Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Majkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Majkowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 listopada 2017

Powtarzalna niepowtarzalność / Lotto „VV”

Trzy lata temu pytali o pył. Dziś wzbijają jego tumany. Nowa płyta Lotto pełna jest szumów; akustycznego pyłu i żwiru, który przykrywa dźwięki grubą powłoką. Kiedy opada, spod warstw wyłania się bestia.

To że poprzednia płyta tria została niemal jednogłośnie okrzyknięta najlepszym polskim wydawnictwem 2016 jeszcze do niedawna wydawało się zaskakujące. Dwie pętle, zaaranżowane w oszczędnym instrumentarium, rozwinięte do dwudziestominutowych kompozycji, na tle pozostałych biorących udział w plebiscycie płyt zakrawały na skrajny radykalizm. Jednak, jak przytomnie zauważył Jacek Świąder na łamach Gazety Wyborczej, nieoczekiwany sukces zespołu nie byłby możliwy gdyby wydawnictwo nie było „przystępne i wciągające”. Roczna perspektywa i lektura nowego albumu Lotto dobitnie uświadamia ową tezę. „Elite Feline” przy „VV” to rurki z kremem. Mroczny jazz niesiony klimatycznym, jesiennym spleenem. Na nowym albumie Majkowski, Szpura i Rychlicki radykalizują środki wyrazu i wyostrzają ekspresję. Ponownie zaskakują słuchaczy, przy jednoczesnej rezygnacji jakiejkolwiek formy przystępności.

Cała zawartość nowego albumu Lotto została osadzona na dźwiękowych fakturach. Płyta rozpoczyna się i kończy w gęstwinach szumów i industrialnych pomruków generowanych najprawdopodobniej przy użyciu gitary Rychlickiego. Chmury pyłu to wznoszą się to, opadają stanowiąc lejtmotyw materiału, rozdzielający kolejne oparte na repetycjach kompozycje. Można potraktować to jako muzyczną trawestację słów z Księgi Rodzaju; „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Gęste mgławice pyłu skrywają tożsamość instrumentów, tłumią je, odrealniają brzmienie, które w przypadku Lotto i tak wypada nad wyraz osobliwie. Gitara basowa, splata się kontrabasem snując kolejne pętle pijanymi barwami, bądź generuje amorficzne zewy dryfujące w przestrzeni. Perkusja z kolei brzmi jakby Szpura odziedziczył instrument po klasykach industrialu, sklecony z metalowych beczek i blachy falistej. Również ona rozmywa się stopniowo w pogłosach, kończąc swój żywot w hałdach pyłu.

Jeśli faktura zajmuje najistotniejsze miejsce w koncepcji brzmieniowej „VV”, to kompozycją ponownie rządzi repetycja. Muzycy nie powielają jednak patentów z „Elite Felline”. Jedynie chwytliwa doom jazzowa pętla z „Paperchase” może swoją melodyjnością nawiązywać do poprzedniego wydawnictwa. Pozostałe utwory pokazują odmienne i nad wyraz unikalne podejście do z pozoru ograniczonej repetytywnej formy. Zarówno marszowo-industrialne „Soil”; przywołujące na myśl techno „Heel”, jak i wieńczące płytę „Ote” (najmocniej spokrewnione z solowymi eksperymentami Majkowskiego), są wcieleniami pierwotnej transowości. Nie zatracają się jednak w szaleństwie powtórzeń, a z zimną krwią i artystycznym wyrafinowaniem utrzymują formalny rygor, aż do wygaszenia. Kompozycje stale zaskakują swą różnorodnością stylistyczną, koncepcyjnym rozmachem, zmieniającymi się proporcjami (raz wiodąca pozostaje perkusja, innym razem podporządkowana jest basowi), czy osobliwą przestrzenią (w której odnajdziemy echa dubu i ambientu).

