środa, 13 grudnia 2017

Mitologia lubelska / „Pępek świata”

Miasto Lublin to jeden z tych pępków świata, do których wciąż nie udało mi się trafić. Za sprawą wydanej przez Fundację Kaisera Söze kompilacji poświęconej dziejom tego miasta, w mojej wyobraźni wykiełkował jego obraz tak osobliwy, że wydaje się, aż niemożliwym do doścignięcia przez rzeczywistość.

Osiem epizodów, kilkunastu bohaterów. Mitologia Lublina obfituje w postaci na poły ludzkie, na poły magiczne. Cadycy, mazacze, bomb łapacze, herosi i heroski. W ich tle cuda objawień, jasnowidzenia, tornada, epidemie, pożary, niepodległościowe zrywy, wojenne blizny wyrżnięte na tkance miasta. Kwintesencja realizmu magicznego; pełna kolorytu, obskury i melancholii.

Do dźwiękowego zilustrowania epizodów z historii siedemsetletniego miasta zostali zaproszeni twórcy związani z rodzimą sceną eksperymentalną. Nagrania zostały zatem osadzone w mocno awangardowej konwencji, która przez wielbicieli jubileuszowych festynaliów może okazać się repertuarem granicznym. Zawarte tu kompozycje bliskie są dźwiękowej obskurze. Kostropate, temperamentne, wyraziste emanują hałaśliwą antyestetyką, zgiełkiem, szumem, teksturami, sonorystycznym ekstremum, gwałtownymi eskalacjami. Wyraziste historie zostały oddane w adekwatny sposób.

Antologię otwiera zjawiskowa Antonina Nowacka, połowa uwielbianego przeze mnie kolektywu audiowizualnego WIDT; performerka, wokalna improwizatorka. Jej adaptacja historii Henryki Pustowójtówny to imponująca przemiana somnambulicznych wokaliz w nawałnicę elektronicznych blastów. Kompozycja brutalna, pełna dramaturgii i imponująca dźwiękową drapieżnością. Efekt akustyczny wywołany przez deszcz elektrycznych wyładowań jest spektakularny; poraża mnie przy każdym kolejnym odsłuchu z taką samą przenikliwością. (Szczerze nie mogę doczekać się kolejnych nagrań tej jednej z najbardziej obiecujących artystek dźwiękowych młodego pokolenia w Polsce). Kompozycję Nowackiej tonizuje nieco Krzysztof Topolski. Jego polirytmiczna transowa solówka na bębnach ma nawiązywać do metafizycznej osobowości Icchaca Horowica, światowej sławy cadyka. Kontrastuje z nią dynamiczna, sonorystyczna improwizacja tria Mateusza Bąkały, Sebastiana Maca i Sabaha Al Aniego (z ciekawością słuchał bym tego projektu w dłuższym, płytowym wydaniu). Swoją zadziornością i wigorem nawiązuje do kompozycji Nowackiej, podobnie z resztą jak utwór Patryka Zakrockiego na preparowane skrzypce i elektronikę. Doskonale odnajdujący się w formach teatralnych i radiowych kompozytor ma o ułatwione dramaturgicznie zadanie. Przypadło mu bowiem w udziale zilustrowanie żywiołu tornada, które spustoszyło Lublin w 1931. Zaledwie osiem lat po kataklizmie, miasto zostało zniszczone na skutek niemieckiego bombardowania. Do tych tragicznych wydarzeń nawiązuje Kamil Szuszkiewicz. Jego szumiące, ziarniste tekstury unoszą się niczym kłęby pyłu, zaś widmowe zadęcia trąbki snują się po ruinach miasta smutnym nokturnem. Mroczny woal przykrywa też opowieść o „Mazaczach”, rzekomo umyślnie roznoszących po Lublinie epidemię dżumy. Historię tę dźwiękami rekonstruuje Marcin Dymiter, posługując się przede wszystkim dronami, szumami i hałaśliwymi przesterami. Kompozycja Emitera wzmaga dramaturgię przed znakomitą akuzmatyczną kawalkadą, jaką okazuje się być utwór lubelskiego artysty audiowizualnego Macieja Połynko. Fascynująco zmieniająca się dramaturgia wpisuje się w historię Jana Gilasa, który podczas bombardowania własnoręcznie złapał i wyniósł spadający niewybuch z budynku lubelskiego Magistratu. Zestaw wieńczy „Siła ognia” Sebastiana Maca, nawiązująca do wielkiego pożaru z 1575. Masywna brzmieniem kompozycja stylowo wycisza dramaturgię całej kompilacji.

