Kobieta z wydm. Klasyczny trójkąt. On, Ona i On. Małżeństwo; Iwona i Błażej Królowie i... ten trzeci Mateusz Rychlicki. A w grze intymna rozgrywka i emocjonalny ekshibicjonizm.
To niesamowite z jaką łatwością Błażej Król zrzuca kolejny naskórek i wymyśla się wciąż na nowo, nie tracąc nic ze swojej artystycznej oryginalności. Kawałek Kulki, UL/KR, Dwutysięczny, Król, Lauda, a teraz Kobieta z Wydm. Za żadnym z tych wcieleń nie pozwolił zbyt długo tęsknić. Jednak do tej pory, nawet jeśli dzielił płytę z innymi artystami, rys jego muzycznej osobowości był dominujący. Kobieta z Wydm zmusiła Króla, może nie tyle do abdykacji ile do podzielenia się władzą. Ze zdecydowanym pożytkiem dla płyty „Bental”.
Zacznijmy od muzyki, bo mimo, że znakomita to w kontekście całego albumu wydaje się nieco mniej przeszywająca od fabuły (choć oczywiście dopiero w pełnym zestawieniu emanują efektowną dosadnością). Warstwa dźwiękowa „Bentala” została skomponowana demokratycznie, ze splotu zamiłowań każdego z muzyków. Mateusz Rychlicki bębni tu ze swadą i lekkością, jak na ostatniej płycie Kristen. Chwyta też za gitarę by zarzucić psychodelicznym, nerwowym motywem, dodać przestrzeni, bądź zaakcentować dramaturgię nagrania gwałtownym przesterem. Błażej Król, tym razem grający na basie, przemyca w swoich partiach dubowe motywy do których nie kryje sympatii jako słuchacz. Z kolei najmniej doświadczona muzycznie Iwona Król, przepasa dynamiczną sekcję, widmowymi pasmami syntezatora, którego brzmień poszukiwać możemy na przełomie lat 70-80 w estetyce kosmische musik. Z resztą to właśnie jej obecność (nie tylko instrumentalną) uznałbym za kluczową dla odbioru tej płyty. Odważając się zabrać głos, mimo braku praktyki, udało jej się uzyskać wyrazisty kontrast dla silnej maniery wokalnej i charyzmy Błażeja. Poetyckie rozmodlenie, ciążące często na płytach solowych Króla, zostaje tu zbilansowane chłodną, chropowatą i wyrazistą wokalizą Iwony.
Przejdźmy jednak do esencji albumu, w miejsce gdzie do muzycznej psychodelii, dołącza fabularna psychodrama. Osią na której została oparta narracja całej płyty, a której nie sposób zignorować (choć wielu piszących nie zwróciło na to uwagi, bądź celowo pominęło) jest pełna napięcia relacja na linii; kobieta-mężczyzna. Relacja skomplikowana, przepełniona zwątpieniem, obcością? Będąca testem weryfikacji uczuć i zaufania. Damsko-męska rozgrywka przybiera chwilami formę niebezpiecznego wyzwania, jak w zapierającym dech w piersiach „Urwisku”. W powtarzanych niczym mantra słowach – „Choć nie możesz być pewny, że z tyłu nie ma urwiska cofnij się o krok, zaufaj. / W gardle krwista flegma w oczach paleniska, zrób krok. Posłuchaj. I pewnie nie minie to i blizny zostaną marzy nam się spokój jak góra.” – czai się ocierający o perwersję obraz; próba wymagająca bezwzględnego zaufania i poświęcenia, nawet za