poniedziałek, 25 listopada 2013

The Thing pręży muskuły / The Thing - "Boot!"

"Boot!" to żywioł. To wyzwanie, które poddaje słuchacza brutalnej próbie zmierzenia się z granicami
własnego postrzegania i przyswajania muzyki. To bezkompromisowa wymiana ciosów w wadze ciężkiej, gdzie słuchacz pozostaje jedynie bezbronnym sparingpartnerem, przyjmującym ciężkie ciosy od trzech solidnych zawodników. Ci zawodnicy z których każdy posiada syndrom hiperaktywności twórczej; to Mats Gustafsson (saksofony),  Ingebrigt Håker Flaten (bas elektryczny), oraz Paal Nilssen-Love (perkusja).  Nazywają się The Thing i właśnie ukazał się ich najnowszy album "Boot!"

"Boot!" wrzuca nas w sam środek skandynawskiego żywiołu, w wir apokaliptycznej zagłady. Poraża i zachwyca brutalną mocą jazzu i swoistym rozumieniem piękna jako niszczycielskiej mocy. Nie od parady okładka albumu przedstawia prężący się biceps, bowiem Gustafsson i spółka proponują słuchaczom porażający pokaz bezceremonialnej, ale i wyrafinowanej siły. Muzycy pomimo fizjonomii skandynawskich drwali z dźwiękowego ekstremum uczynili sztukę, a ich muzyka nie ma w sobie odrobiny nachalnej toporności. Ich wyrafinowane podejście i szacunek do jazzowej i rockowej tradycji uwidaczniają wątki melodyczne i cytaty, z klasyków, które wraz z elementem improwizacyjnym zostają ubrane w garnitur ekstremalnej ekspresji i skatalizowane w formie muzycznej apokalipsy. Jak szczera jest ta ekspresja muzyków słychać choćby w atawistycznych pokrzykiwaniach lidera, który bojowymi wrzaskami zagrzewa swój zespół do gry / walki.

Choć nowa płyta The Thing jest po części wynikiem inspiracji jazzowymi klasykami Coltrane'm ("India") i Ellington'em ("Heaven"), to jest albumem paradoksalnie mniej jazzowym niż poprzednia ich produkcja "Mono" (2011). Od poprzedniczki różni ją również to, że mniej operuje nastrojowymi kontrastami ograniczając swą wizję jazzu do jednolitego rockowo-garażowego brzmienia. Doskonale słychać to nie tylko w punkowo-noisowych obłąkańczych odjazdach Gustafssona, którego deliryczny saksofon chwilami osiąga rejestry niebezpieczne dla ludzkiego słuchu, ale przede wszystkim w rzężącym w tle, przesterowanym elektrycznym basie Flaten'a i grindecore'owej perkusji Nilssen-Lowe'a. 

Postrzeganie "Boot!" wydaje się jeszcze ciekawsze z perspektywy zerkania na album przez pryzmat  koncertu skandynawskiego tria, który przeszło miesiąc temu odbył się w warszawskim Pardon To Tu. Występ, który zatrząsł w posadach stołeczną klubokawiarnią, pomimo potęgi brzmienia wypada przy studyjnym nagraniu niczym dziecinna igraszka. W trakcie pasjonującego koncertu The Thing, z wyczuciem adekwatnym dramaturgii klubowego setu przeplatali kawalkady brutalnej jazzcore'owej siły elementami wręcz "tanecznymi", czy kameralnymi. Na "Boot!" nie ma taryfy ulgowej, nie ma kokietowania słuchacza. Wszelkie fragmenty melodyczne zostają przytłoczone tak ciężkim brzmieniem, że nie sposób wziąć oddechu aby przynieść sobie choć chwilową ulgę. Elektryczny bas Flaten'a, który w trakcie koncertu pełnił funkcję porządkującą i dynamizującą kompozycję dla rozimprowizowanych kolegów, na "Boot!" staje się metaliczną, meandrującą fakturą pełną kaleczących opiłków i zadziorów, która nadaje chropowaty i zardzewiały odcień brzmieniu utworów. Z kolei Nilssen-Lowe, który w Pardon To Tu brawurowo operował szeroką paletą perkusyjnych środków wyrazu (momentami o zacięciu stricte sonorystycznym) zbombardował album precyzyjnymi i monumentalnymi kawalkadami o dynamice pocisków artyleryjskich. Tylko energię Gustafssona (dla którego instrument wydaje się zbyt skromnym narzędziem do pełnego wyrażenia swojej improwizatorskiej ekspresji) można w skali 1:1 przenieść z występu w Pardon To Tu bezpośrednio na płytę "Boot!"

The Thing stawiają sobie za cel przekroczenie zarówno swoich improwizatorskich możliwości, jak i przesunięcie granic jazzowego postrzegania w rejony zarezerwowane dotąd głównie dla muzyki metalowej, czy ekstremalnej, noisowej elektroniki. 
Łatwo odbić się od tej intensywnej i nasyconej dźwiękowym ekstremum płyty, podkulić ogon wobec jej bezceremonialnej siły. Łatwo jej przypiąć łatkę muzycznej rzeźni i dźwiękowego pandemonium. Sęk jednak w tym, że ten rodzaj ekspresji, którą ukochali sobie członkowie zespołu pozwala otrząsnąć się z codziennego letargu współczesnej zbanalizowanej i opresyjnej audiosfery.