Gdyby pod wpływem lektury „Pępka świata” wysnuwać diagnozy jakim miastem jest Lublin, to wnioski mogłyby rozminąć się z informacjami przekazywanymi przez liczne foldery promocyjne i przewodniki. Charakter nagrań zrywa bowiem z wizerunkiem miasta urokliwego i klimatycznego. Z perspektywy słuchacza jawi się jako miasto pokryte bliznami, doświadczające okrucieństw ze strony natury i ludzkiej ręki. Ale również miasto charakterne, zadziorne i dynamiczne, zdolne do społecznych zrywów, i mimo ciosów jakie otrzymało, stale odradzające się.

Zaproszeni do udziału w projekcie twórcy pokusili się o ambitną muzyczną osnowę dla losów patronujących im postaci i wydarzeń. Wydawnictwo nie jest zatem wynikiem kompromisu wynikającego z partycypacji funduszy budżetu miejskiego w koszty projektu. Na straży artystycznej wolności stanęli Renata i Marcin Kamola prowadzący Fundację Kaisera Söze. Ich wieloletnia działalność wydawnicza i kulturotwórcza, a co za tym idzie doświadczenie i intuicja, zaowocowały wysokim poziomem repertuarowym wydawnictwa. Znakomicie wydany artbook / kompilacja „Pępek świata”, (jeszcze gdzieniegdzie dostępny ) jest znakomitym podsumowaniem dotychczasowej działalności oficyny.


VA „Pępek świata”
2017, Fundacja Kaisera Söze

wtorek, 12 grudnia 2017

W sieciach abstrakcji / Lech Nienartowicz „Nici”

Lech Nienartowicz, jedna druga elektroakustycznego duetu Porcje Rosołowe i współzałożyciel labelu Pawlacz Perski, kasetą „Nici” debiutuje w katalogu kalifornijskiej eksperymentalnej oficyny Dinzu Artefacts.

„Nici” kontynuują elektroakustyczne poszukiwania Nienartowicza, o których pisałem przy okazji jego splitu wydanego wespół z Michałem Wolskim. Tym razem amalgamat nagrań terenowych, szumiących tekstur, akuzmatycznych odgłosów, drobinek dźwiękowych i pojawiających się okazjonalnie amorficznych plam nabiera fabularnego kształtu. Bieg narracji napędzają kolejne zdarzenia dźwiękowe, których źródła jesteśmy w stanie zinterpretować jako odgłosy uliczne, czy wokalne onomatopeje. Między nimi roztacza się abstrakcyjna przestrzeń trudna do opisania, ale ze względu na dramaturgię i dużą atrakcyjność brzmieniową znakomita do zasłuchania się. Przypomina fascynujące elektroakustyczne słuchowisko „Miseri Lares”, autorstwa tworzącego na taśmę i zestawy modularne Vallerio Tricol'ego. W przeciwieństwie jednak do Włocha, Polak tworzy swoją muzykę jedynie przy pomocy mikrofonów kontaktowych, rejestratorów i oprogramowania. To zaskakujące bo jego nagrania, brzmią niezwykle organicznie, zaś ich zjawiskowa plastyczność nie ma wiele wspólnego z sekwencyjnością.

Nienartowicz zjawiskowo operuje planami kompozycji. Pod teksturami niczym halucynacje przemieszczają się ambientowe widma, zagadkowe zewy. Zmodyfikowane wokale mruczą do ucha niezrozumiałe mantry, a towarzyszące im jęki wzmagają poczucie dziwności. Rozdygotana dźwiękowa materia okazuje się z maestrią skomponowaną konstrukcją o drobnych gabarytach. Jesteśmy świadkami spektaklu formowania się i przepoczwarzania elektroakustycznych struktur, przybierających różne osobliwe, eteryczne formy. Ów pasjonujący spektakl to tryumf wyobraźni nad wszelkimi ograniczeniami estetycznymi, czy gatunkowymi. Eksperyment wymagający, ale jak najbardziej słuchalny i absorbujący uwagę.

