Dezynwoltura, niezależność, sztubacki rozmach, intuicja? Niewątpliwie musiała zajść jakaś koincydencja miedzy tymi atrybutami, która pozwoliła Złotej Jesieni postawić znak równości miedzy prymitywizmem, a wyrafinowaniem, co swoją drogą często drzemie w naturze wszelkich naturszczyków, outsiderów i samouków.
Dostaliście kiedyś na Gwiazdkę niechciany prezent? Wełniane skarpety, szalik, sweter? Zestaw filatelistyczny? (Hipsterzy zaraz stwierdzą, że zbieranie znaczków pocztowych to świetna zajawka). Mam wrażenie, że dla członków Złotej Jesieni takim niechcianym podarkiem było instrumentarium rockowej kapeli. Zawsze marzyli aby założyć band (twierdził tak przynajmniej Kuba Bożek) postanowili zatem spożytkować ten zestaw w taki sposób, aby nikt nie próbował kojarzyć ich z rockiem. Prawdopodobnie większość takich muzycznych epizodów wiedzie do chałupniczego / garażowego robienia hałasu, według schematu wiosło, piec, sprzężenia, przestery. Wyobraźnia członków Złotej Jesieni pozwoliła sięgnąć jednak dalej niż sztampowy gitarowy zgiełk.
Warszawski zespół mimo wydania drugiej płyty wciąż pozostaje nieskrępowany jakimikolwiek estetycznymi regułami. Celniej byłoby napisać, że żadnych reguł nie uznaje. Dramaturgia, narracja, kompozycja; wszystkie składowe muzyki ZJ trudne są do przewidzenia; nie rządzi nimi logika, schemat, czy jego kontestacja. To własny język oparty na brudnym jazgocie gitar, widmowych wokalizach, pełzających dronach. Zastanawia mnie na ile utwory Złotej Jesieni są wyimprowizowane; na ile zespół jest w stanie odtworzyć je np. w warunkach koncertowych. Nieliczne są tu bowiem zamknięte formy. Powtórzenia również należą do rzadkości. Cała narracja, z balastem brzmieniowego ciężaru i gęstością ścieżek przepoczwarza się niczym hybryda gitarowych estetyk. Wznosi się i pikuje między pełnym wigoru zgiełkiem, a apatycznymi zawiechami, nasuwając na myśl cykl powracających depresyjnych epizodów. W nagraniach Złotej Jesieni zniesieniu ulega element czasu i dynamiki. Kolejne zdarzenia pojawiają się i znikają niezapowiedzianie. Gubienie dopiero co napoczętych tropów to charakterystyczna cecha tego bandu.
Spróbujmy rozłożyć nieco na czynniki pierwsze „W tobie nie jestem sobą” i wytłumaczyć sobie co tu się właściwie się odjesieniło. Kulminację albumu mamy załatwioną już w pierwszych kilku minutach otwierającego płytę „Dwie osoby patrzą na ten sam neon”. Następnie dopada Złotą Jesień syndrom uśpienia; maligna zewów, toczących się ociężale przesterowanych basów i zaklinania szumów. Ta posępna kontemplacja trwa, aż do „Piekła”, piosenki rozpoczynającej się od basowego solo odbijającego się czkawką po grunge'u. W „Krainie dni” ponownie mamy erupcję wigoru, która w wersji koncertowej musi być przeżyciem spektakularnym i krawędziowym zarazem. Tej euforii wystarcza jeszcze na fragment „Naklejek z liskami”. Potem następuje głęboki zjazd w krainę stuporu, smużących dronów, kwaśnej elektroniki, akuzmatycznych odgłosów, i powracających gitarowych spiętrzeń „Rzeka płynie dookoła”. Finalnie czeka na słuchacza widmowy lot „Logicznej postaci”, psychodeliczna otchłań, zwieńczona wyciągnięciem z kontaktu przewodu z zasilaniem.
Mimo wyraziście hałaśliwego charakteru, muzyka Złotej Jesieni zdaje się egzystować w widmowym stanie skupienia. Owa widmowość ujawnia się w zamierzonej niedoskonałości przekazu; narracji, brzmieniu, wokalach, języku, czy dramaturgi. Owa inercja, która jest programową właściwością zespołu, a którą Filip Szałasek przy okazji poprzedniej płyty („Girl Nothing”) wytykał zespołowi, zdaje się być postawą pozwalającą zakwestionować, ujarzmić lub choćby podjąć grę z figurą rockandrollowca i rockowej kapeli. Muzycy Złotej Jesieni wypierają ze swej gry kunszt i wszelką profesjonalizację. Pozostają odporni na estetyki, a ich repertuar jest przy tym pozbawiony ducha kontestacji. Działają niczym artyści nieprofesjonalni, outsiderzy, ale ich muzyka nie przestaje zaskakiwać świeżością. To czy ich ekspresja jest szczera / naiwna, czy pozostaje wystudiowaną kreacją nie ma wpływu na odbiór nagrań.
Kiedy Miłosz Cirocki zaproponował mi recenzję tego materiału odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie czuję się zbyt kompetentny „w gitary”. Cirocki odpowiedział, że on właściwie też już „gitar” nie słucha. I może to jest właśnie klucz do tego by przy ich pomocy wyczarować coś co brawurowo wymyka się próbom racjonalizacji. Bagaż historyczny, muzykologiczny i czysto logiczny w przypadku obcowania „W tobie nie jestem sobą” jest ładunkiem zbędnym.
Dodatkowo cieszy fakt, że płyta zespołu ukazuje się w ostatnio geriatrycznym (z punktu widzenia inspiracji) katalogu Lado ABC (Chopin, Burroughs, Wodecki, przedwojenne orkiestry, John Cage, Piotr z Grudziądza). Wejdzie tam jednak do znamienitego panteonu osobliwości wraz z innymi noizowymi straceńcami / szmanami z Dużego Jacka, czy Eda Wooda.
ZŁOTA JESIEŃ „W tobie nie jestem sobą”
2018, Lado ABC
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise. Pokaż wszystkie posty
piątek, 30 marca 2018
poniedziałek, 20 listopada 2017
Transgresja hałasu / DMNSZ + Strętwa
Traktując muzykę w sposób jak najbardziej potoczny, mamy zazwyczaj na myśli jej... „muzyczność”, czyli wypadkową przebojowości, melodyjności, czy przystępności. W przypadku muzyki Patryka Daszkiewicza, mamy do czynienia z radykalną eliminacją tak postrzeganej muzyczności. Ekspresja twórcy zmierza do ekstremalnego wyeksponowania surowego dźwięku, a kompozycje zredukowane zostają do wybrzmiewania pojedynczych tonów.
Emblematyczną pracą dźwiękową występującego pod nazwą DMNSZ Daszkiewicza jest wydana w lipcu „OUIJA” – kaseta z Pointless Geometry. Znajdujące się tam utwory powstały przy użyciu zaledwie kilku dźwięków, których źródłem jest mikser audio odcięty od zewnętrznych źródeł (no input). Wzmocnione sygnały emitowane przez elektryczność płynącą po obwodach urządzenia są poddawane zwrotnym sprzężeniom, zapętlając się w repetycyjne formy. Efektem słyszalnym są różnego rodzaju szumy, burdony, świsty i sprzężenia. Przenikliwość i intensywność tych sygnałów ingeruje w komfort słuchania, a dźwięk zaczyna być odczuwany fizycznie. Lekkie zawroty głowy, mdłości, ból uszu, a nawet duszności, czy uczucie ucisku w klatce piersiowej to efekt wyeksponowania bardzo wysokich i bardzo niskich częstotliwości. Dochodzą do tego różne subiektywne reakcje o charakterze psychotycznym (przygnębienie, niepokój, lęk), które są odpowiedzią na bliski kontakt z falami dźwiękowymi o ekstremalnych częstotliwościach, oscylujących na marginesach ludzkiej słyszalności.
Konsekwencją posługiwania się surowymi falami sinusoidalnymi, są oszczędne minimalistyczne utwory. Można doszukiwać się w nich pokrewieństw z drone music, bądź nagraniami takich twórców jak Eleh, czy Eliane Radigue. Jednak minimalizm Daszkiewicza przybiera ekstremalne wydanie, głównie za sprawą punkowej zadziorności, którą podszyte są jego statyczne kompozycje. Proste dźwięki emitowane z analogowego źródła oblepione są bowiem szumem i zniekształcone brudnymi, stłumionymi teksturami, które bardziej wyeksponowane stały by się wcieleniem estetyki Harsh Noise Wall. To co łączy jeszcze „OUIJA” z noisową hybrydą to odczuwanie fizyczności dźwięku. Eksperymentujący z estetyką noise, czy drone music twórca, na swoją potrzebę redefiniuje ich stylistyki, traktując jako nośnik własnej idei.
Daszkiewicz jest twórcą doskonale świadomym swojej ekspresji. „Zdaje się, że jako jeden z niewielu w kraju rozumie możliwości minimalizmu, który nie jest jednocześnie minimalizmem kwartetu Reich-Glass-Riley-Le Monte Young” zwraca uwagę Maciej Wirmański z bloga Kultura Staroci. I trudno się z jego tezą nie zgodzić. Ów ekstremalne doświadczenie minimalizmu płynące z obcowania z „OUIJA” jest doznaniem niemal katartycznym. Zaś na tle repetytywnego owczego pędu, który zdominował w ostatnich latach dyskurs muzyczny rodzimej sceny, jest przypadkiem ożywczym i wyjątkowym.
Czym zatem są prace dźwiękowe Daszkiewicza. Jeszcze muzyką, czy fizyczną wibracją? DMNSZ bada psychofizyczny aspekt dźwięku, odrywając go od kontekstu muzycznego. Drenuje ciało akustycznym sygnałem, wyzwalając emocje i wpływając samopoczucie. Ta niepozorna kaseta, jest jedną z ciekawszych wypowiedzi intelektualnych w rodzimej muzyce w ostatnich latach. Porusza wątek transgresji dźwięku, jego oddziaływania na ciało, a mimo ascetycznej artykulacji znajduje również miejsce na estetyczny, autorski szlif.
Jeśli „OUIJA” jest zaproszeniem do intelektualnego dyskursu nad dźwiękiem, to trio Strętwa, koncentruje się na estetycznej peregrynacji dźwiękowej obskury. Oprócz Daszkiewicza (DMNSZ, Sumf) zespół tworzą Paweł Doskocz (Bachorze, Sumpf) i Maciej Maciagowski (Bachorze). Trzech improwizatorów, eksperymentatorów, sonorystów, elektroakustyków i fascynatów muzycznej pokraczności prezentuje antyestetyczny freak show.
Nazwa tria pochodzi od walcowatej ryby żyjącej na obszarach bagnistych, zasiedlającej,
muliste ciemne dna, ubogie w zawartości tlenu. Strętwy mają właściwość emitowania napięcia elektrycznego. Posiadają także wrażliwe na wysokie częstotliwości bulwiaste receptory, rozmieszczone na całym ciele. Środowisko występowania i cechy morfologiczne tych zwierząt znakomicie korelują z charakterem muzyki tria. Dusznym, mrocznym, koślawym, hałaśliwym. Skrzącym analogowym brudem i elektrycznością. Emitującym drony, glicze i kostropate tekstury, będące wynikiem gitarowych i elektronicznych przesterów.
Mamy tutaj do czynienia z dobrze zorganizowanym materiałem, o bogatej i zróżnicowanej warstwie dźwiękowej brzydoty, zaaranżowanej w formę wciągającej narracji. Struktura kompozycji jest gęsta i intensywna. Hałaśliwość i kostropatość dźwięku ujawnia się jako w pełni przemyślane rzeźbienie w zgiełkliwej materii. Przy uważnej lekturze usłyszeć można bogaty krajobraz dźwiękowy, oraz szeroki wachlarz technik preparowania dźwięku, pochodzące z repozytorium improwizatorskiego doświadczenia muzyków. Podobne subtelności i złożoności, hałaśliwej z pozoru narracji, odkrywałem zasłuchując się w nagraniach pobocznych projektów muzyków (w Bachorzu, Sumpf czy u Maciągowskiego). Nie dziwi zatem, że i Strętwa posługuje się umiejętnością dźwiękowego kamuflażu.W anturażu jazgotów i industrialnego zgiełku znalazło się miejsce zarówno na transowość, poszukiwanie subtelności, jak i budowanie nastroju.
Zasłuchując się w projektach Daszkiewicza i dostrzegając ich przecinające się wątki, można wychwycić spójną myśl przyświecającą jego działaniom. Poszukiwanie radykalnych środków wyrazu w przypadku tego twórcy nigdy nie jest celem samym w sobie, stanowi natomiast pretekst, do kwestionowania stereotypów związanych z postrzeganiem dźwięku, muzyki, czy hałasu.
