Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Micromelancolié. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Micromelancolié. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 listopada 2017

Listopad na plaży / Micromelancolié + Passive Status + AK UKI

Plaża w listopadzie? Dla fanów mrocznej elektroniki i ambientu to miejsce wręcz idealne. Zwłaszcza  w Kołobrzegu. Oto nowe wydawnictwa z Plaży Zachodniej


Micromelancolié „No respect for grace and virtue” / (Plaża Zachodnia, 2017)


Choć tym razem nowego wydawnictwa Roberta Skrzyńskiego trzeba było wypatrywać nieco dłużej (do niedawna nagrania tego artysty ukazywały się w kilkutygodniowych odstępach), to po raz kolejny doczekaliśmy się porcji zjawiskowej elektroniki.

Od pewnego czasu projekt Micromelancolié stanowi klasę samą dla siebie. Kolejne premiery jego nagrań przynoszą obraz ciągłej ewolucji w poszukiwaniu własnego języka i ekspresji. Niemal każda premiera zabiera słuchacza w co raz to nowe, trudne do przewidzenia rejony, w których triumf wyobraźni twórczej i umiejętności producenckich objawiają się w postaci osobliwej, w pełni autorskiej wizji muzyki elektronicznej.

Metoda kreacji u Skrzyńskiego wciąż pozostaje ta sama. Klei on plądrofoniczne kolaże w oparciu o znalezione sample, warstwy szumów, elektroakustyczne eksperymenty i nagrania terenowe. Jednak wraz ze skokiem technicznej jakości tych nagrań, można dostrzec również ogromny progres artystyczny, którego postępy możemy śledzić już od wydawnictwa „Low Cakes” (BDTA, 2015). Od tego czasu ewolucja przybiera co raz bardziej imponujące rezultaty, na co uparcie staram się zwrócić uwagę w niemal każdej wzmiance o muzyce Micromelancolié, która pojawia się na tym blogu. To co niegdyś wydawało się zatraconym w estetyce lo-fi wielowątkowym amalgamatem, skrytym pod warstwą dźwiękowych brudów i szumów, przedzierzgnęło się do niemal hi-endowej jakości. Skrzyński jednak nie porzucił swojego upodobania do dźwiękowego recyklingu. Odchudzając formę swoich dotychczasowych kompozycji, znajdując w nich miejsce na przestrzeń, ciszę i pauzę, a także doskonaląc się w technice produkcji dźwięku (Skrzyński co raz częściej pojawia się w roli masteringowca) znalazł sposób by wyeksponować zgrzyty, trzaski, sprzężenia w imponującej klarownością przestrzeni.

Nową jakość w produkcjach Skrzyńskiego wprowadziły również wokale. „Wcześniej używałem wokali zupełnie bez kontekstu, jako szpulki wokół której osnuwałem melodię, budowałem nagranie" – stwierdza Robert. W przypadku „No respect for grace and virtue” zajmują one centralne miejsce. Nie rejestruje ich sam. Korzysta z banków wokaliz udostępnionych na licencji creative commons. Następnie modyfikuje je, moduluje i przepuszcza przez efekty, zmyślnie wplatając w warstwę dźwiękową. Tworzy z nich zupełnie nową jakość, nie spotykaną w polskiej muzyce. Nagrania Skrzyńskiego, z resztą już dawno wyrosły oryginalnością poza granice kraju, reprezentując na tle zgranej i niezbyt świeżej estetyki ambientu zjawiskową wartość. W mojej opinii „No respect for grace and virtue” mogłaby z powodzeniem znaleźć się w katalogu berlińskiej wytwórni PAN nastawionej na poszukiwanie progresywnych przejawów w muzyce elektronicznej.

Warto na przykładzie „No respect for grace and virtue” zastanowić się na czym polega oryginalność muzyki Skrzyńskiego. Choć twórczość Micromelancolié najłatwiej umieścić w kontekście ambientowym, głównie ze względu na statyczność muzyki, czy jej posępny nastrój, to działania twórcy kompletnie przemeblowują ten gatunek, do tego stopnia, że niewiele ma wspólnego z muzyką tła. Kompozycje Skrzyńskiego są wielowątkowe, czerpią z różnych nurtów, sięgając nawet po wycinki tanecznych estetyk, często jedynie zacytowanych (regularny bit techno w„Untitled 1”, czy footworkowy groove w „Untitled 3”). Producent wiele uwagi poświęca dramaturgi stąd tyle w jego nagraniach kontrastów i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jego muzyka nawet przez chwile nie zionie nudą, jest zmienna i plastyczna; na uszach słuchacza przepoczwarza się eksponując swą zmieniającą się formę. Oczywiście nie byłoby to w kontekście około-ambientowym żadnym novum, gdyby nie fakt, że Robert ograniczył czas trwania swoich kompozycji do singlowych 3-5 minut! Materiał „No respect for grace and virtue” jest znamienitym przykładem na to jak snując jedną spójną opowieść, podzielić ją na sześć autonomicznych epizodów, z których każdy ma swoją wewnętrzną dramaturgię i konstrukcję. Słuchając kolejnych nagrań Skrzyńskiego nie mam wątpliwości, że obcuję z unikalną ekspresją.

Na wydanej dla Plaży Zachodniej kasecie pojawia się jeszcze jeden, nowy w twórczości Micromelancolié motyw, wychodzący poza sam kontekst muzyczny. Mam na myśli antykonsumpcyjny manifest, który towarzyszy wydawnictwu; ujęty zarówno w wymownym tytule, opisie materiału, oraz w treści wokaliz, które znalazły się w nagraniach.





Passive Status „Papier” / (Plaża Zachodnia, 2017)


Passive Status to solowy projekt Marka Kasprzaka, jednego z współzałożycieli wydawnictwa Plaża Zachodnia (również w składzie Ak Uki i Mothertape).

„Papier” (taki tytuł nosi materiał), parafrazując powiedzenie przyjmuje wszystko, także w tym przypadku. Znalazły się w repertuarze tej kasety pomruki, szelesty, trzeszczenia, dźwiękowa obskura i chłód, industrialne zgrzyty podszyte basem, analogowy szum, elektroakustyczne prepary, ambientowe zjawy, ziarnisty pomruk, szepty terenowych nagrań, trzaski dudniące w pogłosie, wisielcze melodie, noisowe blasty, a także obcy w tym ponurym zestawieniu szczebiot ptactwa. Cały ten zestaw gwarantuje słuchaczowi intensywny peeling ucha. Ale czy coś więcej pozostawi po sobie?

Główną zaletą „Papieru” jest dramaturgia, podług, której Kasprzak buduje narrację opartą na cyklu kulminacji i wyciszeń. Ów zabieg panowania nad tą przytłaczającą menażerią dźwiękowej obskury zapewnia słuchaczowi komfort słuchania i poruszania się po skąpanej w mroku przestrzeni. Mamy więc czas oswoić się z dźwiękami i śledzić powolny bieg wydarzeń, który czasem prowadzi do tak nieoczekiwane momentów jak wspomniany szczebiot ptactwa („Opowieści bestii”), bądź do zagubiona, kwaśna melodia („Plaża”).

Gdyby więcej niespodziewanego zagościło na kasecie Marka Kasprzaka, wtedy też nabrała by ona więcej smakowitości. Passive Status, nie odkrywa przed słuchaczem nowych lądów, ale jego dźwiękowy tygiel warty jest uwagi.


  

AK UKI „Manteufel” / (Plaża Zachodnia, 2017)

Nieco inaczej jest w przypadku drugiej płyty Ak Uki. Muzyka reprezentacyjnego zespołu Plaży Zachodniej, w skład którego wchodzi trzy czwarte założycieli labelu (Robert Demidziuk, Marek Kasprzak, Maciek Jaciuk) sięga aż zaświatów.

Patronem płyty jest tytułowy Manteufel, małopolski diabeł grasujący w okolicach Miechowa, porywający ludzi do piekła; zaś sami muzycy tytułują swoją twórczość jako „muzykę wymarłych plemion” Coś jest na rzeczy z tymi zaświatami i nie chodzi mi jedynie o niepokojący i ciężki nastrój nowego materiału, ale raczej o jego przyziemność i martwotę.

Trio skupia się na poszukiwaniu atmosfer i owe poszukiwania rozgrywa w subtelnościach eksperymentów ambientowych i elektroakustycznych. Pełno tu zjaw, pojawiających się i znikających dźwiękowych duchów. Zza gęstych i ciężkich warstw szumów, trzasków, pod grząskimi burdonami i spomiędzy kostropatych zgrzytów dobiegają naszych uszu śpiewy, szepty, zaklęcia, ewokacje, również strzępy orientalnych nagrań. I jest to w zasadzie jedyny pomysł na zaciekawienie słuchacza. Bo choć jest to materiał dobrze zrealizowany, to dojmujący wydaje się brak jakiejś osobistej wizji, charyzmy, próby nadania muzyce indywidualnego sznytu. A klimat, który z taką pieczołowitością starają się stworzyć muzycy  z każdą minutą zdaje się rozmywać. Początkowa ciekawość zmienia się w niecierpliwe wyczekiwanie końca, tym bardziej, że jest to najdłuższy z prezentowanych w tym wpisie materiałów.

Z magmy pogłosów, szumów i warstw nie wyłania się nic szczególnego ponad przygnębiający widok nieskończenie mrocznej otchłani. Jak pod ziemię zapadły się pełne inwencji wątki, które znakomicie sprawdziły się w debiucie zespołu (motywy dubowe, jazzowe, czy post rockowe) pozostawiając tu zionące pustką miejsce, nie zapełnioną czymkolwiek godnym zapamiętania. Autorom „Manteufela” zdecydowanie bardziej wychodzą ostatnio solowe projekty (SqrtSigil Jaciuka, czy Passive Status Kasprzaka), których wątki są z resztą, żywo tu przeniesione (ścieżka z nauką języka w tytułowym „Manteufel” zdaje się do złudzenia przypominać ścieżkę wokali z „Licha” SqrtSigil).

piątek, 10 listopada 2017

Poza skalą / „Radio Noises”

„Radio Noises” czyli nie słuchowisko i nie sztuka radiowa. Nie to co na antenie, a wszystko co poza nią. Transgresja radioodbiornika, fale radiowe, szumy, trzaski i interferencje, jako materia twórcza. Bardziej „Kurzwellen” Stockhausena, niż „Wojna światów” Wellesa.