 
LECH NIENARTOWICZ „Nici”
2017, Dinzu Artefacts

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Wehikuł czasu / Bastarda „Promitat Eterno”

Zahibernowana muzyka Piotra z Grudziądza niemal pięćset lat czekała na swojego odkrywcę. Bastarda zaś w intrygujący sposób powiązała jego muzykę z współczesną ekspresją.

O istnieniu Petrusa Wilhelmiego świat dowiedział się w 1975 roku za sprawą czeskiego badacza i muzykologa Jaromira Černego, który na trop średniowiecznego kompozytora natknął się w niezwykłych okolicznościach, odszyfrowując akrostych „Petrus” w grupie anonimowych polifonicznych kompozycji. Tak chętnie uznawany za pierwszego polskiego kompozytora Petrus, okazał się jednak przede wszystkim kosmopolitą tworzącym bez związku z granicami terytorialnymi, podrózując między Polską, Czechami, Niemcami i Austrią. O tym jak w świecie muzyki dawnej i poważnej została odebrana jego muzyka przeczytacie więcej tutaj. Mnie jednak bardziej zajmuje, jak trio: Szamburski (klarnet) - Górczyński (klarnet basowy) - Pokrzywiński (wiolonczela) dostosowali średniowieczny kanon do współczesnej nomenklatury muzycznej.

Nazwa Bastarda jaką posługują się muzycy została dobrana nieprzypadkowo. Bastarda to średniowieczny krój pisma, łagodzący wcześniejsze ostrokątne czcionki, zwiększający odległości między literami, wprowadzający do pisma przestrzeń, światło i łagodną obłość. Dość łatwo te typograficzne przymioty można przełożyć na dynamikę kompozycji, które znalazły się na „Promitat Eterno”. Płynne i powłóczyste instrumentacje, czy stateczne, kontemplacyjne tempo są nie tylko nawiązaniem do fizjonomii bastardy, ale też formą jaką przybierają polifoniczne pieśni i motety Piotra z Grudziądza zaaranżowane w wersji instrumentalnej. Z lekkością i elegancją konstrukcji silnie kontrastuje monumentalne, burdonowe brzmienie. Przenikające się linie melodyczne, ze względu na charakterystykę tonalną instrumentów, wiążą się ze sobą niezwykle gęsto, eksponując dźwiękową muskulaturę. Nie dziwi zatem, że niskie, splecione w uścisku pasma wiodą słuchacza w stronę muzyki dronowej. Ale to niejedyny walor, dzięki któremu średniowieczna twórczość jawi się jako estetyka bliska współczesności. Popuszczając wodzy wyobraźni odnajdziemy tu ślad doom jazzowej ekspresji, wątki repetytywne, sekwencyjność, a w partiach wiolonczeli może i rustykalną rzewność americany. To wszystko jednak tylko domysły i podszepty intuicji, próbującej ująć fenomen nagrań, które pochodząc sprzed pół millenium, w aranżacji Bastardy ani trochę nie brzmią archaicznie.

„Promitat eterno” jest kolejnym etapem mistycznych poszukiwań po „Ceratitis Capitata” Pawła Szamburskiego i o nagraniach Irchy, w skład której wchodzą miedzy innymi Szamburski i Górczyński. Przenikliwa, nastrojowa Bastarda magnetyzuje słuchacza masywnością i głębią burdonów, których ciężar jak gdyby miał odzwierciedlać przepaść dziejową dzielącą autora kompozycji i jego wykonawców. Wydmuchiwane z klarnetów powietrze drga pod ciężarem dźwięku, a wibrując przeszywa słuchacza swą dostojnością. W poczynaniach tria kryje się  niezwykła subtelność gestów, opanowanie i ujmujący za serce liryzm oswajający funeralny charakter muzyki.


BASTARDA „Promitat Eterno”
2017, Lado ABC

czwartek, 7 grudnia 2017

Oswajanie awangardy / Melatony „Melatony”

Emancypacja instrumentów perkusyjnych poza rytmiczny idiom trwa w najlepsze w solowych poczynaniach Huberta Zemlera. Akademickie doświadczenie, oraz peregrynacje awangardowych i etnicznych form perkusyjnych nigdy nie stoją w sprzeczności z przystępnością muzyki tego artysty. Nie inaczej jest w przypadku Melatonów, solowego projektu wydanego na kasecie przez Pawlacz Perski.