„VV” to nie są nagrania jednorazowego odtworzenia. Ilekroć bym ich nie słuchał, za każdym razem udaje mi się znaleźć dla nich inną perspektywę. Mimo to nadal nie mogę poskładać myśli i ogarnąć tego wszystkiego co się tutaj wyprawia. Wciąż mam kłopot aby wyrazić zadziwienie, które towarzyszy każdemu przesłuchaniu. Weźmy za przykład choćby „Heel”, który do niedawna najmniej mi się podobał z całego repertuaru nowej płyty. W ten kawałek można wejść co najmniej na kilka sposobów, podążając za rytmem znajdziemy tam zarówno pokłady plemiennej transowości, jak i akustyczną parafrazę techno. Jednak dalej, konfrontując ów rytm z nieokreślonymi plamami gitary i przenosząc uwagę na ostentacyjnie krążące w oderwaniu od tempa zewy, cała ta rytmiczna maszyneria zaczyna pełnić rolę ażurowego tła. Utwór zmienia swoją strukturę wraz z aktywnością naszego słuchania. Być może to subiektywne wrażenie, lecz trudno mi przypomnieć sobie, żebym kiedykolwiek słuchał czegoś tak porywającego, a zarazem nieuchwytnego, czegoś tak prostego, a jednocześnie tak nieoczywistego.

Fenomen Lotto trudno jest mi opisać. Jego fundamentem jest bowiem paradoks, że muzyka oparta na powtarzalności potrafi być tak niepowtarzalna, i że prostota bywa tak wyrafinowana i zaskakująca. Zespół z płyty na płytę notuje stały progres, mimo że zdawałoby się, że dalej sięgnąć już nie można; że w ich wypadku pozostała albo kapitulacja z obranego minimalistycznego kursu, albo powtarzanie własnych patentów, co zdarza się niestety kolegom z labelu, którzy swoimi repetytywnymi eksperymentami dawno już stanęli w miejscu i zakiwali się samemu ze sobą. Lotto wychodzi daleko poza wszelkie idiomy gatunkowe, nawet te wyznaczone przez siebie. Obiera jedyny w swoim rodzaju sznyt, który każdą kolejną płytą zostaje poddany autorskiej weryfikacji, zakwestionowany, a następnie reinterpretowany na nowo. Ta ogromna artystyczna świadomość może cechować tylko twórczość wybitną, wymykającą się jakimkolwiek próbom naśladownictwa. Stąd moje nieodparte wrażenie że nawet gdyby ktoś bardzo chciał, to nie będzie w stanie podrobić, czy zbliżyć się nawet do tego co oferuje nam Lotto.

„Elite Feline” z perspektywy „VV” była płytą sexy, pełną wdzięku i uroku. Jazzowa aura czyniła eksperyment przystępnym nawet dla mniej przygotowanego słuchacza. Tymczasem „VV” jest dzikie, brudne i pierwotne, a przy tym o wiele bardziej abstrakcyjne. Z taką drapieżnością z pewnością nie wygra plebiscytów, ale jak dla mnie, to najlepsza dotąd płyta tego zespołu i zdecydowanie najlepsze tegoroczne wydawnictwo Instant Classic, a także jedna z najbardziej zadziwiających (niesamowitych) płyt jakie dotąd w życiu słyszałem. I nie ma w tej deklaracji przesadnej afektacji (przywiązuję dużą wagę aby nie szafować podobnymi stwierdzeniami). „VV” to wymykające się wszelkim próbom opisu zjawisko! Jestem absolutnie zszokowany tym jakie pokłady kreatywności drzemią we współpracy tej trójki muzyków, którzy pozostając wierni swojej praktyce przesuwają jej granicę w rejony zupełnie nieprzewidywane.



LOTTO „VV”
2017, Instant Classic

piątek, 26 maja 2017

Muzyka drgań / Mike Majkowski „Days and Other Days”

W przeciwieństwie do opisywanej wczoraj muzyki Łukasza Kacperczyka, Mike Majkowski chętnie operuje dłużyznami, a jego autorską muzykę już dawno zdominował minimalizm i asceza.

Cztery statyczne kompozycje wydane na płycie winylowej w znakomitym wydawnictwie z Austin – Astral Spirits – oparte zostały na przepastnych, rozwibrowanych dronach. To kolejna odsłona twórczego redukcjonizmu Majkowskiego, tym razem bez wątpienia w najmroczniejszym wydaniu. Elektroakustyczne preparacje przybierają kształt ambientowych nokturnów, przepajających słuchacza niepokojem i grozą. Ich twórca z tym repertuarem spokojnie mógłby znaleźć nowe audytorium wśród publiczności Wrocław Industrial Festiwal.