THE THING - "Boot!"
2013 The Thing Records





środa, 20 listopada 2013

Szlachetność analogowego brzmienia / Mirt - "Rite of Passage" + Ter - "Fingerprints"

TER - "Fingerprints"
MIRT - "Rite of Passage"
Dwa obrazy Tomka Mirta zdobią dwa nowe wydawnictwa Cat | Sun (sublabel Monotype Rec.). Te dwie premiery to solowy album samego twórcy oprawy graficznej, oraz solowy album Magdy Ter - artystów "zafiksowanych" na punkcie syntezatorów modularnych.

Na okładce "Fingerprints" Magdy Ter swoje wielkie, żółte ślepia wlepia w nas makak czubaty, niezwykle "światły" gatunek, który w stadzie stosuje całkowite równouprawnienie płci. Oczy makaka zdają się być zadziwione czymś, bądź próbują nas wprowadzić w trans swoim hipnotycznym spojrzeniem. 
Podobne spojrzenia kierują na nas bohaterowie surrealistycznej okładki "Rite of passage" Mirta. Jej z pozoru sielski nastrój i scenerię burzy obecność postaci w czarnym jednolitym kostiumie, białej masce z długim czerwonym nosem i umalowanymi policzkami pozująca wraz z kobietą przy Cadillacu, bądź Lincolnie. Wpatrują się w nas zaskoczeni naszą obecnością, na wpół kroku przed wejściem do auta. 
Obie okładki mogą być świetną inspiracją do swobodnego fantazjowania i snucia tajemniczych fabuł. Do próby nawiązywania relacji między dźwiękiem i obrazem. Muzyka Ter i Mirt jak najbardziej sprzyja takim odlotom.

Jeśli natomiast chcielibyśmy uzyskać rzeczywiste analogie pomiędzy oprawą tych płyt, a ich dźwiękową zawartością to wiele z nich znajdziemy przyglądając się detalom tych wydawnictw.  Brak tytułów utworów, informacje o autorstwie zredukowane do niezbędnego minimum wystarczającego jedynie do identyfikacji z dziełem, którego tytuł został wyeksponowany na tylnej obwolucie. Eleganckie, minimalistyczne wydania tonące w ciepłych, pastelowych, jednolitych barwach kojących oko. Taka jest też muzyka obu albumów. Minimalistyczna, wyciszona, hipnotyzująca i nieśpieszna.

Zarówno Mirt jak i Ter pozwalają nam kontemplować pastelowe odcienie modularnego brzmienia. Dźwięków niezwykle szlachetnych, nasyconych, soczystych, selektywnie współistniejących ze sobą. Do rozkoszy doprowadza słuchacza śledzenie tych mięsistych, atłasowych basów dryfujących w tłach, elektrycznych wyładowań arpeggiów, czy stłumionych stóp automatu perkusyjnego, które nadają temu kosmicznemu krajobrazowi dostojnego, leniwego tempa. Te ascetyczne kompozycje oparte zaledwie na kilku dźwiękach, kilku motywach i barwach rozlewają się szerokimi plamami tworząc oniryczne i jak najbardziej psychodeliczne scenerie.

To co różni oba te albumy to indywidualne tory na które artyści kierują swoją koncepcję kosmicznej muzyki, a które doskonale można scharakteryzować jako opozycją pomiędzy elementem dynamicznym Magdy Ter i statycznym Tomka Mirta. 

"Fingerprints" to pozycja bardziej ruchliwa, ale nie mniej hipnotyczna niż "Rite of Passage". Do analogowej osnowy albumu Ter wprowadziła instrumenty perkusyjne, które nadają jej kompozycjom lekkości i atrakcyjnej ornamentyki. Chwilami wkradają się elementy egzotyki (3,5), muzyki klubowej (analogowe subtelne techno (3)), czy też dubowe inklinacje (5).

"Rite of Passage" to z kolei propozycja bardziej statyczna, ambientowa, której autor pozwala nieśpiesznie wybrzmiewać. Przypomina ona w delektowaniu się analogowym brzmieniu współpracę Piotra Kurka i Sylvi Monnier w ramach projektu Suaves Figures. Swoje kontemplacyjne aranżacje Mirt chętnie wzbogaca o rejestracje field recording, wycinki z filmów o zombie, a także egzotyczne brzmienie bansuri - indyjskiego fletu. 
Tytuł albumu Tomka Mirta chciałbym interpretować w taki sposób że, muzyk zaprasza słuchaczy do wspólnego przeżywania ceremonii dźwiękowego rytuału przejścia, w trakcie którego za cenę cierpliwości, koncentracji i uważnej kontemplacji dostąpią oni dźwiękowej inicjacji, aby stać się bardziej dojrzałymi i wrażliwymi słuchaczami. W czasach, w których co raz więcej adresatów kultury ma kłopot z recepcją większego dzieła, w czasach kiedy nowym sposobem na konsumowanie treści muzycznych / kulturowych jest skipowanie płyt i dyktatura fragmentu (singla)  tak rozumiany rytuał przejścia byłby nie do przecenienia.

