przy tym po etniczne pozaeuropejskie inspiracje, oraz po nowe technologie, bacznie przyglądając się osiągnięciom współczesnej awangardy (Stockhausen) i możliwościami potraktowania studia nagraniowego jako dodatkowego instrumentarium (Eno). Tej potrzebie emancypacji towarzyszyła ekspansja nowych instrumentów muzycznych i technik nagraniowych, oferujących zupełnie nowe możliwości ekspresji. Drzemały one m.in w syntezatorach, których unikalne brzmienia i nieograniczone możliwości modulacji wreszcie przystawały do osiągnięć technologicznych ery podboju kosmosu i cywilizacyjnego przyspieszenia.

Zasięg estetyczny gatunku szybko okazał się na tyle szeroki, że obejmował zarówno gitarową psychodelię (Amon Düül), syntezatorową elektronikę (Kraftwerk), ambient (Eno), preindustrialne, improwizowane eksperymenty (Cluster) czy inspirowaną etnicznymi wątkami muzykę new age (Popol Vuh). Niczym nieograniczona wolność twórcza pozwalała cieszyć się pełnią eklektyzmu, stąd częste repertuarowe wolty zespołów. W szybkim tempie zjawisko stało się tak przestronne, że nie sposób objąć go definicją. Urodzajna krautrockowa gleba wydała z siebie szeregi estetyk, które generowały kolejne twórcze inspiracje dla następnych pokoleń. Kierunek zjawiska wiedzie dalej m. in. przez nową falę, industrial, techno, microelectronikę milenijnego przełomu, post rock, aż po dzisiejszą retromanię.

Z działających na krajowym podwórku wydawnictw, z pewnością krakowskie Instant Classic, może pochwalić się szerokim repertuarem muzyki zainfekowanej wirusem krautrocka. Zwłaszcza w nagraniach solowych i licznych kooperacjach Kuby Ziołka znajdziemy wiele pokrewnych inspiracji, choćby w kreowaniu psychodelicznej atmosfery, sięganiu po inspiracje muzyką etniczną, poszukiwaniu transowości, prymatu rytmu, czy we współbrzmieniu gitar i syntezatorów. Najnowszym tytułem w katalogu IC sięgającym po krautrockowe inspiracje (jednak z zupełnie innej strony niż Ziołek) jest „Krautpark”, debiut duetu Pin Park.

Zespół tworzą klawiszowiec Kristen, Robotobibok i Małych Instrumentów Maciej Bączyk, oraz Maciej Polak nie znany mi dotąd z muzycznej działalności, ale w dziedzinie analogowych syntezatorów to człowiek instytucja. W przypadku ich debiutanckiej płyty możemy mówić o krautrockowej estetyce, przede wszystkim z perspektywy instrumentarium i jego brzmienia, które determinuje takie postrzeganie tego materiału. „Krautpark” zostało nagrane na trzech walizkowych syntezatorach modularnych; jednym EMS VCS 3 i dwóch EMS Synthi A. O historii i specyfikacji tego pierwszego warto poczytać w tekście samego Macieja Polaka na łamach Estrady i Studia. Instrument znalazł sobie szczególne uznanie wśród zespołów gitarowej psychodelii lat 70-tych; The Alan Parsons Project, Roxy Music, King Crimson, The Who, Gong, czy Pink Floyd. Drugi, wśród twórców kosmicznych impresji; Briana Eno, Jean-Michel Jarre, Klausa Schulze, czy Czesława Niemena. Oba jednak cieszyły się dużą sławą dostarczając futurystyczną wówczas paletę barw wielu koncept albumom.