DMNSZ „OUIJA”
2017, Pointless Geometry
STRĘTWA „Strętwa”
2017, Plaża Zachodnia
Emblematyczną pracą dźwiękową występującego pod nazwą DMNSZ Daszkiewicza jest wydana w lipcu „OUIJA” – kaseta z Pointless Geometry. Znajdujące się tam utwory powstały przy użyciu zaledwie kilku dźwięków, których źródłem jest mikser audio odcięty od zewnętrznych źródeł (no input). Wzmocnione sygnały emitowane przez elektryczność płynącą po obwodach urządzenia są poddawane zwrotnym sprzężeniom, zapętlając się w repetycyjne formy. Efektem słyszalnym są różnego rodzaju szumy, burdony, świsty i sprzężenia. Przenikliwość i intensywność tych sygnałów ingeruje w komfort słuchania, a dźwięk zaczyna być odczuwany fizycznie. Lekkie zawroty głowy, mdłości, ból uszu, a nawet duszności, czy uczucie ucisku w klatce piersiowej to efekt wyeksponowania bardzo wysokich i bardzo niskich częstotliwości. Dochodzą do tego różne subiektywne reakcje o charakterze psychotycznym (przygnębienie, niepokój, lęk), które są odpowiedzią na bliski kontakt z falami dźwiękowymi o ekstremalnych częstotliwościach, oscylujących na marginesach ludzkiej słyszalności.
Konsekwencją posługiwania się surowymi falami sinusoidalnymi, są oszczędne minimalistyczne utwory. Można doszukiwać się w nich pokrewieństw z drone music, bądź nagraniami takich twórców jak Eleh, czy Eliane Radigue. Jednak minimalizm Daszkiewicza przybiera ekstremalne wydanie, głównie za sprawą punkowej zadziorności, którą podszyte są jego statyczne kompozycje. Proste dźwięki emitowane z analogowego źródła oblepione są bowiem szumem i zniekształcone brudnymi, stłumionymi teksturami, które bardziej wyeksponowane stały by się wcieleniem estetyki Harsh Noise Wall. To co łączy jeszcze „OUIJA” z noisową hybrydą to odczuwanie fizyczności dźwięku. Eksperymentujący z estetyką noise, czy drone music twórca, na swoją potrzebę redefiniuje ich stylistyki, traktując jako nośnik własnej idei.
Daszkiewicz jest twórcą doskonale świadomym swojej ekspresji. „Zdaje się, że jako jeden z niewielu w kraju rozumie możliwości minimalizmu, który nie jest jednocześnie minimalizmem kwartetu Reich-Glass-Riley-Le Monte Young” zwraca uwagę Maciej Wirmański z bloga Kultura Staroci. I trudno się z jego tezą nie zgodzić. Ów ekstremalne doświadczenie minimalizmu płynące z obcowania z „OUIJA” jest doznaniem niemal katartycznym. Zaś na tle repetytywnego owczego pędu, który zdominował w ostatnich latach dyskurs muzyczny rodzimej sceny, jest przypadkiem ożywczym i wyjątkowym.
Czym zatem są prace dźwiękowe Daszkiewicza. Jeszcze muzyką, czy fizyczną wibracją? DMNSZ bada psychofizyczny aspekt dźwięku, odrywając go od kontekstu muzycznego. Drenuje ciało akustycznym sygnałem, wyzwalając emocje i wpływając samopoczucie. Ta niepozorna kaseta, jest jedną z ciekawszych wypowiedzi intelektualnych w rodzimej muzyce w ostatnich latach. Porusza wątek transgresji dźwięku, jego oddziaływania na ciało, a mimo ascetycznej artykulacji znajduje również miejsce na estetyczny, autorski szlif.
***
Nazwa tria pochodzi od walcowatej ryby żyjącej na obszarach bagnistych, zasiedlającej,
muliste ciemne dna, ubogie w zawartości tlenu. Strętwy mają właściwość emitowania napięcia elektrycznego. Posiadają także wrażliwe na wysokie częstotliwości bulwiaste receptory, rozmieszczone na całym ciele. Środowisko występowania i cechy morfologiczne tych zwierząt znakomicie korelują z charakterem muzyki tria. Dusznym, mrocznym, koślawym, hałaśliwym. Skrzącym analogowym brudem i elektrycznością. Emitującym drony, glicze i kostropate tekstury, będące wynikiem gitarowych i elektronicznych przesterów.
Mamy tutaj do czynienia z dobrze zorganizowanym materiałem, o bogatej i zróżnicowanej warstwie dźwiękowej brzydoty, zaaranżowanej w formę wciągającej narracji. Struktura kompozycji jest gęsta i intensywna. Hałaśliwość i kostropatość dźwięku ujawnia się jako w pełni przemyślane rzeźbienie w zgiełkliwej materii. Przy uważnej lekturze usłyszeć można bogaty krajobraz dźwiękowy, oraz szeroki wachlarz technik preparowania dźwięku, pochodzące z repozytorium improwizatorskiego doświadczenia muzyków. Podobne subtelności i złożoności, hałaśliwej z pozoru narracji, odkrywałem zasłuchując się w nagraniach pobocznych projektów muzyków (w Bachorzu, Sumpf czy u Maciągowskiego). Nie dziwi zatem, że i Strętwa posługuje się umiejętnością dźwiękowego kamuflażu.W anturażu jazgotów i industrialnego zgiełku znalazło się miejsce zarówno na transowość, poszukiwanie subtelności, jak i budowanie nastroju.
Zasłuchując się w projektach Daszkiewicza i dostrzegając ich przecinające się wątki, można wychwycić spójną myśl przyświecającą jego działaniom. Poszukiwanie radykalnych środków wyrazu w przypadku tego twórcy nigdy nie jest celem samym w sobie, stanowi natomiast pretekst, do kwestionowania stereotypów związanych z postrzeganiem dźwięku, muzyki, czy hałasu.
DMNSZ „OUIJA”
2017, Pointless Geometry
STRĘTWA „Strętwa”
2017, Plaża Zachodnia
Etykiety:
2017,
DMNSZ,
drone music,
experimental,
Maciej Maciągowski,
noise,
non music,
Patryk Daszkiewicz,
Paweł Doskocz,
Plaża Zachodnia,
Pointless Geometry,
Strętwa
piątek, 10 listopada 2017
Poza skalą / „Radio Noises”
„Radio Noises” czyli nie słuchowisko i nie sztuka radiowa. Nie to co na antenie, a wszystko co poza nią. Transgresja radioodbiornika, fale radiowe, szumy, trzaski i interferencje, jako materia twórcza. Bardziej „Kurzwellen” Stockhausena, niż „Wojna światów” Wellesa.
Tak z grubsza przedstawia się idea płyty inicjującej działalność nowo powstałej oficyny wydawniczej Antena Non Grata. Utworzona przez Tomasza Misiaka i Marcina Olejniczaka, jest wynikiem ich artystycznych, naukowych i kuratorskich inicjatyw odbywających się na przecięciu sztuki konceptualnej i dźwiękowej.
Będąc jeszcze dzieckiem uwielbiałem zasiadać przed domowym radioodbiornikiem i jeździć wskazówką po skali. To było jak odkrywanie nowych lądów, kiedy przeczesując częstotliwości spomiędzy szumów i interferencji natrafiałem na monotonne monologi, strzępy piosenek, czy gorące dyskusje prowadzone w obcych językach, których pochodzenia nie byłem w stanie sobie wyobrazić. Wsłuchiwałem się w te głosy i bez znajomości języków starałem sobie wyobrazić czego dotyczą. To były takie moje parasłuchowiska prowadzone w czasie rzeczywistym, najlepiej na falach średnich, gdzie szum był najbardziej ciepły, łagodny i przechodził w tajemnicze interferencyjne zewy, analogowe piski i inne zagadkowe, oddziałujące na wyobraźnie dźwięki. O tej dziecięcej przyjemności przypomniałem sobie całkiem niedawno, podczas podróży samochodem, kiedy przełączając radio na pasmo średnie zauważyłem, że ruchy kierownicą wzmagają interferencje i „sianie” radioodbiornika. Przy moim uwielbieniu do dźwięków spędziłem na postoju kila minut modulując odgłosy za pomocą samochodowej kierownicy. Właśnie takie anomalia radiowe znalazły się w kręgu zainteresowania kuratorów projektu „Radio Noises”. „Skupiamy się na tym, co odrzucane, co stanowi zakłócenie w standardowych sposobach używania radia. Mówiąc wprost: gramy szumem radiowym i sprawdzamy, co znajduje się w przestrzeniach pomiędzy częstotliwościami zajętymi i opłaconymi, tzn. komercyjnie eksploatowanymi. Naszym zamiarem jest promowanie/wydawanie nagrań inspirowanych możliwościami transgresyjnymi radia. Sami prezentujemy tego typu działania w ramach Radio Noise Duo” – precyzują Misiak i Olejniczak.
Historię wpływu medium radiowego na kulturę w swojej recenzji zwięźle nakreślił Maciek Wirmański z Kultury Staroci (zachęcam do lektury), przejdę więc bezpośrednio do zawartości kompilacji. Koncepcja „Radio Noises” zakłada twórcze poszukiwania w obszarach ściśle ograniczonych do dźwiękowego środowiska radiowych aberracji. Jednak kuratorzy projektu zadbali o możliwie najbardziej zróżnicowane podejście do tematu radiowych szumów i trzasków. Zaproszeni goście przepuścili zatem ideę „Radio Noises” przez uprawiane przez siebie stylistyki. Usłyszymy repertuar, w którego skład wchodzą kompozycje ambientowe, noisowe, dronowe, a nawet quasi taneczne. Materiał otwiera kompozycja „Syczą i brzęczą” nieznanego mi projektu GW 94, o adekwatnej do tytułu zawartości. Utwór dobrze wprowadza słuchaczy w tematykę dźwiękowych peregrynacji sonicznej aury anten, radiostacji, nadajników, odbiorników, czy stacji numerycznych. W równie zgiełkliwym anturażu Dariusz Brzostek i Joanna Walewska osadzili metanarracyjne antysłuchowisko zachwalające socjalistyczną myśl techniczną i jej wytwory, w postaci krajowych radioodbiorników i sprzętów odtwarzających z tytułową Anią R-613 Unitry w głównej roli. Po dość surowym wstępie radiowe interferencje na swój modularny warsztat bierze Mirt i tworzy najciekawszą (w kontekście muzycznym) kompozycję na tej kompilacji. Korzystając z repertuaru głęboko przetworzonych sygnałów radiowych, lepi imponującą dźwiękową bryłę, masywną a jednocześnie niezwykle przestrzenną. Pojawiają się oczywiście charakterystyczne dla artysty strzępy nagrań terenowych, a dodatkowo fragmenty audycji zagubionych na falach eteru. Kolejne kompozycje na płycie to przeczesywanie pasma i łowienie na nim dźwiękowych artefaktów. Plądrofoniczny kolaż, który u Zeniala odbywa się przy akompaniamencie syntezatorowych świergotów, u Micromelancolie z ambientowego nokturnu nieoczekiwanie mutuje w quasi taneczną estetykę. Projekt SYNTHOPIA i kołobrzeski Mothertape podeszli do koncepcji płyty w sposób impresyjny, starając się oddać fantasmagoryczną, zagadkową aurę związaną z eksploracją częstotliwości radiowych. GAAP KVLT przytłacza sub basem do tego stopnia, że zmuszony jestem ściągnąć słuchawki, aby nabrać nieco powietrza i perspektywy. Bas łagodnieje, a w nim pojawiają się zewy, krótkie preparacje radiowych odgłosów i charakterystyczne dla tego twórcy tektoniczne pomruki. Anonimowy projekt Uroruro w oparciu o szumy i niezidentyfikowane odgłosy gębowe, kreuje zupełnie oryginalną amorficzną formę dźwiękową. W finale zaś, autorzy kompilacji, jako Radio Noise Duo domykają koncept klamrą spiętrzonych szumów.
Kiedy Karlheinz Stockhausen w 1968 skomponował „Kurzwellen”, w oparciu o odbiorniki radiowe nadające na falach krótkich, radio wciąż jeszcze dotrzymywało kroku telewizji w batalii o odbiorców, ale i stanowiło przystań dla awangardowych eksperymentatorów zgromadzonych wokół licznie już działających studiów muzyki elektronicznej. Używając skrótu myślowego, było zarazem twórcą jak i tworzywem. Dziś w dobie internetowych podcastów sięgnięcie po odbiornik radiowy i fale radiowe może wydawać się kolejną emanacją kulturowej nostalgii (obok innych wyciągniętych z lamusa artefaktów (kaseta vhs, kaseta magnetofonowa) i ich emulacji (filtry fotograficzne, estetyka lo-fi w muzyce). Projekt Antena Non Grata wydaje się wolny od tęsknoty i retromanii. Nie ulega zauroczeniu analogowym medium per se. Sama jego nazwa wskazuje, że w obiekcie zainteresowań znalazły się efekty niepożądane w transmisji fal radiowych. Złudnie zatem spodziewałem się usłyszeć na płycie „Radio Noises” inkarnacji swoich dziecięcych zabaw na starym Dominiku i jeszcze starszych Tatrach. Jednak trzeźwe spojrzenie autorów projektu na medium sprawia, że zamiast taniego sentymentalizowania możemy spodziewać ambitnego programu kuratorskiego. Tym bardziej, że radio jest zaledwie jednym z wielu zagadnień interesujących Olejniczaka i Misiaka. W centrum uwagi pozostaje bowiem antena we wszelkich możliwych wcieleniach (TV, theremin, przewód koncentryczny), wykorzystywana jako instrument muzyczny.
va - „Radio Noises”
2017, Antena Non Grata
Tak z grubsza przedstawia się idea płyty inicjującej działalność nowo powstałej oficyny wydawniczej Antena Non Grata. Utworzona przez Tomasza Misiaka i Marcina Olejniczaka, jest wynikiem ich artystycznych, naukowych i kuratorskich inicjatyw odbywających się na przecięciu sztuki konceptualnej i dźwiękowej.