Muzyczne combo Mirt-Ter występujące wspólnie również na żywo otwiera słuchaczom uszy na szlachetność analogowego brzmienia stawiając na Panteonie te jakże niezgrabne i nie kompaktowe urządzenia jakimi są syntezatory modularne. W ich rękach te maszyny ukazują swoje bogactwo i duszę, a także czarującą usterkowość i nieprzewidywalność. Wskazują jednocześnie, że poprzez ich manualne użycie i oryginalne, mięsiste brzmienie dużo bliżej im do instrumentów akustycznych  niż do cyfrowego interfejsu muzyki laptopowej.

MIRT - "Rite of Passage" / TER - "Fingerprints"
2013 Cat | Sun / Monotype Rec.

wtorek, 19 listopada 2013

Złota proporcja / Mammoth Ulthana - "Mammoth Ulthana"

Na płytę kolektywu Mammoth Ulthana natknąłem się zupełnie przez przypadek, przeglądając wpis  Bartka Chacińskiego. Dzięki krótkiej wzmiance na jego blogu, a raczej dzięki zamieszczonej tam dźwiękowej próbce udało mi się natrafić na jeden z najbardziej niezwykłych albumów wydanych w tym roku w Polsce. Kiedy myślałem, że w tak płodnym dla polskiej muzyki niezależnej roku nic już mnie nie zaskoczy oto pojawia się album (wydany jeszcze przed wakacjami), który jeśli nie bije wszystkich faworytów na głowę, to bezdyskusyjnie urzeka i wprawia w zachwyt.

Mammoth Ulthana to duet stworzony przez Rafała Kołeckiego - multiinstrumentalistę operującego we wszelakich odmianach instrumentów perkusyjnych, członka składu toruńskiego Hati, oraz Jacka Doroszenko - artystę audiowizualnego i producenta dźwięku. Razem stworzyli dźwiękowy mikrokosmos utkany z pełnego symbiozy przenikania się struktur akustycznych i elektronicznych.

Album "Mammoth Ulthana" to udana alchemiczna próba przemiany metalu w złoto. To obfitość i bogactwo składników, które ulegają metamorfozie w szlachetny kruszec. To wydawałoby się niemożliwe połączenie mnogości dźwięków, instrumentów, inspiracji i pomysłów w skromnym minimalistycznym dziele.

Na "Mammoth Ulthana" imponuje już samo instrumentarium i jego wykorzystanie. Po stronie Kołeckiego są to gongi, śpiewające misy, rogi, rury, dzwonki, kołatki, wszelkiej maści perkusjonalia, muszelki, skorupki z których poprzez uderzanie, pocieranie, szeleszczenie, zderzanie, wyginanie, czy postukiwanie wydobywa cały wachlarz dźwiękowych tekstur. Zostają one zrównoważone subtelną nawiązującą do estetyki clicks and cuts elektroniką Doroszenko, oszczędną i nietuzinkową sampodellią, oraz elementem melodycznym w postaci ciepłego brzmienia cyfrowego pianina. Panowie doskonale uzupełniają się w swej współpracy mając jasno określony cel - muzyczny kompromis, w którym żaden z instrumentów i żadna z koncepcji nie dominują nad pozostałymi, harmonijnie współtworząc elegancki, surrealistyczny kolaż. Kaskady krystalicznych "szklanych" dźwięków, metaliczne pogłosy, donośne gongi, wibrujące drony, hałaśliwe muszle, organiczne odgłosy (np oddychanie przez nos w "Interludium") plemienne melodie fujarek rodem ze ścieżek dźwiękowych do filmów Herzoga autorstwa Popol Vuh, celnie i oszczędnie pointowane klikającą elektroniką i hipnotycznymi pasażami pianina tworzą elektroakustyczne słuchowisko, które pasjonuje swą obfitością, oraz zachęca do zabawy w identyfikowania odgłosów.
Niezwykłym jest fakt, ze w tym dźwiękowym królestwie mikro-detali Mammuth Ulthana nie powtarzają swoich patentów, żonglując wręcz nieskończoną ilością aranżacyjnych pomysłów.

"Mammoth Ulthana" z każdą minutą zaskakuje zwrotami akcji, pojawiającym się instrumentarium i nawiązywaniem dialogu z muzyką elektroniczną, elektroakustyczną, ambientową, rytualną, klasyczną, a także minimal music La Monte Younga. To muzyka, która jednocześnie intryguje, hipnotyzuje i co ciekawe relaksuje, gdyż mimo zakorzenienia w mrocznych estetykach nie niesie ze sobą ciężaru gatunkowego upodabniając się do zwiewnej muzyki medytacyjnej. Ma ona w sobie niespotykaną przy takich produkcjach lekkość spotykaną głównie w banalnej i kiczowatej, relaksacyjnej muzyce new age, choć "Mammoth Ulthana" nie jest ani  trochę kiczowata, czy banalna.
Na podstawie mojej ulubionej kompozycji "Interludium" z wypiekami na twarzy można śledzić jak łagodna melodyjność, czy ćwierkający ptasi gwizdek, zostaje skonfrontowany z rytualnym gongiem, wibrującym dronem żywcem wyjętym z dźwiękowych instalacji Zygmunta Krauzego i elektroakustycznymi odgłosami rodem z taśm Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia.
Wielkości tego materiału upatrywałbym właśnie w takich opozycjach i paradoksalnych zestawieniach, które z pełną twórczą świadomością muzycy doprowadzają do alchemicznego kompromisu.