Tak z grubsza przedstawia się idea płyty inicjującej działalność nowo powstałej oficyny wydawniczej Antena Non Grata. Utworzona przez Tomasza Misiaka i Marcina Olejniczaka, jest wynikiem ich artystycznych, naukowych i kuratorskich inicjatyw odbywających się na przecięciu sztuki konceptualnej i dźwiękowej.

Będąc jeszcze dzieckiem uwielbiałem zasiadać przed domowym radioodbiornikiem i jeździć wskazówką po skali. To było jak odkrywanie nowych lądów, kiedy przeczesując częstotliwości spomiędzy szumów i interferencji natrafiałem na monotonne monologi, strzępy piosenek, czy gorące dyskusje prowadzone w obcych językach, których pochodzenia nie byłem w stanie sobie wyobrazić. Wsłuchiwałem się w te głosy i bez znajomości języków starałem sobie wyobrazić czego dotyczą. To były takie moje parasłuchowiska prowadzone w czasie rzeczywistym, najlepiej na falach średnich, gdzie szum był najbardziej ciepły, łagodny i przechodził w tajemnicze interferencyjne zewy, analogowe piski i inne zagadkowe, oddziałujące na wyobraźnie dźwięki. O tej dziecięcej przyjemności przypomniałem sobie całkiem niedawno, podczas podróży samochodem, kiedy przełączając radio na pasmo średnie zauważyłem, że ruchy kierownicą wzmagają interferencje i „sianie” radioodbiornika. Przy moim uwielbieniu do dźwięków spędziłem na postoju kila minut modulując odgłosy za pomocą samochodowej kierownicy. Właśnie takie anomalia radiowe znalazły się w kręgu zainteresowania kuratorów projektu „Radio Noises”. „Skupiamy się na tym, co odrzucane, co stanowi zakłócenie w standardowych sposobach używania radia. Mówiąc wprost: gramy szumem radiowym i sprawdzamy, co znajduje się w przestrzeniach pomiędzy częstotliwościami zajętymi i opłaconymi, tzn. komercyjnie eksploatowanymi. Naszym zamiarem jest promowanie/wydawanie nagrań inspirowanych możliwościami transgresyjnymi radia. Sami prezentujemy tego typu działania w ramach Radio Noise Duo” – precyzują Misiak i Olejniczak.

Historię wpływu medium radiowego na kulturę w swojej recenzji zwięźle nakreślił Maciek Wirmański z Kultury Staroci (zachęcam do lektury), przejdę więc bezpośrednio do zawartości kompilacji. Koncepcja „Radio Noises” zakłada twórcze poszukiwania w obszarach ściśle ograniczonych do dźwiękowego środowiska radiowych aberracji. Jednak kuratorzy projektu zadbali o możliwie najbardziej zróżnicowane podejście do tematu radiowych szumów i trzasków. Zaproszeni goście przepuścili zatem ideę „Radio Noises” przez uprawiane przez siebie stylistyki. Usłyszymy repertuar, w którego skład wchodzą kompozycje ambientowe, noisowe, dronowe, a nawet quasi taneczne. Materiał otwiera kompozycja „Syczą i brzęczą” nieznanego mi projektu GW 94, o adekwatnej do tytułu zawartości. Utwór dobrze wprowadza słuchaczy w tematykę dźwiękowych peregrynacji sonicznej aury anten, radiostacji, nadajników, odbiorników, czy stacji numerycznych. W równie zgiełkliwym anturażu Dariusz Brzostek i Joanna Walewska osadzili metanarracyjne antysłuchowisko zachwalające socjalistyczną myśl techniczną i jej wytwory, w postaci krajowych radioodbiorników i sprzętów odtwarzających z tytułową Anią R-613 Unitry w głównej roli. Po dość surowym wstępie radiowe interferencje na swój modularny warsztat bierze Mirt i tworzy najciekawszą (w kontekście muzycznym) kompozycję na tej kompilacji. Korzystając z repertuaru głęboko przetworzonych sygnałów radiowych, lepi imponującą dźwiękową bryłę, masywną a jednocześnie niezwykle przestrzenną. Pojawiają się oczywiście charakterystyczne dla artysty strzępy nagrań terenowych, a dodatkowo fragmenty audycji zagubionych na falach eteru. Kolejne kompozycje na płycie to przeczesywanie pasma i łowienie na nim dźwiękowych artefaktów. Plądrofoniczny kolaż, który u Zeniala odbywa się przy akompaniamencie syntezatorowych świergotów, u Micromelancolie z ambientowego nokturnu nieoczekiwanie mutuje w quasi taneczną estetykę. Projekt SYNTHOPIA i kołobrzeski Mothertape podeszli do koncepcji płyty w sposób impresyjny, starając się oddać fantasmagoryczną, zagadkową aurę związaną z eksploracją częstotliwości radiowych. GAAP KVLT przytłacza sub basem do tego stopnia, że zmuszony jestem ściągnąć słuchawki, aby nabrać nieco powietrza i perspektywy. Bas łagodnieje, a w nim pojawiają się zewy, krótkie preparacje radiowych odgłosów i charakterystyczne dla tego twórcy tektoniczne pomruki. Anonimowy projekt Uroruro w oparciu o szumy i niezidentyfikowane odgłosy gębowe, kreuje zupełnie oryginalną amorficzną formę dźwiękową. W finale zaś, autorzy kompilacji, jako Radio Noise Duo domykają koncept klamrą spiętrzonych szumów.

Idea tej kompilacji skoncentrowana w początkowych utworach, ulega stopniowemu rozrzedzeniu, w twórczość indywidualną, charakterystyczną dla estetyk uprawianych przez zaproszonych gości. Dobrze to robi zarówno dla słuchalności płyty, jak i dla przystępności idei. Zaproszeni do współpracy artyści najczęściej poszukują wśród fal radiowych hałasu, wszelkiego rodzaju trzasków i faktur. Nie interesuje ich komunikat, tylko szumiąca otchłań eteru. 

Kiedy Karlheinz Stockhausen w 1968 skomponował „Kurzwellen”, w oparciu o odbiorniki radiowe nadające na falach krótkich, radio wciąż jeszcze dotrzymywało kroku telewizji w batalii o odbiorców, ale i stanowiło przystań dla awangardowych eksperymentatorów zgromadzonych wokół licznie już działających studiów muzyki elektronicznej. Używając skrótu myślowego, było zarazem twórcą jak i tworzywem. Dziś w dobie internetowych podcastów sięgnięcie po odbiornik radiowy i fale radiowe może wydawać się kolejną emanacją kulturowej nostalgii (obok innych wyciągniętych z lamusa artefaktów (kaseta vhs, kaseta magnetofonowa) i ich emulacji (filtry fotograficzne, estetyka lo-fi w muzyce). Projekt Antena Non Grata wydaje się wolny od tęsknoty i retromanii. Nie ulega zauroczeniu analogowym medium per se. Sama jego nazwa wskazuje, że w obiekcie zainteresowań znalazły się efekty niepożądane w transmisji fal radiowych. Złudnie zatem spodziewałem się usłyszeć na płycie „Radio Noises” inkarnacji swoich dziecięcych zabaw na starym Dominiku i jeszcze starszych Tatrach. Jednak trzeźwe spojrzenie autorów projektu na medium sprawia, że zamiast taniego sentymentalizowania możemy spodziewać ambitnego programu kuratorskiego. Tym bardziej, że radio jest zaledwie jednym z wielu zagadnień interesujących Olejniczaka i Misiaka. W centrum uwagi pozostaje bowiem antena we wszelkich możliwych wcieleniach (TV, theremin, przewód koncentryczny), wykorzystywana jako instrument muzyczny.

 

va - „Radio Noises”
2017, Antena Non Grata

czwartek, 19 stycznia 2017

Noworoczne przymiarki / va - „Conglomerate 2” / va - „For safety reasons can I ask what is inside”

Przełom starego i nowego roku to nie tylko czas postanowień i podsumowań. To również czas wszelkiej maści składanek i kompilacji. Oto dwie z nich bliskie memu sercu:

„Conglomerate 2” (Minicromusic Rec.)

Przestronne, masywne brzmienia, maszynowy bit, klubowe tempa, regularność techno. Posępny nastrój, smużące plamy i ambientowe zewy. Do tego ażurowe perkusjonalia, cyfrowa precyzja, dużo pogłosu i oszczędne, ledwo naszkicowane melodie. Tak brzmi nowa kompilacja Michała Wolskiego wydana na przełomie 2016/17 w jego labelu Minicromusic, prezentująca przekrój aktualnych tendencji panujących na scenie polskiego techno.

Na składance znaleźli się producenci, którzy hartowali stal i kładli podwaliny tego gatunku na krajowych parkietach i w rozgłośniach radiowych, na czele z ojcem chrzestnym polskiego techno Jackiem Sienkiewiczem, choć paradoksalnie, to wcale nie on wiedzie tutaj muzyczny prym. Ponad to, na „Conglomerate 2” gości nowy narybek twórców, coraz bardziej rozpoznawalnych wśród fanów rodzimego techno. Nowością jest, że pomiędzy polskimi artystami znalazło się miejsce na dwa projekty zagraniczne Amandra i Moon Wheel, choć mam wrażenie, że ich obecność wcale nie była w tym zestawie konieczna.