Będąc jeszcze dzieckiem uwielbiałem zasiadać przed domowym radioodbiornikiem i jeździć wskazówką po skali. To było jak odkrywanie nowych lądów, kiedy przeczesując częstotliwości spomiędzy szumów i interferencji natrafiałem na monotonne monologi, strzępy piosenek, czy gorące dyskusje prowadzone w obcych językach, których pochodzenia nie byłem w stanie sobie wyobrazić. Wsłuchiwałem się w te głosy i bez znajomości języków starałem sobie wyobrazić czego dotyczą. To były takie moje parasłuchowiska prowadzone w czasie rzeczywistym, najlepiej na falach średnich, gdzie szum był najbardziej ciepły, łagodny i przechodził w tajemnicze interferencyjne zewy, analogowe piski i inne zagadkowe, oddziałujące na wyobraźnie dźwięki. O tej dziecięcej przyjemności przypomniałem sobie całkiem niedawno, podczas podróży samochodem, kiedy przełączając radio na pasmo średnie zauważyłem, że ruchy kierownicą wzmagają interferencje i „sianie” radioodbiornika. Przy moim uwielbieniu do dźwięków spędziłem na postoju kila minut modulując odgłosy za pomocą samochodowej kierownicy. Właśnie takie anomalia radiowe znalazły się w kręgu zainteresowania kuratorów projektu „Radio Noises”. „Skupiamy się na tym, co odrzucane, co stanowi zakłócenie w standardowych sposobach używania radia. Mówiąc wprost: gramy szumem radiowym i sprawdzamy, co znajduje się w przestrzeniach pomiędzy częstotliwościami zajętymi i opłaconymi, tzn. komercyjnie eksploatowanymi. Naszym zamiarem jest promowanie/wydawanie nagrań inspirowanych możliwościami transgresyjnymi radia. Sami prezentujemy tego typu działania w ramach Radio Noise Duo” – precyzują Misiak i Olejniczak.
Historię wpływu medium radiowego na kulturę w swojej recenzji zwięźle nakreślił Maciek Wirmański z Kultury Staroci (zachęcam do lektury), przejdę więc bezpośrednio do zawartości kompilacji. Koncepcja „Radio Noises” zakłada twórcze poszukiwania w obszarach ściśle ograniczonych do dźwiękowego środowiska radiowych aberracji. Jednak kuratorzy projektu zadbali o możliwie najbardziej zróżnicowane podejście do tematu radiowych szumów i trzasków. Zaproszeni goście przepuścili zatem ideę „Radio Noises” przez uprawiane przez siebie stylistyki. Usłyszymy repertuar, w którego skład wchodzą kompozycje ambientowe, noisowe, dronowe, a nawet quasi taneczne. Materiał otwiera kompozycja „Syczą i brzęczą” nieznanego mi projektu GW 94, o adekwatnej do tytułu zawartości. Utwór dobrze wprowadza słuchaczy w tematykę dźwiękowych peregrynacji sonicznej aury anten, radiostacji, nadajników, odbiorników, czy stacji numerycznych. W równie zgiełkliwym anturażu Dariusz Brzostek i Joanna Walewska osadzili metanarracyjne antysłuchowisko zachwalające socjalistyczną myśl techniczną i jej wytwory, w postaci krajowych radioodbiorników i sprzętów odtwarzających z tytułową Anią R-613 Unitry w głównej roli. Po dość surowym wstępie radiowe interferencje na swój modularny warsztat bierze Mirt i tworzy najciekawszą (w kontekście muzycznym) kompozycję na tej kompilacji. Korzystając z repertuaru głęboko przetworzonych sygnałów radiowych, lepi imponującą dźwiękową bryłę, masywną a jednocześnie niezwykle przestrzenną. Pojawiają się oczywiście charakterystyczne dla artysty strzępy nagrań terenowych, a dodatkowo fragmenty audycji zagubionych na falach eteru. Kolejne kompozycje na płycie to przeczesywanie pasma i łowienie na nim dźwiękowych artefaktów. Plądrofoniczny kolaż, który u Zeniala odbywa się przy akompaniamencie syntezatorowych świergotów, u Micromelancolie z ambientowego nokturnu nieoczekiwanie mutuje w quasi taneczną estetykę. Projekt SYNTHOPIA i kołobrzeski Mothertape podeszli do koncepcji płyty w sposób impresyjny, starając się oddać fantasmagoryczną, zagadkową aurę związaną z eksploracją częstotliwości radiowych. GAAP KVLT przytłacza sub basem do tego stopnia, że zmuszony jestem ściągnąć słuchawki, aby nabrać nieco powietrza i perspektywy. Bas łagodnieje, a w nim pojawiają się zewy, krótkie preparacje radiowych odgłosów i charakterystyczne dla tego twórcy tektoniczne pomruki. Anonimowy projekt Uroruro w oparciu o szumy i niezidentyfikowane odgłosy gębowe, kreuje zupełnie oryginalną amorficzną formę dźwiękową. W finale zaś, autorzy kompilacji, jako Radio Noise Duo domykają koncept klamrą spiętrzonych szumów.
Idea tej kompilacji skoncentrowana w początkowych utworach, ulega stopniowemu rozrzedzeniu, w twórczość indywidualną, charakterystyczną dla estetyk uprawianych przez zaproszonych gości. Dobrze to robi zarówno dla słuchalności płyty, jak i dla przystępności idei. Zaproszeni do współpracy artyści najczęściej poszukują wśród fal radiowych hałasu, wszelkiego rodzaju trzasków i faktur. Nie interesuje ich komunikat, tylko szumiąca otchłań eteru.
Kiedy Karlheinz Stockhausen w 1968 skomponował „Kurzwellen”, w oparciu o odbiorniki radiowe nadające na falach krótkich, radio wciąż jeszcze dotrzymywało kroku telewizji w batalii o odbiorców, ale i stanowiło przystań dla awangardowych eksperymentatorów zgromadzonych wokół licznie już działających studiów muzyki elektronicznej. Używając skrótu myślowego, było zarazem twórcą jak i tworzywem. Dziś w dobie internetowych podcastów sięgnięcie po odbiornik radiowy i fale radiowe może wydawać się kolejną emanacją kulturowej nostalgii (obok innych wyciągniętych z lamusa artefaktów (kaseta vhs, kaseta magnetofonowa) i ich emulacji (filtry fotograficzne, estetyka lo-fi w muzyce). Projekt Antena Non Grata wydaje się wolny od tęsknoty i retromanii. Nie ulega zauroczeniu analogowym medium per se. Sama jego nazwa wskazuje, że w obiekcie zainteresowań znalazły się efekty niepożądane w transmisji fal radiowych. Złudnie zatem spodziewałem się usłyszeć na płycie „Radio Noises” inkarnacji swoich dziecięcych zabaw na starym Dominiku i jeszcze starszych Tatrach. Jednak trzeźwe spojrzenie autorów projektu na medium sprawia, że zamiast taniego sentymentalizowania możemy spodziewać ambitnego programu kuratorskiego. Tym bardziej, że radio jest zaledwie jednym z wielu zagadnień interesujących Olejniczaka i Misiaka. W centrum uwagi pozostaje bowiem antena we wszelkich możliwych wcieleniach (TV, theremin, przewód koncentryczny), wykorzystywana jako instrument muzyczny.
va - „Radio Noises”
2017, Antena Non Grata
środa, 11 maja 2016
Estetyzacja obskury - Subtelność hałasu / MAAAA "Abhorrence And Dismay"
Nowa płyta Sergei'a Hanolainen'a aka MAAAA obala wiele stereotypów związanych ze sztuką hałasu.
Podobnie jak w przypadku recenzowanej tutaj kasety Dawida Kowalskiego (Purgist) tak na "Abhorrence And Dismay" – pierwszym studyjnym wydawnictwie MAAAA od sześćiu lat – radykalizacja ustąpiła miejsce estetyzacji. Obaj twórcy na swych albumach studyjnych prezentują oblicze zgoła odmienne od konwencji z jaką utożsamiamy ich twórczość. Kaskady hałasu zastąpiła fabularna narracja, a surowość brzmieniowej obskury, ilustracyjność. Hałas został nie tyle pominięty, a pokazany w o wiele szerszej perspektywie.
Zakres wykorzystanych na "Abhorrence And Dismay" technik preparacji dźwięku i aranżacyjnych pomysłów ociera się wręcz o rozmach. Świdrujące drony; brudne pofabryczne inscenizacje hałasu; eteryczne plamy z analogowym pogłosem, żywcem przywołujące wspomnienie "Selected Ambient Works II" Aphex Twina. Blaszane odgłosy złomowisk; modulacje taśmy; uderzenia w klawisze fortepianu; analogowe sprzężenia, nagrania terenowe; klimatyczne wyciszenia i oczywiście fragmenty noisowych ścian, korespondujące z poprzednią płytą Hanolainen'a "Decay And Demoralization" (2010). Aby zorganizować tak różnorodne dźwiękowe artefakty twórca nagrania postanowił przytoczyć je w formie fabularnej opowieści, przyjmując przy tym pozycję reżysera. MAAAA z teatralnym zacięciem kontrastuje ze sobą naprzemiennie fragmenty hałaśliwe i wyciszone, udanie manipulując nastrojem, a dzięki użyciu detali wprowadza w historię nowe poboczne wątki. Nic dziwnego, że "Abhorrence And Dismay" słucha się jak słuchowiska. Linearnie rozwijająca się fabuła, kreująca krajobraz rozpadu i osamotnienia mogłaby stanowić trafioną ilustrację dźwiękową do filmów Szulkina, Tarr'a, czy Tarkowskiego.
Nie bez wpływu na fabularny charakter muzyki ma na "Abhorrence And Dismay" również brzmienie. Zaskakująco selektywne. Szczegółowe uwydatnienie walorów akustycznych, poprzez klarowną jakość nagrania, czy sterylność rejestracji terenowych, jest wręcz przerysowana. Wyestetyzowany, sugestywny dźwięk urasta chwilami do akustycznego hiperrealizmu, co jest wielce osobliwe jeśli weźmiemy pod uwagę industrialne proweniencje owych odgłosów i estetykę jaką uprawia Hanolainen.
Osobliwe, zupełnie niespodziewane rezultaty przynosi również odbiór płyty MAAAA przy różnych poziomach głośności. Słuchałem "Abhorrence And Dismay" zarówno bardzo głośno, jak i naprawdę cicho. Skupienie towarzyszące cichszemu odsłuchowi znacznie bardziej sprzyjało recepcji tej płyty. Ciche słuchanie uwydatniło bowiem bogactwo detali, ich różnorodność i rozchodzenie się w przestrzeni, a także kierowało percepcję na uważne śledzenie fabuły. Nawet w momentach w którym do głosu dochodzą gromkie ściany hałasu, sprzężenia i przestery, niegłośny odsłuch pozwala wniknąć uchem w fakturę, dostrzec jej zróżnicowanie i chropowatość. Wysoko ustawiony potencjometr poziomu dźwięku spłaszczał kompozycje zakłucając jej wnikliwą recepcję.
Twórcze podejście Sergei'a Hanolainen'a ukazuje szerokie pole jakie jest do zagospodarowania w poetyce hałasu. Noise zaaranżowany w ambientowej formie ujawnia zaś swoje szerokie możliwości adaptacyjne. MAAAA unika radykalizacji i osiąga efekty subtelnymi środkami. Ich fabularna koegzystencja tworzy pełną suspensu dźwiękową inscenizację, której słucha się z zapartym tchem.
MAAAA "Abhorrence And Dismay"
2016, Triangle.records
Podobnie jak w przypadku recenzowanej tutaj kasety Dawida Kowalskiego (Purgist) tak na "Abhorrence And Dismay" – pierwszym studyjnym wydawnictwie MAAAA od sześćiu lat – radykalizacja ustąpiła miejsce estetyzacji. Obaj twórcy na swych albumach studyjnych prezentują oblicze zgoła odmienne od konwencji z jaką utożsamiamy ich twórczość. Kaskady hałasu zastąpiła fabularna narracja, a surowość brzmieniowej obskury, ilustracyjność. Hałas został nie tyle pominięty, a pokazany w o wiele szerszej perspektywie.