Introwertyczne suity na „Days and other days” zostały nagrane przy użyciu zaskakującej liczby instrumentów. W opisie materiału znajdziemy kontrabas, perkusję, pianino, wibrafon, analogowy syntezator. Dodatkowo obecne są nagrania terenowe, najczęściej w postaci szumów, gwarów i pomruków natury. I choć to typowy zestaw, jakim posługuje się w solowych nagraniach artysta, to żadnego z instrumentów nie będziemy w stanie tutaj rozpoznać. Ich barwy zostały bowiem podane daleko idącej modyfikacji. Z źródłowych dźwięków pozostaje tylko rezonujące wybrzmienie, które najbardziej interesuje Majkowskiego. To właśnie te długie, anonimowe i rozedrgane pogłosy dyktują narrację utworów.

„Days and other days” kryje w sobie wiele tajemnic. Dopiero wielokrotne przesłuchanie pozwala dostrzec bogactwo faktur, skrytych pogłosów, sonorystycznych szeptów. szemrzących w zakamarkach kompozycji odgłosów, które być może są niekiedy subiektywną projekcją słuchacza; dźwiękowym mirażem powstałym ze współbrzmienia barw i widm roztaczanych przez rezonujące instrumenty. Lektura tego materiału sprawia, że możemy poczuć się jak widzowie dobrego dreszczowca, w którym groza (zło) są niewidzialne, ale mimo to czujemy ich obecność unoszącą się w powietrzu. Kulminacją tego posępnego nastroju, który z taką pieczołowitością aranżuje Majkowski jest „Matter” – długa, kompozycja magnetyzująca mrokiem i melancholią. Rozpoczyna się od pomruków i zapętlonych rezonansów, zakomponowanych w różnych natężeniach głośności. W środku, na chwilę pojawia się nawet instrumentalny motyw z kompozycji „A Shadow Of Silver Dipped In Gold” pochodzącej z albumu „Why Is There Something Instead Of Nothing?” (Bocian Rec. 2014). Suita rozwija się niegwałtownie, wzmagając uwagę i nabożną atmosferę. Wzrastające napięcie rozładowuje końcówka, w której na pierwszy plan dochodzą głośne dronowe plamy, transowy rytm wzbudzany grzechotką, oraz niski basowy bęben.

Nie znam drugiego artysty, który z taką gorliwością potrafi kontemplować pojedynczy dźwięk. Majkowski wsłuchuje się w niego głęboko, medytuje nad nim, śledząc jego wybrzmiewanie i badając jego fizyczną naturę. Dźwięk staje się w jego muzyce relikwią adorowaną z pasją i nabożnością. Gest ten wydaje się tym bardziej donośny, kiedy uprzytomnimy sobie, że mamy do czynienia z multiinstrumentalistą i improwizatorem. Radykalnie redukując swą artykulację Majkowski kieruje uwagę słuchacza na muzyczny rdzeń; dźwięk podstawowy, odnajdując w nim szerokie pole dla artystycznej ekspresji. Jego muzyka staje się tym samym cichym aktem oporu przed naporem bodźców, jakie towarzyszą współczesnej kulturze i codziennemu życiu.


MIKE MAJKOWSKI „Days and other days”
2017,  Astral Spirits

środa, 23 listopada 2016

Dźwięki proste / Mike Majkowski "Swimming in Light"

Po ostatnich solowych dokonaniach Mike'a Majkowskiego, byłem szalenie ciekaw, jaki dalszy kształt obierze twórczy redukcjonizm, w kierunku którego od dłuższego czasu podąża muzyk. Czy jest możliwe, aby posunąć ascetyczność jeszcze dalej niż na płytach "Bright Astonishment of the Night", czy "Neighbouring Objects"?

