poniedziałek, 12 czerwca 2017

Licho nie śpi / SqrtSigil „Licho”

Serce rośnie na wieść o kolejnych wydawniczych poczynaniach Plaży Zachodniej. Najświeższą pozycją w katalogu, jest solowy materiał jednego ze współzałożycieli labelu Maćka Jaciuka, wydany pod szyldem SqrtSigil.

Tytułowe „Licho” to starosłowiański demon, personifikowany jako stara, wychudzona kobieta z jednym okiem. Jej obecność sprowadza nieszczęścia, choroby i zaburza harmonię codziennego życia. Przed Lichem, jak przed fatum nie sposób się uchronić. Można jedynie liczyć, że ów wędrujący demon długo nie zadomowi się w jednym miejscu. O tym jak mocno Licho zagnieździło się w kulturze magicznej Słowian może zaświadczyć język polski, w którym nie tylko roi się od powiedzeń z Lichem w głównej roli (a niech to licho weźmie, pal to licho, licho nie śpi, licho przyniosło), ale i funkcjonuje przymiotnik Lichy, oznaczający słabego, chorego, niemrawego. Co prawda Maciek Jaciuk tytułując tak swoją kasetę, nie odnosi się wprost do demonicznego motywu, jednak jego nagrania mogą stanowić sugestywną i klimatyczną opowieść o Lichu.

Odrealniony i niezwykle hipnotyczny jest nastrój kasety SqrtSigil. Jest to zasługą przede wszystkim długich fragmentów terenowych nagrań, na których usłyszymy szum miejskich podwórek, gdzie niosą się odbite echem rozmowy i nawoływania, a szepty i oddechy przemykają mimochodem. Czasem jesteśmy w stanie wyłowić z nich fragment zdania, czy pojedyncze znajome słowo, dziecięcy krzyk. Reszta dźwięków, długo niesiona naturalnym pogłosem podwórek tworzy jedyną w swoim rodzaju rozmytą dźwiękową aurę, miejskie tchnienie, które możemy usłyszeć również w nagraniach Martyny Poznańskiej czy Micromelancolie. Jaciuk ze zmysłem dramaturga aranżuje zebrany materiał terenowy. Zapętla zarówno długie, powłóczyste fragmenty („Z powietrza”), jak i pojedyncze westchnienia („Z wody”), za każdym razem opierając na nich fabularny rdzeń. Towarzyszą temu subtelne cyfrowe tekstury, ciche sprzężenia, niezidentyfikowane szelesty i pomruki, lapidarne melodie, gdzieniegdzie („Odblaski”) dubowe, podskórne pulsacje, a przede wszystkim delikatne burdony nadające kompozycjom narracyjnej płynności.

Ukoronowaniem wyciszonej opowieści snutej przez Jaciuka jest tytułowy utwór „Licho”, gdzie w pochmurną ambientową smugę zostaje wkomponowany zaskakujący wątek wokalny. Głosy starszej kobiety i starszego mężczyzny deklamują naprzemiennie cyfry, prawdopodobnie jest to związane z prowadzoną przez nich grą liczbową (słychać przy tym delikatny stukot, jakby odgłos wyrzucanej kostki, a i cyfry wypowiadane przez bohaterów nie wychodzą poza zakres 1 - 6). Szorstka barwa głosów, beznamiętnie cedzone słowa brzmiące niczym mantra, bądź sesja hipnozy i fakt, że posługują się językiem polskim, który doskonale pasuje do posępnego akompaniamentu - wszystko to tworzy mocny motyw dramatyczny, stanowiący znakomitą kulminację kasety. Doprawdy, na długo zapadnie mi w pamieć ten zjawiskowy fragment.

„Licho” jest intrygującą ambientową fabułą prowadzoną z lekkością i świadomością oddziaływania użytych środków. Kolejne subtelne dźwiękowe zdarzenia, z wyczuciem komponowane przez autora nagrań splatają się w sugestywny kolaż, o zmyślnej dramaturgii. Inspirujące to, i z pewnością nieliche doświadczenie.