Zakres wykorzystanych na "Abhorrence And Dismay" technik preparacji dźwięku i aranżacyjnych pomysłów ociera się wręcz o rozmach. Świdrujące drony; brudne pofabryczne inscenizacje hałasu; eteryczne plamy z analogowym pogłosem, żywcem przywołujące wspomnienie "Selected Ambient Works II" Aphex Twina. Blaszane odgłosy złomowisk; modulacje taśmy; uderzenia w klawisze fortepianu; analogowe sprzężenia, nagrania terenowe; klimatyczne wyciszenia i oczywiście fragmenty noisowych ścian, korespondujące z poprzednią płytą Hanolainen'a "Decay And Demoralization" (2010). Aby zorganizować tak różnorodne dźwiękowe artefakty twórca nagrania postanowił przytoczyć je w formie fabularnej opowieści, przyjmując przy tym pozycję reżysera. MAAAA z teatralnym zacięciem kontrastuje ze sobą naprzemiennie fragmenty hałaśliwe i wyciszone, udanie manipulując nastrojem, a dzięki użyciu detali wprowadza w historię nowe poboczne wątki. Nic dziwnego, że "Abhorrence And Dismay" słucha się jak słuchowiska. Linearnie rozwijająca się fabuła, kreująca krajobraz rozpadu i osamotnienia mogłaby stanowić trafioną ilustrację dźwiękową do filmów Szulkina, Tarr'a, czy Tarkowskiego.
Nie bez wpływu na fabularny charakter muzyki ma na "Abhorrence And Dismay" również brzmienie. Zaskakująco selektywne. Szczegółowe uwydatnienie walorów akustycznych, poprzez klarowną jakość nagrania, czy sterylność rejestracji terenowych, jest wręcz przerysowana. Wyestetyzowany, sugestywny dźwięk urasta chwilami do akustycznego hiperrealizmu, co jest wielce osobliwe jeśli weźmiemy pod uwagę industrialne proweniencje owych odgłosów i estetykę jaką uprawia Hanolainen.
Osobliwe, zupełnie niespodziewane rezultaty przynosi również odbiór płyty MAAAA przy różnych poziomach głośności. Słuchałem "Abhorrence And Dismay" zarówno bardzo głośno, jak i naprawdę cicho. Skupienie towarzyszące cichszemu odsłuchowi znacznie bardziej sprzyjało recepcji tej płyty. Ciche słuchanie uwydatniło bowiem bogactwo detali, ich różnorodność i rozchodzenie się w przestrzeni, a także kierowało percepcję na uważne śledzenie fabuły. Nawet w momentach w którym do głosu dochodzą gromkie ściany hałasu, sprzężenia i przestery, niegłośny odsłuch pozwala wniknąć uchem w fakturę, dostrzec jej zróżnicowanie i chropowatość. Wysoko ustawiony potencjometr poziomu dźwięku spłaszczał kompozycje zakłucając jej wnikliwą recepcję.
Twórcze podejście Sergei'a Hanolainen'a ukazuje szerokie pole jakie jest do zagospodarowania w poetyce hałasu. Noise zaaranżowany w ambientowej formie ujawnia zaś swoje szerokie możliwości adaptacyjne. MAAAA unika radykalizacji i osiąga efekty subtelnymi środkami. Ich fabularna koegzystencja tworzy pełną suspensu dźwiękową inscenizację, której słucha się z zapartym tchem.
MAAAA "Abhorrence And Dismay"
2016, Triangle.records
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Męskie granie / John Lake "Strange Gods"
Kolejny "estetyczny awanturnik" (tym określeniem posłużył się Wojtek Kucharczyk w rozmowie publikowanej na łamach 1/u/1/o) ze stajni Mik Musik.!. wytacza najtęższe działa. "Strange Gods" Johna Lake'a z subtelnością tarana wbija się w świadomość słuchacza, nokautując go swą masywnością i charyzmą.
Nie szczególnie ekscytuje mnie objazdowy cy(r)kl "Męskie Granie", mimo że słuchanie niektórych z występujących tam artystów nie przynosi ujmy fanom niezalu. Podejrzana może wydawać się jedynie mocno zgenderyzowana nazwa tego przedsięwzięcia. Bo czym że jest ów przymiotnik "męskie" w tytule tego wędrownego festiwalu? Czy to muzyka dla mężczyzn czy, wykonywana jedynie przez mężczyzn? A może słuchając jej poczuje się bardziej męsko? Jeśli oprzeć retorykę na seksistowskich konotacjach jakie wywołuje nazwa festiwalu, to repertuar imprezy zupełnie nie ima się stereotypowi "męskości". Ot hipsterskie, dziewczyńskie granie, powiedziałby "prawdziwy mężczyzna". Co innego gdyby w lineupie pojawił się, dajmy na to, taki John Lake - chłop na schwał. Przecież ten to dopiero potrafi przywalić jak mało kto.
Podtrzymując jeszcze przez chwilę ten nieco ironiczny ton wprowadzenia, można by zacytować kultowe już słowa byłego premiera, będące wskazówkami do identyfikacji "prawdziwego mężczyzny", którego jakoby można rozpoznać... "po tym jak kończy". A John Lake kończy z przytupem i fajerkami. Zaczyna, zresztą też. Jego elektroniczna maszyneria właściwie, bez wytchnienia tryska testosteronem, który mógłby wprawić w zakłopotanie "prawdziwych mężczyzn" (kimkolwiek by nie byli) z "Męskiego Grania".
John Lake, to nie kto inny, jak Łukasz Dziedzic, aka Lugozi. Dwa tygodnie temu dał ponoć (opieram się bowiem na opinii zaufanych świadków) znakomity koncert na festiwalu Tauron Nowa Muzyka. No cóż, teren kopalni węgla jest właściwym miejscem, do odróżnienia chłopców od mężczyzn. Z pewnością jest jednak najodpowiedniejszym miejscem do prezentacji brzmieniowej muskulatury i brutalnego, industrialnego przepychu muzyki Jana Jezioro. Porzućmy, zatem w tym miejscu ironię i zajmijmy się premierowym materiałem bohatera wpisu.
Skoro zgłosiłem już swoją nieobecność na Nowej Muzyce, na osłodę pozostała mi najnowsza płyta Dziedzica, wydana przez Mik.Musik.!. Daje ona namiastkę tego jak ten materiał mógł wybrzmieć w warunkach koncertowych. Prosta, komunikatywna narracja, masywność dźwięku, kostropatość brzmienia, brak ozdobników i mroczny, zadziorny nastrój. Owszem, to też mogłaby być charakterystyka prawdziwego mężczyzny. A jednak, jak mniemam to dość wierna interpretacja "Strange Gods". Siła, determinacja i bezkompromisowość jaka towarzyszy muzyce cieszynianina sprawia wrażenie napędzania jakimś pierwotnym instynktem, manifestowanym tu choćby transowością i jej motoryką. Lake wie gdzie dołożyć stopę i gdzie ująć tła, aby rozbujać tak gęsty materiał w parkietowy dance macabre.
"Strange Gods" jest rozwinięciem brzmieniowej koncepcji z epki "Carcosa", napakowanej zadziornymi, industrialnymi fakturami i rozedrganą, przysadzistą rytmiką. Ta ostatnia na najnowszym wydawnictwie, została nieco pozbawiona ciężaru. Suma chrobotów, oraz skrzących cyfrowych i analogowych hałasów kumuluje się tutaj niczym burzowe chmury, przed nieuchronną nawałnicą. Upakowana i uwięziona we władaniu kompresorów, prasujących rozbuchane brzmienie w gęste dźwiękowe bryły. Jest to jednak proces kontrolowany masteringiem, kolejnego awanturnika z Mika Pawła Kulczyńskiego, autora zjawiskowego "Visionaries & Vagabonds". Ze zduszonych brzmieniowych mas"Strange Gods", uwalniane są jedynie pojedyncze ślady, drażniące wysokimi tonami ucho słuchacza. Cały, zaś ciężar dźwięków, gęstość faktur i intensywność narracji unosi, delikatna (jak na możliwości Mik.Musik.!.) rytmika. Pompuje ona orzeźwiające powietrze w duszne i wrzące hałasem czeluści kompozycji.
Lake funduje słuchaczom prawdziwy elektroniczny dreszczowiec, który z impetem zaraża całe ciało słuchacza, wprowadzając je w deliryczną wibrację. W odsłuch "Strange Gods" zaangażowane są zarówno wystawione na pierwszy kontakt uszy, jak i próbujący okiełznać narrację i uporządkować bodźce mózg, a także, zaklęte pulsacją serce, podchodzący do gardła żołądek i tężejące instynktownie mięśnie.
Recepcja "Strange Gods" wywołuje ten rodzaj emocji, z jakim mamy do czynienia kontemplując perły architektury modernistycznej. Nasze wrażenia podyktowane są zachwytem nad monumentalnością, bryłą, kompozycją, lecz przede wszystkim efektem jaki wywołuje bezpardonowe i bezkompromisowe wdarcie się w otaczającą bezpieczną, lub bezpłciową estetykę. To mocne przeżycie nieskażone fabularyzacją, nie wytrącające z transu zbędną kunsztownością, pozbawione zabaw formą i odporne na swobodną kontekstualizację.
JOHN LAKE - "Strange Gods"
2015, Mik.Musik.!.
Nie szczególnie ekscytuje mnie objazdowy cy(r)kl "Męskie Granie", mimo że słuchanie niektórych z występujących tam artystów nie przynosi ujmy fanom niezalu. Podejrzana może wydawać się jedynie mocno zgenderyzowana nazwa tego przedsięwzięcia. Bo czym że jest ów przymiotnik "męskie" w tytule tego wędrownego festiwalu? Czy to muzyka dla mężczyzn czy, wykonywana jedynie przez mężczyzn? A może słuchając jej poczuje się bardziej męsko? Jeśli oprzeć retorykę na seksistowskich konotacjach jakie wywołuje nazwa festiwalu, to repertuar imprezy zupełnie nie ima się stereotypowi "męskości". Ot hipsterskie, dziewczyńskie granie, powiedziałby "prawdziwy mężczyzna". Co innego gdyby w lineupie pojawił się, dajmy na to, taki John Lake - chłop na schwał. Przecież ten to dopiero potrafi przywalić jak mało kto.
Podtrzymując jeszcze przez chwilę ten nieco ironiczny ton wprowadzenia, można by zacytować kultowe już słowa byłego premiera, będące wskazówkami do identyfikacji "prawdziwego mężczyzny", którego jakoby można rozpoznać... "po tym jak kończy". A John Lake kończy z przytupem i fajerkami. Zaczyna, zresztą też. Jego elektroniczna maszyneria właściwie, bez wytchnienia tryska testosteronem, który mógłby wprawić w zakłopotanie "prawdziwych mężczyzn" (kimkolwiek by nie byli) z "Męskiego Grania".
John Lake, to nie kto inny, jak Łukasz Dziedzic, aka Lugozi. Dwa tygodnie temu dał ponoć (opieram się bowiem na opinii zaufanych świadków) znakomity koncert na festiwalu Tauron Nowa Muzyka. No cóż, teren kopalni węgla jest właściwym miejscem, do odróżnienia chłopców od mężczyzn. Z pewnością jest jednak najodpowiedniejszym miejscem do prezentacji brzmieniowej muskulatury i brutalnego, industrialnego przepychu muzyki Jana Jezioro. Porzućmy, zatem w tym miejscu ironię i zajmijmy się premierowym materiałem bohatera wpisu.
Skoro zgłosiłem już swoją nieobecność na Nowej Muzyce, na osłodę pozostała mi najnowsza płyta Dziedzica, wydana przez Mik.Musik.!. Daje ona namiastkę tego jak ten materiał mógł wybrzmieć w warunkach koncertowych. Prosta, komunikatywna narracja, masywność dźwięku, kostropatość brzmienia, brak ozdobników i mroczny, zadziorny nastrój. Owszem, to też mogłaby być charakterystyka prawdziwego mężczyzny. A jednak, jak mniemam to dość wierna interpretacja "Strange Gods". Siła, determinacja i bezkompromisowość jaka towarzyszy muzyce cieszynianina sprawia wrażenie napędzania jakimś pierwotnym instynktem, manifestowanym tu choćby transowością i jej motoryką. Lake wie gdzie dołożyć stopę i gdzie ująć tła, aby rozbujać tak gęsty materiał w parkietowy dance macabre.
"Strange Gods" jest rozwinięciem brzmieniowej koncepcji z epki "Carcosa", napakowanej zadziornymi, industrialnymi fakturami i rozedrganą, przysadzistą rytmiką. Ta ostatnia na najnowszym wydawnictwie, została nieco pozbawiona ciężaru. Suma chrobotów, oraz skrzących cyfrowych i analogowych hałasów kumuluje się tutaj niczym burzowe chmury, przed nieuchronną nawałnicą. Upakowana i uwięziona we władaniu kompresorów, prasujących rozbuchane brzmienie w gęste dźwiękowe bryły. Jest to jednak proces kontrolowany masteringiem, kolejnego awanturnika z Mika Pawła Kulczyńskiego, autora zjawiskowego "Visionaries & Vagabonds". Ze zduszonych brzmieniowych mas"Strange Gods", uwalniane są jedynie pojedyncze ślady, drażniące wysokimi tonami ucho słuchacza. Cały, zaś ciężar dźwięków, gęstość faktur i intensywność narracji unosi, delikatna (jak na możliwości Mik.Musik.!.) rytmika. Pompuje ona orzeźwiające powietrze w duszne i wrzące hałasem czeluści kompozycji.