Tym co zdaje się dominować nad repertuarem Melatonów jest harmonia i kompatybilność wszystkich elementów nagrania. Barwy instrumentów perkusyjnych dopełnione sprężystym basem i subtelną syntezatorową ilustracją utrzymane są w tej samej ciepłej tonacji, wspaniale strojąc ze sobą i rozpływając się miękko w przestrzeni. Subtelna, transowa forma z lekkością meandruje między estetykami, przywołując jedynie ich aurę. Echem odbijają się tu krautrockowa motoryka, chicagowski melodyjny post rock, dubowa pulsacja, łagodna psychodelia i wątki etniczne.

Przy wszechstronnej artykulacji, którą biegle operuje Zemler, najistotniejsza wydaje się lekkość z jaką jego instrumentalne talenty zostają wyeksponowane. Po eksperymentalnych, solowych nagraniach z awangardowym repertuarem, „Melatony” nabierają niemal popowego, rozrywkowego powabu. Choć faktem jest, że nawet te bardziej wymagające wydawnictwa Zemlera bywają także nadzwyczaj urokliwe. Muzyk bowiem jak mało kto potrafi tak zaczarować słuchacza brzmieniem instrumentów, przestrzenią i nastrojem, że pozwala mu tym samym oswoić nawet bardziej skomplikowane formy (tak było choćby na „Pupation of Dissonance”). Przy okazji recenzji jego ostatniego solowego wydawnictwa autor wspominał; „amerykańskim minimalistom udało się dokonać interesującej rzeczy – sprawili, że ich muzyka stała się przyjemna w słuchaniu, pozostając jednocześnie w kręgu muzyki istotnej”. Nie ma wątpliwości, że podobna idea przyświeca Zemlerowi, a co ważniejsze znajduje swoje odbicie w jego muzyce.

Hubert Zemler należy do moich ulubionych rodzimych twórców. Nigdy dotąd jego nagrania solowe, czy zespołowe nie rozczarowały mnie. Mimo dużej aktywności na polu muzyki popularnej, improwizowanej, czy awangardowej jego twórczość zdaje się pozostawać nieco w cieniu. A z pewnością jest to artysta co najmniej tego samego kalibru co, bardziej rozpoznawalni Jakub Ziołek, Wacław Zimpel, czy Raphael Rogiński. Warto by było aby jego muzyka dotarła do jak najszerszego grona słuchaczy, bo oswaja to co z pozoru tylko trudne do zrozumienia. Zemler posiada imponujący warsztat instrumentalny, a jego muzyka jest równie przenikliwa, ciekawa co oryginalna. Jego praktykę cechuje perfekcjonizm i precyzyjność, które nigdy jednak nie przesłaniają muzyczności jego nagrań. Znakomicie skrojone kompozycje są zawsze udanym kompromisem między eksperymentem, a przyjemnością słuchania. 

„Melatony” trwające niespełna pół godziny zdają się znosić poczucie czasu w muzyce. Hipnotyzują niczym psychoaktywna substancja łagodnie wprowadzająca w stan odrealnienia. Bogactwo inspiracji, instrumentacji, brzmień i nastrojów zostaje ujęte w sposób tak naturalny i nienaglący, że zdaje się wybrzmiewać dwa razy dłużej niż wskazuje zegar odtwarzacza. Nie ma przy tym jednak nawet przez chwilę poczucia pójścia przez autora na skróty. Kompozycje Melatonów są zaaranżowane bogato i wielowarstwowo, wypielęgnowane ze smakiem i z czułością na wszelkie detale. Wyrafinowane brzmienie harmonizuje z eterycznością melodii, pozwalając słuchaczowi na subtelne oniryczne odloty.



MELATONY „Melatony”
2017, Pawlacz Perski

środa, 6 grudnia 2017

Brud na parkiecie / John Lake „#void”

Zaczyna się od pojedynczych basowych blastów, kończy obłąkańczym rejwem. Nowy John Lake pozostawia po sobie dobre wrażenie.