 
SQRTSIGIL „Licho”
2017, Plaża Zachodnia

piątek, 9 czerwca 2017

Ducha nie gaście / Iron Noir „YOU and ME, ME and YOU”

Okładka nowej epki Iron Noir jest równie absurdalna co historia spotkania Elvisa z Nixonem. A co ma wspólnego z muzyką duetu Kucharczyk - Dziedzic? Pojęcia nie mam, i zupełnie mi to nie przeszkadza w słuchaniu „YOU and ME, ME and YOU”.

Wcześniejsze nagrania duetu, podobnie zresztą jak alternatywne kooperacje członków zespołu to nieodłączny prymat rytmu, oraz ciężkiego masywnego brzmienia. Wtłoczone w klubowe, mechaniczne repetycje od zawsze były nośnikiem silnych emocji, temperamentu i buntowniczej zadziorności autorów. Nowy materiał, na który przyszło czekać dwa lata ujmuje nieco ciężaru z muzyki Iron Noir, jednak pewne rzeczy pozostawia nienaruszone.

Rytmiczna obsesja, która rządzi muzyką duetu wciąż eksploatowana jest z podobną intensywnością, co nie powinno dziwić, wszak Wojtek Kucharczyk jest przede wszystkim perkusistą; choć powinienem raczej napisać, że bębniarzem, ... z kraju Mołr. Widzieć go w trakcie występów na żywo, kiedy zatraca się w amoku transowych kawalkad, to jak oglądać Hendrixa masakrującego swoją gitarę. Na „YOU and ME, ME and YOU” partie rytmiczne wysunięte na pierwszy plan znów imponują swoim temperamentem, jak również obszerną  paletą perkusyjnych barw, które Kucharczyk nieustannie podmienia. Jak już wspomniałem z brzmienia Iron Noir autorzy odjęli nieco ciężaru, przez co i uderzenia wydają się lżejsze, momentami nawet melodyjne jak w kompozycji o znamiennym tytule „Power of pałeczki”. Nie ma już mowy o sążnistych tąpnięciach „zatykających głośniki” i transowej monotonii. Zostajemy natomiast wrzuceni w sam środek kumulacji napędzanej tanecznym groove'm i gniewną kontestacją.

Na prowadzoną zdecydowanym rytmem narrację nawlekane są glitchowe tekstury, będące wygasającym echem pamiętnych nawałnic hałaśliwego szaleństwa i twórczego nieokiełznania z płyty „Strange Gods” John'ego Lake'a, czyli Łukasza Dziedzica. Tym razem tekstury są oszczędniejsze i rozrzedzone, adaptując się do równie odchudzonej rytmiki. W tłach majaczą widmowe zewy, spod nich wystają szorstkie pomruki; dźwięki frenetyczne i uwierające, których intensywność pozostawia jednak miejsce na oddech. Doświadczenie pozwala duetowi doskonale panować nad dramaturgią nagrania. Wystarczy chwila aby muzyka Iron Noir osiągnęła pełen rozmach ukazując kły i pazury. Tyle samo wystarczy, aby stonować nastrój eksponując pod warstwą gniewu delikatną materię.

„Muzyka rezygnacji” („Music of Resignación”), „muzyka odmowy” („Music of Refusál”), krzyczą tytuły kompozycji. Tymczasem jeśli posłuchamy „YOU and ME, ME and YOU” dojdziemy do wniosku, że Kucharczyk i Dziedzic nie tracą ducha i nie składają broni. Ich wyrazista muzyka wciąż ma moc, a przy okazji okazuje się być terapeutycznym katalizatorem niezbędnym do skanalizowania nadmiaru „wkurwu”.