Autorzy „Krautpark”, w prasowej notatce powołują się na podobieństwo i mentalną łączność z muzyką Cluster, Harmonii, czy z wczesnym („Ralf & Florian”) Kraftwerk. Mnie jednak, być może z osobistych sympatii, repertuar Pin Park wydaje się bliższy zespołom fali niemieckiej elektroniki końca lat 90tych, która również zafascynowana krautrockiem ujęła go w w ściślejsze kompozycyjne ramy, nadając tej muzyce nowoczesny sznyt podporządkowany prymatowi repetycji. Takie zespoły jak To Rococo Rot, czy Mouse On Mars stały się spadkobiercami również ciepłego, analogowego brzmienia, krautrockową psychodelię zastępując pastelową melancholią. I pomimo, że pierwszy z tych zespołów poruszał się w repertuarze piosenkowym, w duchu post-rockowym, drugi zaś eksperymentalnym i tanecznym to zarówno koloryt analogowego brzmienia, jak i struktura kompozycji pozwala na doszukiwanie się pokrewieństw z muzyką Pin Park.

Muzyka duetu Polak - Bączyk jest niezwykle delikatna i niepozorna, zupełnie jak instrumenty na których została nagrana. Rozwija się pętla za pętlą, wpisując się przy okazji w repetycyjny lejtmotyw wydawnictw Instant Classic. Kolejne sekwencje nawarstwiają się tworząc gęstą strukturę o zwartej anatomii. Podskórna pulsacja zszywa kolejne ścieżki, nie pozwalając rozłazić się im w ambientowe pasaże. Towarzyszą temu filigranowe trzaski i kliki delikatnie ornamentujące zewnętrzną warstwę nagrania. Zaś otulone w analogowej mgiełce dźwięki sprawiają, że słucha się tego z podobną przyjemnością jak ogląda stare, wyblakłe fotografie.

Praca duetu jest powściągliwa, a dbałość o to by nie powiedzieć zbyt wiele wręcz chirurgiczna. Jak na płytę opartą na improwizacji wydaje się to dość osobliwe. Muzyków interesuje jednak przede wszystkim budowanie nastroju, który ma urzekać słuchacza. Drugorzędna staje się narracja, a napędzana kolejnymi pętlami muzyka unika nadmiernych kulminacji. Dramaturgicznie bliżej tu do stonowanej kontemplacji niż do transowego zatracenia. Sprawia to, że podczas słuchania mam wrażenie jakbym odbywał wycieczkę po analogowym skansenie, gdzie rekwizyty zostają pieczołowicie wyeksponowane, ale brak w tym życia, ludzkiej obecności. Fascynacja elegancką formą „Krautpark” pozbawia mnie wzruszeń i głębszych przeżyć ponad estetyczny zachwyt. Bączyk i Polak bez wątpienia potrafią posługiwać się syntezatorami, wiedzą też jak najpiękniej wyeksponować ich brzmieniowe walory, ale zapominają nieco o emocjach. Taki stosunek do muzyki, może przejawiać chyba jedynie ktoś, kto od strony formalnej wie o niej wszystko. W końcu nawet projektant samochodów nie musi być mistrzem kierownicy, aby móc tworzyć piękne i funkcjonalne modele.

 

PIN PARK „Krautpark”
2017, Instant Classic

wtorek, 6 czerwca 2017

Zmęczeni młodością / Sorja Morja „Sorja”

Długo oczekiwany debiut duetu Sorja Morja nie jest tym czym się z pozoru wydaje.

Sorja Morja duet Ewy Sadowskiej i Szymona Lechowicza objawił się światu kilka lat temu z repertuarem brzmiącym tak jakby mieli podążyć tę samą drogą tanecznego popu co Rebeka, czy The Dumplings. Dziś, choć za sobą mają dopiero płytowy debiut, brzmią o wiele świeżej i zdecydowanie ciekawiej, niż oba wymienione zespoły, a przy tym niemniej przebojowo. Mają od nich również zdecydowanie więcej istotnego do powiedzenia.