Echa zgiełkliwej „Carcosy” i gargantuicznego „Strange Gods” zdają się powoli milknąć, choć glitch, cyfrowy przester, przekompresowane brzmienie, mocna stopa i zadziorny temperament muzyki wciąż towarzyszą Jankowi Jezioro. Na „#void” kompozycje uległy jednak oczyszczeniu, zaś elementy rytmiczne zostały zniuansowane, co lepiej niż regularna stopa pobudza dynamikę albumu. Lake karmi się cyfrowym dźwiękiem, estetyzuje hałas przeprowadzając na nim liczne modulacje i modyfikacje. Lubuje się w eksponowaniu brzmienia cyfrowych pętli. Stylizuje je i udziwnia. Nie ma w tym jednak nadmiaru, a efekt jest mniej przytłaczający niż we wspomnianych wyżej płytach. W tych działaniach producenta czuć dużą frajdę, choć to muzyka zdecydowanie pogrążona w ciemności. „Efekciarstwo” Lake'a urozmaica materiał i służy budowaniu dynamiki i dramaturgii. Ta ostatnia zawiązuje się stopniowo, jak podczas występu na żywo. Jest to z resztą zgodne z prawdą. Repertuar „#void” został zarejestrowany podczas występów artysty w łódzkiej Galerii Wschodniej, oraz w katowickiej Pracowni Piastowskiej.

Finał nagrania jest zaś spektakularnym rejwem, w trakcie którego miesza się cyberpunkowa zadziorność, zamiłowanie do hałasu z elementami muzyki tanecznej. To puszczenie wodzy emocji, zatracenie w zgiełku wysokich częstotliwości, regularnym bicie, brudnym cyfrowym transie, kwaśnych i mrocznych melodiach.

„#void” to materiał o lżejszym kalibrze niż „Carcosa”, która wyznaczała kierunek muzyki Lake'a przez kilka ostatnich lat. Nagrania stały się bardziej elastyczne, odświeżone. Nie mają pretensji do bycia dziełem sztuki, posiadają jednak przenikliwość i dynamikę wściekłego rave, w którym brudny cyfrowy rozgwar poszukuje dla siebie ujścia na parkiecie. Co prawda prędzej będzie to parkiet galeryjny niż klubowy; bardziej pogo, niż taniec, jednak to niczego nie ujmuje wysokooktanowej muzyce Łukasza Dziedzica.


JOHN LAKE „#void”
2017, Mik.Musik.!. / Galeria Szara

wtorek, 5 grudnia 2017

(Nie)* Marokański zgiełk w toruńskiej Elanie / Hati & Mazzoll „Teurah”

Po spotkaniu Hati z Mazzollem oczekiwałbym czegoś więcej niż nagrania w stylu Hati i Mazzoll.

Do tej pory Hati pozostawało dla mnie wcieleniem transowej kontemplacji. Źródłem nienachalnych eksperymentów z pogranicza dźwiękowego rytuału, elektroakustyki i ambientu, natchnionych wpływami muzyki etnicznej. Integralną częścią nagrań duetu pozostawała cisza, eksponująca minimalistyczną aranżację. Tym razem duet przyjmuje oblicze, mniej intymne, ekstrawertyczne, oparte na dynamice, spiętrzaniu artykulacji, eksponujące paletę perkusjonaliów i instrumentów dętych z perspektywy rytmu i wysokich częstotliwości.

Z kolei Mazzoll, wybitny klarnecista i yassowiec, dekonstruujący tradycję jazzowej improwizacji, w ostatnich latach dorobił się status gościa dogrywającego swoje ścieżki (często zjawiskowe) do nagrań innych twórców. Wciąż nie mogę doczekać się solowej, w pełni autorskiej płyty tego artysty, zadowalając się bardziej, lub mniej udanymi współpracami. Podobnie jest na „Teruah”, na którym inicjatywę dzierży Hati, budując zręby nagrania, klimat, narrację. Mazzoll zaś bez trudu odczytuje intencje Kołackiego i Iwańskiego, jednak jego wpływ na repertuar i charakter nagrania jest z perspektywy słuchacza niemal niezauważalny.