cenę spadnięcia w otchłań. To coś więcej niż deklaracja miłości. To inicjacyjny rytuał; więzy krwi, ostateczny test na lojalność, motyw skądinąd szeroko eksploatowany w kinie, czy literaturze. Cała płyta obfituje w podobne, naznaczone perwersją umizgi. Począwszy od „Straszenia mnie i zabawy ogniem” („Strasz mnie”), przez „Przeciął ściśniętą dłoń, przyjemność obiecał”; aż po „Przyznaję, wolę patrzeć jak padasz / Przyznaję lubię pod włos”(”Przeciął”). A że finał tych niebezpiecznych gier jest bolesny niech świadczy „Nabrzmiały od ciosów ciemny rumień”, „Krwista flegma” („Urwisko”) „Drapanie do krwi” („Pyk”). Nie zostaje też bez wpływu na kondycję psychiczną bohaterów, która zostaje naruszona „wstrząsami i kołysaniem” („A co jeśli”). Stąd szlochy („Pyk”, „Nuda”), strach („Amnezja”), skruszenie („Przyjdź”) i wątpliwości („A co jeśli ten smak zostanie na ustach do końca / I budzić będzie w nocy, w dzień psuł będzie apetyt do słońca”) („A co jeśli”). Za pomocą piosenek odbywa się tu dialog kobiety i mężczyzny, pełen wątpliwości, wyrzutów, traum i nawoływań. Zakończenie jest, jak można się spodziewać, pozbawione happy endu „Nawet nie zauważyłem, że całą drogę jechaliśmy bez świateł / Nawet nie zauważyłem że cała drogę jechaliśmy pod prąd” („Nie dość”).
Słuchanie debiutanckiej płyty Kobiety z wydm jest jak wchodzenie z butami w nie swoje życie. Moja obecność, jako słuchacza poza niekłamaną satysfakcją estetyczną, sprawiła mi również dyskomfort emocjonalny. „Bental” jest wstrząsający. Nie kojarzę, aby tak intymny dialog między kobietą i mężczyzną rozegrał się kiedykolwiek w polskiej muzyce. Słowa, które same w sobie nie są jakimś szczytem poetyckiej metafory, są nośnikiem niespotykanych w muzyce rozrywkowej napięć. I mimo, że bolą i wywołują zakłopotanie, to (obok muzyki) stanowią ogromną wartość tego materiału, który z racji emocji jakie wywołuje powinien wejść do annałów polskiej liryki muzycznej. Chwała należy się również za to, że muzykom udało się zachować balans między tym co niepokojące, a przebojowe, a w zasadzie zmieszać to w jakąś unikalną całość. Słucha się bowiem tej płyty z prawdziwą przyjemnością, co wziąwszy pod uwagę jej ciężar pozamuzyczny, samo w sobie zakrawa na perwersję.
KOBIETA Z WYDM „Bental”
2017, Thin Man Records
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mateusz Rychlicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mateusz Rychlicki. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 27 kwietnia 2017
czwartek, 29 września 2016
Fajerwerki / Kristen "Las"
Na wstępie postaram się ująć to bez kwiecistych metafor, w krótkich żołnierskich słowach, bo i opisywana płyta jest konkretna. "Las" to najlepsza płyta w szesnastoletniej dyskografii Kristen. Pięć utworów w trzydzieści pięć minut wystarczyło aby wydobyć esencję stylu i ukazać ją w zupełnie nowej, świeżej formie.