Z pozoru, zmiany w procesie twórczym Majkowskiego są znikome. Od początku "Swimming in Light" - nowej płyty,wydanej w barwach renomowanego brytyjskiego (obecnie przeniesionego do Belgii) wydawnictwa Entr'acte - wita nas znak rozpoznawczy Majkowskiego. Rozwibrowany, piskliwy dron, będący w rzeczywistości dźwiękiem kontrabasowej struny, intensywnie pocieranej smyczkiem. Równolegle towarzyszy mu chropowata, metaliczna tekstura, efekt spreparowanego brzmienia perkusyjnych talerzy. To oś kompozycji, wybrzmiewająca do końca utworu "Radio Weather Vending Machine" zmieniająca w toku narracji jedynie wysokość dźwięku (choć są to drobne przesunięcia). Wraz z pojawieniem się dwóch naprzemiennych tonów gitary basowej, kompozycja nabiera podskórnego rytmu, a co za tym idzie jej dramaturgia wzrasta. Dalej, wokół rdzenia, zaczynają z wolna orbitować kolejne dźwiękowe artefakty. Wibrafon, mechaniczne piski o niewiadomym pochodzeniu, szumy, analogowy syntezator. Owo wymienianie, kolejnych wydarzeń następujących po sobie, jest zabiegiem, którego staram się już unikać; każdy zainteresowany przecież sam przesłucha i prześledzi rozwój wypadków. W przypadku "Radio Weather Vending Machine", zabieg wydaje się jednak niezbędny, do odnotowania schematu wedle jakiego został ten utwór nagrany, a w szerszej perspektywie do ujrzenia ewolucji, która pojawiła się w ramach minimalistycznej ekspresji Majkowskiego.

Otóż, ten uznany na światowej scenie free improv artysta, postanowił tym razem sięgnąć po sporą jak, na swoje poczynania, ilość instrumentów. Jednak, co znamienne, z każdego z nich wydobywa TYLKO JEDEN dźwięk. Zazwyczaj jest on powtarzany w szerszych lub węższych odcinkach czasu i delikatnie modulowany przez artystę; wytłumiany filtrami, bądź rezonujący pogłosem. Majkowski chętnie manipuluje obwiednią dźwięków, długością ich narastania i wybrzmiewania. Stąd też pojedyncze tony zmieniają swój stan skupienia, ewoluując od ostrego, punktowego uderzenia do dźwiękowej smugi. Statyczna materia muzyki okazuje się być jedynie złudzeniem, dzieje się tu bowiem o wiele więcej, niż moglibyśmy się spodziewać. Cała fonosfera, wykreowana przez Polaka z Australijskim paszportem wibruje w delirycznym podrygu.

W drugiej kompozycji "Structure & Posture" anatomią muzyki Majkowskiego rządzą te same minimalistyczne zasady. Jedynie nastrój nagrania został uspokojony. Pojawia się więcej momentów tonalnych, których współbrzmienie tworzy nawet coś na kształt melodii. Koincydencja pojedynczych dźwięków kontrabasu, gitary basowej, a zwłaszcza obecność ciepłych uderzeń wibrafonu i klawisza fortepianu, ewoluuje w mroczną, doom jazzową "balladę", o natchnionej, lirycznej aurze.

Majkowski tworzy swoje linearne i symetryczne suity z dźwięków prostych, które drąży, modyfikuje, zestawia z sobą, badając ich wspólne oddziaływanie. Redukcjonizm muzyczny, który go inspiruje przybiera na "Swimming in Light" co raz to inne oblicza i kierunki. W przypadku pierwszego nagrania proces ograniczania został przeprowadzony na rozszerzonej palecie instrumentów. Rezultatem zaś jest gęsta, zwarta kompozycja, w której elektroakustyczny ambient przybiera minimalistyczny sznyt. W drugim do głosu dochodzi fabularyzacja, która dokonuje się z pomocą szczątkowej quasi melodii.

Okazuje się, że Majkowski choć wciąż hołduje ascezie i repetycji, nie jest ortodoksem swojej metody artystycznej, a jego idée fixe nie przesłania samej muzyki. Jest, podobnie jak Tomek Mirt w swojej estetyce, twórcą, obracającym się w orbicie swoich lejtmotywów, poszukującym dla nich optymalnej formy wyrazu.