Zaprezentowany materiał wydaje się być wielce monochromatyczny brzmieniowo, utrzymany w posępnym nastroju i w żywym zdecydowanym tempie. Kompozycje można podzielić na dwie grupy różniące się regularnością uderzeń i ich dynamiką. Po jednej stronie znajdą się taneczne lokomotywy, oparte na silnym rytmicznym fundamencie, wartko płynące przy taktowaniu na 4/4. Tę opcję reprezentuje stara gwardia rodzimego techno (Wolski, Sienkiewicz, Malinowski, Jabłoński), oraz zaproszeni z zagranicy goście. W śród tej grupy artystów zachodzi równowaga między kompozycjami zamglonymi, otulonymi atmosferyczną mgiełką, wchodzącymi w romans z ambientowymi przestrzeniami i okraszonymi onirycznymi melodiami, czy jedynie smużącymi plamami (Wolski, Sienkiewicz, Amandra), a utworami zaklętymi w transowej, wysokokalorycznej galopadzie (Moon Wheel, Malinowski, Jabłoński). Po drugiej stronie znajdują się kompozycje równie temperamentne, acz o przetrąconej motoryce, reprezentowane przez artystów nowej fali (Concept of Thrill, Eastern Renaissance, Sept, Violent). Na sam koniec pozostawiłem dwóch twórców, których kompozycje dość wyraźnie wybijają się swym nietuzinkowym, eksperymentalnym podejściem na tle całej kompilacji. „Narccissus” Fischerlego; pokraczny, wykrzywiony, przybrudzony, o wielowarstwowej budowie, i zaskakującej narracji  to absolutny top tej składanki. Szkielet rytmiczny tego utworu został zredukowany do symbolicznej roli. Jego delikatne pukanie, jest jednak w stanie unieść ciężar brudnego, przesterowanego żelastwa trzepoczącego na pierwszym planie. Drugie osobliwe spojrzenie na techno, zafundował słuchaczom kompilacji Kuba Sojka. „Micromal” to plumkająca zawiesina poddana, sprzężeniu zwrotnemu i multiplikująca w abstrakcyjną ornamentykę. Utwór delikatny, kwaśny, nawiązujący nieco do eksperymentalnego oblicza minimal, czy click'n'cuts.

Wycinek rodzimego techno, jaki zaprezentował słuchaczom Michał Wolski wydaje się być dość konserwatywny. Przywiązany do klasycznych wzorców i sprawdzonego kroju. Jeśli pojawia się tu eksperyment, to odbywa się on w gatunkowych granicach. Zaproszeni na płytę artyści stronią od romansowania z estetykami post-techno'wymi charakteryzującymi się dekonstrukcją formy, śmieciowym brzmieniem, czy stylistyką lo-fi. Wprost przeciwnie, wszystkie utwory na „Conglomerate 2” wyróżnia wysoka kultura dźwiękowa, selektywne brzmienie, szeroka panorama, i bogata dynamika. Całość działa niczym perfekcyjnie nasmarowany mechanizm.


   


„For safety reasons can I ask what is inside” Czaszka (rec.)

Skrajnie odmienne podejście do dźwięku i kompozycji reprezentuje kompilacja stworzona przez Michała Fundowicza, zawiadującego kasetowym labelem z Edynburga. Repertuar „For safety reasons can I ask what is inside” (wydawnictwa tym razem jedynie cyfrowego) nie stroni od dźwiękowego recyclingu, eklektycznych eksperymentów, dekonstrukcji i artystycznego nieładu. Znajdzie się tu miejsce na hałas, brud, przypadek, zgiełk, dźwięki kostropate i uwierające, noisowe wzburzenia, oraz łagodne pastelowe pejzaże, wylewające się z analogowych syntezatorów. Rytm jest okazjonalny, choć i to nie wróży wcale jego regularności. Identyfikacja gatunków jest utrudniona, ponieważ artyści tu zgromadzeni poruszają się jedynie po ich marginesach, bądź poddają je gruntownym modyfikacjom.

Prowadzący oficynę Michał Fundowicz zdradził w rozmowie ze mną, że enigmatyczny tytuł kompilacji to; „słowa, które słyszę nieustannie na brytyjskiej poczcie. Gdy wysyła się przesyłkę za granice pada własnie ta formułka. A jako że chodzę prawie zawsze do tego samego oddziału, szybko przylgnęła do mnie latka "tego gościa od kaset". To zdanie kojarzy mi się chyba najbardziej z prowadzeniem oficyny. A Karolina i Oliver graficznie ciekawie to rozegrali (odcięte ucho w pudelku), rozmywając dosłowne znaczenie tytułu”.

Artyści zgromadzeni na czaszkowej kompilacji to postaci przewijające się przez katalogi powstających jak grzyby o deszczu kasetowych wydawnictw. Są tu autorzy nagrywający dla takich wiodących labeli jak Seagrave, A Giant Fern, Jozik, Opal Tapes, Metaphysical Circuits, czy rodzimego (niestety już nie działającego) Wounded Knife. Repertuar jest mocno zróżnicowany, jednak całość przybiera kształt starannie zakomponowanej narracji, płynącej na skrajach estetyk i gatunków.  Na „For safety reasons can I ask what is inside” usłyszymy kostropaty noise (JESSOP&CO), zaangażowany minimal wave (German Army), formy rytmiczne (Palace Lido) i transowe (former airline), eksperymenty no input (Missing Organs), abientowe lo-fi (M/M), oraz przestrzenne i wielobarwne syntezatorowe impresje (Richard Frances, qualchan.). Największe wrażenie robi na mnie właśnie końcówka materiału, kiedy po dość chłodnym i eksperymentalnym obliczu pierwszej części składanki, do głosu dochodzą kojące ciepłem dźwięki klawiszy i oniryczne melodie rodem z repertuaru Popol Vuh (qualchan.).

Wśród moich ulubionych momentów na „For safety reasons can I ask what is inside” znalazło się miejsce dla jedynego polskiego twórcy zamieszanego w powstanie tej kompilacji . Tą osobą jest Robert Skrzyński, producent znany z łamów mojego bloga jak mało kto; artysta, który chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać swoją umiejętnością adaptacji w różnych gatunkach, estetykach i kooperacjach. Podobnie jest i tym razem, jego „Lutalica” wzbogaca estetykę ambientowego lo-fi ambientu o popowy anturaż. W zaledwie nieco ponad trzy minuty Micromelancolié prezentuje pokaz swojego przepastnego warsztatu eksperymentatorskiego (nagrania terenowe, szumy, elektronika, sample), ukazując go w bardzo subtelnych gestach tak aby wykreować łagodny nastrój mogący stać się podkładem popowej piosenki. Drobinki różnorodnych sampli; delikatne, wyciszone zaszumienia; kilka rozpoznawalnych odgłosów; cyfrowe kliki i przypadkowa melodia stają się scenografią dla samplowanego i modyfikowanego kobiecego wokalu. Wychodzi z tego niezwykle nastrojowy, quasi-popowy hit. Tak się składa, że podczas ostatnich rozmyślań podczas pracy nad podsumowaniem muzycznym 2016, zastanowił mnie fakt, iż między sceną niezależną, a młodym polskim popem (nie mylić z muzyką komercyjną z repertuaru festynów i Sylwestrów) nie istnieje żadna łączność. Twórcy nie inspirują się wzajemnie, może nie wiedzą nawet o swym istnieniu. Nie wspominając już o wspólnych kolaboracjach, łączących te skrajne środowiska. Kompozycja „Lutalica” Micromelancolié sprawiła, że uwierzyłem, że taka współpraca byłaby możliwa, i że ów stylistyczny kameleon Robert Skrzyński mógłby pokusić się o romans z estetyką pop, bez obawy utracenia własnej tożsamości artystycznej.

Składanka „For safety reasons can I ask what is inside” jest podsumowaniem rocznej działalności Czaszki, oficyny prezentującej z każdym kolejnym wydawnictwem coraz ciekawszy repertuar, oraz która przy równie konsekwentnym rozwoju co dotychczas, ma szanse odgrywać coraz większe znaczenie na międzynarodowej scenie kasetowej.

środa, 28 grudnia 2016

Duchy przesłuchy / Radar „Radar”

Krzysztof Topolski (Arszyn) i Robert Skrzyński (Micromelancolié) to artyści znajdujący się obecnie na odmiennych orbitach artystycznych poszukiwań. Arszyn, który owszem ma w swojej dyskografii wiele płyt z pogranicza eksperymentu i elektroniki, ostatnio realizuje się głównie jako improwizujący perkusista, m.in. w trójmiejskiej Wolności i w duecie z Tomaszem Dudą jako Automata. Z kolei Micromelancolié przeczesujący odmiany ambientu, w przeciwieństwie do Topolskiego, dość rzadko posługuje się rytmem, nigdy zaś regularnym. W ciemno można by obstawiać, że płaszczyznę dźwiękowego porozumienia panowie odnajdą w sonorystyce; Skrzyński pozostanie na swoim eksperymentalnym podwórku, a Arszyn, za bębnami zajmie się poszukiwaniem alternatywnych form ekspresji. A jednak (i tu pierwsza niespodzianka), nic z tych rzeczy!

Na wydanym przez Plażę Zachodnią materiale Topolski bije w gary dużo i efektownie. Porusza się swobodnie między jazzową synkopą, a rockową regularnością, utrzymując dynamiczny flow od początku do końca nagrania. Jego gęsta artykulacja wymusiła na Skrzyńskim zredukowanie palety środków wyrazu, głównie do głębokich basowych linii, burdonowych zewów, szumiących faktur, czy glitchowych odgłosów. Ingerencje Skrzyńskego nasycają nagranie widmowymi, matowymi ilustracjami, czułymi na zmienną dynamikę perkusji.