Od pierwszych taktów pachnie tu nowością. Bo i "Salto" to utwór, który dotąd nie zdarzył się zespołowi. Przebojowość nie jest wzięta tu w cudzysłów, a fizycznie wręcz emanuje z tego tanecznego otwarcia. Mocny motyw przewodni, oparty jest na krótkiej pętli wytyczonej basowym nerwem Michała Bieli, oraz wyrazistej (zarówno w brzmieniu jak i w artykulacji) perkusji Mateusza Rychlickiego. Zilustrowany zostaje migotliwymi klawiszami ARP Odyssey, obsługiwanymi przez nowego członka zespołu Macieja Bączyka i oszczędnym gitarowym motywem Łukasza Rychlickiego. Ramię "melodyjne" Kristen ogranicza się tu jedynie do nanoszenia na surową partię rytmiczną, szkicowych wątków melodycznych, oraz przestrzennych, zwiewnych teł wyjętych żywcem z kosmische musik, bądź (jak zauważył przytomnie w swojej recenzji Grzegorz Tyszkiewicz) z kompozycji Coila (wszak i oni mieli mocny odlot na punkcie ARP Odyssey). Mocno transowe "Salto" zagrane jest bardzo przestrzennie i z wyczuwalnym funkowym groovem, co mnie osobiście skojarzyło się z muzyką amerykańskich dance-punkowych wykrzykników !!! (Chk, Chk, Chk). Kristen otarli się o podobną estetykę na poprzedniej płycie "The Secret Map", w utworze, "Music will soothe me". Teraz jednak uprościli kompozycję i dodali jej tempa, uzyskując spektakularny rezultat.
Rytm nadaje rozmach również dwóm innym kompozycjom z "Lasu". W "Amrze" opartej na krautrockowej pulsacji i "Tonach", które przywołują w pamięci post-rockowe wspomnienie sprzed niemal dwóch dekad. W tych kompozycjach szala gatunkowa przesuwa się wyraźnie w stronę transu i hałasu czyli estetyk, które zespół ochoczo eksploatował w całej swojej karierze. To również moment, w którym Łukasz Rychlicki zagęszcza szkice melodii w przeszywające noisowe formy, sięgając po wyimki ze swojej wirtuozerskiej solowej twórczości. W tym momencie dochodzimy, do jakże adekwatnie zatytułowanej kompozycji, która stanowi na płycie wyraźną opozycję do reszty materiału. Pozbawiona rytmu "Wyspa" to znakomity przykład samoświadomości muzyków, którzy sięgając po eksperyment na styku noisu i ambientu, ekstrahują z niego esencję, przycinając otwartą formę do drugiego najkrótszego na płycie utworu, który (co również dostrzegł Tyszkiewicz) mógłby w rozwiniętej formie stanowić nawet oddzielną płytę.
Jeśli cztery pierwsze kompozycje nie postawiły Was na baczność to z pewnością zrobi to utwór finałowy. Jest on pod wszelkimi względami wyjątkowy. Po pierwsze to jedyny utwór na płycie w którym pojawia się wokal. Po drugie jest to bodaj pierwszy w historii zespołu tekst zaśpiewany po polsku. Po trzecie sam tekst i jego sposób artykulacji robią piorunujące wrażenie. Lakoniczne słowa, cedzone przez Bielę półgłosem, zlewają się ze ścieżkami instrumentów sprawiając, że nadstawiamy ucha łowiąc je z napięciem. Ich osobisty charakter ściska za gardło. To prosta, acz przeszywająca historia, w której nie zapodziało się choćby jedno zbędne słowo. (To skrupulatne dozowanie słów odświeżyło mi w pamięci wrażenia jakie odniosłem po seansie, mojej ulubionej IV część "Dekalogu" Kieślowskiego, gdzie mimo mocnego tematu i skomplikowanej relacji bohaterów, w dialogach również nie pada nawet jedno niepotrzebne słowo). Monologowi Bieli wiernie towarzyszy Łukasz Rychlicki, podkreślający dramaturgię tekstu przeszywającym rykiem gitary. Kompozycja zachowana jest w miarowym tempie, a narracja z wolna gęstnieje, aż do stonowanej kulminacji, którą muzycy przytomnie utrzymują w ryzach unikając przy tym zbędnego efekciarstwa.