MIKE MAJKOWSKI "Swimming in Light"
2016, Entr'acte

wtorek, 31 maja 2016

Pętla drąży skałę / Lotto "Elite Feline"

Z zewnątrz monolit. Wewnątrz; tygiel tętniący życiem.

Nowy materiał Lotto to istna enigma. Posiada kilka stopni wtajemniczenia. Z początku moje wrażenia ulokowałem na konstrukcji "Elite Feline". Dwie długie kompozycje, zaklęte w repetytywnej formie, zagrane w powolnym hipnotycznym tempie wybrzmiewające w transowej pulsacji. Zwarta forma emanuje monumentalną przytłaczającą siłą. I to ona w pierwszej chwili przyciąga uwagę słuchacza. Każde kolejne przesłuchanie pozwala oswoić się z konwencją i z większą uwagą dostrzegać pod jazz rockową skorupą powtórzeń, co raz więcej szczegółów; głębokich pogłosów (duża w tym robota goszczącego w nagraniu Przemysława Jankowiaka), szumów, gitarowych efektów, rezonansów, zmieniającej się palety brzmień (zwłaszcza perkusji Pawła Szpury), gęstych perkusyjnych faktur dzierganych z maszynową konsekwencją.

Najwierniejszy kompozycyjnej i brzmieniowej dyscyplinie jest oczywiście kontrabasista Mike Majkowski, jest to w końcu konwencja bardzo bliska jego solowym poczynaniom. W zasadzie to nawet nie jestem w stanie zorientować się, czy jego udział ograniczony został do jednego czy dwóch uderzeń w strunę na utwór. Wielce prawdopodobne, że w swoim organicznym minimalizmie posunął się do jedynego symbolicznego szarpnięcia, któremu odpowiada uderzenie dobywające się z gitary Rychlickiego. Podobnie nie umiem powiedzieć, czy przeszywający motyw z "Pointing To a Marvel" do złudzenia przypominający harmonijkę ustną, jest właśnie tym instrumentem, czy gitarowym riffem Rychlickiego, który nie takie sztuki potrafi wykreować ze swojego instrumentu.

Rdzeń kompozycji stanowi mechaniczny puls kontrabasu, gitara zaś, równie oszczędna słyszalna jest w pierwszej kolejności za sprawą efektów. Falujących, piętrzących się i rozkurczających w amorficzne plamy. W na tle tej artykulacyjnej i brzmieniowej unifikacji na mistrza ceremonii wyrasta Paweł Szpura. To on przemyca rozmaite perkusyjne konfiguracje pod płaszczykiem jednostajnej motoryki. Jest odpowiedzialny za groove, panuje nad dramaturgią, piętrzy narrację, nadaje utworom temperamentu i idealnie rozładowuje napięcie.

Spotkanie trzech znakomitych instrumentalistów, ze skłonnością do nieokiełznanych improwizacyjnych szarż przybiera na "Elite Feline" postać implozji. Zamknięcie trzech muzycznych temperamentów w szczelną repetytywną formę, jeszcze bardziej pobudziło wyobraźnię twórców. Improwizacja ascetycznych gestów, wzięcie pod lupę detali, śledzenie jak mikroelementy wpływają na dramaturgię, formę i rozwój narracji, jak ich współbrzmienie tworzy potężną całość stało się imponującym muzycznym seansem.

Nowa płyta Lotto potrzebuje klucza. Jest nim cierpliwość. Jest niezbędna aby w dwóch dwudziestominutowych kompozycjach odnaleźć galaktykę dźwięków. Aby w pozornym bezruchu dostrzec nieustannie zmieniające się niuanse. Bez cierpliwości i szacunku dla artystycznej wizji dostrzeżemy jedynie dwa monotonne kloce przelewające się smętnie i nużąco. Tymczasem "Elite Feline" to uczta smakosza. Zasłuchiwanie się w niej, dostrzeganie co raz to nowych wątków; zmian w artykulacji i brzmieniu; wyłapywanie detali, które z niezauważalnych potężnieją do symbolicznych rozmiarów jest doprawdy pasjonujące.