„Teurah” został  podzielony na dwie części. Pierwsza „Inspiration” zaskakuje swoją zgiełkliwością, nawiązując bezpośrednio do gwaru marokańskich* placów, skąd nie tak dawno nagrania terenowe przywiózł i wydał Rafał Kołacki. Słychać tu piejące dęciaki o rozdzierającej barwie, którą równoważą basowe pomruki klarnetu. Muzyka etniczna z elementami jazzowej improwizacji, pełna pogłosów i przedęć wybrzmiewa krzykliwym współbrzmieniem, osiągając transowe uniesienie, dalekie od kontemplacyjnych poszukiwań Hati. Rytuał nabiera podniosłości, a hałaśliwość zmierza w stronę chaosu i kakofonii. Kumulacja energii zostaje rozładowana w drugiej części nagrania „Expiration”, gdzie istotną rolę odgrywa naturalny pogłos byłych produkcyjnych hal toruńskiej Elany. W fabrycznej akustyce lepiej i klarnetowi i perkusjonaliom. Wnętrza niegdysiejszej fabryki włókien poliestrowych roznoszą dźwięk przenikliwie i potężnie. Świadomi tego muzycy, nawet w tej nieco bardziej kontemplacyjnej i mniej zagęszczonej dźwiękami części, eksponują głównie wysokie częstotliwości, głośne i zadziorne odgłosy. Niuanse schodzą na dalszy plan. Pojawia się więcej przestrzeni rozcinanej intensywnymi sygnałami instrumentów dętych i więcej powietrza wzburzanego tętentem bębnów. Warunki akustyczne sprzyjają również osiągnięciu przez muzyków bardziej intymnego nastroju, niż miało to miejsce w części pierwszej.

Udało się Mazzolowi i Hati zgrać ze sobą, o co nie trudno w zestawie dęciak-perkusjonalia, ale chemii w tym związku nie ma na tyle, aby przekonywał jako jeden organizm. Dwa muzyczne zjawiska w tym przypadku wcale nie tworzą wartości dodanej. Powierzchowny dialog między Hati i Mazzollem to nie jest widowisko, którego spodziewać by się można po tak doświadczonych i ogranych muzykach. Daje się odczuć w grze więcej rutyny niż autentycznej pasji, czy żądzy poszukiwań. Transowość, choć krzykliwa jest pozbawiona wigoru, zaś kontemplacja natchnienia.

**

SPROSTOWANIE

Popełniłem dość istotny błąd rzeczowy w tej recenzji, na który w komentarzu na facebooku słusznie zwrócił mi uwagę Rafał Iwański. Nie posiadam nawet odrobiny kompetencji w sprawach instrumentarium, które posiada Rafał. Poczuwam się zatem do odpowiedzialności za swój błąd i jestem zdania, że to wyjaśnienie należy się zarówno artyście, jak i czytelnikom bloga. Tym chętniej przytaczam poniżej cały komentarz Iwańskiego (uprzedzam z góry że jest to moja osobista inicjatywa). Proszę wybaczyć. Następnym razem postaram się być bardziej dokładny w weryfikowaniu instrumentów i przypisywaniu ich do kultur muzycznych, bądź też skorzystam z porady specjalisty. Zaznaczam jednak, że ten błąd rzeczowy nie zmienia mojej opinii na temat płyty „Teurah”, która reasumując, nie oddaje potencjału artystycznego muzyków tego kalibru co Hati i Mazzoll.

„Dodam może tylko, choć nie wiem czy to istotne dla samej muzyki zawartej na albumie, że np. pierwsza sesja na nim zawarta była naszym pierwszym w ogóle w życiu muzycznym spotkaniem z Jerzy Mazzoll, tj. HATI & MAZZOLL - a rozmawialiśmy wtedy ze sobą w realu chyba trzeci raz. Była to totalna improwizacja, a warunki sprzętowe na naszej salce prób minimalistyczne, jeśli chodzi o sprzęt nagraniowy. Potem Artur Maćkowiak dodał od siebie i wyciągnął w miksie ile tylko mógł. Może to rzeczywiście "powierzchowny dialog", nie wiem... Natomiast nasi szanowni koledzy Ziołek i Zimpel zanim weszli do studia mieli za sobą szereg koncertów, prób, jedno z najlepszych studiów nagraniowych w Polsce, itp. Praktycznie zero improwizacji podczas pracy nad płytą. To zupełnie inna muzyka i inny sens produkcji. Jako trio HATI & MAZZOLL po prostu zaryzykowaliśmy i weszliśmy z tym materiałem w świat muzyki improwizowanej... Z HATI na naszej drodze muzycznej pracowaliśmy i pracujemy nieraz w ten sposób głównie w warunkach koncertowych, także grając z innymi ... A jeśli chodzi o Maroko to osobiście mogę powiedzieć, że kolekcjonuję instrumenty muzyczne z Afryki Północnej (perkusyjne i dęte) od 20 lat (o czym była mowa w wielu wywiadach i prezentacjach) i mamy ich naprawdę liczny zbiór (sporą część sam na miejscu wybierałem i przywoziłem, ale nie dla potrzeb muzeum etnograficznego...). Na albumie "Teruah" znalazł się chyba jeden instrument dęty z Maroka (klarnet Rafała Kołackiego w jednym numerze), oraz dwa z Tunezji (bęben obręczowy bendir w dwóch utworach oraz klarnet zummara przez kilka sekund w innym). Nie ma status quo w wypadku HATI & MAZZOLL, bo nie mogło być - a nasza przyszłość nikomu nie jest znana, nawet my jej nie znamy ;) To po prostu było szczere muzyczne spotkanie, pełne pasji i wigoru...” [Rafał Iwański 05.12.2017]