Lake funduje słuchaczom prawdziwy elektroniczny dreszczowiec, który z impetem zaraża całe ciało słuchacza, wprowadzając je w deliryczną wibrację. W odsłuch "Strange Gods" zaangażowane są zarówno wystawione na pierwszy kontakt uszy, jak i próbujący okiełznać narrację i uporządkować bodźce mózg, a także, zaklęte pulsacją serce, podchodzący do gardła żołądek i tężejące instynktownie mięśnie.
Recepcja "Strange Gods" wywołuje ten rodzaj emocji, z jakim mamy do czynienia kontemplując perły architektury modernistycznej. Nasze wrażenia podyktowane są zachwytem nad monumentalnością, bryłą, kompozycją, lecz przede wszystkim efektem jaki wywołuje bezpardonowe i bezkompromisowe wdarcie się w otaczającą bezpieczną, lub bezpłciową estetykę. To mocne przeżycie nieskażone fabularyzacją, nie wytrącające z transu zbędną kunsztownością, pozbawione zabaw formą i odporne na swobodną kontekstualizację.
JOHN LAKE - "Strange Gods"
2015, Mik.Musik.!.
środa, 15 lipca 2015
Tańczący truposze / Rimbaud (Trzaska / Jacaszek / Budzyński) "Rimbaud"
Którzy na kręgosłupie swym, jak na różańcu,
Przesuwają paluchy w pacierzu obłudnym
Nie modlić się tu, chłopcy, jeno bujać w tańcu"*
Sama obsada twórców tego przedsięwzięcia może budzić ekscytację. Trzej niezwykle doświadczeni, utalentowani i uznani, także poza granicami naszego kraju muzycy; Mikołaj Trzaska, Tomasz Budzyński i Michał Jacaszek oddają hołd, jednemu z bodaj najbardziej charyzmatycznych poetów w historii. Podziwianemu i znienawidzonemu Arthurowi Rimbaud. Ta mieszanka wybuchowa, która niespełna miesiąc temu eksplodowała ze spodziewanym hukiem, zasłużenie wywołała wielkie emocje wśród słuchaczy i recenzentów.
Ścieżka dźwiękowa przygotowana przez super-trio Jacaszek-Trzaska-Budzyński z pewnością obudziłaby Paryż, będąc adekwatnym akompaniamentem dla niesionego karnawałowym szałem pijanego korowodu, wylewającego się z zaułków i rynsztoków francuskiej stolicy, opisywanego z namiętnością przez Rimbauda ("Paryż się budzi"). Bluźnierstwo, pogarda dla piękna, zgniły oddech nieboszczyka, fascynacja brzydotą, dekadentyzm, witalizm i taniec śmierci, ujęty w kwiecistość słowa został przez muzyków przytoczony z przepychem, zamieniając bogactwo słów w bogactwo dźwięków. Nie podlega wątpliwością, że kaskady cyfrowego hałasu, tryskająca testosteronem trąbka, oraz nieokrzesany wokal, to świetne narzędzia afirmacji turpistycznego piękna wyzierającego ze strof poety.
Za stronę muzyczną tego przedsięwzięcia odpowiada przede wszystkim Michał Jacaszek, który po wyciszonym "Katalogu drzew" uderza tu z brutalnością, o którą do tej pory ledwie ocierały się jego solowe kompozycje. W aranżacjach nie brakuje stałych elementów jego producenckiego warsztatu, a posługuje się nim według tego samego modelu co w autorskich nagraniach, zderzając intymność ciszy z gwałtem hałasu. Preparowane, lub zarejestrowane żywe instrumenty, (tu wyciszający i liryczny fortepian), po których z reguły następuje wybuch cyfrowego hałasu, unoszonego transowym krokiem ciężkich dropów, to przepis ogrywany już na wiele sposobów przez Jacaszka (za wyjątkiem genialnego „Catalogue des Arbres”). To również, wypisz wymaluj schemat wydrenowanej już estetyki power electronics, której chyba najbardziej rozpoznawalnym ambasadorem jest Ben Frost.
W tym burzliwym zgiełku hałaśliwych faktur i przysadzistej motoryki świetnie odnajduje się Mikołaj Trzaska. O jego kunszcie niech świadczy fakt, że niemal w każdym z utworów posługuje się inną artykulacją, chętnie wymieniając klarnety z saksofonami. Zdarza mu się wręcz "ryczeć" aby przebić się pośród szalejących noisów Jacaszka ("Armata", "Jesteście fałszywymi murzynami"). Innym razem jego wypowiedź przybiera formę transowo - plemienną, idealną wręcz dla niskich skal klarnetu ("Potop"). Zaprasza też słuchaczy do dekadenckiego walca "Matinee d'ivresse", i hipnotyzuje mięsistymi burdonami ("Phrases"). A pozostawiony mu skrawek przestrzeni wykorzystuje z niezwykła brawurą.
W pierwszych chwilach na wieść o zawiązaniu się projektu Rimbaud i jego składzie personalnym, moje obawy skupiły się na obsadzie wokalu, za którym stanął inicjator całego przedsięwzięcia Tomasz Budzyński. To nie pierwszy przypadek, w którym aranżacja wokali, jak i sama barwa wokalistów w projektach z pogranicza sludge i power electronic budzi u mnie mieszane odczucia. Nie rzadko chcąc osiągnąć ekstremalną intensywność wokaliści w swoim zacięciu wypadają nazbyt groteskowo. Przykładem niech będzie grupa The Body i ich ostatni album "I Shall Die Here". Również wokalizy Budzyńskiego są motywem będącym dla mnie największym dysonansem projektu Rimbaud. W oswojeniu tego kluczowego elementu płyty nie pomaga na pewno afektacja z jaką wokalista wyrzuca z siebie strofy poezji. Rozbuchana charyzma Budzyńskiego, przeniesiona żywcem z punkowego depozytu Armii, niebezpiecznie balansuje na granicy zmanierowania, przerysowania i patosu. Sęk jednak w tym, że trudno wyobrazić sobie lepszą interpretację awanturniczej poezji Rimbaud, niźli dramatyczny skowyt szaleńca w jakiego wciela się Budzyński. Po kilkunastu przesłuchaniach zdołałem pogodzić się z jego manierą, co pozwoliło mi na pełniejszą i przyjemniejszą recepcję albumu.
Projekt Rimbaud łączy trzy, wcale nie tak bliskie sobie muzyczne światy i jest poniekąd spełnieniem mojej marzenia o usłyszeniu kooperacji Bena Frosta z Matsem Gustafssonem. Michał Jacaszek z Mikołajem Trzaską owo wyobrażenie o sesji dwóch muzycznych rzeźników realizują z nawiązką. Sęk w tym, że w moim marzeniu nie było miejsca na głos. Ale to właśnie pomimo wokalnego skansenu, jaki w motoryczną estetykę power electronics wprowadza wokalista Rimbaud, to on może czuć się największym beneficjentem sukcesu tej płyty. To na Budzyńskim, bowiem spoczęła największa odpowiedzialność i to on jako pomysłodawca projektu, a przede wszystkim interpretator i wykonawca słów poety został wystawiony jako pierwszy na krytykę. Odwaga artystyczna pozwoliła mu jednak zrealizować się w tak dla jego twórczości ekstremalnie odmiennych rejonach muzycznych. Świetna praca kolektywna z pewnością obroniła ten koncept, zamazując jego słabe punkty, pozwalając skupić uwagę na muzycznym rozmachu przedsięwzięcia.
Słowa Rimbaud chyba nigdy jeszcze nie wybrzmiały tak donośnie, bo nawet znany z upodobania do ekstremalnych form wyrazu John Zorn uciekł swoją interpretacją poezji Francuza w wykoncypowaną fabularyzację (Tzadik, 2012). Trio Jacaszek, Budzyński i Trzaska ze szczerością i charyzmą zrealizowali swój autorski plan, z tarczą wychodząc z konfrontacji z lawiną oczekiwań i wyobrażeń publiczności.
RIMBAUD (Jacaszek / Trzaska / Budzyński) - "Rimbaud"
2015, Gusstaff Rec.
* Arthur Rimbaud "Bal wisielców" (przeł. Czesław Kozłowski)
środa, 3 grudnia 2014
Hałas kontra bas / 3FoNIA (Jacek Mazurkiewicz solo) "Chosen Poems"
Czy patrząc na jadącego rowerem jegomościa z okładki 3FoNI, tak wyobrażacie sobie muzyka supportującego Swans?
Jakże głęboko w pole może wyprowadzić postronnego fana jazzu okładka najnowszej płyty 3FoNIA - solowego projektu Jacka Mazurkiewicza. Zdobiąca rewers fotografia, przedstawia sielankowy obraz, przemieszczającego się na hipsterskim składaku, rowerowego wagabundę, trzymającego pod pachą wielkie cielsko kontrabasu. W tle majaczy landszaft, niczym wycięty z oferty biura podróży, w rzeczywistości jednak przedstawiający widok na górzysto-lesistą otulinę Gdyni. Wszystko to zalane mocnym słońcem i potraktowane instagramowym filtrem. Tak mogłaby wyglądać okładka płyty Kayah, Dawida Podsiadło, a może nawet Wojtka Mazolewskiego. Kto połasi się na tą płytę kierując się wyłącznie nastrojem okładki (a sytuacja taka może się zdarzyć choćby przy świątecznych zakupach, kiedy to rzesza muzycznych dyletantów, próbuje sprawić przyjemność dawno nie widzianym wujkom, kuzynom, rodzicom, czy przyjaciołom) tego z pewnością czeka muzyczny szok, bowiem cała muzyczna zawartość albumu jest brutalnym zaprzeczeniem sielskiej widokówki z okładki. Czy autor próbował wpuścić potencjalnych słuchaczy w przysłowiowe "maliny" znajdując metodę na przymuszenie ich do lektury muzyki wymagającej i eksperymentalnej. Jeśli tak, to nie przewidział chyba, że jest to broń obosieczna, a radosna fotografia raczej nie zachęci ortodoksyjnego fana sonorystyki i improwizacji do zbadania zawartości płyty. Przyznam, że do póki nie usłyszałem pierwszych dźwięków dochodzących z albumu "Chosen Poems" spodziewałem się w najlepszym razie jakiś folkowych inspiracji, lub niezobowiązującej pop-jazzowej lektury. Na szczęście, album Mazurkiewicza z miejsca zafrapował mnie odważnym dźwiękowym eksperymentem, będącym popisem dekonstrukcji i preparacji.
Królem jest tutaj kontrabas, poddany akustycznej i elektronicznej obróbce szerokim zestawem sonorystycznych gestów, oraz efektów, zniekształcających jego klasyczne brzmienie. Mazurkiewicz sięga do samych bebechów wielkogabarytowego instrumentu, aby wyłuskać z niego panoptikum brzmień zazwyczaj skrywanych i ustanowić je źródłem hałasu. Wydobywając z kontrabasu jazgoczące, rezonujące odgłosy, multiplikowane następnie i zniekształcane szerokim zastosowaniem efektów, tworzy przeciągłe chropowate faktury, które stają się zarzewiem noisowych kulminacji i napięć. Nie waha się użyć również bardziej analogowych sposobów deformacji, stosując wszelkiej maści pałeczki i wykorzystując kontrabas jako instrument perkusyjny, wydobywając z niego suche drewniane odgłosy. Sięga także po kamerton jako ujście delirycznego brzmienia kontrabasu, tworząc tym sposobem zjawiskowe plamy i drony snujące się pośród drapieżnych ekspresji. Eksperymentalne potraktowanie instrumentu, powoduje pozbawienie go tradycyjnych artykulacji, oraz palety brzmień. W tym przypadku dochodzi do całkowitej rezygnacji z dynamicznych funkcji kontrabasu, a także o pozbawienie rezonujących strun tak charakterystycznej basowej głębi. Skupiony na budowaniu surowych faktur, muzyk rzadko pozwala wybrzmieć instrumentowi, tłumiąc wibracje zaciśniętą na gryfie dłonią.
Kontrabasowa ekspresja Mazurkiewicza i jego biegłość w posługiwaniu się szerokim wachlarzem środków dekonstrukcyjnych, bliska jest elektroakustycznym preparacjom Johannesa Frisch'a z Kammerflimmer Kollektief, którego eksperymenty mogliśmy w tym roku podziwiać na znakomitej płycie "Which head you're danceing in?". Obaj z jednakowym zacięciem eksponują nieograniczone pomysły na wydobycie z kontrabasu nietuzinkowych brzmień, czyniąc z niego instrument zadziorny, przenikliwy i pierwszoplanowy.