"Elite Feline" jest jak lampka wykwintnego koniaku degustowana bez pośpiechu i z namaszczeniem, aby w pełni uchwycić smakowy i zapachowy bukiet trunku. Obcowanie z tą formą artystycznego wyrafinowania wymaga pewnej muzycznej dojrzałości, osłuchania, umiejętności czerpania estetycznej satysfakcji z uczestnictwa w artystycznym procesie jaki rozgrywa się tuż przed uszami słuchacza. Przy współczesnej tendencji do eklektyzmu i nadmiaru, umiar, dyscyplina i samoograniczenie muzyków Lotto brzmi jeszcze wyraźniej i donioślej.


LOTTO "Elite Feline"
2016, Instant Classic

piątek, 8 stycznia 2016

Suita na dwa szarpnięcia struny i jedno pociągnięcie smyczkiem / Mike Majkowski "Bright Astonishment of the Night"

Mike Majkowski podąża drogą ascetycznych poszukiwań rozpoczętych na "Why is there something instead of nothing?" (Bocian Rec.) i kontynuowanych na "Neighbouring Objects" (Astral Spirits).

Cisza. Muzyk. Kontrabas. Smyczek. Struna. Akustyka. Rezonans. Kontrabas. Cisza. Muzyk. Struna. Rezonans. Akustyka. Smyczek. Struna. Rezonans. Cisza... . Wariacyjne zestawienie tych kilku haseł byłoby chyba najbardziej fortunnym opisem płyty "Bright Astonishment of the Night", która pod koniec ubiegłego roku ukazała się w katalogu Bocian Rec. Każde słowo więcej, będzie już bowiem zakrawać wobec tak ascetycznego nagrania o nadinterpretację.

Ponad godzinny materiał został ograniczony zaledwie do kilku powtarzających się dźwięków. Szarpnięcie struny, momentami spiętrzone w masywną wibracje, oraz pociągnięcia smyczka, to cała ingerencja kontrabasisty w instrument. Reszta rozgrywa się w ciszy, w której wybrzmiewają dźwięki. Wymowne pauzy pomiędzy kolejnymi gestami obecności instrumentu stają się obszarem akustycznego oddziaływania i dramaturgicznego napięcia. I choć przestrzeń akustyczna (krótkie odbicie sugeruje dość niewielkie pomieszczenie) nie zmienia się ani na chwilę, można odnieść wrażenie, że każda rezonacja niknie w ciszy nieco inaczej.

Minimalistyczny gest artysty, kompozycyjna wstrzemięźliwość, brak melodii (fabuły), transowość powtórzeń, oraz sama tonacja dźwięku skłaniają do kontemplacyjnej formy recepcji. "Bright Astonishment of the Night" to rodzaj dźwiękowej mantry, gdzie kolejne powtórzenia, przerywane są oczyszczającym oddechem, a żarliwość medytacji wzbudza intensywną wibrację. Prostota i surowość formy każe wnikać i kontemplować każdy sączący się dźwięk; jego wybrzmiewanie, rytm powtórzeń, wreszcie, samo źródło tego dźwięku i jego charakter. Intensywne zasłuchanie pozwala odczuć ciężar i zwalistość instrumentu. Suche, drewniane i lekko wulgarne brzmienie pudła rezonansowego kontrabasu potrafi zarówno wzbudzić respekt, jak i hipnotyzować.

Asceza "Bright Astonishment of the Night" ma ograniczoną paletę odcieni, jednak bije od niej niespotykany magnetyzm, pozwalający bez pamięci zatopić się w cyklu niemających końca powtórzeń.

 
MIKE MAJKOWSKI "Bright Astonishment of the Night"
2015, Bocian Rec. 




poniedziałek, 22 grudnia 2014

Metalic jazz / Lotto "Ask the dust"

Wyobrażacie sobie improwizację pozbawioną ognistych kulminacji, rozgorączkowanych, przekrzykujących się instrumentów, czy wijących się w spazmach instrumentalistów? A jednak to możliwe, jeśli stanie się ona orężem muzyków, którzy swą twórczość opierają na chłodnej ekspresji, matematycznej dyscyplinie, idącej w parze z biegłością techniczną i intelektualnym zacięciem. Takimi walorami mogą pochwalić się członkowie formacji Lotto, która właśnie zadebiutowała płytą "Ask the dust" wydaną w barwach Lado ABC.