Łącząc ze sobą muzykę syntetyczną z akustyczną, a także wiążąc wątki ezoteryczne, folkowe, elektroniczne i industrialne w jedyną swojego rodzaju jakość Mammoth Ulthana jawią się jako kolejni na polskiej scenie niezależnej duchowi spadkobiercy tradycji Obuha.

Na marginesie recepcji albumu "Mammoth Ulthana" należy zwrócić uwagę, że z równą pieczołowitością, i poczuciem estetyki Kołecki i Doroszenko przykładają wagę do wizualnej oprawy swojej muzyki. Począwszy od hipnotycznych wizualizacji, poprzez efektowną stronę internetową, na minimalistycznym, stylowym wydaniu płyty kończąc. 
Wszystkie elementy muzyczne zawarte na płycie jak i towarzyszące jej fizycznemu wydaniu, jej koncepcja i arcy-udana realizacja sprawiają wrażenie dzieła w pełni przemyślanego i skończonego. Wycyzelowanego z największa starannością, wyobraźnią i umiarem. Będąc najzupełniej szczery trudno mi znaleźć jakiekolwiek negatywne strony tego wydawnictwa. Czyżby zatem polska płyta roku 2013?



MAMMOTH ULTHANA - "Mammoth Ulthana"
2013 Zoharum / Huta Artzine

poniedziałek, 18 listopada 2013

Słowiański duch / Stefan Wesołowski - "Liebestod"

Ryszard Wagner, Tristan i Izolda, Important Records, Dominikanie,  Michał Jacaszek, Piotr "Emade" Waglewski, "Kompleta". Jakże wiele wątków spotyka się na tej skromnej i wyciszonej płycie. Na każdym z nich mogłaby być oparta moja recenzja "Liebestod" odciągając uwagę od tego co najistotniejsze - muzyki.
O inspiracjach autora, jego współpracownikach, renomowanym wydawcy, czy wcześniejszych dokonaniach spokojnie można przeczytać w recenzjach, które jak mantrę powtarzają notatkę prasową towarzyszącą wydawnictwu. Jeśli więc trafiliście już na tą recenzję to na pewno znane są wam fakty towarzyszące powstaniu "Liebestod". Ja przywołam je tylko w formie odnoszącej się do muzyki Stefana Wesołowskiego. 

Szum morza, wiejący wiatr, odgłosy mewy i ujadanie psa to nieoswojony świat natury, który staje się wstępem do przepięknego nokturnu zagranego na skrzypcach i (jakżebym sobie tego życzył) na basach (?) typowo polskim instrumencie ludowym, o niskiej dronującej tonacji. Życzyłbym sobie tego gdyż otwierające płytę "Liebestod" "Ostinato" to utwór wyjątkowo piękny, uwydatniający swój słowiański ładunek właśnie za sprawą lamentujących instrumentów smyczkowych. Tak mogłaby brzmieć pieśń zaduszna, lub adwentowa rozchodząca się pod wiejskimi strzechami od Bałtyku do Tatr. 
Z dzikiej, nieokiełznanej natury, oraz nastrojowej, przepełnionej nostalgią ludowej sakralności, za sprawą talentu Stefana Wesołowskiego "Ostinato" przeobraża się w wyrafinowaną awangardę spod znaku modern cllassical. Podobnie rozpoczyna się modlitwa brewiarzowa "Kompleta" nagrana dla Ojców Dominikanów w 2006 roku. Na tamtej płycie to kompozycja "Wezwanie" wprowadza uroczysty, odświętny nastrój przenosząc słuchacza w sferę sacrum. 

Doskonałość "Ostinato" to wysoko postawiona poprzeczka wobec reszty materiału, który niestety nie utrzymuje tego poziomu. Im dalej wnikamy w "Liebestod" tym bardziej ulega rozrzedzeniu jego odświętność, a charakter albumu niepokojąco przybiera formułę sentymentalnego soundtracku.

Wesołowski nie próbuje mierzyć się z epickim rozmachem Wagnera, czy choćby intymnym Part'em. Ucieka od sterylności i "wysokiego stylu" eksponując szum, odgłosy otoczenia, taneczny rytm ("Route") tak jakby starał się wprowadzić element profanum i uczynić swą muzykę bardziej świecką. "Liebestod" brak liturgicznego nastroju "Komplety", tak jakby twórca zamierzał ukazać bardziej przystępne / popularne oblicze muzyki klasycznej spod szyldu Yann'a Tiersen'a, czy Hauschki. Możemy również natknąć się na wątki muzyki Tima Heckera ("Tacet"), którym jednak brakuje rozmachu, oraz potęgi brzmienia, charakterystycznych dla twórczości Kanadyjczyka.