Oparte na sonorystycznych deformacjach kompozycje "Chosen Poems", choć obfitują całą gamą zaskakujących dźwiękowych posunięć, wyrażonych w oryginalnej formie, na dłuższą metę zawodzą dramaturgicznie, przez co eksperyment Mazurkiewicza przy całej atrakcyjności brzmieniowej wydaje się zbyt powierzchowny. Jakkolwiek kulminacje są doprawdy potężne i srogie (w końcu doprowadziły muzyka do dzielenia sceny z Michaelem Girą na polskim przystanku trasy Swans), tak zostają niezbyt ciekawie spuentowane. Przy całej przenikliwości konceptu, można być nieco rozczarowanym dość oczywistymi wybrzmieniami kolejnych utworów. Brakuje tu kontrastów, mocniejszych narracyjnych akcentów i przede wszystkim finału na miarę tego przedsięwzięcia.
"Chosen Poems" to udany eksperyment ukazania kontrabasu jako instrumentu ekstremalnego, budującego solidne ściany hałasu i brzmieniowe spiętrzenia. Wypowiedź Mazurkiewicza jest antytezą jazzowej artykulacji i jednocześnie frapującą interpretacją muzyki elektroakustycznej i noisowej. Deformacja oparta na zaskakujących technikach preparacji dysponuje siłą przebicia, która jako support w konfrontacji z orgiastyczną ekspresją Swans nie musi być wcale skazana na porażkę.
3FoNIA (Jacek Mazurkiewicz solo) - "Chosen Poems"
2014, Multikulti
Jakże głęboko w pole może wyprowadzić postronnego fana jazzu okładka najnowszej płyty 3FoNIA - solowego projektu Jacka Mazurkiewicza. Zdobiąca rewers fotografia, przedstawia sielankowy obraz, przemieszczającego się na hipsterskim składaku, rowerowego wagabundę, trzymającego pod pachą wielkie cielsko kontrabasu. W tle majaczy landszaft, niczym wycięty z oferty biura podróży, w rzeczywistości jednak przedstawiający widok na górzysto-lesistą otulinę Gdyni. Wszystko to zalane mocnym słońcem i potraktowane instagramowym filtrem. Tak mogłaby wyglądać okładka płyty Kayah, Dawida Podsiadło, a może nawet Wojtka Mazolewskiego. Kto połasi się na tą płytę kierując się wyłącznie nastrojem okładki (a sytuacja taka może się zdarzyć choćby przy świątecznych zakupach, kiedy to rzesza muzycznych dyletantów, próbuje sprawić przyjemność dawno nie widzianym wujkom, kuzynom, rodzicom, czy przyjaciołom) tego z pewnością czeka muzyczny szok, bowiem cała muzyczna zawartość albumu jest brutalnym zaprzeczeniem sielskiej widokówki z okładki. Czy autor próbował wpuścić potencjalnych słuchaczy w przysłowiowe "maliny" znajdując metodę na przymuszenie ich do lektury muzyki wymagającej i eksperymentalnej. Jeśli tak, to nie przewidział chyba, że jest to broń obosieczna, a radosna fotografia raczej nie zachęci ortodoksyjnego fana sonorystyki i improwizacji do zbadania zawartości płyty. Przyznam, że do póki nie usłyszałem pierwszych dźwięków dochodzących z albumu "Chosen Poems" spodziewałem się w najlepszym razie jakiś folkowych inspiracji, lub niezobowiązującej pop-jazzowej lektury. Na szczęście, album Mazurkiewicza z miejsca zafrapował mnie odważnym dźwiękowym eksperymentem, będącym popisem dekonstrukcji i preparacji.
Królem jest tutaj kontrabas, poddany akustycznej i elektronicznej obróbce szerokim zestawem sonorystycznych gestów, oraz efektów, zniekształcających jego klasyczne brzmienie. Mazurkiewicz sięga do samych bebechów wielkogabarytowego instrumentu, aby wyłuskać z niego panoptikum brzmień zazwyczaj skrywanych i ustanowić je źródłem hałasu. Wydobywając z kontrabasu jazgoczące, rezonujące odgłosy, multiplikowane następnie i zniekształcane szerokim zastosowaniem efektów, tworzy przeciągłe chropowate faktury, które stają się zarzewiem noisowych kulminacji i napięć. Nie waha się użyć również bardziej analogowych sposobów deformacji, stosując wszelkiej maści pałeczki i wykorzystując kontrabas jako instrument perkusyjny, wydobywając z niego suche drewniane odgłosy. Sięga także po kamerton jako ujście delirycznego brzmienia kontrabasu, tworząc tym sposobem zjawiskowe plamy i drony snujące się pośród drapieżnych ekspresji. Eksperymentalne potraktowanie instrumentu, powoduje pozbawienie go tradycyjnych artykulacji, oraz palety brzmień. W tym przypadku dochodzi do całkowitej rezygnacji z dynamicznych funkcji kontrabasu, a także o pozbawienie rezonujących strun tak charakterystycznej basowej głębi. Skupiony na budowaniu surowych faktur, muzyk rzadko pozwala wybrzmieć instrumentowi, tłumiąc wibracje zaciśniętą na gryfie dłonią.
Kontrabasowa ekspresja Mazurkiewicza i jego biegłość w posługiwaniu się szerokim wachlarzem środków dekonstrukcyjnych, bliska jest elektroakustycznym preparacjom Johannesa Frisch'a z Kammerflimmer Kollektief, którego eksperymenty mogliśmy w tym roku podziwiać na znakomitej płycie "Which head you're danceing in?". Obaj z jednakowym zacięciem eksponują nieograniczone pomysły na wydobycie z kontrabasu nietuzinkowych brzmień, czyniąc z niego instrument zadziorny, przenikliwy i pierwszoplanowy.
Oparte na sonorystycznych deformacjach kompozycje "Chosen Poems", choć obfitują całą gamą zaskakujących dźwiękowych posunięć, wyrażonych w oryginalnej formie, na dłuższą metę zawodzą dramaturgicznie, przez co eksperyment Mazurkiewicza przy całej atrakcyjności brzmieniowej wydaje się zbyt powierzchowny. Jakkolwiek kulminacje są doprawdy potężne i srogie (w końcu doprowadziły muzyka do dzielenia sceny z Michaelem Girą na polskim przystanku trasy Swans), tak zostają niezbyt ciekawie spuentowane. Przy całej przenikliwości konceptu, można być nieco rozczarowanym dość oczywistymi wybrzmieniami kolejnych utworów. Brakuje tu kontrastów, mocniejszych narracyjnych akcentów i przede wszystkim finału na miarę tego przedsięwzięcia.
"Chosen Poems" to udany eksperyment ukazania kontrabasu jako instrumentu ekstremalnego, budującego solidne ściany hałasu i brzmieniowe spiętrzenia. Wypowiedź Mazurkiewicza jest antytezą jazzowej artykulacji i jednocześnie frapującą interpretacją muzyki elektroakustycznej i noisowej. Deformacja oparta na zaskakujących technikach preparacji dysponuje siłą przebicia, która jako support w konfrontacji z orgiastyczną ekspresją Swans nie musi być wcale skazana na porażkę.
3FoNIA (Jacek Mazurkiewicz solo) - "Chosen Poems"
2014, Multikulti
niedziela, 26 października 2014
4x PL czyli Leśne drony, hałasy z Pjongjangu, grzmoty od Biedoty, sekrety z kasety
ForrrestDrones "Najas Flexilis Exequiae" / 2014 / Zoharum
Po mimetycznym "Katalogu drzew" Jacaszka (recenzowanym przeze mnie na łamach jesiennego MI), który za pomocą żywych instrumentów i nagrań terenowych odtworzył audialny ekosystem lasu, każda następna muzyczna wizyta w lesie, wobec tak drobiazgowej i sugestywnej realizacji jaką jest "Catalogue des arbres" może być potraktowana jedynie w kategorii dźwiękowej impresji ubranej z inspiracji i wyobrażeń jej autora.
Na kolejną leśną wędrówkę - co sugeruje nazwa projektu ForrrestDrones - zabiera nas tym razem, ukrywający się pod tym pseudonimem Robert Skrzyński (Micromelancolie), którego tegoroczną, jakże bogatą dyskografię omawiałem szerzej na 1u/1o w sierpniu. Wydana przez Zoharum płyta "Najas Flexilis Exequiae" zawiera godzinną dronową kompozycję, pozbawioną gwałtowności, emocji i widocznych odautorskich gestów. A jednak, tych 60 statycznych minut kryje w sobie zaskakującą tajemnice kreacji, obciążonej szeregiem drobiazgowych ingerencji w materię utworu. "Album opiera się na 6 sekundowej pętli przemielonej w 60 minut. To tylko zapętlanie dźwięków i nakładanie efektów, bardzo proste działanie. Podzieliłem 6 sekund na 6 jednosekundowych fragmentów. Każdy z nich rozciągałem, nakładałem efekt i nagrywałem. Rozciągałem, nakładałem i nagrywałem. Po kilku nad, nad nadgrywaniach powstały pętle, z którymi pracowałem dalej. Na początku materiał miał składać się tylko z tych plam i dronów, ale pomyślałem, ze będzie ciekawiej kiedy na całość nałożę ten sześciosekundowy loop, który powtarza się w całym nagraniu, to właśnie to winylowe pykanie" - tłumaczy Robert Skrzyński.
Efektem tego eksperymentu jest muzyka pozbawiona początku i końca, ukazująca trwanie dźwięku i jego medytacyjny potencjał. Oszczędna i zdystansowana, więcej ukrywająca, niż odsłaniająca. Pozwala słuchaczowi zanurzyć się w kontemplacji nad płynącymi falami dronów pokrytych patyną analogowych szumów. Skrzyński stworzył muzyczną substancję, która uwodzi swą amorficzna formą, pozbawioną kulminacji, zwrotów akcji, czy jakiejkolwiek fabularyzacji. "Najas Flexilis Exequiae" może przywodzić skojarzenia z "The Disintegration Loops" Williama Basinski'ego, choć zawiera zdecydowanie mniej akcentów lirycznych i melancholijnych.
"Najas Flexilis Exequiae" to materiał, którego podstawą jest mocny gest autorski, który w warstwie muzycznej przybiera subtelny, niedostrzegalny kształt. Tak jakby pod statycznością dźwięków muzyk chciał ukryć swoje autorstwo. Ten izolacjonistyczny kamuflaż, oparty na zaskakującym koncepcie jest też wizytówką skromności twórcy, który na piedestale stawia sztukę i jej oddziaływanie, samemu pozostając w jej cieniu.
***
FELDGRAU - "Seven wonders of Pyongyang" / 2014 / Fuck You Hipsters!
Jak pożenić noise z muzyką konkretną demonstruje Feldgrau, czyli Jakub Schönhof-Wilkans - publicysta, poeta, połowa duetu Dziecka. "Seven wonders of Pyongyang" to pełna kontrastów wędrówka po stolicy najbardziej odizolowanego państwa świata. Brutalny i otrzeźwiający atak na uszy i dobre samopoczucie słuchaczy, przygniatający hałasem o sile rażenia piły tarczowej szczerbiącej swe ostrze na betonie. Industrialne odgłosy, trzaski, sprzężenia, pełne zadziorów metaliczne faktury i wszechobecny szum tworzą spektakl, w którym muzyka przeradza się w histeryczny harsh.
Narracja "Seven wonders of Pyongyang" odbywa się w dwóch planach. W głębokim i cichym tle, gdzie pojedyncze iskierki trzasków, zakłóceń, delikatnych szumów, a momentami także echa żywych instrumentów, zostają zanurzone w pogłosie tworząc intrygujące słuchowisko muzyki konkretnej. Z kolei na pierwszym planie kompozycji, dokładnie te same elementy pobudzone niszczycielską energia eksplodują przytłaczającą falą sprzężeń i lodowatego zgiełku. Zdecydowanie ciekawszym, poprzez swoje zróżnicowanie i niedopowiedzenie wydaje się tło utworów. Jest w nim miejsce na subtelności, wytchnienie po orgii hałasów, a także bogatszą aranżacje dźwięków, które wzmocnione pogłosem nabierają przestrzennych, trójwymiarowych kształtów. Tymczasem harshowe, opresyjne kulminacje jedynie zawzięcie badają granicę wytrzymałości błony bębenkowej, sprawiając, że uszy słuchacza krwawią w fizycznym bólu. W całym tym militarystycznym zgiełku pojawiają się komunikaty brzmiące niczym radiowe nasłuchy, co jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst albumu nabiera sugestywnego, politycznego znaczenia.
Apokaliptyczne słuchowisko Jakuba Schönhof-Wilkansa płynnie łączy ze sobą otwartą formułę
musique concrète z punkową butą i werwą. Tutaj ścierają się ze sobą kompozycja z anarchią, asceza z afirmacją hałasu, kreacja z destrukcją, razem wyrażając brutalność i dehumanizację totalitarnego reżimu.
***
JOHN LAKE - "Carcosa" / 2014 / BDTA
Sądząc po tytule, inspiracją dla, nagrywającego jako Janek Jezioro, Łukasza Dziedzica (Lugozi) musiał być zbiór mrocznych opowiadań Roberta W. Chambersa "Król w żółci", którego wątki zostały ochoczo przeniesione w fabułę serialu "Detektyw". Johny Lake w pełni oddaje mroczny i duszny charakter swojej inspiracji, budując opowieść z metalicznych kostropatych dźwięków i surowej stopy, której ślad został w tym roku solidnie wydeptany projektem Iron Noir. Tym samym Dziedzic wpisuje się w silny trend industrialnego techno tak wyraźnie zaznaczony w muzyce elektronicznej pierwszego półrocza 2014. Jednak w przypadku "Carcosa" mocno zrytmizowana struktura kompozycji nie oznacza wcale muzyki do tańca.