Pierwsze szkice „Sorji” powstały już w 2014. Wtedy również zespół postanowił swoje w pełni syntetyczne aranżacje zastąpić gitarą. W warstwie muzycznej i literackiej tegorocznego debiutu znajdziemy wyraźne ślady dwóch wczesnych epek zespołu, dzięki czemu spostrzeżemy jak mocno zostały przepracowane tematy i motywy. Ewa Sadowska i Szymon Lechowicz przez ten czas wyraźnie dojrzeli jako twórcy, dzięki czemu ich płyta zachwyca świadomością użytych środków i wysokiej jakości realizacją.

Pogodny, beztroski, przebojowy album. Tak myślałem jeszcze przeszło miesiąc temu, kiedy po raz pierwszy spotkałem się z muzyką duetu. Dwa łagodne, wpadające w ucho wokale, melodyjna gitara, dynamiczny, napędzający bas i syntezatorowy anturaż. Znakomita, przestrzenna i pełna smaków produkcja Michała Kupicza (tak znów on, brawo!). Zwrotki i refreny wpadające do głowy jak radiowe hity. Wielu, łącznie ze mną uległo zachwytowi muzyką zespołu, która idealnie wpisywała się w idiom wakacyjnej płyty, doskonale sprawdzającej się jako akompaniament samochodowych podróży odbywanych w scenerii malowniczych letnich krajobrazów, przy opuszczonych szybach i wietrze we włosach. Popowy potencjał muzyki duetu jest nie do przecenienia i mógłby bez starty dla wartości artystycznej zostać wykorzystany komercyjnie, choćby jako ścieżka dźwiękowa jakiejś kreatywnej reklamy. Chwytliwe melodie, łagodny akompaniament, efektowne i przestrzenne brzmienia, muzyczny luz. Od pierwszych taktów towarzyszy temu pozytywny odbiór i tak płyta Sorji Morji utrwala się w pamięci. 

Tak właśnie zapisała się „Sorja” w mojej pamięci po miesiącu luźnych przesłuchań; w aucie, knajpie, przy domowych czynnościach, w trakcie spotkań z przyjaciółmi, czyli w sytuacjach, w których muzyka nie wypełnia pierwszego planu, a stanowi przyjemny (choć nieprzypadkowy!) dodatek. Postanowiłem zatem podzielić się swoimi wrażeniami na łamach bloga, poprzedzając to uczciwym, recenzenckim odsłuchem. Założyłem słuchawki, otworzyłem notatnik i zacząłem się wsłuchiwać. Utwór po utworze, takt, po takcie, słowo, po słowie. Wystarczyło kilka intensywnych sesji, nad skądinąd krótką płytą, abym przecierał oczy i uszy ze zdumienia. Debiut Sorji Morji okazał się bowiem zupełnie inną płytą, niż ta której słuchałem jeszcze kilka tygodni temu! 

„Sorja” to szelmowsko inteligentny kalambur, dwuznaczna i wyrachowana gra, pułapka dla słuchających nieuważnie i powierzchownie. Spod maski zwiewności tekstów i przebojowości muzyki wyzierają tematy zaskakująco mroczne, gorzkie, a przy tym aktualne. Kontrast między opakowaniem, a zawartością jest absolutnie piorunujący i stanowi jakość nie spotkaną dotąd przeze mnie w polskiej piosence. 