Nigdy nie byłem fanem Kristen, przyznaję. Dlatego być może tak łatwo mi wyrokować o "Lesie" jako najlepszej płycie grupy. Mam jednak nieodparte wrażenie, że po niemal dwudziestu latach istnienia zespół pokusił się o spektakularną ewolucje. Zupełnie jakby członkowie grupy drobiazgowo zrewidowali swoje dokonania, odsiali z nich to co niepotrzebne, pozostawiając to co najlepsze. Uprościli formę, zarówno zespołowej jak i solowych ekspresji. Odchudzili kompozycje z pobocznych wątków. A przy tym zachowali najbardziej wyraziste elementy będące sumą ich muzycznych doświadczeń; umiejętność błyskawicznego przechodzenia do meritum (właściwie każdy utwór z płyty od pierwszych taktów jest wejściem w centrum kompozycji), budowania i zagęszczania atmosfery, czy umiar w eksperymentowaniu i szafowaniu ekstremalnymi wątkami. Z nowych elementów zyskali lekkość w rytmice, przebojowość (to doprawdy novum bo Kristen do tej pory uchodzili jako grupa zdecydowanie anty-przebojowa), oraz klawiszowca, który nawet z drugich planów ma wyraźny wpływ na nowe brzmienie zespołu.
To już kolejna w tym roku, najlepsza polska płyta. Trudno jest mi znaleźć w "Lesie" choćby jeden słaby moment. Wszystko wydaje się być tu skrojone z lekkością i na miarę. Płyta jest zwarta i brzmieniowo i narracyjnie, pomimo tego że estetyka poszczególnych utworów jest dość różnorodna. Na tle dotychczasowych dokonań zespołu, brzmi świeżo i ożywczo. I zaskakuje na każdym kroku. Eksplodujące na okładce fajerwerki to bardzo trafiona metafora tej płyty. Prawdziwy instant classic.
KRISTEN - "Las"
2016, Instant Classic
Od pierwszych taktów pachnie tu nowością. Bo i "Salto" to utwór, który dotąd nie zdarzył się zespołowi. Przebojowość nie jest wzięta tu w cudzysłów, a fizycznie wręcz emanuje z tego tanecznego otwarcia. Mocny motyw przewodni, oparty jest na krótkiej pętli wytyczonej basowym nerwem Michała Bieli, oraz wyrazistej (zarówno w brzmieniu jak i w artykulacji) perkusji Mateusza Rychlickiego. Zilustrowany zostaje migotliwymi klawiszami ARP Odyssey, obsługiwanymi przez nowego członka zespołu Macieja Bączyka i oszczędnym gitarowym motywem Łukasza Rychlickiego. Ramię "melodyjne" Kristen ogranicza się tu jedynie do nanoszenia na surową partię rytmiczną, szkicowych wątków melodycznych, oraz przestrzennych, zwiewnych teł wyjętych żywcem z kosmische musik, bądź (jak zauważył przytomnie w swojej recenzji Grzegorz Tyszkiewicz) z kompozycji Coila (wszak i oni mieli mocny odlot na punkcie ARP Odyssey). Mocno transowe "Salto" zagrane jest bardzo przestrzennie i z wyczuwalnym funkowym groovem, co mnie osobiście skojarzyło się z muzyką amerykańskich dance-punkowych wykrzykników !!! (Chk, Chk, Chk). Kristen otarli się o podobną estetykę na poprzedniej płycie "The Secret Map", w utworze, "Music will soothe me". Teraz jednak uprościli kompozycję i dodali jej tempa, uzyskując spektakularny rezultat.
Rytm nadaje rozmach również dwóm innym kompozycjom z "Lasu". W "Amrze" opartej na krautrockowej pulsacji i "Tonach", które przywołują w pamięci post-rockowe wspomnienie sprzed niemal dwóch dekad. W tych kompozycjach szala gatunkowa przesuwa się wyraźnie w stronę transu i hałasu czyli estetyk, które zespół ochoczo eksploatował w całej swojej karierze. To również moment, w którym Łukasz Rychlicki zagęszcza szkice melodii w przeszywające noisowe formy, sięgając po wyimki ze swojej wirtuozerskiej solowej twórczości. W tym momencie dochodzimy, do jakże adekwatnie zatytułowanej kompozycji, która stanowi na płycie wyraźną opozycję do reszty materiału. Pozbawiona rytmu "Wyspa" to znakomity przykład samoświadomości muzyków, którzy sięgając po eksperyment na styku noisu i ambientu, ekstrahują z niego esencję, przycinając otwartą formę do drugiego najkrótszego na płycie utworu, który (co również dostrzegł Tyszkiewicz) mógłby w rozwiniętej formie stanowić nawet oddzielną płytę.