Całą kooperację cechuje duża witalność, będąca dowodem świetnej organizacji i dobrego zgrania... improwizujących muzyków? No właśnie! Wszystko to prawda, gdyby nie fakt, że nagranie zostało zrealizowane... (i tu druga niespodzianka) korespondencyjnie. „Partie perkusji stanowią zapis improwizowanej sesji, którą w całości dostałem od Krzyśka. Warstwę elektroniczną tkałem w domu” - zdradza Skrzyński. Efekt tej mail-artowej współpracy jest wielce odświeżający; pełny twórczego napięcia i wartkich zmian akcji. Konia z rzędem temu, kto rozszyfrowałby faktyczną genezę powstania nagrań. Zwłaszcza, że (i tu kolejna niespodzianka, powyżej już zasugerowana) to Skrzyński dogrywał ścieżki do zarejestrowanej gotowej sesji Topolskiego; choć uwierzcie mi, lub posłuchajcie sami, wydaje się jakby było zgoła odwrotnie. Jeśli zawierzyć jedynie uszom, to narracja „Radaru” sugeruje, że to Skrzyński podaje dźwiękowy materiał, który następnie jest kwitowany instynktowną reakcją Arszyna, reagującego zmianą taktowania, przesunięciem akcentu, zwolnieniem, czy przyspieszeniem akcji, bądź rozbudową perkusyjnej ornamentyki.

„Tam się dzieje tak dużo, w tak dziwny sposób i z taką dramaturgią, że naprawdę nie było potrzeby zastanawiania się jak tu nadać wypowiedzi bardziej żywiołowego charakteru” - precyzuje Skrzyński, który wykonał znakomitą i zadziwiającą koncepcyjnie pracę, na równie znakomitym materiale dostarczonym mu przez Topolskiego. Swoimi inteligentnymi działaniami na nagraniu źródłowym, producent znakomicie zafałszowuje rzeczywistość, udanie kamuflując faktyczne okoliczności realizacji płyty. Micromelancolié doskonale wczytuje się w materiał i jego temperaturę, wiedząc kiedy użyć tła pod ornamentykę Topolskiego, kiedy zająć pierwszy plan i przełamać dynamikę bębnów, a kiedy z przyczajenia kontrolować akcję niskim pomrukiem basu. Biegle porusza się między planami kompozycji, oraz z werwą reżyseruje dramaturgią muzycznego spektaklu. Tworzy sugestywny efekt manipulując głośnością swoich ścieżek, co sprawia wrażenie ich niedopasowania (zbyt głośne i gwałtowne wejścia) i jeszcze mocniej imituje wrażenie improwizacji.

Kolejną niespodziankę napotykamy w utworze 1.4. Przy pierwszym odsłuchu płyty, dopiero w połowie kompozycji zauważyłem obecność dodatkowego instrumentu. Z początku wydawało mi się, że uległem dźwiękowej halucynacji, będącej psychoakustycznym efektem ubocznym współbrzmienia różnych dźwięków. Następnie posądziłem Krzysztofa Topolskiego o sonorystyczne sztuczki, próbując identyfikować nierozpoznane brzmienie z pocieraniem rękojeścią pałki perkusyjnej o metalowy talerz. Chwilę zajęło, zanim rozpoznałem w nagraniu blaszane rozdęcie trąbki, lecz dopiero sięgniecie do opisu płyty objawiło mi „duchową” obecność Michała Bunio Skroka. Ów nieokreślone wrażenie związane z pojawieniem się dęciaka, spowodowane było schowaniem go głęboko w tle, pod ścieżkami perkusji i elektroniki. Taki niecodzienny miks instrumentów był jak się okazuje (tu kolejne zaskoczenie, za którym być może i stoi cała nazwa projektu) niczym innym, jak złapaniem solowej partii Skroka przez mikrofony rejestrujące perkusję Arszyna. „Nagrywaliśmy kiedyś z Buniem sesje improwizowane, w studiu Dicków. On głownie grał na basie, ale czasami sięgał również  po trąbkę, która nagrywała się na mikrofony od bębnów, tylko że z daleka (tzw. przesłuch). Przygotowując ścieżki dla Roberta postanowiłem zostawić to, podpisując jako"ghost trumpet” - ujawnia Topolski. Efekt jaki zrodził się naturą przypadku jest absolutnym majstersztykiem. Dodatkowo zaostrza apetyt na samą myśl, jak zjawiskowo mógłby zabrzmieć ten projekt po poszerzeniu składu o regularnego trębacza.

Radar mimo słyszalnych pokrewieństw z improwizowanymi nagraniami duetu Steve Reid - Kieran Hebden (Four Tet), jest projektem brzmiącym niezwykle świeżo i zjawiskowo. To wydawnictwo przekorne, zaskakujące słuchacza na wielu płaszczyznach realizacji, plączące tropy i zastawiające pułapki na nawyki muzycznej recepcji. Pomimo znakomitej roli jaką odgrywa w projekcie perkusja Topolskiego, która narracyjnie wiedzie prym w nagraniu, pierwsze skrzypce przy realizacji odegrał tu Robert Skrzyński. Jego zasługą jest inspirujący efekt końcowy, będący rezultatem inteligentnego montażu, wartkiej dramaturgii i przenikliwego wglądu we wszystkie etapy powstawania płyty. Robert, to twórca który od przeszło kilku lat, odkąd uważnie śledzę jego ścieżkę rozwoju, nie przestaje mnie zaskakiwać. Od czasu, kiedy na łamach M/I Kwartalnik Muzyczny (M/I nr.3 /wiosna 2015) opisałem jego warsztat twórczy i zanalizowałem ówczesny dorobek producencki, Skrzyński zdążył przeskoczyć samego siebie już kilka razy. Dlatego na podstawie jego wkładu w końcowy rezultat płyty „Radar” czuję się w obowiązku dopisać ów akapit i wyszczególnić właśnie jego osobę. Skrzyński jest artystą niezwykle biegłym w międzygatunkowej gramatyce. Z szeregu estetyk, po które sięga ekstrahuje samą esencję i na jej kanwie dopuszcza się kreatywnego eksperymentowania. Najczęściej przybiera to kształt artystycznej dekonstrukcji gatunku; niezwykle twórczej; u podstaw której tkwi absolutnie świadoma wizja całości. Jego elastyczność stylistyczna, przekłada się bezpośrednio na elastyczność we współpracy. Jak kameleon adaptuje się do swoich licznych muzycznych kooperantów i niemal z każdej konfrontacji, a było ich wiele (Antonina Nowacka, Krzysztof Topolski, Bartosz Zaskórski, Mateusz Wysocki, Michał Turowski, Ross Devlin, Sindre Bjerga, Storm Noir) wychodzi z tarczą, co rzecz jasna ma odbicie w jakości artystycznej współrealizowanych wydawnictw. Najlepszym tego przykładem jest niniejszy album, który stanowi zarazem znakomite zwieńczenie, tego dobrego dla polskiej muzyki roku.



RADAR „Radar”
2016, Plaża Zachodnia


niedziela, 29 maja 2016

New new age / MICROMELANCOLIÉ + STROM NOIR "49°05’19,3″N 22°34’04,0’E"

Jeśli awangarda może mieć swoją muzykę relaksacyjną, to duet Emila Mat’ko aka Strom Noir ze Słowacji oraz doskonale znanego czytelnikom 1/u/1/o Roberta Skrzyńskiego aka Micromelancolié, mógłby stać się sztandarowym projektem tego nurtu.

Dwie kompozycje składające się na płytę "49°05’19,3″N 22°34’04,0’E" nie wychodzą poza schemat dronowego ambientu łączącego w sobie elementy akustyczne i elektroniczne, oraz rzecz jasna field recording. Filarem kompozycji jest melancholijny wibrujący dron, ciągnący się na przestrzał obu kompozycji. Mieni się on jedynie odcieniami, przybierając świetliste i mroczne odcienie. Jego zmysłowemu wybrzmiewaniu towarzyszy glitchowy kurz, nagrania terenowe i subtelne szemranie obiektów. Czasem jakaś prymitywna melodia na syntezatorze, czy urwany akord akustycznej gitary rozmazujący się niczym fatamorgana w pustynnym krajobrazie. Pulsują pastelowe pogłosy, którym wtóruje świergot ptaków, szum fal, gwizd. Koncepcja przechyla się na stronę new age'wego kiczu i muzyki tła, jednak na tyle, że nie odnosi się wrażenia ckliwości, czy tandety. Nad nagraniem unosi się melancholijny spleean, o słodko-gorzkim posmaku. To kraina łagodności ujęta w kwasowym widzie, z psychedelicznymi kolorami i zaburzeniami proporcji. Omamiający miraż, namiastka ulotności. Utopijna kraina, której współrzędne geograficzne podane w tytule nie istnieją poza wyobraźnia twórców i słuchaczy.

Narracja pozostaje płynna, ekspresja niewymuszona, a dramaturgia sinusoidalnym dryfem tężeje i rozpływa się w plamach i pogłosach. To wszystko sprawia, że materiał nabiera właściwości terapeutycznych, relaksujących, skłaniając do swobodnej kontemplacji i śnienia na jawie. Więcej słów na temat tego wydawnictwa byłoby już  laniem wody. Zachęcam jednak do skosztowania tego zakazanego owocu. Do zachłyśnięcia się czarem krainy łagodności w wersji alternatywnej. Kuszące.

   

MICROMELANCOLIÉ / STROM NOIR "49°05’19,3″N 22°34’04,0’E"
2016, Zoharum Records

niedziela, 31 stycznia 2016

Kapsuła pamięci / Micromelancolié "Leaving Hades" + M/M "Before We Lost Ourselves"

Czaszka rec. to nowy kasetowy micro-label, którego założycielem jest Michał Fundowicz, piszący o muzyce na łamach Nowej Muzyki, Dwutygodnika i Porysowanych płyt. Działalność fonograficzną swojej oficyny inauguruje solowymi taśmami Micromelancolié, oraz projektu M/M.

O tym jakie były kulisy powstania wydawnictwa opowiada jego założyciel: 

"Od dłuższego czasu, jako słuchacza i osobę sporadycznie pisującą o muzyce, interesowała mnie nowa scena kasetowa. To w jej ramach, poza głównym nurtem, dzieją się bardzo ciekawe rzeczy. Oficyny w rodzaju Seagrave, A Giant Fern, Tymbal Tapes czy Where To Now? odkryły przede mną bardzo wielu utalentowanych artystów, o których istnieniu nie miałem dotąd pojęcia."