 
IRON NOIR „YOU and ME, ME and YOU”
2017, NIE WYDAJE TEGO NIKT RECORDS / distributed by mik musik.

czwartek, 8 czerwca 2017

Walizkowe sekwencje / Pin Park „Krautpark”

Zaryzykuję tezę, że ze wszystkich powojennych nurtów w zachodniej muzyce rozrywkowej krautrock okazał się najbardziej wpływowym zjawiskiem, pierwotnym organizmem, który od lat 60-70 infekuje coraz to nowe estetyki i stale odradza się w formie powracających inspiracji.

Z potrzeby stworzenia nowej jakości estetycznej, która radykalnie odcinałaby się od wojennej hekatomby, wyrażonej przy tym oryginalnym językiem pozbawionym wpływów amerykańskiego bluesa i rock'n'rolla zrodziło się zjawisko niezwykle płodne i wszechstronne stylistycznie. Z dzisiejszej perspektywy widać jak niemiecki gatunek zwiastował nadejście postmodernizmu, manifestując triumf eklektyzmu, zainteresowanie deformacją, czy multidyscyplinarność. Krautrockowi protoplaści z Amon Duul, Can, Cluster, Ash Ra Temple, przestali używać instrumentów do grania melodii i komponowania piosenek, skupiając się na kreowaniu atmosfery i poszukiwaniu w muzyce psychodelii i transu. Sięgali przy tym po etniczne pozaeuropejskie inspiracje, oraz po nowe technologie, bacznie przyglądając się osiągnięciom współczesnej awangardy (Stockhausen) i możliwościami potraktowania studia nagraniowego jako dodatkowego instrumentarium (Eno). Tej potrzebie emancypacji towarzyszyła ekspansja nowych instrumentów muzycznych i technik nagraniowych, oferujących zupełnie nowe możliwości ekspresji. Drzemały one m.in w syntezatorach, których unikalne brzmienia i nieograniczone możliwości modulacji wreszcie przystawały do osiągnięć technologicznych ery podboju kosmosu i cywilizacyjnego przyspieszenia.

Zasięg estetyczny gatunku szybko okazał się na tyle szeroki, że obejmował zarówno gitarową psychodelię (Amon Düül), syntezatorową elektronikę (Kraftwerk), ambient (Eno), preindustrialne, improwizowane eksperymenty (Cluster) czy inspirowaną etnicznymi wątkami muzykę new age (Popol Vuh). Niczym nieograniczona wolność twórcza pozwalała cieszyć się pełnią eklektyzmu, stąd częste repertuarowe wolty zespołów. W szybkim tempie zjawisko stało się tak przestronne, że nie sposób objąć go definicją. Urodzajna krautrockowa gleba wydała z siebie szeregi estetyk, które generowały kolejne twórcze inspiracje dla następnych pokoleń. Kierunek zjawiska wiedzie dalej m. in. przez nową falę, industrial, techno, microelectronikę milenijnego przełomu, post rock, aż po dzisiejszą retromanię.

Z działających na krajowym podwórku wydawnictw, z pewnością krakowskie Instant Classic, może pochwalić się szerokim repertuarem muzyki zainfekowanej wirusem krautrocka. Zwłaszcza w nagraniach solowych i licznych kooperacjach Kuby Ziołka znajdziemy wiele pokrewnych inspiracji, choćby w kreowaniu psychodelicznej atmosfery, sięganiu po inspiracje muzyką etniczną, poszukiwaniu transowości, prymatu rytmu, czy we współbrzmieniu gitar i syntezatorów. Najnowszym tytułem w katalogu IC sięgającym po krautrockowe inspiracje (jednak z zupełnie innej strony niż Ziołek) jest „Krautpark”, debiut duetu Pin Park.