Jeśli cztery pierwsze kompozycje nie postawiły Was na baczność to z pewnością zrobi to utwór finałowy. Jest on pod wszelkimi względami wyjątkowy. Po pierwsze to jedyny utwór na płycie w którym pojawia się wokal. Po drugie jest to bodaj pierwszy w historii zespołu tekst zaśpiewany po polsku. Po trzecie sam tekst i jego sposób artykulacji robią piorunujące wrażenie. Lakoniczne słowa, cedzone przez Bielę półgłosem, zlewają się ze ścieżkami instrumentów sprawiając, że nadstawiamy ucha łowiąc je z napięciem. Ich osobisty charakter ściska za gardło. To prosta, acz przeszywająca historia, w której nie zapodziało się choćby jedno zbędne słowo. (To skrupulatne dozowanie słów odświeżyło mi w pamięci wrażenia jakie odniosłem po seansie, mojej ulubionej IV część "Dekalogu" Kieślowskiego, gdzie mimo mocnego tematu i skomplikowanej relacji bohaterów, w dialogach również nie pada nawet jedno niepotrzebne słowo). Monologowi Bieli wiernie towarzyszy Łukasz Rychlicki, podkreślający dramaturgię tekstu przeszywającym rykiem gitary. Kompozycja zachowana jest w miarowym tempie, a narracja z wolna gęstnieje, aż do stonowanej kulminacji, którą muzycy przytomnie utrzymują w ryzach unikając przy tym zbędnego efekciarstwa.
Nigdy nie byłem fanem Kristen, przyznaję. Dlatego być może tak łatwo mi wyrokować o "Lesie" jako najlepszej płycie grupy. Mam jednak nieodparte wrażenie, że po niemal dwudziestu latach istnienia zespół pokusił się o spektakularną ewolucje. Zupełnie jakby członkowie grupy drobiazgowo zrewidowali swoje dokonania, odsiali z nich to co niepotrzebne, pozostawiając to co najlepsze. Uprościli formę, zarówno zespołowej jak i solowych ekspresji. Odchudzili kompozycje z pobocznych wątków. A przy tym zachowali najbardziej wyraziste elementy będące sumą ich muzycznych doświadczeń; umiejętność błyskawicznego przechodzenia do meritum (właściwie każdy utwór z płyty od pierwszych taktów jest wejściem w centrum kompozycji), budowania i zagęszczania atmosfery, czy umiar w eksperymentowaniu i szafowaniu ekstremalnymi wątkami. Z nowych elementów zyskali lekkość w rytmice, przebojowość (to doprawdy novum bo Kristen do tej pory uchodzili jako grupa zdecydowanie anty-przebojowa), oraz klawiszowca, który nawet z drugich planów ma wyraźny wpływ na nowe brzmienie zespołu.
To już kolejna w tym roku, najlepsza polska płyta. Trudno jest mi znaleźć w "Lesie" choćby jeden słaby moment. Wszystko wydaje się być tu skrojone z lekkością i na miarę. Płyta jest zwarta i brzmieniowo i narracyjnie, pomimo tego że estetyka poszczególnych utworów jest dość różnorodna. Na tle dotychczasowych dokonań zespołu, brzmi świeżo i ożywczo. I zaskakuje na każdym kroku. Eksplodujące na okładce fajerwerki to bardzo trafiona metafora tej płyty. Prawdziwy instant classic.
KRISTEN - "Las"
2016, Instant Classic
Subskrybuj:
Posty (Atom)