"Czaszka w nazwie wzięła się ze snu/wizji o geologicznych procesach, zderzaniu się płyt tektonicznych, itp. W tej fantazji obserwowałem świat bez ludzi, po których pozostały tylko porozrzucane gdzieniegdzie czaszki - pewnie jakaś post-apokaliptyczna przyszłość. I choć brzmi to dość ponuro, w tej wizji odczuwałem wielki spokój" 

"Koncentruję się na muzyce poszukującej. Od lat śledzę poczynania Roberta/Micromelancolié. O jego dźwiękach pisałem nie raz i prawie zawsze do mnie trafiały. Gdybym sam potrafił tworzyć muzykę, pewnie robiłbym coś podobnego. Do Michaela McGregora (M/M) dotarłem poprzez jego kasetę z videogamemusic - świetna, dziwna zbieranina szkicowych utworów. Później odkryłem bardziej zorientowane na bit taśmy z 1080p. Gdy się odezwałem z propozycją wydania, od razu się zgodził. Po pewnym czasie odesłał dopracowane ponownie dwa długie utwory, które leżały i dojrzewały w jego archiwum."
  
***

Katalog Czaszki honorowo otwiera kaseta Roberta Skrzyńskiego "Leaving Hades". Warstwa dźwiękowa tego nagrania spowita jest brzmieniem obskurnego lo-fi, pełnego skompresowanych, zniszczonych industrialnych pogłosów, szumów i chrobotów. Pomiędzy nimi jak widma snują się fragmenty-wspomnienia konwencjonalnych instrumentacji, wokaliz, zaśpiewów. Rachityczna struktura kompozycji idąc w parze z glitchową traumą i analogową nostalgią tworzą unikalny muzyczny odpowiednik poezji.

W środę Bartek Chaciński opisywał nową płytę Roly Porter w kontekście postapo. Odnoszę wrażenie, że kaseta Roberta Skrzyńskiego byłaby bardziej adekwatnym soundtrackiem postapokaliptycznego si-fi, niż spektakularna i bombastyczna płyta Brytyjczyka. Polak o rozpadzie opowiada bowiem z perspektywy niezwykle intymnej; skromnie i bezpretensjonalnie. Wrażenia z lektury "Leaving Hades" można śmiało porównać do odkopania kapsuły pamięci. Fragmenty historii, w tym przypadku klubowy rytm, uliczne bębny, melodia na trąbkę, soulowe wokalizy, dochodzą do ucha słuchacza spod grubej warstwy patyny. W tej pożodze hałasu, szumu i analogowego brudu, która może być doskonałą metaforą ludzkiej pamięci, odnaleźć możemy zdeformowane skrawki, piękna i radości, ślady życia.

W muzyce Micromelancolié (ta nazwa wydaje się być co raz bardziej adekwatna) smutek jest równie nieludzki co piękny. Skrzyński, jak rzadko kto potrafi opowiedzieć o bolesnym przemijaniu czasu i materii, wrzucając słuchaczy w wir nostalgii. Dokonuje tego przy użyciu dźwięków tak kruchych i zwyczajnie odpychających, że ich zestawienie ledwo co zasługuje na miano muzyki, co samo w sobie ma już wystarczająco postapokaliptyczny charakter. Zanurzenie się w fabułę "Leaving Hades" jest za każdym razem doświadczeniem niezwykle intymnym, pozwalającym na wejrzenie w głąb swoich prywatnych melancholii.

Micromelancolié "Leaving Hades" 
2016, Czaszka rec.

***

Niestety na drugim wydawnictwie Czaszki, brak mi równie szczerego przekazu z jakim mamy do czynienia w przypadku Micromelancolié. Również sama koncepcja nagrania obnaża bezpłciowe powielanie estetyki kasetowych wydawnictw, zorientowanych na lo-fi ambient. Dwie długie, (za długie, bo z ich długości nie wynika nic co miałoby wpływ na recepcję materiału), kompozycje Michaela McGregora w niezbyt zajmujący sposób przytaczają recepturę na stylistykę, którą nie trudno odnaleźć w katalogach muzyki wydawanej przez Jozik Records, Metaphysical Circuits, A Giant Fern, Seagrave, Cosmic Winnetou.

Punktem wyjścia jest pętla, której dynamika stanowi o tempie utworu, zazwyczaj rozwlekłym i leniwym. Drugim równie ważnym elementem są warstwy, czy też tekstury, często mocno zagęszczone z szumów, trzasków, odgłosów. Niezbędna jest obecność dryfujących dronów, nagrań terenowych i elektroakustycznych zabiegów z modulacją taśmy. Czasem występują również instrumenty akustyczne, choć najczęściej w formie spreparowanych loopów. Brzmieniowo wszystko pozostaje podporządkowane estetyce lo-fi, zanurzone w szumie i lekkim pogłosie. Efektem, tak jak w przypadku "Before We Lost Ourselves" McGregora, dość często jest bulgocząca i pozbawiona smaku śmieciowa zupa. Tym bardziej cenię sobie świadomą twórczość Roberta Skrzyńskiego, którego kolejne wydawnictwa co raz śmielej uciekają od ambientowego schematu, badając to co znajduje się poza jego stylistycznymi granicami. 

Psychodeliczna i senna atmosfera nagrań M/M, bywa równie kontemplacyjna co nużąca. Chorobliwie wydłużone (co wydaje się elementem pogrążającym to wydawnictwo), dwie półgodzinne kompozycje wywołują u mnie emocjonalne odrętwienie, podszyte smutkiem. Za tektonicznym chłodem, chropowatością dźwięków i widmową narracją nie kryje się nic z czym mógł bym się identyfikować.

M/M "Before We Lost Ourselves"
2016, Czaszka rec.
 

niedziela, 4 października 2015

Dawca organów / Mazzmelancolié - st

Twórczego urodzaju Micromelancolié ciąg dalszy, choć tym razem to nie on będzie głównym bohaterem tego wpisu.

Nikogo kto śledzi poczynania producenta z Gliwic nie powinna dziwić nieustająca lawina wydawnictw Roberta Skrzyńskiego. Na przestrzeni zaledwie kilku ostatnich miesięcy jego nagrania zasiliły repertuar kolejnych polskich i zagranicznych labeli: m.in. Zoharum (duet z Sindre Bjerga), Wounded Knife, Pointless Geometry (jako Ixora), Audile Snow, BDTA, Seagrave.

Właściwie, oczekiwałem już jesiennej premiery nowego projektu Skrzyńskiego i Antoniny Nowackiej (WIDT, KiRK) przygotowanego do wydania w Requiem Records, kiedy to zupełnie niespodziewanie Wounded Knife zaskoczyło kasetą Mazzmelancolié. Jak łatwo domyślić się po nazwie wydawnictwo to jest kooperacją z Jerzym Mazzollem; projektem z kategorii dźwiękowego (e)mail artu. Panowie (jeszcze) nie spotkali się w studiu, a ich współpraca przebiegała jedynie korespondencyjnie.

Poniekąd dlatego, że muzyce (i warsztatowi) Roberta Skrzyńskiego poświęciłem w ostatnich miesiącach sporo czasu, poniekąd z innych przyczyn, o których przeczytacie dalej, na duet Mazzmelancolié postanowiłem spojrzeć z perspektywy Jerzego Mazzolla, który nie składając broni wciąż poszukuje nowych podniet i świeżej krwi. Współpraca ta wpisuje się bowiem w pewien kierunek, którym po powrocie z muzycznych zaświatów porusza się klarnecista. Mazzoll, co widoczne i słyszalne podąża z duchem czasu, z dużym animuszem zerkając w stronę nowych estetyk. W ich arkana wprowadzają go współpracownicy, dla których jeszcze pokolenie temu jako jedna najbardziej charyzmatycznych osobowości polskiego yassu pełnił rolę muzycznego idola ("Po roku 2000 klarnet Mazzolla stanowił dla mnie i kilku przyjaciół ścieżkę dźwiękową pod pełne wzruszeń studenckie prywatki oraz pod częste przeprowadzki, które były naturalną konsekwencją tych pierwszych" - pisze na swoim profilu FB Skrzyński).

Mazzoll w swoim flircie z producentami niezwiązanymi z jazzem, przypomina nieco wampiryczną figurę bohatera filmu"Tylko kochankowie przeżyją" Jima Jarmuscha. Odradza się po raz wtóry, obsesyjnie poszukuje nowych estetycznych doznań, a suma doświadczeń muzycznych zgromadzonych na przestrzeni epok pozwala mu adaptować się w nowych warunkach i zaskakiwać artystyczną mimikrą. Wyjściem z artystycznej trumny było dla Mazzolla spotkanie z Marcinem Dymiterem, rówieśnikiem z awangardowej niszy polskiej muzyki lat 90tych. Prace przy "Responsio Mortifera" (2012) przebiegały w podobny sposób co współpraca z Micromelancolié. Mazzoll otworzył swoje przepastne archiwa pozwalając z nich do woli czerpać i reinterpretować. Kolejnym przystankiem do "nieśmiertelności" był projekt Dwutysięczny (2013) Błażeja Króla, w którym Mazzoll wystąpił również jako dawca organów (wraz z Radkiem Dziubkiem i Wojtkiem Kucharczykiem), użytych do splecenia wielce udanego dźwiękowego "Jedwabnika". Kolejną ofiarą, z której klarnecista wyssał krew był Igor Pudło ze Skalpela, jednak z powodu wydawniczych perturbacji ich współpraca finalnie nie ujrzała światła dziennego. Również tegoroczna płyta projektu MazzSacre wydana dla Instant Records, pomimo że została nagrana w sposób iście ekwilibrystyczny przez pokaźny band, finalnie jest rezultatem producenckich wycięć i sklejeń w wykonaniu Echo Deal pracującego pod dyktando Jerzego Mazzolla. Po drodze wydarzył się epizod na płycie Artura Maćkowiaka i Grzegorza Pleszynskiego, gdzie wmontowana ścieżka klarnetu potęguje artystyczną wartość kompozycji. Teraz nadeszła pora na Roberta Skrzyńskiego, choć Mazzoll zdążył już donieść o kolejnych eksperymentach dźwiękowych prowadzonych tym razem wespół z Jerzym Przeździeckim.