Zespół tworzą klawiszowiec Kristen, Robotobibok i Małych Instrumentów Maciej Bączyk, oraz Maciej Polak nie znany mi dotąd z muzycznej działalności, ale w dziedzinie analogowych syntezatorów to człowiek instytucja. W przypadku ich debiutanckiej płyty możemy mówić o krautrockowej estetyce, przede wszystkim z perspektywy instrumentarium i jego brzmienia, które determinuje takie postrzeganie tego materiału. „Krautpark” zostało nagrane na trzech walizkowych syntezatorach modularnych; jednym EMS VCS 3 i dwóch EMS Synthi A. O historii i specyfikacji tego pierwszego warto poczytać w tekście samego Macieja Polaka na łamach Estrady i Studia. Instrument znalazł sobie szczególne uznanie wśród zespołów gitarowej psychodelii lat 70-tych; The Alan Parsons Project, Roxy Music, King Crimson, The Who, Gong, czy Pink Floyd. Drugi, wśród twórców kosmicznych impresji; Briana Eno, Jean-Michel Jarre, Klausa Schulze, czy Czesława Niemena. Oba jednak cieszyły się dużą sławą dostarczając futurystyczną wówczas paletę barw wielu koncept albumom.

Autorzy „Krautpark”, w prasowej notatce powołują się na podobieństwo i mentalną łączność z muzyką Cluster, Harmonii, czy z wczesnym („Ralf & Florian”) Kraftwerk. Mnie jednak, być może z osobistych sympatii, repertuar Pin Park wydaje się bliższy zespołom fali niemieckiej elektroniki końca lat 90tych, która również zafascynowana krautrockiem ujęła go w w ściślejsze kompozycyjne ramy, nadając tej muzyce nowoczesny sznyt podporządkowany prymatowi repetycji. Takie zespoły jak To Rococo Rot, czy Mouse On Mars stały się spadkobiercami również ciepłego, analogowego brzmienia, krautrockową psychodelię zastępując pastelową melancholią. I pomimo, że pierwszy z tych zespołów poruszał się w repertuarze piosenkowym, w duchu post-rockowym, drugi zaś eksperymentalnym i tanecznym to zarówno koloryt analogowego brzmienia, jak i struktura kompozycji pozwala na doszukiwanie się pokrewieństw z muzyką Pin Park.

Muzyka duetu Polak - Bączyk jest niezwykle delikatna i niepozorna, zupełnie jak instrumenty na których została nagrana. Rozwija się pętla za pętlą, wpisując się przy okazji w repetycyjny lejtmotyw wydawnictw Instant Classic. Kolejne sekwencje nawarstwiają się tworząc gęstą strukturę o zwartej anatomii. Podskórna pulsacja zszywa kolejne ścieżki, nie pozwalając rozłazić się im w ambientowe pasaże. Towarzyszą temu filigranowe trzaski i kliki delikatnie ornamentujące zewnętrzną warstwę nagrania. Zaś otulone w analogowej mgiełce dźwięki sprawiają, że słucha się tego z podobną przyjemnością jak ogląda stare, wyblakłe fotografie.

Praca duetu jest powściągliwa, a dbałość o to by nie powiedzieć zbyt wiele wręcz chirurgiczna. Jak na płytę opartą na improwizacji wydaje się to dość osobliwe. Muzyków interesuje jednak przede wszystkim budowanie nastroju, który ma urzekać słuchacza. Drugorzędna staje się narracja, a napędzana kolejnymi pętlami muzyka unika nadmiernych kulminacji. Dramaturgicznie bliżej tu do stonowanej kontemplacji niż do transowego zatracenia. Sprawia to, że podczas słuchania mam wrażenie jakbym odbywał wycieczkę po analogowym skansenie, gdzie rekwizyty zostają pieczołowicie wyeksponowane, ale brak w tym życia, ludzkiej obecności. Fascynacja elegancką formą „Krautpark” pozbawia mnie wzruszeń i głębszych przeżyć ponad estetyczny zachwyt. Bączyk i Polak bez wątpienia potrafią posługiwać się syntezatorami, wiedzą też jak najpiękniej wyeksponować ich brzmieniowe walory, ale zapominają nieco o emocjach. Taki stosunek do muzyki, może przejawiać chyba jedynie ktoś, kto od strony formalnej wie o niej wszystko. W końcu nawet projektant samochodów nie musi być mistrzem kierownicy, aby móc tworzyć piękne i funkcjonalne modele.