John Lake z determinacją wciąga słuchaczy w industrialny trans, gdzie gęste, ziarniste faktury puchną w noisowe kulminacje, a hałaśliwe pady nachodząc wzajemnie na siebie tworzą wyraziste i prężne kompozycje. To techno zaaranżowane z piętrzących się przesterów i skwierczeń, gdzie szumiący zgiełk przeszywają piskliwe, kwaśne melodie ("Depth"), przenikliwe, aż do kości. Nawet jeśli pojawia się na planie dudniąca stopa ("The Virgin Goddess of the Hunt") to nie dynamizuje narracji, tępo uderzajac w miejscu. Im dalej ku końcowi, tym album gęstnieje, staje się mniej przejrzysty, jakby jego poszczególne elementy korodowały i obcierając się o siebie generowały duszny rdzawy pył osadzający się na dźwiękach.
Autor ze słyszalną perwersją delektuje się siermiężnością muzycznej konstrukcji i napastliwością brzmienia. W tak ekstremalnym i bezkompromisowym wydaniu, nie miałem dotąd okazji usłyszeć Łukasza Dziedzica. Jego dźwiękowa wrażliwość po przygodzie w ramach Iron Noir stężała i na "Carcosa" bliższa jest estetyce noisowego improv, niż klubowym parkietom.
***
POKORSKI - "Hominal" / 2014 / Innergun Rec.
Jakub Pokorski jest artystą, którego muzyka permanentnie stawia opór wszelkim próbom gatunkowej stygmatyzacji. Również "Hominal" został złożony z eklektycznych dźwiękowych fabuł, które - co też charakterystyczne dla tego producenta - urzekają wysmakowanym brzmieniem analogowych sampli, oraz elegancją kompozycji.
Nad sześcioma utworami unosi się szumiąca analogowa mgiełka, pokrywająca ciepłe snujące się plamy i kruche postukiwania. Przytłumione dźwięki fortepianu, pluszowa rytmika automatu perkusyjnego nabierają charakteru urokliwego lo-fi. Ten ciepły, melancholijny klimat nagrań jest rdzeniem "Hominal" od którego odchodzą stylistyczne tropy, którymi podąża autor. W "Pulsar / Sonic Punch" za sprawą tętniących pogłosem padów utwór przybiera estetykę elektronicznego dubu. "Variety Girl" to ukłon dla microhouse'owej estetyki, "Zombie ant" krok w stronę softowego elektro, zaś "Mars" to rozmarzony ambient pełen subtelnego uroku.
Króciutki "Hominal", wydany w fizycznej formie na kasecie magnetofonowej, sprawia świetne wrażenie emanując lekkością kompozycji ich klarownością i wyrazistością, a także udaną, nienachalną aranżacją, która zrytmizowane i zapętlone wątki nasyca dawką nostalgii i liryzmu.
Etykiety:
2014,
ambient,
BDTA,
drone music,
elektronika,
Feldgrau,
FYH!,
harsh,
InnerGun Rec.,
John Lake,
lo - fi,
Łukasz Dziedzic,
Micromelancolié,
monoTapes,
noise,
Pokorski,
Polska muzyka,
Zoharum
czwartek, 5 czerwca 2014
Krew, pot i łzy (cz. 2) / Swans - "To Be Kind"
SWANS - "To Be Kind" / 2014 / Young God Records
Na wstępie muszę przyznać, że nigdy nie należałem do psychofanów Swans, podobnie jak do dziś nie
jestem fanem gitarowych brzmień. Nie jest jednak możliwością obojętnie przejść
obok takiego muzycznego kolosa jakim jest "To Be Kind". Grzechem byłoby zignorować
wizję tak totalną i bezkompromisową, jaką funduje nam Michael Gira z
ekipą.
Owa bezkompromisowość ujawnia się nie
tylko w ekspresji i charyzmie lidera, oraz ekstremalnym brzmieniu
zespołu, ale choćby w samej idei nagrywania albumów wyzywająco długich,
będących próbą i wyzwaniem dla współczesnych odbiorców. W działaniach
Giry imponuje zaciekłość i dyscyplina w realizowaniu artystycznej wizji, bez cienia ustępstw wobec przemysłu
muzycznego, słuchaczy, lecz przede wszystkim wobec samego siebie. Kogo obecnie byłoby stać na wydanie dwugodzinnej płyty zawierającej
kilkunasto i kilkudziesięciominutowe kompozycje. Kto zrobiłby to w tak
brawurowy sposób, aby w trakcie stu dwudziestu minut nawet na chwilę nie stracić
atencji słuchacza? Odpowiedź może być tylko jedna.
Scenariusz realizacji monstrualnego materiału Swansów jest niezwykle finezyjny
począwszy od wyważenia proporcji i rozplanowania ich w dwóch godzinach
materiału. "To Be Kind" brawurowo splata ze sobą najbardziej skrajne
elementy; potęgę gitarowego grania, industrialnego brzmienia i
punkowej energii, z niezwykłym flow, unoszonym bluesowym i quasi
funkowym groovem. Wpadające w ucho kaznodziejskie deklamacje Giry,
wyliczanki, nawiedzone zaśpiewy, oraz wytrwałe
budowanie kulminacji, repetytywny trans i psychodeliczne odjazdy
zakomponowane radykalnym noisem gitar i brutalną, choć dynamiczną
perkusją przybierają wręcz przebojowy sznyt;
łatwo wpadając w ucho pomimo destrukcyjnego brzmienia i obfitych,
agresywnych aranży. To wszystko gotowane w jednym kotle tworzy dzieło
skończone, domknięte w każdym detalu, i przedstawione w okazałą, monumentalną całość. Nawet pomimo ekstremalnie
rozbudowanych kompozycji, nie doświadczamy dłużyzn i nudy. Każda
"rozwlekła" kompozycja jest uwarunkowana emocjonalnie, oraz prowokuje
stan fizycznego wręcz, odczuwania muzyki. Bo "To Be Kind" to krew, pot, łzy, oraz katharsis.
Gira niczym genialny, acz przerażający demiurg z wyrachowaniem i doświadczeniem planuje dźwiękową egzekucję, wywołując wcześniej gorączkę i obłęd. Niespiesznie i z pełną kontrolą prowadzi narrację nie oszczędzając siebie i słuchacza. Kiedy w niewielu przypadkach pozwala sobie wyciszyć i spuścić z tonu robi to tylko po to aby po chwili dokręcić śrubę i ścisnąć za jaja.
Trzeba przyznać, ze bezbłędnie
panuje nad dramaturgią i emocjami słuchacza. Uwodzi ("Kirsten Supine"),
odurza ("Some Things We Do"), hipnotyzuje i omamia ("Just A Little Boy" -
jakby żywcem wycięty z repertuaru Angelo Badalamentiego; "Bring The Sun / Toussaint L'Ouverture
" - przejście po
między częściami tej najdłuższej kompozycji zaaranżowane psychodelicznymi plamami
pianina fendera sprawia, że zamiast demonicznego Giry spodziewam się
głosu Jima Morrisona deklamującego słowa "Father (...) I Wan't To Kill You"),
wprowadza w trans ("A Little God In My Hands"), aby wreszcie
pobudzać ("Screen Shot"), przerażać i wywoływać ekstazę ("She Loves Us",
"Oxygene"). Warto jednak zaznaczyć, że wszystkie te elementy potrafią
oddziaływać również wewnątrz pojedynczych kompozycji.
Zwaliste, bluesowe ballady, natchnione muzycznym spleenem
przepoczwarzają się w psychodeliczny odjazd, aby eksplodować
industrialnym skowytem pełnym gniewu i furii. Swans jednak nie epatują
zgiełkiem bezmyślnie, każde użycie najcięższe artylerii jest w pełni
zaplanowane i uzasadnione dramaturgicznie, przydając albumowi dynamiki,
barwnych kontrastów i niezwykłej witalności.
Artysta
o takiej charyzmie jakiej posiadaczem jest Michael Gira, wolałby spłonąć w
piekle niż zadowolić się kompromisem. Wolałby milczeć, nie mając nic do
powiedzenia. Gdyby nie był pewny, że jego dzieło nie spełni jego własnych ambicji
nigdy nie doszłoby do wznowienia działalności Swans. Dlatego nie powinno
dziwić, że po powrocie do nagrywania zespół nadal rzuca na kolana
swoimi dokonaniami, bez odwoływania się do muzycznej historii jaką
stworzyli przez ponad trzydzieści lat swojego istnienia Gdyby ich działalność rozpoczęła się w 2010 albumem "My Father
Will Guide Me Up A Rope To The Sky" dziś również zostaliby
ochrzczeni muzycznymi gigantami. Jednak bez takiego bagażu doświadczeń, żaden
zespół nie byłby w stanie wykreować epickich spektaklów na miarę "The
Seer", czy "To Be Kind". Stąd 60cioletni dziadkowie z pełnym animuszem
kopią zadki kolejnego pokolenia, oczarowując słuchaczy i
zawstydzając muzyków wyhajpowanych zespolików w stylu Arcade Fire.
Gira uwarzył dzieło idealne i w pełni skończone. Jako 60cioletni artysta dokonał wnikliwej autoanalizy swoich muzycznych doświadczeń i po egzorcyzmach "The Seer" skomponował dzieło świetnie wyważone i urozmaicone. "To Be Kind" osiąga sakralność hałasu, ujarzmiając chaos i zaprzęgając go w linearne struktury, bez utraty drapieżności i nieokiełznanej energii. Z tego muzycznego kotła nie warto uronić choćby kropli.
Gira uwarzył dzieło idealne i w pełni skończone. Jako 60cioletni artysta dokonał wnikliwej autoanalizy swoich muzycznych doświadczeń i po egzorcyzmach "The Seer" skomponował dzieło świetnie wyważone i urozmaicone. "To Be Kind" osiąga sakralność hałasu, ujarzmiając chaos i zaprzęgając go w linearne struktury, bez utraty drapieżności i nieokiełznanej energii. Z tego muzycznego kotła nie warto uronić choćby kropli.
Nie ma zatem wstydu rozpoczynać swojej przygody ze Swans od ich
najnowszych albumów "The Seer" i "To Be Kind". Trzeba być jednak
przygotowanym, że odwrotny kierunek w podróży po dyskografii zespołu
jawi się niczym zmierzanie prosto do jądra ciemności, w krainę
autodestrukcji, chaosu, brutalności, do pierwotnego zewu instynktów i
namiętności.
Ps.
Po wielokrotnej lekturze "To Be Kind" w mojej wyobraźni zrodziło się
muzyczne marzenie, które połączyłoby twórczym radykalizmem drapieżność i
bezkompromisowość Swans z temperamentem Matsa Gustafssona. Zawsze kiedy
na "To be Kind", zgiełk wznosi się o kilka poziomów nad powierzchnię
narracji, konwulsyjnie wybuchając mocą swojej ekspresji, w spiętrzonej
ścianie gitar, perkusji i syntezatorów dostrzegam idealne miejsce dla
rzeźnickiego saksofonu Szweda. Jedynie taki zestaw muzyków zasługiwałby na określenie "męskie granie".
***
***
Choć doświadczenie, różnica wieku i wielkość dokonań na to nie przystoi, to z pewną dozą dobrych chęci można uznać że Swans (Gira) i Ben Frost grają w tej samej lidze. Z pewnością filozofia ich twórczości jest bardziej zbieżna ze sobą niż przeciwstawna. Obaj muzycy ujarzmiają chaos sprowadzając jego nieprzewidywaną moc w sidła kompozycji. Testosteron, temperament i rozmach jest wyznacznikiem ich ekspresji, dzięki czemu ich dzieła są skrajnie emocjonalne i euforyczne. Emanacja hałasem, zgiełkiem, brudem, brutalnością, mimo swej opresywności ma działanie oczyszczające. Szokuje i podnieca zarówno w formie cyfrowej Frosta, jak i gitarowej Giry, (choć instrumentalne podziały między artystami są co raz mniej widoczne). Obaj muzycy jednakowo nie uznają kompromisów i nie przebierają w środkach, aby ich muzyka stała się doświadczeniem jak najbardziej fizycznym. Jak dotąd obaj swymi najnowszymi albumami brutalnie (dosłownie i w przenośni) znokautowali cała stawkę muzycznych wydawnictw mających premierę w 2014 roku i stali się inspiracja fali młodych (głównie elektronicznych) brutalistów, którzy zdominowali ostatnie miesiące na międzynarodowej scenie niezależnej.