Chciałbym słyszeć w tym materiale coś więcej niż tylko kompromis zaadaptowania muzyki klasycznej do form bardziej popularnych. Chciałbym aby "Liebestod" trzymał mnie w nastroju sakralnego uniesienia, w intymnej atmosferze religijnego obrzędu i swojskiej, słowiańskiej ludowości zamiast wpisywać się w ograne, kosmopolityczne konteksty. Jakże bowiem zyskuje ta muzyka kiedy słychać w niej echa rodzimego folkloru i korzennej, intymnej religijności.
Brakuje mi na płycie również mocnych gestów, kulminacji, czy kontrapunktów, które z landszaftu uczyniłyby pełnokrwiste dzieło jak choćby w na albumach Jacaszka, który poddał zarówno tradycję ("Treny") jaki i klasykę ("Glimmer") noisowej i ambientowej rekonstrukcji nie tracąc przy tym nic z ich podniosłego charakteru.

Wesołowskiemu brakuje takich mocnych, przełamujących momentów, przez co w miarę słuchania z "Liebestod" ulatnia się cała kontemplacyjna aura. Z tak niezwykłego i wielowymiarowego konceptu zapoczątkowanego w "Ostinato" finalnie pozostaje, zamykająca płytę łzawa  ballada "Hand Im Haar". Nie pozostaje mi zatem nic innego jak zapętlić w odtwarzaczu utwór rozpoczynający album Wesołowskiego i słuchać go nieskończenie jak mantry. Co czynię zresztą z prawdziwą przyjemnością



STEFAN WESOŁOWSKI - "Liebestod"
2013 Important Records

wtorek, 12 listopada 2013

Najsmutniejszy bard świata / Matt Elliott - "Only myocardial infarction can break your heart"

Matt Elliot to niewątpliwie jeden z najsmutniejszych bardów świata. Wystarczy przytoczyć tytuły jego płyt "Drinking Songs" (2005), "Failing Songs" (2006), "Howling Songs" (2008), "The Broken Man" (2012), aby stało się jasne, że to właśnie z traumy uczynił on swoją największą namiętność. Ale właściwie nie ma się czemu dziwić, bowiem autor piosenki o jakże znamiennym tytule "If Anyone Tells Me It's Better To Have Loved And Lost Than To Never Have Loved At All I Will Stab Them In The Face", która mogłaby rywalizować z "Gloomy sunday" o tytuł najsmutniejszej piosenki świata pochodzi z najbardziej depresyjnego obok Seattle miasta na muzycznej mapie świata - Bristolu - kolebki trip hopu, czy dub stepu.

Matt Elliott to dla mnie postać ambiwalentna. Od pierwszego spotkania z jego muzyką wzbudzająca we mnie jednocześnie odczucie zachwytu jak i lekkiego niesmaku. Jak bowiem traktować artystę, który od ponad dekady sztywno trzyma się swojego emploi muzycznego mazgaja, który swoimi balladami przynosi permanentnym "dołersom" i romantykom o złamanych sercach ulgę w postaci kojącej, bądź katalizującej ich emocje muzycznej strawy.
Z drugiej strony jest jednym z niewielu twórców, którzy swój żal potrafią wyeksponować w tak urzekający sposób. Brytyjczyk ma bowiem znakomity zmysł  kompozytorski i aranżacyjny. Jest też posiadaczem zjawiskowego i oryginalnego, chwytającego za gardło wokalu. Idealnie wpisującego się w estetykę nokturnu. Ciepłego niezwykle głębokiego, hipnotycznego, lekko przepitego i zadymionego, którego basowa (wręcz dronowa) tonacja zatrzęsie nie jednym subwooferem. Niestety nie rzadko zdarza mu się przekraczać granice patosu i przesadnego uniesienia, czym często psuje mi odbiór swojej intymnej muzyki.

Muzyka tworzona przez bristolczyka swoim nastrojem ma moc wywoływania u słuchaczy wrażenia upijania się na smutno powodując, że nawet bez alkoholu zajrzysz w głąb siebie i choćbyś był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi zawyjesz z weltschmerz'u lub... ziewniesz. 
Jednak jego nowy album "Only myocardial infarction can break your heart" zapowiadany był jako przełamanie serii traumatycznych wydawnictw, na rzecz kompozycji bardziej optymistycznych i mniej mrocznych. I faktycznie nowa płyta należy do nieco mniej hermetycznych, i żałobnych, jednak nie jest pozbawiona muzycznej sygnatury Elliotta w postaci melancholii, i pokutnego nimbu. Tym razem smutek zastaje zastąpiony złością i twórczą agresją, czego przykładem może być otwierająca materiał ognista kompozycja "The right to cry".
Siedemnasto-minutowy utwór ma prawdziwie epicką ekspresję i jest prawdziwą wizytówką "elliottowej twórczości". Chwilami subtelną i cichą, chwilami dynamiczną, pełną rozmachu i twórczej pasji opartej na pochodach akordów akustycznych i elektrycznych gitar, kontrabasu, delikatnie wypełniającej tło elektronice i znakomitej perkusji rodem z albumów Third Eye Foundation. Bo też trzeba zauważyć że "Only myocardial infarction can break your heart" jest pierwszym albumem Elliotta, na którym tak jawnie łączy wątki swoich dwóch niezwykłych projektów. A robi to w sposób doskonały czerpiąc z obu to co najlepsze, a przy tym trzymając się z dala od przekroczenia granicy prześwięcenia.