Lotto tworzy trójka uznanych na krajowej scenie instrumentalistów: Łukasz Rychlicki, Mike Majkowski i Paweł Szpura. Improwizacja to dla nich chleb powszedni, z namiętnością praktykowany w licznych jazzowych i około-jazzowych składach i projektach. Jednak skłonność do eksperymentowania i poszerzania pól dźwiękowej wypowiedzi, stawia ich często, w owych pobocznych projektach, jako kontrapunkt wynoszący kompozycje poza jazzowy idiom. Tyczy się to zwłaszcza Majkowskiego (bas) i Rychlickiego (gitara), którzy w unikalny sposób wykorzystują swoje instrumenty wydobywając z nich niekonwencjonalne palety odgłosów i hałasów.

"Ask the dust" to album, na którym mimo improwizowanej formuły, rządzi dyscyplina i logika, która prowadzi, oraz reguluje dialogi instrumentów, wyważa proporcje między nimi i studzi zapał do solowych popisów na rzecz kolektywnego grania. Momentami wręcz trudno uwierzyć, że nagrany materiał jest zrealizowany pod wpływem nagłego twórczego uniesienia trójki artystów. Rychlicki, Majkowski i Szpura grają tak jakby mieli dokładnie zaplanowany scenariusz i ze skupieniem go realizowali. W ich przypadku szał twórczy objawia się niesłychaną wrażliwością na wzajemne artykulacje, dopasowaniem brzmieniowym, świetną komunikacją i oglądem sytuacji. Pomimo, że pozwalają sobie na zaznaczenie swej indywidualności w partiach solówek, to i tak kładą nacisk na rozwijanie fabuły, za którą podąża słuchacz. Dyscyplina ta owocuje świetną dynamiką kompozycji, w których próżno szukać utraconych wątków, dźwiękowych  mielizn, czy trafiania w ślepe zaułki narracji.

Muzycy Lotto wydobywają ze swych instrumentów chłodne, oschłe, drapieżne brzmienia, które w innej aranżacji mogłyby sprawdzić się w industrialnych estetykach. Siłą rzeczy najgłośniejszą i najbardziej wyrazistą jest sonorystyczna gitara Rychlickiego, krzesająca kawalkady sprzężeń i przesterów, które momentami przykrywają obecność pozostałych instrumentów. Dynamikę dyktuje perkusja, raz wyciszona i szumiąca innym razem ożywiająca narracje zdecydowanym gestem. Najtrudniej spośród trójki muzyków ma niewątpliwie Majkowski, aby przebić się ponad głośniejsze instrumenty kolegów, jednak zdecydowanie więcej ma on do powiedzenia w wyciszonych fragmentach płyty, gdzie wybrzmiewa dronowymi, metalicznymi pomrukami i delirycznymi wibracjami.

Gdy z gęstej perkusyjnej ornamentacji rozlega się wiodąca melodia, muzyka tria wywołuje natychmiastową nostalgię za chicagowskim post-rockiem końcówki XX wieku. Powłóczyste tempa, kontemplacyjne melodie, lakoniczne szepty perkusji, i akcentujący, przybrudzony bas sprawiają że muzyka lewituje z wdziękiem sentymentalnej americany, która mogłaby znaleźć się wśród nagrań Gastr Del Sol, czy Town And Country. Doskonałym przykładem może być "Divider" gdzie lapidarny pomruk gitary rozlewa się w pogłosie, perkusja leniwie akcentuje takt, zaś pociągnięcie smykiem po strunach przywołuje klimat amerykańskiej wsi.

"Ask the dust" jest płytą, którą niełatwo oswoić. Odstręcza swoją metaliczną strukturą i oziębłością.
To duszna materia, zakurzona i mętna, która pomimo ciężaru potrafi być jednak eteryczna i hipnotyzująca. Każdy kolejny odsłuch pozwala czerpać co raz więcej satysfakcji z dźwiękowej lektury i odnajdywać w tej muzyce co raz więcej niuansów, które stanową niewątpliwe bogactwo tej płyty.


Lotto - "Ask the dust"
2014, Lado ABC