Warto prześledzić to krok po kroku. Już otwierająca album „Australia” sugeruje z czym będziemy mieli do czynienia w dalszej części. Pełne przekory słowa: „Nie wracaj do domu nie ogrzejesz kości / Nie patrz prosto w oczy kiedy o coś prosisz / Nie ufaj rodzicom za dobrze cię karmią / Nie bierz ich pieniędzy nie ma nic za darmo” to jeszcze manifest niezależności, czy już egocentryzmu? Duet wywraca na głowę nasze przyzwyczajenia i oczekiwania, rozbija mit młodości, uwydatniając swoje zmęczeniem otaczającą beztroską i brakiem refleksji. Kolejne dwuznaczności napotykamy w „Młodości”. „Młodość nie mija a młodość w ogóle nam niemiła” – śpiewają łagodnym dwugłosem Lechowicz i Sadowska słowa, które mogłyby być manifestem młodych romantyków przytłoczonych weltschmerzem. Młodzieńczy hedonizm, wolność i brak zobowiązań, kontra ciężar przemijania, i widmo śmierci przekazywanej z „ust do ust„. I choć „śmiejemy śmierci się w twarz„ to jednak „młodość w ogóle nam niemiła”. Z pozoru niewinny tekst o zimie, czyli  „Nowy biały świat”, kryje kolejne niejednoznaczności. Kiedy słyszę dziś tekst o „białym świecie” i „białej sile” to z miejsca robię się nieufny i wzdrygam bynajmniej nie na myśl o chłodzie i słocie. Tekst tej piosenki, zestawiony z wieńczącą płytę „Śmiercią” sprawia, że perspektywa „Nowego białego świata” nabiera jeszcze wyraźniejszych rysów, na które wzdrygam się jeszcze mocniej. „Sezon” mógłby być kolejnym przebojem pochodzącym z tego mrepertuaru, gdyby znów spomiędzy słów przekornie nie przebijało przemijanie, odmierzane kolejnymi sezonami blichtrów i mód. „Echo” mogłoby kandydować do miana jednej z najfajniejszych i bezpretensjonalnych piosenek o miłości, ... aż do ostatniej zwrotki, która znów wywraca wszystko na opak. „Powiedz, że mnie kochasz” – uwodzącym głosem śpiewa Sadowska, po czym dodaje – „mów mi tak aż stracisz znaczenie / znikniesz z resztą słów" – tak jak powtarzane na okrągło słowo traci swój desygnat, tworząc abstrakcyjną, nic nieznaczącą zbitkę głosek, zanikającą niczym echo w lesie. (Efekt tytułowego echa uzyskany w tej piosence to majstersztyk; wisienka na torcie znakomitej brzmieniowej koncepcji tego albumu). Nawet sympatyczna piosenka o wilkołaku „Człowiek - wilk”, która brzmi z początku jak urodzinowe życzenia śpiewane cioci, finalnie okazuje się ilustrować udrękę i drapieżność bohatera. Szczyt posępnej dwuznaczności zostaje osiągnięty w poruszającej piosence „Coś nad tobą czuwa”, której treść jest równie niepokojąca co linia melodyczna. Dziecięca kołysanka, ku mojemu przerażeniu, zamienia się zupełnie nieoczekiwanie w tren. Wyśpiewywany łagodnym i ciepłym głosem wokalistki poraża kontrastem z treścią utworu. Płytę zamyka „Śmierć”. Nawet Nagrobki nie śpiewają o niej z tak urokliwą beztroską jak Sadowska. Wieńczący płytę utwór przy którym mógłbym w dyskotekowym szaleństwie podrygiwać przez całą noc (piosenka ma naprawdę przebojowy charakter) to przy okazji bardzo celna diagnoza rzeczywistości z aktualnym tłem społeczno-politycznym „Koniec świata zombie islam śmierć / Zła planeta kwarantanna śmierć / Śmierć którą łatwo można przespać / Śmierć którą dzieci straszy się”. 

Dwuznaczność, która tak niepozornie meandruje między słowami, nie dotyczy jedynie tekstów. Ona ukrywa się również w tej z pozoru zwiewnej i niewinnej muzyce. Jej przekorność uderza z każdej kompozycji. Zamiast łatwych przejść miedzy przebojowymi zwrotkami i refrenami pojawiają się przeszkody w postaci wybijających z rytu mostków, interwałów, zmian tonacji, nastroju i dynamiki. Mimo wydatnie przebojowego charakteru, nie jest to album przy którym łatwo byłoby się bawić. Tak często bowiem jak porywa do tańca, plącze nogi. Tak często jak zachęca do wspólnego śpiewania, sprawia, że słowa stają w gardle. 