Album Matta Elliotta, mimo iż wydaje się muzycznym monolitem subtelnie przemyca dużą ilość różnorodnych wątków i inspiracji. Alt folkową kanwę materiału ubarwiają zarówno aranże o proweniencji latynoskiej, rytmice rodem z flamenco, czy z tango ("The right to cry", "Prepare for disappointment"). Są też fragmenty inspirowane altcountry i americaną ("Reap what you sow"), czy unikalna i natchniona mistycyzmem sakralna elektronika Third Eye Foundation. Wszystkie te momentami egzotyczne i z pozoru nieprzystające do siebie tropy są możliwe do wyłapania dzięki wspaniałej produkcji pospołu samego Elliotta jak i David'a Chalmin'a. Różnica w brzmieniu, jego klarowności i selektywności między wczesnymi albumami a "Only myocardial infarction can break your heart" jest bowiem kolosalna na korzyść ostatniego.

Autor co znamienne zamyka swą płytę (bonusowe "All of our leaders are sociopathic...""I'll sleep when you're dead") remiksując sam siebie, oddając akustyczną formę ballady Matta Elliotta, w reinterpretację elektronicznego Third Eye Foundation. Krucha, rdzawa, niesiona dubowym rytmem i połamanymi breakami stylistyka tego projektu pomimo, że jest kontynuowana i wznawiana przez Elliotta dłużej niż twórczość podpisywana własnym imieniem i nazwiskiem świetnie odnajduje się w postdubstepowej estetyce, podobnie jak w czasach kiedy była śmiałą reinterpretacją drum'n'bass i jungle.

"Only myocardial infarction can break your heart" można by uznać jako wspaniałe podsumowanie dotychczasowej twórczości tego nietuzinkowego muzyka. Łączące wszystkie najlepsze cechy obu projektów. To płyta mająca muzycznie wiele do zaoferowania, wielowątkowa i eklektyczna. Pełna artystycznego rozmachu, ale i kompozytorskiej dyscypliny. Pozbawiona chwytliwych fragmentów bardziej cieszy swoją konstrukcją, brzmieniem i odniesieniami niż zapamiętywalną wpadającą w ucho melodią. To płyta na której większa uwagę poświęcimy kunsztowi muzycznemu autora niż jego emocjom, a to w przypadku Elliotta jest bardzo wskazane.


MATT ELLIOTT- "Only myocardial infarction can break your heart"
2013 Ici D'ailleurs

piątek, 8 listopada 2013

Tajemnica tekturowej szkatułki czyli RSSgate / Kucharczyk - "Chest"

Tak jak doczekaliśmy się w tym roku erupcji kapitalnych wydawnictw solidnej, rodzimej sceny elektronicznej i niezależnej tak i doczekaliśmy się własnej "Burialgate" (dla niewtajemniczonych; obsesyjnego polowania na tożsamość najbardziej enigmatycznej postaci elektroniki ostatnich lat). Cały polski i nie tylko polski internet huczy już od plotek kim są członkowie tajemniczego kolektywu RSS B0YS. Skrywana za burkami, firankami, girlandami frędzli i heklowanymi serwetami tożsamość świecącego obecnie tryumfy duetu stała się pretekstem do wysuwania najbardziej śmiałych teorii i domniemań who is who, a raczej who are RSS?. Burial + Zomby, Skrillex + Tiesto, Hawryluk + Chaciński?  Kolejny trop nasuwać może okładka nowego albumu T'ien Lai czyli, że Ziołek + Jędrzejczak?

RSS B0YS
T'ien Lai


Największe podejrzenia na choćby jedną z osób tworzącą RSS B0YS padają jednak na Wojtka Kucharczyka szefa Mik Musik, wydawcę tajemniczego duetu. Wiemy przecież, że Kucharczyk skory jest do wszelkich maskarad i teorii spiskowych (patrz projekt Dwutysięczny), zaś dowody na potwierdzenie tezy są coraz mocniejsze i dodatkowo podsuwane przez samego podejrzanego na jego autorskiej epce "Chest", która pojawiła się w październiku w katalogu rodzimego wydawnictwa.