 

PIN PARK „Krautpark”
2017, Instant Classic

wtorek, 6 czerwca 2017

Zmęczeni młodością / Sorja Morja „Sorja”

Długo oczekiwany debiut duetu Sorja Morja nie jest tym czym się z pozoru wydaje.

Sorja Morja duet Ewy Sadowskiej i Szymona Lechowicza objawił się światu kilka lat temu z repertuarem brzmiącym tak jakby mieli podążyć tę samą drogą tanecznego popu co Rebeka, czy The Dumplings. Dziś, choć za sobą mają dopiero płytowy debiut, brzmią o wiele świeżej i zdecydowanie ciekawiej, niż oba wymienione zespoły, a przy tym niemniej przebojowo. Mają od nich również zdecydowanie więcej istotnego do powiedzenia.

Pierwsze szkice „Sorji” powstały już w 2014. Wtedy również zespół postanowił swoje w pełni syntetyczne aranżacje zastąpić gitarą. W warstwie muzycznej i literackiej tegorocznego debiutu znajdziemy wyraźne ślady dwóch wczesnych epek zespołu, dzięki czemu spostrzeżemy jak mocno zostały przepracowane tematy i motywy. Ewa Sadowska i Szymon Lechowicz przez ten czas wyraźnie dojrzeli jako twórcy, dzięki czemu ich płyta zachwyca świadomością użytych środków i wysokiej jakości realizacją.

Pogodny, beztroski, przebojowy album. Tak myślałem jeszcze przeszło miesiąc temu, kiedy po raz pierwszy spotkałem się z muzyką duetu. Dwa łagodne, wpadające w ucho wokale, melodyjna gitara, dynamiczny, napędzający bas i syntezatorowy anturaż. Znakomita, przestrzenna i pełna smaków produkcja Michała Kupicza (tak znów on, brawo!). Zwrotki i refreny wpadające do głowy jak radiowe hity. Wielu, łącznie ze mną uległo zachwytowi muzyką zespołu, która idealnie wpisywała się w idiom wakacyjnej płyty, doskonale sprawdzającej się jako akompaniament samochodowych podróży odbywanych w scenerii malowniczych letnich krajobrazów, przy opuszczonych szybach i wietrze we włosach. Popowy potencjał muzyki duetu jest nie do przecenienia i mógłby bez starty dla wartości artystycznej zostać wykorzystany komercyjnie, choćby jako ścieżka dźwiękowa jakiejś kreatywnej reklamy. Chwytliwe melodie, łagodny akompaniament, efektowne i przestrzenne brzmienia, muzyczny luz. Od pierwszych taktów towarzyszy temu pozytywny odbiór i tak płyta Sorji Morji utrwala się w pamięci. 

Tak właśnie zapisała się „Sorja” w mojej pamięci po miesiącu luźnych przesłuchań; w aucie, knajpie, przy domowych czynnościach, w trakcie spotkań z przyjaciółmi, czyli w sytuacjach, w których muzyka nie wypełnia pierwszego planu, a stanowi przyjemny (choć nieprzypadkowy!) dodatek. Postanowiłem zatem podzielić się swoimi wrażeniami na łamach bloga, poprzedzając to uczciwym, recenzenckim odsłuchem. Założyłem słuchawki, otworzyłem notatnik i zacząłem się wsłuchiwać. Utwór po utworze, takt, po takcie, słowo, po słowie. Wystarczyło kilka intensywnych sesji, nad skądinąd krótką płytą, abym przecierał oczy i uszy ze zdumienia. Debiut Sorji Morji okazał się bowiem zupełnie inną płytą, niż ta której słuchałem jeszcze kilka tygodni temu! 