Klarnecista niewątpliwie ma dobrą intuicję w doborze współpracowników, o czym świadczą pochlebne opinie z jakimi spotkały się powyższe realizacje. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że obecność artystyczna Mazzolla jest w nich zaskakująco bierna i niewspółmierna z artystyczną charyzmą i mistrzowskim warsztatem. Większość z wymienionych produkcji jest właściwie jedynie próbą adaptacji muzyki i idei  rodem z lat 90 w aktualną estetykę. Twórczym remiksem, za którego rezultat większą odpowiedzialność ponoszą współautorzy niż sam klarnecista. Wkład Mazzolla zdaje się bowiem być, nie wiele większy niż kolaż autocytatów, choć trzeba uczciwie przyznać, że w jego przypadku jest akurat z czego cytować.

Właściwie z pominięciem MazzSacre, spotkania z kolejnymi projektami Mazzolla owocują ascetycznymi kompozycjami, utrzymanymi w kameralnych nastrojach i pozbawionymi wykonawczej brawury, czy dadaistycznego zacięcia tak charakterystycznego dla yassowego okresu gdańszczanina. Podobnie jest w przypadku projektu Mazzmelancolié. Skrzyński nie rewolucjonizuje Mazzolla, jedynie zagarnia od niego elementy potrzebne do budowania swoich charakterystycznych ambientowych paczworków. W zestaw mazzollowych sampli wchodzą zatem zarówno rytmiczne basowe pomruki klarnetu, jego dronująca wibracja, jak i bardziej melodyjne fragmenty, wraz z kultowymi cytatami na czele ("Ojczyzną naszą dobroć, dobroć, dobroć" w "B1"),  które klarnecista używa jako swoją twórczą sygnaturę. Wszystkie te elementy Skrzyński z elegancją wplata w eteryczną, zaszumiałą i pełną dźwiękowych detali scenografię.

Mazzmelancolié nie jest wprawdzie brawurową próbą reinterpretacji idei Arhythmic Perfection, o jaką pokusił się choćby Marcin Dymiter, nie jest również pomnikiem wystawionym mistrzowi. Dla Skrzyńskiego to z pewnością nobilitacja nagrywać z legendą, zaś dla Mazzolla, świeża krew jest nieco sztucznym przedłużeniem muzycznej egzystencji. W związku z tym marzy mi się osobna wypowiedź Mazzolla, skrojona na miarę naszych czasów, być może czerpiąca właśnie z doświadczeń z ostatnich trzech lat, w których jego osobowość krzyżowała się z muzykami opierającymi ekspresję na poszukiwaniu i przekraczaniu kolejnych eksperymentalnych nisz. Coś co swoim zaangażowaniem i charyzmą nie pozostawiałoby żadnych wątpliwości co do studyjnej formy mistrza. Coś tak intensywnego jak mrożąca krew w żyłach adaptacja "Święta wiosny" nagrana wespół z Tomaszem Sroczyńskim. Propozycja, która ulokowałaby niekwestionowany talent i doświadczenie twórcy w nowym kontekście. Z pewnością Mazzoll należy bowiem do typu osobowości artystycznych od których wymaga się więcej i dla których ciągła ewolucja determinuje twórczą egzystencję.


MAZZMELANCOLIÉ - st
2015, Wounded Knife

czwartek, 9 lipca 2015

Suma krótkich wzruszeń / Ixora (bez tytułu)

Ixora, wspólny projekt Gaap Kvlt, oraz Roberta Skrzyńskiego (Micromelancolié) nie przynosi nowej jakości na polskiej scenie eksperymentalnej elektroniki, jest bowiem niczym więcej jak sumą połączonych wątków wyrwanych z dotychczasowej twórczości obu artystów.

Słuchając efektów kolaboracji otrzymujemy dokładnie to czego moglibyśmy się po niej spodziewać. Ze strony Gaap Kvlt są to głównie motywy zanurzone w głębokich pogłosach. Uderzenia, drony, szkice melodii, ezoteryczne zewy, rozchodzące się szerokim echem w katedralnej akustyce. Jest to kontynuacja "Void", ambientowej narracji, którą rok temu ów zakapturzony producent zadebiutował w barwach Monotype Rec. Narracji, która tak bardzo nie przypadła mi do gustu rozczarowując swoją monotonią i aranżacyjną golizną.

Jak się okazuje, estetyka proponowana przez Gaap Kvlt potrzebowała właśnie takiego dopełnienia jakie do nagrań Ixory wnosi Robert Skrzyński, choć trzeba zaznaczyć, że i jego ingerencja nie powinna być dla zaznajomionych z twórczością Micromelancolié jakimkolwiek zaskoczeniem. Jednak gęste metaliczne faktury, splątane szumy, hałaśliwe glitche, inkrustowane elektronicznymi przesterami są w stanie natchnąć muzykę Ixory dramaturgią i poszerzyć jej wachlarz brzmieniowy.

Najmocniejszą stroną kasety duetu Ixora, okazuje się być zbalansowanie wątków melodycznych, rytmicznych i noisowych. Żadna ze ścieżek nie dominuje tu nad inną, koegzystując płynnie ze sobą i wymieniając się jedynie pierwszeństwem planów. Przynosi to świetne efekty, zwłaszcza w pierwszej kompozycji przyciągającej uwagę swą wieloplanową pulsującą strukturą, prowadzącą do spektakularnego finału, który osiąga rozmach rockowej improwizacji.

Niespełna 30sto minutowa kaseta, będąca drugim wydawnictwem w katalogu Pointless Geometry kreśli kameralny ambientowy krajobraz pozbawiony zarówno mielizn, jak i fajerwerków. Nie przynosi jednak pewności co do rokowań tej muzycznej kolaboracji. Zachowawczość w muzyce duetu, podążanie bezpiecznymi ścieżkami, na razie nie pozwoliły na ujrzenie w tym projekcie czegoś więcej niż tylko sumy talentów, obu tworzących Ixorę muzyków.


IXORA - (bez tytułu)
2015, Pointless Geometry

niedziela, 10 maja 2015

Przemiany / Micromelancolié - "Low cakes"

Świeży i energetyczny "Low cakes", ukazuje konsekwentny rozwój Roberta Skrzyńskiego jako producenta, a nade wszystko ilustruje, jak swoją muzyczną wyobraźnią artysta poszerza ramy estetyk, w których się twórczo porusza.

Niebawem w salonach prasowych, powinien ukazać się trzeci numer Kwartalnika Muzycznego M|I. Znajdziecie w nim mój tekst o muzyce Micromelancolié, wpisujący się w temat przewodni numeru "Wytnij, skopiuj, wklej". Odsłania on tajemnice producenckiego warsztatu Roberta Skrzyńskiego. Tymczasem lada dzień swoją premierę będzie miało nowe wydawnictwo tegoż autora, kaseta "Low cakes" wydana w BDTA. Jej zaskakująca zawartość, wybiega muzycznie i koncepcyjnie daleko poza moment, w którym znajdował się Skrzyński, kiedy na potrzeby artykułu spisywałem jego słowa. W chwili kiedy całą serią swoich ubiegłorocznych wydawnictw, ich autor, sam zaszufladkował się jako twórca mrocznych ambientowych suit, podawanych w anturażu dronów, szumów i nagrań terenowych, producent zdecydował się na dość radykalną i niespodziewaną woltę.

Odnoszę wrażenie, że Robertowi bliski muzycznie jest milenijny przełom lat 90tych w dwutysięczne, naznaczony niezwykle intensywną ekspansja muzyki elektronicznej, zarówno tej użytkowej, klubowej, jak i poszukującej nowych form wyrazu i czerpiących z postmodernistycznych teorii i artystycznych praktyk. Przykładem, że właśnie w tej drugiej opcji Skrzyński lokuje swoje inspiracje, może być nagrany wespół z Fischerle materiał "Moulding" wydany w ubiegłym roku przez label Chemical Tapes. To tam po raz pierwszy tak wyraźnie (szumem i glitch'em) odbiło się echo estetyki click'n'cuts sygnowanej niegdyś logiem legendarnego niemieckiego wydawnictwa Mille Plateaux. Tym razem na przygotowanym dla BDTA materiale Skrzyński przytacza wspomnienie o innym niemieckim labelu ~scape, oraz o artystach (Pole, Kit Clayton), którzy sprawili, że właśnie to wydawnictwo przez pewien czas pełniło wiodącą rolę na scenie poszukującej elektroniki. Micromelancolié wyraźnie sięga do popularnej wówczas dekonstrukcji klubowych gatunków; jak micro-house ("Low cakes"), czy abstract hip - hop ("Punkt", "Tidal flow"). Zwichniętych i przepoczwarzonych w parkietowe antyhity. Obecne są również tak charakterystyczne dubowe pogłosy rozlewające się gęstymi smugami i tworzące stelaż dla nieregularnej rytmiki, która w fantastyczny sposób dynamizuje, te dubowo-ambientowe podkłady ("Mora", "Plinth").