HATI & MAZZOLL „Teurah”
2017, Requiem Records

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Poza zasięgiem wzroku / Suavas Lewy „Dźwiękowa historia Łodzi”

RECENZJI W WERSJI AUDIO MOŻNA ODSŁUCHAĆ TUTAJ (KLIK)

"To co widzieliśmy kiedyś, to nie czuliśmy tego, bo żeśmy właśnie nie dotykali. A teraz dotykiem można wiele rzeczy innych doświadczyć... Poprzez dotykanie czegoś to się zupełnie nowych rzeczy dowiaduje, niż by się na to spojrzało... Tam, jest wzrokiem powierzchowne, ale bardzo szybkie... wzrok tu rzucisz tam rzucisz... A tu jak dotkniesz to zupełnie inaczej to czujesz. I ten człowiek, który widzi, a nie dotknie to inaczej to ocenia."

„W kulturze Zachodu zmysły nigdy nie były równorzędne. Od czasów starożytnych istniała ich ścisła hierarchia. Platon rozróżniał zmysły wyższe (wzrok, słuch) oraz niższe (smak, węch). Podobnie dzielił je Arystoteles i znaczna część filozofów w wiekach późniejszych. Wzrok i słuch były uprzywilejowane ze względu na dystans percepcyjny. Im przedmiot znajdował się dalej, tym lepiej. Od momentu wynalezienia druku przez Jana Gutenberga człowiek istniał przede wszystkim w świecie wizualnym” – możemy przeczytać we wstępie zbiorowej publikacji „Świat zmysłów. O znaczeniu zmysłów w kulturze” (wyd. Akademia Ignatianum). Okulocentryzm zdominował percepcję świata aż do dziś. A jednak wzrok zdaje się być zmysłem niepewnym, nie do końca godnym zaufania. Mimo swojej dominacji niejednokrotnie poszukuje bowiem oparcia w innych zmysłach. Aby w coś uwierzyć, stwierdzić faktyczną egzystencję, zażegnać swój niepokój i nieufność szukamy ostatecznego potwierdzenia w innych zmysłach. „Nie wierzę w to co widzę” mówimy, często dodając „muszę doświadczyć tego na własnej skórze”; „nie uwierzę dopóki nie dotknę”. O tym zdaje się mówić jedna z bohaterek „Dźwiękowej Historii Łodzi”, której wypowiedź przytoczyłem w pierwszym akapicie.

Bohaterka to kobieta z dysfunkcją wzroku. Jego utrata spowodowała wzmocnienie innych zmysłów, w tym dotyku, co z kolei pozwoliło jej głębiej odbierać rzeczywistość. Ona i inni podopieczni Fundacji „Szansa dla Niewidomych”, odbywają cykl spacerów śladami historii miasta Łodzi. Ich dźwiękowa relacja została zarejestrowana i wydana w formie reportażu w oficynie Nasze Nagrania, prowadzonej przez Suavasa Lewego; społecznika, kuratora sztuki, artystę, muzyka. Perspektywa postrzegania świata przez osoby niewidome i niedowidzące staje się okazją wejścia w świat całkowicie niedostępny dla osoby pełnosprawnej. Pozwala dostrzec immanentność zmysłów, która wcale nie jest tak oczywista w multisensualnym odbiorze świata wokół.