„Sorja” to szelmowsko inteligentny kalambur, dwuznaczna i wyrachowana gra, pułapka dla słuchających nieuważnie i powierzchownie. Spod maski zwiewności tekstów i przebojowości muzyki wyzierają tematy zaskakująco mroczne, gorzkie, a przy tym aktualne. Kontrast między opakowaniem, a zawartością jest absolutnie piorunujący i stanowi jakość nie spotkaną dotąd przeze mnie w polskiej piosence. 

Warto prześledzić to krok po kroku. Już otwierająca album „Australia” sugeruje z czym będziemy mieli do czynienia w dalszej części. Pełne przekory słowa: „Nie wracaj do domu nie ogrzejesz kości / Nie patrz prosto w oczy kiedy o coś prosisz / Nie ufaj rodzicom za dobrze cię karmią / Nie bierz ich pieniędzy nie ma nic za darmo” to jeszcze manifest niezależności, czy już egocentryzmu? Duet wywraca na głowę nasze przyzwyczajenia i oczekiwania, rozbija mit młodości, uwydatniając swoje zmęczeniem otaczającą beztroską i brakiem refleksji. Kolejne dwuznaczności napotykamy w „Młodości”. „Młodość nie mija a młodość w ogóle nam niemiła” – śpiewają łagodnym dwugłosem Lechowicz i Sadowska słowa, które mogłyby być manifestem młodych romantyków przytłoczonych weltschmerzem. Młodzieńczy hedonizm, wolność i brak zobowiązań, kontra ciężar przemijania, i widmo śmierci przekazywanej z „ust do ust„. I choć „śmiejemy śmierci się w twarz„ to jednak „młodość w ogóle nam niemiła”. Z pozoru niewinny tekst o zimie, czyli  „Nowy biały świat”, kryje kolejne niejednoznaczności. Kiedy słyszę dziś tekst o „białym świecie” i „białej sile” to z miejsca robię się nieufny i wzdrygam bynajmniej nie na myśl o chłodzie i słocie. Tekst tej piosenki, zestawiony z wieńczącą płytę „Śmiercią” sprawia, że perspektywa „Nowego białego świata” nabiera jeszcze wyraźniejszych rysów, na które wzdrygam się jeszcze mocniej. „Sezon” mógłby być kolejnym przebojem pochodzącym z tego mrepertuaru, gdyby znów spomiędzy słów przekornie nie przebijało przemijanie, odmierzane kolejnymi sezonami blichtrów i mód. „Echo” mogłoby kandydować do miana jednej z najfajniejszych i bezpretensjonalnych piosenek o miłości, ... aż do ostatniej zwrotki, która znów wywraca wszystko na opak. „Powiedz, że mnie kochasz” – uwodzącym głosem śpiewa Sadowska, po czym dodaje – „mów mi tak aż stracisz znaczenie / znikniesz z resztą słów" – tak jak powtarzane na okrągło słowo traci swój desygnat, tworząc abstrakcyjną, nic nieznaczącą zbitkę głosek, zanikającą niczym echo w lesie. (Efekt tytułowego echa uzyskany w tej piosence to majstersztyk; wisienka na torcie znakomitej brzmieniowej koncepcji tego albumu). Nawet sympatyczna piosenka o wilkołaku „Człowiek - wilk”, która brzmi z początku jak urodzinowe życzenia śpiewane cioci, finalnie okazuje się ilustrować udrękę i drapieżność bohatera. Szczyt posępnej dwuznaczności zostaje osiągnięty w poruszającej piosence „Coś nad tobą czuwa”, której treść jest równie niepokojąca co linia melodyczna. Dziecięca kołysanka, ku mojemu przerażeniu, zamienia się zupełnie nieoczekiwanie w tren. Wyśpiewywany łagodnym i ciepłym głosem wokalistki poraża kontrastem z treścią utworu. Płytę zamyka „Śmierć”. Nawet Nagrobki nie śpiewają o niej z tak urokliwą beztroską jak Sadowska. Wieńczący płytę utwór przy którym mógłbym w dyskotekowym szaleństwie podrygiwać przez całą noc (piosenka ma naprawdę przebojowy charakter) to przy okazji bardzo celna diagnoza rzeczywistości z aktualnym tłem społeczno-politycznym „Koniec świata zombie islam śmierć / Zła planeta kwarantanna śmierć / Śmierć którą łatwo można przespać / Śmierć którą dzieci straszy się”. 