Zadziwia prostota z jaką Sadowska i Lechowicz osiągają efekt drugiego dna. Wpadające w ucho piosenki o młodości i miłości, emanują z zewnątrz nastrojem wakacyjnej beztroski i prawdopodobne, że wielu z odbiorców tej płyty właśnie na tym etapie się zatrzymała. Kto ma bowiem czas i chęci do zasłuchiwania się i interpretacji. Tymczasem ukryta między wersami metafora wywraca ten odbiór na drugą stronę, a jej treść wcina się w muzyczny akompaniamentem brutalnym klinem. Szczerze zastanawiam się jak to możliwe, że przez długi czas słyszałem w „Sorji” przede wszystkim beztroską przebojowość. W „Australii” i „Młodości” wyidealizowany manifest młodzieńczej wolności; w „Nowym białym świecie” - zimową poetycką impresję; w „Sezonie” że warto oczekiwać na sprzyjającą w życiu chwilę i odpowiedni nurt, w „Echu” deklarację miłości, a w „Coś nad tobą czuwa”,o zgrozo, kołysankę dla dziecka, podczas gdy jest to smutna piosenka o stracie kogoś bardzo bliskiego. Wszechobecny dysonans, którym operuje zespół pozbawiony jest ironii, sarkazmu, a także wielkich słów i moralizatorstwa. Niepokojące i śmiertelnie poważne teksty Sadowskiej i Lechowicza ujęte są w zgrabną i lekką metaforę, stronią również od przaśnego języka memów, którym tak powszechnie komentujemy naszą codzienność. Błyskotliwości postrzegania międzyludzkich relacji, społecznych strachów i fobii towarzyszy tu bystra poetycka przenikliwość.

„Sorja” absorbuje uwagę słuchacza powierzchowną, choć wyrafinowaną prostotą, aby zaatakować go podprogową treścią. Jest niczym koń trojański. Okazały z zewnątrz, kryje w swym wnętrzu wybuchowy ładunek. Spod urokliwej warstwy wierzchniej, wystaje album o buntowniczej naturze. Przebrany w modne fatałaszki uchwyca bolesny moment przejściowy między młodzieńczością, a dorosłością, punktując naiwną beztroskę, egocentryzm, pozbawione refleksji postrzeganie świata, brak empatii, powierzchowność opinii, i inne grzechy obojętności przytępiającej naszą wrażliwość. Długo oczekiwany debiut duetu Sorja Morja to jedna z najbardziej inteligentnych, przekornych i zaskakujących płyt o jakich miałem przyjemność kiedykolwiek pisać.


SORJA MORJA „Sorja”
2017, Thin Man

środa, 31 maja 2017

Nieobecni, wciąż są obecni / KXLT „Perfect creature”

Okazuje się, że odkąd słowo Niezal stało się niemal marketingowym zaklęciem, zabrakło nazwy i zainteresowania dla takich oddolnych i w praktyce wyznający niezalowy etos inicjatyw jak Audile Snow.

Radek i Nerka z labelu Audile Snow od dwóch lat konsekwentnie przeczesują zakamarki internetu, poszukując nietuzinkowej elektroniki nagrywanej przez rodzimych twórców. Nie mają parcia na szkło, potrzeby aby wyznaczać trendy, czy wydawać niezalowe hity. Label traktują jak wydawnicze hobby, nie jak misję. Nie mają zatem również obaw aby stawiać na twórców początkujących, czy niemal anonimowych. Nakłady ich świetnie opakowanych wydawnictw (karty sd w torebkach imitujących dilerki „artykułów kolekcjonerskich”) są zresztą wydawane w ilościach porównywalnych z rozpoznawalnością niektórych, tych mniej znanych artystów. Niestety zainteresowanie ze strony recenzentów jest znikome, przez co i mało osób jest w stanie poznać interesujący katalog labelu, w którym trafiają się perły na miarę tej.