Razem z grupą podopiecznych fundacji zwiedzamy Łódź za pomocą słuchu i dotyku. Usłyszymy szum wody płynącej w dziewiętnastu (!) rzekach przepływających przez Łódź, dźwięk krosen i warsztatów tkackich, tramwajów, zajezdni, oraz zapomniane przez powszechną historię opowieści o powstaniu łódzkim i strajku włókniarek, a na koniec zasłuchamy się w wersach Kadiszu. Poczujemy wibracje miasta, a także dotkniemy (w dosłownym i przenośnym znaczeniu) sztuki. W nagraniu usłyszymy zarówno dialogi i dyskusje spacerowiczów, jak i nagrania terenowe zarejestrowane in situ, oddające środowisko dźwiękowe odwiedzanych miejsc. Do czasu niestety, bo dotyczy to tylko kilku rozdziałów „Dźwiękowej Historii Łodzi”. Słusznie domaga się Maciej Wirmański z Kultury Staroci konsekwencji w prowadzeniu tej opowieści w oparciu o odgłosy terenowe. W momencie, kiedy zamiast nich wypowiedzi zostają zilustrowane muzyką, nagrania tracą pierwiastek swojej unikalności. Co zaskakuje, to muzyka jest najsłabszym elementem całego przedsięwzięcia. Próba zachowania neutralności i niewchodzenia w drogę narracji wokalnej została sprowadzona do formy muzaka, rodem z podkładu muzycznego do plansz pogodowych w telewizji regionalnej. Najdobitniejszym tego przykładem jest kompozycja „Tramwaj”.

Miasto Łódź, które w tej opowieści wcale nie pełni kluczowej roli, jawi się z zewnętrznej perspektywy jako miasto dumne ze swojej trudnej, robotniczej historii i pełne paradoksów. Kto bowiem spodziewałby się gęstej sieci rzek w Łodzi; kto słyszał o „powstaniu czerwcowym”, czy o „strajku włókniarek”. To co zaginęło w pomroce dziejów i ulotniło się z kart historii, autor wydawnictwa Suavas Lewy jedynie szkicuje, pozostawiając słuchaczowi możliwość zagłębienia się w genezę wydarzeń. Historia Łodzi w wersji audio sprawdzi się zatem jako przewodnik dla tego kto w mieście nigdy nie był, nigdy go nie widział, lub nigdy go już nie zobaczy. Ciekawie przytoczony zostaje wątek odbioru sztuki awangardowej, w kontekście unistycznego malarstwa Władysława Strzemińskiego. Bohaterowie opowieści stawiają instynktowny opór przed abstrakcją i niefiguratywnością; co jeden ze spacerowiczów ujmuje celną puentą; „przytłacza nas rzeczywistość od której nie potrafimy się oderwać”.

Wydawnictwo Suavasa Lewego rozpięte zostało na wielopiętrowej narracji. Na poziomie najbardziej dosłownym mamy do czynienia, z przewodnikiem miejskim, z mapą miejsc i wydarzeń historycznych, oraz rejestracją miastoznawczych spacerów. Kolejną płaszczyzną jest niepełnosprawność, narzucająca filtr, na postrzeganą rzeczywistości, oraz implikująca rozważania dotyczące odmienności, wykluczenia i tolerancji. Z kolei na poziomie metanarracyjnym mamy do czynienia z refleksją nad funkcjonowaniem zmysłów ich przenikaniem się i kompensacją. To ambitne przedsięwzięcie nie uniknęło momentów słabości, nikną one jednak wobec doniosłości idei i jej wielowątkowego ujęcia.

„Dźwiękowa historia Łodzi” jest czymś więcej niż, co mogłoby wynikać z tytułu, materiałem promocyjnym miasta. Więcej niż elementem pielęgnowania tożsamości mieszkańców; więcej nawet niż historyczny bryk. To przede wszystkim lekcja empatii i tolerancji, a także bezpretensjonalna forma dialogu z osobami niepełnosprawnymi. Paradoksem jest, że dzięki osobą niedowidzącym, chętnie dzielącym się swoimi unikalnymi doświadczeniami, widzący mają szansę dostrzec więcej.



SUAVAS LEWY „Dźwiękowa Historia Łodzi”
2017, Nasze Nagrania