Dwuznaczność, która tak niepozornie meandruje między słowami, nie dotyczy jedynie tekstów. Ona ukrywa się również w tej z pozoru zwiewnej i niewinnej muzyce. Jej przekorność uderza z każdej kompozycji. Zamiast łatwych przejść miedzy przebojowymi zwrotkami i refrenami pojawiają się przeszkody w postaci wybijających z rytu mostków, interwałów, zmian tonacji, nastroju i dynamiki. Mimo wydatnie przebojowego charakteru, nie jest to album przy którym łatwo byłoby się bawić. Tak często bowiem jak porywa do tańca, plącze nogi. Tak często jak zachęca do wspólnego śpiewania, sprawia, że słowa stają w gardle. 

Zadziwia prostota z jaką Sadowska i Lechowicz osiągają efekt drugiego dna. Wpadające w ucho piosenki o młodości i miłości, emanują z zewnątrz nastrojem wakacyjnej beztroski i prawdopodobne, że wielu z odbiorców tej płyty właśnie na tym etapie się zatrzymała. Kto ma bowiem czas i chęci do zasłuchiwania się i interpretacji. Tymczasem ukryta między wersami metafora wywraca ten odbiór na drugą stronę, a jej treść wcina się w muzyczny akompaniamentem brutalnym klinem. Szczerze zastanawiam się jak to możliwe, że przez długi czas słyszałem w „Sorji” przede wszystkim beztroską przebojowość. W „Australii” i „Młodości” wyidealizowany manifest młodzieńczej wolności; w „Nowym białym świecie” - zimową poetycką impresję; w „Sezonie” że warto oczekiwać na sprzyjającą w życiu chwilę i odpowiedni nurt, w „Echu” deklarację miłości, a w „Coś nad tobą czuwa”,o zgrozo, kołysankę dla dziecka, podczas gdy jest to smutna piosenka o stracie kogoś bardzo bliskiego. Wszechobecny dysonans, którym operuje zespół pozbawiony jest ironii, sarkazmu, a także wielkich słów i moralizatorstwa. Niepokojące i śmiertelnie poważne teksty Sadowskiej i Lechowicza ujęte są w zgrabną i lekką metaforę, stronią również od przaśnego języka memów, którym tak powszechnie komentujemy naszą codzienność. Błyskotliwości postrzegania międzyludzkich relacji, społecznych strachów i fobii towarzyszy tu bystra poetycka przenikliwość.

„Sorja” absorbuje uwagę słuchacza powierzchowną, choć wyrafinowaną prostotą, aby zaatakować go podprogową treścią. Jest niczym koń trojański. Okazały z zewnątrz, kryje w swym wnętrzu wybuchowy ładunek. Spod urokliwej warstwy wierzchniej, wystaje album o buntowniczej naturze. Przebrany w modne fatałaszki uchwyca bolesny moment przejściowy między młodzieńczością, a dorosłością, punktując naiwną beztroskę, egocentryzm, pozbawione refleksji postrzeganie świata, brak empatii, powierzchowność opinii, i inne grzechy obojętności przytępiającej naszą wrażliwość. Długo oczekiwany debiut duetu Sorja Morja to jedna z najbardziej inteligentnych, przekornych i zaskakujących płyt o jakich miałem przyjemność kiedykolwiek pisać.


SORJA MORJA „Sorja”
2017, Thin Man