Choć na "Low cakes" obficie pojawiają się poszatkowane klubowe wokalizy, danceflorowe akordy i dropy, nie ma tu dyskoteki. Jest intrygujący eksperyment z tanecznymi inspiracjami, przeprowadzony z iście chirurgiczną precyzją. Po raz pierwszy, w muzyce Micromelancolié pojawia się taka selektywność i sterylność brzmieniowa, wyeksponowanie detali, a nawet ich fetyszyzacja, przez użycie sampli o hi-tech'owej wręcz jakości. Ta smakowitość dźwięków ich plastyczność i komunikatywność znów sięga do przełomu milenijnego i pochodzących z tych lat nagrań amerykańskiego duetu Matmos. Z kompozycji Skrzyńskiego bez echa zniknęły zatem mgławice zaszumiałych burdonów, oraz melancholijne odgłosy miejskich podwórek zlewających się w minorową suitę. W zamian pojawiła się trójwymiarowa głębia muzyki, która wynika, nie jak to często bywa w elektronice z użycia masywnych pogłosów, które tworzą zjawiskowe bryły dźwiękowe (Autechre). U Skrzyńskiego trójwymiar zostaje osiągnięty przez wyraźne rozplanowanie kompozycji na ścieżki ciche i głośniejsze, zaaranżowane w sposób bardzo dynamiczny i tworzące akustyczną głębię typową dla radiowego słuchowiska.

Interesująca aranżacja przestrzeni brzmieniowej, zaskakująca zwłaszcza w dwóch otwierających kasetę utworach ("Mora", "Plinth") nosi nie tylko ślady berlińskiej mikroelektroniki, bowiem równie sugestywnie nawiązuje do współczesnych jeszcze wątków rodem z waporwave. Dzieje się tak głównie za sprawą kwaśnych teł o kiczowatej barwie, oraz mocno modyfikowanych wokali. Jeśli odważylibyśmy się zakotwiczyć "Low cakes" w tą efemeryczną, skądinąd estetykę, to śmiało moglibyśmy mówić o jednej z najciekawszych, (inteligentnych, acz nie przeintelektualizowanych) wydawnictw jakie ukazały się w tym nurcie. Sama okładka, z resztą, sugeruje, aby zawartość kasety odbierać przez pryzmat "oparów".

Częstą słabością równie eklektycznych co "Low cakes" albumów są zbyt mocne kontrasty, sprawiające wrażenie niepanowania nad narracją, rażące chaosem poruszanych wątków zestawionych ze sobą w formie karkołomnego kolażu. U Skrzyńskiego utrzymana jest fabularna całość. Kompozycje, mimo iż zaskakujące niespodziewanymi przemianami są spójne i mają wyraźny tok narracji, choć ich autor umiejętnie zwodzi słuchacza gatunkowym kalejdoskopem. I tak, w jednej chwili Micromelancolié potrafi ukołysać porcją łagodnego ambientu, aby zaraz przearanżować go w tło quasi tanecznego motywu ("Low Cakes"). Kiedy zaś z niedowierzaniem zaczynamy przytupywać nóżką, autor modyfikuje rytm opóźniając akcenty ("Mora"). W innym znów miejscu ("Morient") z hałaśliwego intra zaczynają dobywać się rytmiczne struktury, ujarzmione niespodziewanie za pomocą acid jazzowej (!) perkusji

Czy podejrzewalibyście artystę tak mocno określonego w kategoriach drone, eksperyment, ambient o taką woltę stylistyczną jaka dokonuje się na "Low Cakes"? Właśnie dlatego jeśli miałbym wziąć za kryteria oceny; artystyczny rozwój, śmiałe zakwestionowanie dotychczasowej twórczości,  oraz odwagę w podejmowaniu nowych muzycznych wyzwań, to na rodzimej scenie eksperymentalno-elektronicznej AD 2015 Skrzyński nie ma sobie jak dotąd równych. Efekty jego przemiany są absolutnie znakomite i ukazują producenta jako artystę co raz bardziej wszechstronnego, zaś jego muzykę jako co raz bardziej pasjonującą.

Micromelancolié - "Low cakes"
2015, BDTA

niedziela, 26 października 2014

4x PL czyli Leśne drony, hałasy z Pjongjangu, grzmoty od Biedoty, sekrety z kasety

ForrrestDrones "Najas Flexilis Exequiae" / 2014 / Zoharum  

Po mimetycznym "Katalogu drzew" Jacaszka (recenzowanym przeze mnie na łamach jesiennego MI), który za pomocą żywych instrumentów i nagrań terenowych odtworzył audialny ekosystem lasu, każda następna muzyczna wizyta w lesie, wobec tak drobiazgowej i sugestywnej realizacji jaką jest "Catalogue des arbres" może być potraktowana jedynie w kategorii dźwiękowej impresji ubranej z inspiracji i wyobrażeń jej autora.


Na kolejną leśną wędrówkę - co sugeruje nazwa projektu ForrrestDrones - zabiera nas tym razem, ukrywający się pod tym pseudonimem Robert Skrzyński (Micromelancolie), którego tegoroczną, jakże bogatą dyskografię omawiałem szerzej na 1u/1o w sierpniu. Wydana przez Zoharum płyta "Najas Flexilis Exequiae" zawiera godzinną dronową kompozycję, pozbawioną gwałtowności, emocji i widocznych odautorskich gestów. A jednak, tych 60 statycznych minut kryje w sobie zaskakującą tajemnice kreacji, obciążonej szeregiem drobiazgowych ingerencji w materię utworu. "Album opiera się na 6 sekundowej pętli przemielonej w 60 minut. To tylko zapętlanie dźwięków i nakładanie efektów, bardzo proste działanie. Podzieliłem 6 sekund na 6 jednosekundowych fragmentów. Każdy z nich rozciągałem, nakładałem efekt i nagrywałem. Rozciągałem, nakładałem i nagrywałem. Po kilku nad, nad nadgrywaniach powstały pętle, z którymi pracowałem dalej. Na początku materiał miał składać się tylko z tych plam i dronów, ale pomyślałem, ze będzie ciekawiej kiedy na całość nałożę ten sześciosekundowy loop, który powtarza się w całym nagraniu, to właśnie to winylowe pykanie" - tłumaczy Robert Skrzyński.

Efektem tego eksperymentu jest muzyka pozbawiona początku i końca, ukazująca trwanie dźwięku i jego medytacyjny potencjał. Oszczędna i zdystansowana, więcej ukrywająca, niż odsłaniająca. Pozwala słuchaczowi zanurzyć się w kontemplacji nad płynącymi falami dronów pokrytych patyną analogowych szumów. Skrzyński stworzył muzyczną substancję, która uwodzi swą amorficzna formą, pozbawioną kulminacji, zwrotów akcji, czy jakiejkolwiek fabularyzacji. "Najas Flexilis Exequiae" może przywodzić skojarzenia z "The Disintegration Loops" Williama Basinski'ego, choć zawiera  zdecydowanie mniej akcentów lirycznych i melancholijnych.

"Najas Flexilis Exequiae" to materiał, którego podstawą jest mocny gest autorski, który w warstwie muzycznej przybiera subtelny, niedostrzegalny kształt. Tak jakby pod statycznością dźwięków muzyk chciał ukryć swoje autorstwo. Ten izolacjonistyczny kamuflaż, oparty na zaskakującym koncepcie jest też wizytówką skromności twórcy, który na piedestale stawia sztukę i jej oddziaływanie, samemu pozostając w jej cieniu.

***

FELDGRAU - "Seven wonders of Pyongyang" / 2014 / Fuck You Hipsters! 


Jak pożenić noise z muzyką konkretną demonstruje Feldgrau, czyli Jakub Schönhof-Wilkans - publicysta, poeta, połowa duetu Dziecka. "Seven wonders of Pyongyang" to pełna kontrastów wędrówka po stolicy najbardziej odizolowanego państwa świata. Brutalny i otrzeźwiający atak na uszy i dobre samopoczucie słuchaczy, przygniatający hałasem o sile rażenia piły tarczowej szczerbiącej swe ostrze na betonie. Industrialne odgłosy, trzaski, sprzężenia, pełne zadziorów metaliczne faktury i wszechobecny szum tworzą spektakl, w którym muzyka przeradza się w histeryczny harsh. 

Narracja "Seven wonders of Pyongyang" odbywa się w dwóch planach. W głębokim i cichym tle, gdzie pojedyncze iskierki trzasków, zakłóceń, delikatnych szumów, a momentami także echa żywych instrumentów, zostają zanurzone w pogłosie tworząc intrygujące słuchowisko muzyki konkretnej. Z kolei na pierwszym planie kompozycji, dokładnie te same elementy pobudzone niszczycielską energia eksplodują przytłaczającą falą sprzężeń i lodowatego zgiełku. Zdecydowanie ciekawszym, poprzez swoje zróżnicowanie i niedopowiedzenie wydaje się tło utworów. Jest w nim miejsce na subtelności, wytchnienie po orgii hałasów, a także bogatszą aranżacje dźwięków, które wzmocnione pogłosem nabierają przestrzennych, trójwymiarowych kształtów. Tymczasem harshowe, opresyjne kulminacje jedynie zawzięcie badają granicę wytrzymałości błony bębenkowej, sprawiając, że uszy słuchacza krwawią w fizycznym bólu. W całym tym militarystycznym zgiełku pojawiają się komunikaty brzmiące niczym radiowe nasłuchy, co jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst albumu nabiera sugestywnego, politycznego znaczenia. 

Apokaliptyczne słuchowisko Jakuba Schönhof-Wilkansa płynnie łączy ze sobą otwartą formułę
musique concrète z punkową butą i werwą. Tutaj ścierają się ze sobą kompozycja z anarchią, asceza z afirmacją hałasu, kreacja z destrukcją, razem wyrażając brutalność i dehumanizację totalitarnego reżimu.

***

JOHN LAKE - "Carcosa" / 2014 / BDTA


Sądząc po tytule, inspiracją dla, nagrywającego jako Janek Jezioro, Łukasza Dziedzica (Lugozi) musiał być zbiór mrocznych opowiadań Roberta W. Chambersa "Król w żółci", którego wątki zostały ochoczo przeniesione w fabułę serialu "Detektyw". Johny Lake w pełni oddaje mroczny i duszny charakter swojej inspiracji, budując opowieść z metalicznych kostropatych dźwięków i surowej stopy, której ślad został w tym roku solidnie wydeptany projektem Iron Noir. Tym samym Dziedzic wpisuje się w silny trend industrialnego techno tak wyraźnie zaznaczony w muzyce elektronicznej pierwszego półrocza 2014. Jednak w przypadku "Carcosa" mocno zrytmizowana struktura kompozycji nie oznacza wcale muzyki do tańca.