Część 1 "Krew, pot i łzy" / Ben Frost "A u r o r a"
Część 1 "Krew, pot i łzy" / Ben Frost "A u r o r a"
środa, 4 czerwca 2014
Krew, pot i łzy (cz. 1) / Ben Frost - "A u r o r a"
Niespełna miesiąc temu pisałem o pięknie brutalizmu w ujęciu postindustrialnej elektroniki, oraz techno. Na przykładzie albumów Erica Holma, Pedera Mannerfelt'a, The Body i Perc'a starałem się ukazać ewolucję brzydoty w piękno, oraz proces przemiany dźwiękowej obskury, w ekscytujący monument brzmienia wyartykułowany bezkompromisowością, pasją, oraz estetycznym gwałtem na przyzwyczajeniach słuchacza. Chwilę potem premierę miały dwa monstrualne albumy, które swoją wręcz bombastyczną intensywnością ukoronują w muzycznej pamięci rok 2014 jako czas dźwiękowego brutalizmu i ekstatycznego hałasu.
Oba albumy, zarówno "To Be Kind" Swans, jak i "A u r o r a" Bena Frosta ukazują apogeum orgiastycznej energii, która wtłoczona w głośniki gwarantuje katartyczne przeżycie. Sami artyści zdają sobie prawdopodobnie sprawę z podobnego oddziaływania swojej muzyki na słuchacza, bowiem łączą ich zarówno wspólne występy (Frost supportował niektóre ubiegłoroczne koncerty Swans), jak i instrumentaliści (do współpracy nad "Aurorą" zaproszony został Thor Harris perkusista Łabędzi).
Inspiracja Frosta Michael'em Girą - charyzmatycznym liderem Swans - została ujawniona przez Australijczyka dużo wcześniej, bo na albumie "Theory Of Machines" z 2006, gdzie w kompozycje "Stomp" wpleciony został fragment "Red Sheet" Swansów (z albumu "Body To Body, Job To Job"), zaś jeszcze inny utwór został przez Frosta zatytułowany wprost "We Love You Michael Gira" nie pozostawiając złudzeń co do muzycznych fascynacji producenta elektroniki. Z kolei w bonusie do "By The Throat" (2009) zamieszczony został kawałek "Studies For Michael Gira" kolejny hołd złożony legendarnemu frontmanowi. Kokietowanie Giry przyniosło zamierzone rezultaty w postaci zaproszenia Frosta do współpracy przy nagrywaniu kompozycji "A Piece Of The Sky" w trakcie sesji do przedostatniej płyty amerykanów "The Seer". Nie może zatem dziwić, że w 2014 wyczekiwane albumy obu artystów stroją w tę samą estetykę, stanowiąc dla siebie dwa odpowiedniki tej samej estetycznej wrażliwości. Z jednej strony elektroniczna, glitchowa opera i soniczna nawałnica z drugiej zaś samonapędzająca się dźwiękowa epopeja, która zabiera na psychodeliczny, transowy rollercoaster napędzany rockową maszynerią. W tej całej dźwiękowej materii spotęgowanej do granic przyswajania i postrzegania, zarówno u Giry jak i u Frosta brutalizm zostaje przełamany nutą nostalgii i melancholii, wprowadzającej w dźwiękowe zgliszcza pierwiastek ludzki.
Inspiracja Frosta Michael'em Girą - charyzmatycznym liderem Swans - została ujawniona przez Australijczyka dużo wcześniej, bo na albumie "Theory Of Machines" z 2006, gdzie w kompozycje "Stomp" wpleciony został fragment "Red Sheet" Swansów (z albumu "Body To Body, Job To Job"), zaś jeszcze inny utwór został przez Frosta zatytułowany wprost "We Love You Michael Gira" nie pozostawiając złudzeń co do muzycznych fascynacji producenta elektroniki. Z kolei w bonusie do "By The Throat" (2009) zamieszczony został kawałek "Studies For Michael Gira" kolejny hołd złożony legendarnemu frontmanowi. Kokietowanie Giry przyniosło zamierzone rezultaty w postaci zaproszenia Frosta do współpracy przy nagrywaniu kompozycji "A Piece Of The Sky" w trakcie sesji do przedostatniej płyty amerykanów "The Seer". Nie może zatem dziwić, że w 2014 wyczekiwane albumy obu artystów stroją w tę samą estetykę, stanowiąc dla siebie dwa odpowiedniki tej samej estetycznej wrażliwości. Z jednej strony elektroniczna, glitchowa opera i soniczna nawałnica z drugiej zaś samonapędzająca się dźwiękowa epopeja, która zabiera na psychodeliczny, transowy rollercoaster napędzany rockową maszynerią. W tej całej dźwiękowej materii spotęgowanej do granic przyswajania i postrzegania, zarówno u Giry jak i u Frosta brutalizm zostaje przełamany nutą nostalgii i melancholii, wprowadzającej w dźwiękowe zgliszcza pierwiastek ludzki.
BEN FROST - "A u r o r a" / 2014 / Bedroom Community
Na w pełni autorską muzyczną realizację zamieszkującego Islandię Bena Frosta musieliśmy czekać od 2009, kiedy to ukazało się dotychczasowe opus magnum Australijczyka "By The Throat", uznane przez wiele redakcji i krytyków płytą roku. W między czasie Frost został zaangażowany w liczne kooperacje m.in.: skomponowanie i wykonanie wespół z Daníelem Bjarnasonem ścieżki dźwiękowej do "Solaris" Stanisława Lema; stworzenie muzyki do filmu "Sleeping Beauty" w reżyserii Julii Leigh, oraz realizację opery "The Wasp Factory" dla londyńskiej Royal House Opera. Zaangażowanie w te przedsięwzięcia wymusiły na kompozytorze niezbędny do adaptacji obrazu kompromis, którego rezultatem było odkrycie łagodniejszej strony twórczości Frosta w postaci zdecydowanie bardziej kameralistycznych i intymnych nagrań, zgoła odmiennych od tych tworzonych na własny rachunek.
Oczekiwana zatem od pięciu lat "A u r o r a" z pełnym rozmachem, rozwija bezkompromisowe oblicze Bena Frosta zainicjowane debiutem "Steel Wound" (2003), a kontynuowane z pasją na "Theory Of Machines" (2006) i przede wszystkim "By The Throat" (2009). Jakkolwiek celem każdej z tych płyt, łącznie z tą najnowszą, jest przekroczenie granic ekspresji, oparte na błyskotliwej grze kontrastów (cisza - zgiełk, instrumenty akustyczne - syntetyki, melodyjna nastrojowość - brutalny hałas) proporcje i metody osiągnięcia co raz bardziej radykalnych wypowiedzi ewoluują. I tak brzmienie żywych instrumentów, stanowiących integralną część twórczości Frosta ulega na "Aurorze" całkowitej przemianie. Liryczne melodyjne akustyki (gitara, skrzypce, dęciaki, kontrabas) tak zjawiskowo rozbijające noisową hegemonię, zostały zastąpione silną sekcją rockowo-metalową. Oprócz wspomnianego Thora Harrisa ze Swans, do teamu Frosta dołączył drugi perkusista Greg Fox (były członek metalowego Liturgy), oraz gitarzysta Shahzad Ali Ismaily. Tak zaaranżowana sekcja słusznie sugeruje zaostrzenie brzmienia, oraz ograniczenie ilustracyjnych pejzaży. Funkcję wyciszającą przejęły klawisze i syntetyki samego Frosta, zaś sekcja rytmiczna została zaangażowana do podkreślenia elementów dynamicznych. Mocne, preparowane dotąd elektronicznie stopy, tomy i snary, stanowiące stały element w kompozycjach Australijczyka nabrały jeszcze większego ciężaru, mosiężnej zwalistości i plemiennej transowości. Wespół z gęstą i rozdzierającą gitarą napędzają kompozycje brutalną ekspresją, której mógłby pozazdrościć przy realizacji swojej ostatniej płyty Christian Fennesz.
Zmiana instrumentarium wymogła na Froście zmianę narracji i nastroju. Ulotniła się gdzieś szlachetna patyna instrumentów akustycznych, materiał nabrał euforycznego tempa, a kameralistyczne ballady zamieniły się w rzeźnicki rave; noisową operę o epickim rozmachu; orgię hałasu przecinanego klubowymi akordami klawiszy.
"A u r o r a" materializuje się w postaci ultra dynamicznych, pełnych niuansów i zmian dramaturgii kompozycjach, atakujących słuchacza następującymi po sobie kulminacjami strzelistego zgiełku. Żaden z użytych dźwięków nie jest gładki, czy płynny, ich struktura jest obszarpana, pełna zadziorów i opiłków. Wszechobecny glitch oblepia wszelkie odgłosy redukując jakąkolwiek selektywność materiału. Co ciekawe Frost w roli producenta innych wykonawców, zawsze ogromną rolę przywiązuje do czytelności detalu, oraz "niemuzycznych" odgłosów instrumentów akustycznych (Colin Stetson, Wildbirds & Peacedrums, Tim Hecker), wyabstrahowując je z muzycznego otoczenia. W swoich autorskich projektach epatuje brudem. Zanurza w nim dźwięki, multiplikuje je układając symfonię z magmy przesterów, zduszając brzmienie bolesną kompresją. A jednak cyfrowe pandemonium zbudowane z chropowatych, pokrytych rdzą dźwiękowych kurtyn, wielowarstwowych faktur, szatańskiej rytmiki, eurodanceowych, charczących riffów emanuje niezwykłą witalnością i wywołuje euforię.
"A u r o r a" jest emanacją kompozytorskiego testosteronu, bez odrobiny patosu, czy
zadęcia. Gęsta materia dźwiękowa, siatka noisów i hałasów imponująco zdynamizowana żywą perkusją zapiera dech w piersiach. Frost godzi brutalność z nostalgią, przester z melodią, oburzenie z ekscytacją. To apokaliptyczna wiksa pobudzająca zmysły plemienną motoryką, klubowymi kulminacjami, rozdzierającymi ścianami gitar, piętrzącymi się falami hałasu i orgiastyczną naturą kompozycji. Odtąd to właśnie ten album będzie wyznaczał cezurę twórczości Frosta jako jego najlepsza płyta o największym rozmachu i porażającej energii. To pasjonująca, soniczna hekatomba ukazująca
szlachetne piękno brzydoty, promieniująca zaskakującą przebojowością i świeżością.
poniedziałek, 4 marca 2013
Wojna i Pokój / Apparat - Krieg Und Frieden
Wszystko wskazuje na to, że to będzie owocny rok dla Saschy Ringa. Już w sierpniu ma ukazać się oczekiwany z wielkimi nadziejami drugi album Moderat - jego kolaboracji z duetem Modselektor; a już teraz możemy z satysfakcją zasłuchiwać się w najnowszym solowym albumie tego cieszącego się dużą popularnością w naszym kraju producenta.Najnowszy album jest co prawda ścieżką dźwiękową zrealizowaną do teatralnej adaptacji Wojny i pokoju Lwa Tołstoja, ale świetnie sprawdza się jako autonomiczny utwór, oderwany od treści rosyjskiej epopei.
Krieg Und Frieden to album udany głównie z tego względu, że odkrywa nowe zaskakujące wątki rzucające nowe światło na nieco już osłuchaną i przewidywalną muzykę Niemca.
Już sama idea ścieżki dźwiękowej, jej wymiar ilustracyjny niemal automatycznie nadała albumowi stricte instrumentalny charakter, w którym głos Ringa pojawia się ledwie w dwóch utworach. Brak charakterystycznego wokalu wynosi na pierwszy plan kapitalny zmysł kompozytorski i producencki oraz otwiera przestrzeń na nowe realizatorskie pomysły.
Główną kanwą albumu jest nois, który bodaj po raz pierwszy objawia się na taką skalę i z takim rozmachem w nagraniach Apparata. Charakterystyczne dotąd łączenie żywych instrumentów (głównie smyczkowych) z indie elektroniką i idm zostają na Krieg Und Frieden obleczone warstwami dronów, szumów i przesterów.
Ring zatapia melodie w buzującym zgiełku, nadając ogranym już patentom zdecydowanego charakteru. Dzięki takiemu zabiegowi jego kompozycje nabierają mocy i przestrzeni, którą śmiało można przyrównywać do świetnych preparacji znanych z albumów Tima Heckera.
Ukazanie swojej dotychczasowej twórczości w zupełnie w nowych ramach okazało się świetnym pomysłem na odświeżenie przesłodzonej konwencji indie elektroniki proponowanej dotąd na solowych albumach niemieckiego producenta. I choć na swej siódmej solowej płycie nie porzuca rozpoznawalnego brzmienia to poszerzenie stylistycznych ram uchroniło album przed nierzadko towarzyszącemu albumom Apparata balansowaniu na granicy kiczu i taniego, emocjonalnego sentymentalizmu.
Pozbawiony patosu charakter Krieg Und Frieden stanowi również dowód świadomości i umiaru Saschy Ringa, który nie dość, że nieco dystansuje się do swojej twórczości, to również nie ulega pokusie mierzenia się z wielkością epopei narodowej Tołstoja. Zamiast tego proponuje niezwykle luźną i oryginalną interpretacje, która może stać się świeżą i interesującą ścieżką dla jego nowych muzycznych przedsięwzięć.
APPARAT - Krieg Und Frieden
Mute 2013
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