Większość z jedenastu kompozycji z tajemniczej szkatułki Kucharczyka z powodzeniem mogłoby dołączyć do utworów z "TH T00TH 0F TH FTR" RSS B0YS (choćby utwory "Carrors", czy "Reminder X") Scala je bowiem charakterystyczne potężne, muskularne brzmienie, mechaniczne techno, ociężała narracja, i moc pneumatycznego młota. 
Różnica jednak polega na tym, że "Chest" pozbawione jest niemal w całości brudów i gęstości smolistej magmy w jakiej zanurzone są kompozycje RSS. Kucharczyk cyzeluje brzmienie swoich instrumentów dopieszczając je i doprowadzając do krystalicznej przejrzystości. Jego przepyszne, hipersyntetyczne dźwięki raczą uszy sterylnością godną wydawnictw Raster Noton, z tym wyjątkiem, że Kucharczyk miast mikro sampli, klików, czy miniaturowych ultradźwięków preferuje ciężkie, kostropate dźwiękowe kloce. Ich brzmieniowa jakość niczym fetysz powinna utrafić i rozbudzić fantazje fanów hi-techowych syntetyków ("13 and scheme").
Kucharczyk po raz kolejny potwierdza, że ma lekką rękę do ciężkich brzmień. Soczyste mechaniczne odgłosy, na granicy przesteru, czy industrialne pogłosy nie zakłócają przestrzeni kompozycji, zaś masywne, siermiężne, pompujące bity wbijające w podłogę, nie odbierają przebojowego potencjału tej ultratanecznej propozycji.  
Na "Chest" melodie zredukowane są niemal do zera, na rzecz metalicznej, człapiącej krokiem robota industrialnej elektroniki, w której płynnie przenikają się stylistyki techno, electro, idm, glitch, a nawet house.
I jak na projekt szefa Mik Musik przystało znalazło się również w tym zestawieniu miejsce na "firmowe" Kucharczykowe quasi piosenki  "Inny świat" i "It doesn't matter song"

Pomijając czysto humorystyczny wątek tożsamościowy RSSów należy na głos odtrąbić, że wreszcie doczekaliśmy się aktywnej i wielce kreatywnej polskiej elektroniki i muzyki niezależnej, czego dowodem może być właśnie "Chest" Kucharczyka. Epka, która jest skrojona głównie z odrzutów sesyjnych do mającej się ukazać w przyszłym roku w Monotype Records regularnej płyty. I choćby Kucharczyk zaklinał się, że "to nic wielkiego" poprzeczkę postawił na bardzo wysokim poziomie. Nie musimy już zatem zasłuchiwać się w Stott'ach, Actress'ach, czy innych Autechre'ach bo na swoim podwórku mamy nie mniej utalentowanych i doświadczonych zawodników. Chapeau bas!

Ps. W ramach śledztwa RSSgate organizatorom kolejnych showcase'ów Mik Musik sugeruję wzięcie na oko Wojtka Kucharczyka, czy aby nie przebiera się czasem w jakieś babcine obrusy i nie znika nagle przed występem Eresesów. ;)


KUCHARCZYK - "Chest"
2013 Mik Musik

czwartek, 7 listopada 2013

Halo techno / Gardland - "Syndrome Syndrome" / Laurel Halo - "Chance of Rain"

Na przestrzeni ostatnich tygodni ukazały się dwie płyty, których wspólnym mianownikiem jest techno i jego twórcza reinterpretacja. Z jednej strony klarowna i charakterna wizja Australijczyków z Gardland, z drugiej nieco chaotyczna próba wyjścia poza gatunek i poszukiwania unikalnej estetyki zrealizowana przez Amerykankę Laurel Halo. Oba albumy ukazują jak otwarta na próby interpretacji i interferencji gatunkowych może być estetyka techno. Odchodząca od utartych skojarzeń związanych z gatunkiem i szukająca jednocześnie możliwości ukazania go w nowym zaskakującym świetle. Jednak wynik owych poszukiwań i eksperymentów, tylko ze strony Gardland jest koncepcją koherentną i skończoną, zaś po stronie Laurel Halo jedynie zarysowaną i zagubioną w trakcie procesu poszukiwań. 

Gardland - "Syndrome Syndrome"  / Rvng Intl. 2013


Po tegorocznych sukcesach wydawniczych w postaci albumów Stellar Om Source i Blondes nowojorska  Rvng Intl. dokłada kolejną cegiełkę do budowania opinii jednej z najbardziej wizjonerskich i otwartych na twórczy eklektyzm wytwórni w świecie poszukującej elektroniki. 
Ową cegiełką jest kapitalny debiut dwójki Australijczyków (Alex Murray i Mark Smith) nagrywających pod szyldem Gardland niezwykle oryginalną wizję techno, wynosząc ten gatunek (podobnie jak Blondes) - poziom wyżej niż klubowe, parkietowe sztosy - do rangi sztuki.