Niestety muszę dodać w tym miejscu łyżkę dziegciu, bo na brak zainteresowania ze strony piszących mogły mieć wpływ również nieskoordynowane decyzje wydawnicze. Często bowiem premiery nagrań w Audile Snow niefortunnie dublowały się z premierami tych samych wykonawców w innych labelach. To z miejsca lokowało wydawaną na kartach sd muzykę w roli suplementu, spychając już i tak niszową produkcje, na margines zainteresowania słuchaczy. Kilka tytułów straciło tym samym na świeżości i przeszło niezauważalnie. Nie zmienia to jednak faktu, że recenzenci (biję się w pierś), nadal wolą poświęcać uwagę na wydawnictwa, które dorobiły się już rozpoznawalności i zaufania na tyle dużego, że pojedyncze recenzje nie mają wpływu na odbiór ich materiału, czy status artystów. Aktualny status Audile Snow niestety doskonale wyraża okładka ich nowego wydawnictwa, na której w księżycowym krajobrazie ukryte są widma zwierząt (psy, lisy, może wilki) widoczne jednie dla wyostrzonego wzroku. Niby są, a jakby ich nie było.

Nowe, premierowe wydawnictwo, zapewne znów przejdzie niezauważone.  Nie ma aż tyle potencjału, aby zaistnieć w szerszym, nawet niezalowym obiegu, ale jest to z pewnością materiał wart przeze mnie polecenia. Jego autorem jest Kacper Leszczyński ukrywający się pod nazwą KXLT. Producent niemal anonimowy, choć mający już na koncie debiutancką kasetę wydaną we współtworzonym wraz z Mikołajem Tkaczem labelu Magia. 

„Perfect Creature” to materiał niebywale skromny i choć przez swoją szkicowość wydaje się tworem na poły amatorskim, to jednak nie można odmówić mu uroku, a jego autorowi świadomości dźwiękowej materii. Muzyka Leszczyńskiego egzystuje pomiędzy gatunkami, doraźnie korzystając z estetycznych zapożyczeń. Znajdziemy tu zawiesiste ambientowe impresje („Lost In Intercity Train”), miejscami pobudzane lekkimi strukturami rytmicznymi wziętymi z footworku („Catabolism”; „About Politics In Us”). Nie jest to jednak muzyka taneczna, bo i zwiewność rytmiki na to nie pozwala i brak basowych bębnów nie pobudza do bujania. Raczej do niezakłuconej kontemplacji. Podobnie jak kwaśne, syntetyczne melodie, niemal podsłuchane gdzieś na płytach Aphex Twina i przeszczepione do repertuaru KXLT w sposób bezpretensjonalny, bardzo zresztą przyjemny dla ucha („Monolove 1”; „Monolove 2”; „No More Swag in 2017”). Z kolei wieńczące album kompozycje („Softy Saucy (Troaue)”; „Second Hour Thoughts”; „Just (don't)”) oddają eksperymentalne zainteresowania autora. Stąd obecne modyfikacje tempa, wysokości, czy brzmienia, oraz abstrakcyjna, pofragmentowana narracja.

Kompozycje KXLT są wyrazem praktycznego minimalizmu, stojącego na straży aby nie powiedzieć za wiele. Producent używa zatem niewielu ścieżek, w niewielkim stopniu rozwija też narrację. Zazwyczaj motywy pojawiające się we wstępie utworu, eksploatowane są już do końca, nieznacznie tylko modyfikowane.

„Perfect Creature” jawi się z pozoru jako eklektyczny galimatias, tymczasem ów zbiór inspiracji jest utrzymany w ryzach przez nienaglący, czy wręcz chill-out'owy charakter nagrania. W muzyce Leszczyńskiego nie czuć ani grama młodzieńczej brawury, czy pretensji. Wszystko zostaje podane bez sięgania po ekstremum i bez kokietowania słuchacza. „Perfect Creature” choć nie wywołuje u mnie palpitacji serca, słucham z niekłamaną przyjemnością, nie mając pretensji o więcej.


KXLT „Perfect Creature”
2017, Audile Snow