"Syndrome Syndrome", to niezwykle hipnotyczny i wielowymiarowy materiał. To techno, w którym wcale nie najważniejszym elementem jest motoryka, tempo, napędzająca stopa, czy bitowa repetycja. Najważniejszym składnikiem tego albumu są ambientowe ślady syntezatorów, tworzące mroczną i tajemniczą atmosferę. Leniwie snujące się oniryczne widma o analogowej proweniencji, przesterowane plamy bulgoczących syntezatorów, czy przeszywające noisowe barwy, w pełnej krasie reprezentują ten materiał, który pozbawiony elementów motorycznych można by lokować na skrzyżowaniu stylistyk ambientu, minimal music i kraut rocka.
Z kolei gdyby "Syndrome Syndrome" ograniczyć do dynamicznych elementów  inspiracji  można by doszukiwać się w acidowym zacięciu muzyki elektronicznej z lat 90tych (Plastikman, LFO, a nawet AFX, czy Polygon Window)

Australijskiemu duetowi udało się stworzyć imponującą symbiozę, w której spójnie dopełniają się elementy z pozoru przeciwstawne; dynamiczne techno i atmosferyczny, psychodeliczny ambient. Analogowe, mięsiste brzmienia równoważą, potężny, industrialny szkielet, całość zaś zostaje zatopiona w fabrycznej, dubowej przestrzeni pogłosów i delikatnie otulona mgiełką szumów. 

Debiut Gardland w swym perfekcyjnym współistnieniu elementów dynamicznych i statycznych, ożywionych i onirycznych nasuwa mi momentami skojarzenia z "Selected Ambient Works I" (przywołanego już wcześniej Aphex Twina), który w podobnych proporcjach ważył ambient z techno. Jednak te luźne skojarzenia nie nie są w stanie przesłonić niezwykłej oryginalności, przejrzystości idei oraz spójności wizji muzyki elektronicznej nagranej przez Gardland. Doskonałe proporcje, tego debiutu, jego umiar w wykorzystywaniu środków i narzędzi, prostota kompozycyjna i twórczy minimalizm idące wespół z profetyczną wyobraźnią owocują dziełem wizjonerskim i skończonym, oraz stawiają je wśród najlepszych tegorocznych albumów z kręgów muzyki elektronicznej.


Laurel Halo - "Chance Of Rain" / Hyperdub 2013


Nieco inaczej jest w przypadku utalentowanej Laurel Halo, która założyła sobie ambitny plan zbudowania na fundamencie techno własnego odrębnego stylu. Amerykanka bez wahania rozstała się z większością elementów jej dotychczasowego muzycznego emploi, które wywindowały jej album "Quarantine" do czołówki ubiegłorocznych posumowań. Na tegorocznym "Chance Of Rain", a także na zapowiadającej go epce "Behind the Green Door" artystka całkowicie zrezygnowała z zatopionego w gęstej magmie pogłosów, przekwaszonego dream popu,  hyperdubowego trip hopu i hipnotycznego wokalu na rzecz delirycznej rytmiki i nieokreślonej eksperymentalnej narracji. 

Słuchając "Chance Of Rain" uderza siłowanie się przez artystkę z konwencjami w poszukiwaniu własnego twórczego szlaku. Detroit techno, które było punktem wyjścia tego eksperymentu zostaje pozbawione drapieżnego pazura i wykastrowane z motorycznego i tanecznego potencjału. Stłumione stopy, stają się dudniącym basowym tłem dla pozbawionych dynamiki arytmicznych faktur. Deliryczne loopy pozbawione symetryczności technoidalnego metrum, niewyraźne plamy - melodie, zamglone quasirytmiczne struktury, a także jazzowe wstawki, tworzą jedną pulpę. Żaden z użytych elementów nie zostaje wysunięty na pierwszy plan, pozbawiając utwory charakteru i przejrzystości. Laurel Halo w swojej najnowszej propozycji nie wychodzi poza fundament, wznosząc coś w rodzaju rozmytego dźwiękowego widma. Jedynie sugeruje czym mógłby być ten album gdyby alchemia dźwięków została przeprowadzona z większą selektywnością, odwagą i precyzją. 

Pomimo poszukiwań osobistej i unikalnej artykulacji nie da się zignorować tego, że panna Halo próbuje poruszać się ścieżkami przetartymi już przez bardziej charakternych i oryginalnych twórców. Halo ma ambicje zostać drugim Shackletonem i budować własne światy z najdziwniejszych kolaży dźwiękowych i poszatkowanej rytmiki, pragnie też jak Lucy czy Zeitgeber wywrócić techno na drugą stronę i zamiast motorycznej techniawki wyciągnąć na wierzch to co znajduje się zazwyczaj na jej marginesach, a więc maszynowy nerw, czy industrialne faktury. Podobnie jak Alan Abrahams (Portable, Bodycode) stara się opierać utwory na ażurowej rytmice i kwaśnych mikrorepetycjach ("Thrax", "Oneroi"), czy jak Ricardo Villalobos tworzyć psychodeliczne i zarazem minimalistyczne pasaże. 

"Chance Of Rain" to przykład jakim wrogiem intuicji artysty może być chorobliwa ambicja osiągnięcia oryginalności. Laurel Halo rezygnując z dotychczasowej (notabene jeszcze nie wyeksploatowanej) stylistyki na rzecz nowych wyznań stała się paradoksalnie bardziej konwencjonalna i mniej zrozumiała, a "Chance Of Rain" to fiasko idei wobec próby jej wyartykułowania.