John Lake z determinacją wciąga słuchaczy w industrialny trans, gdzie gęste, ziarniste faktury puchną w noisowe kulminacje, a hałaśliwe pady nachodząc wzajemnie na siebie tworzą wyraziste i prężne kompozycje. To techno zaaranżowane z piętrzących się przesterów i skwierczeń, gdzie szumiący zgiełk przeszywają piskliwe, kwaśne melodie ("Depth"), przenikliwe, aż do kości. Nawet jeśli pojawia się na planie dudniąca stopa ("The Virgin Goddess of the Hunt") to nie dynamizuje narracji, tępo uderzajac w miejscu. Im dalej ku końcowi, tym album gęstnieje, staje się mniej przejrzysty, jakby jego poszczególne elementy korodowały i obcierając się o siebie generowały duszny rdzawy pył osadzający się na dźwiękach.

Autor ze słyszalną perwersją delektuje się siermiężnością muzycznej konstrukcji i napastliwością brzmienia. W tak ekstremalnym i bezkompromisowym wydaniu, nie miałem  dotąd okazji usłyszeć Łukasza Dziedzica. Jego dźwiękowa wrażliwość po przygodzie w ramach Iron Noir stężała i na "Carcosa"  bliższa jest estetyce noisowego improv, niż klubowym parkietom. 

***

POKORSKI - "Hominal" / 2014 / Innergun Rec.


Jakub Pokorski jest artystą, którego muzyka permanentnie stawia opór wszelkim próbom gatunkowej stygmatyzacji. Również "Hominal" został złożony z eklektycznych dźwiękowych fabuł, które - co też charakterystyczne dla tego producenta - urzekają wysmakowanym brzmieniem analogowych sampli, oraz elegancją kompozycji. 

Nad sześcioma utworami unosi się szumiąca analogowa mgiełka, pokrywająca ciepłe snujące się plamy i kruche postukiwania. Przytłumione dźwięki fortepianu, pluszowa rytmika automatu perkusyjnego nabierają charakteru urokliwego lo-fi. Ten ciepły, melancholijny klimat nagrań jest rdzeniem "Hominal" od którego odchodzą stylistyczne tropy, którymi podąża autor. W "Pulsar / Sonic Punch" za sprawą tętniących pogłosem padów utwór przybiera estetykę elektronicznego dubu. "Variety Girl" to ukłon dla microhouse'owej estetyki, "Zombie ant" krok w stronę softowego elektro, zaś "Mars" to rozmarzony ambient pełen subtelnego uroku. 

Króciutki "Hominal", wydany w fizycznej formie na kasecie magnetofonowej, sprawia świetne wrażenie emanując lekkością kompozycji ich klarownością i wyrazistością, a także udaną, nienachalną aranżacją, która zrytmizowane i zapętlone wątki nasyca dawką nostalgii i liryzmu. 


niedziela, 24 sierpnia 2014

Mikromelancholie Roberta Skrzyńskiego


Według dialektyki materialistycznej jednym z podstawowych praw rządzących materią jest prawo przemiany ilości w jakość, według którego pojedyncze przemiany sumują się aby w pewnym momencie osiągnąć kulminację, w skutek czego powstaje nowa jakość. Wobec takiej ewolucji w materii możliwy jest progres w doskonalsze i bardziej złożone formy rozwoju.

Pojęcie przechodzenia ilości w jakość może być doskonałym punktem wyjścia do analizy muzycznej działalności Roberta Skrzyńskiego, który w zatrważającym tempie rejestruje i wydaje swoje kolejne nagrania. Tylko do sierpnia naliczyłem siedem tegorocznych wydawnictw, które wyszły spod rąk tego producenta. Oprócz recenzowanego na łamach 1uchem/1okiem albumu "It Doesn't Belong Here" (Zoharum), ukazały się, bądź w najbliższym czasie ukażą: dwa materiały zrealizowane z Mateuszem Wysockim (Fischerle) "Moulding" (Chemical Tapes), "Two Recipes Like Grandma Used to Make" (Wounded Knife), dwie kolaboracje z Rossem Delvine jako MICROFL▼RSCNCE "IV" (Metaphysical Circuits) "V" (Tabs Out), oraz trzy solówki "Order of Disappearance" (Cosmic Winnteou), "Ensemble Faux Pas" (A giant fern), "Surface Shift"  (La cohu). Z tego nagromadzenia tytułów wynika iż nagrania Skrzyńskiego odnalazły dla siebie niszę głównie wśród niskonakładowych, ale zacnych i szanowanych labeli kasetowych zarówno rodzimych, jak i zagranicznych. Sam twórca komentuje to w następujący sposób: "W środowisku wytwórni DIY nic nie jest pewne. Niektóre nagrania czekają na wydanie latami, a niektóre publikowane są błyskawicznie. Zauważyłem, że między labelami panuje rodzaj jakiejś niepisanej umowy i często bywa tak, że w jednym tygodniu, w jednym miesiącu ukazuje się kilka kaset z moją muzyką. 

Krąży więc muzyka Skrzyńskiego w unikatowych nakładach po całym świecie zaskarbiając sobie, być może nielicznych, ale na pewno oddanych słuchaczy. Sam nośnik kasety prowokuje bowiem do większego pietyzmu i poświęcenia w obchodzeniu się z nim, a co za tym idzie do szacunku dla jego zawartości. Wydaje się, że jeśli już ktoś zada sobie trud w zaopatrzenie się w kasetę wydaną w tak unikalnym nakładzie to będzie w stanie poświęcić jej więcej czasu niż jednemu z tysiąca ściągniętych z sieci plików. Taka świadomość musi determinować również wydawców do wytrawnej selekcji materiałów, które proponują słuchaczom. Czy dla chętnie wydawanej muzyki Skrzyńskiego sam ten fakt nie jest już rekomendacją jego muzyki. Warto przyjrzeć się jego nagraniom nieco wnikliwiej, gdyż z pozoru oszczędne i minimalistyczne fundamenty jego kompozycji okazują się być nasycone stylistycznym rozmachem.


MICROFL▼RSCNCE


Eklektyczne inspiracje Skrzyńskiego najbardziej słyszalne są w projekcie MICROFL▼RSCNCE tworzonym wspólnie z Amerykaninem Rossem. Devlin'em, nagrywającym solo jako Wolf Fluorescence. Ich wspólna koncepcja ambientu prezentowana w pięciu kasetowych odsłonach jest niezwykle dynamiczna, i obszerna gatunkowo.  

Miałem wrażenie, że obcuję z tym samym rodzajem wrażliwości i że ktoś stara się zawrzeć w muzyce tą samą dozę melancholii, nostalgii i wspomnień co Ja. Zaproponowałem Devlinowi wspólne miejsce na taśmie i nakładem A Beard of Snails ukazał się split z naszą muzyką. Później zdecydowaliśmy się na założenie wspólnego projektu. Nagrywaliśmy metodą wymiany plików. Jedna osoba nagrywała swoje pętle czy ścieżki, potem druga dogrywała swoje partie. Nigdy nie było podziału ról, pozwalaliśmy na swobodny przepływ myśli, które - mam wrażenie - od początku płynęły jednym torem.

"IV" to kalejdoskop w którym połyskują echa folkowego ambientu, post rocka, czy nawet połamanego idm. Przeplatają się w nim syntetyki i instrumenty żywe, zwykle spreparowane w melodyjne pętle, nadające chłodnej elektronice lirycznego uroku. Drony i field recording wcale nie stanowią kanwy tej muzycznej kooperacji, bo mimo, że są w repertuarze duetu stale obecne, to dynamika zmian (rzadko spotykana w ambiencie) determinuje ich rolę jedynie jako dodatku do ciągłych zwrotów akcji. Rozpiętość nastrojowa tych nagrań jest nieprzewidywalnie zmienna. Momentami bywają melodyjne, delikatne, a nawet uroczyste, aby po chwili zaprowadzić słuchacza w rejony mroczne i odhumanizowane, skryte w industrialnym zgiełku. MICROFL▼RSCNCE "IV" w elegancki i płynny sposób buduje opowieści meandrujące pomiędzy rozmaitymi wątkami i estetykami. To dialog dwóch zawodowców, w którym nikt nikomu nie wchodzi w drogę, a współpraca układa się bez znamion rywalizacji. 

Piąta "V" kooperacja Skrzyńskiego i Devlin'a przynosi diametralną zmianę stylistyki, za którą idzie redukcja elementów składowych muzyki, oraz jej dynamiki. Tym razem mamy do czynienia z wyeksponowaniem wątku dronowego. Ciągnące się, widmowe plamy stanowią o mrocznej poetyce tej kasety. Monumentalne brzmienie, oblepione skrawkami wyłapanych mikrofonem kontaktowym odgłosów, oraz glitchowe trzaski i szumy to jedyna dźwiękowa konfekcja na jakiej zbudowany zostaje nastrój niepokoju dobiegający z nagrania. W drugiej części kasety, linearne, dźwiękowe snopy zostają dość niespodziewanie rozbite regularną, miękką stopą pompującą w ciemne otchłanie migotliwe cząsteczki światła, aby wraz z pogłosami osiągnąć wręcz katedralną przestrzeń. Ta część współpracy duetu ukazuje jak subtelnymi modyfikacjami wyjściowego materiału, można zmienić dramaturgię nagrania, pobudzając go ku mniej oczywistym kulminacjom.

MICROFL▼RSCNCE wydaje się być projektem niezwykle otwartym na eksperymentowanie, które nie jest pozbawioną koncepcji szaloną improwizacją, ale w pełni przemyślanym i z lekkością zrealizowanym sięganiem do gatunkowego i estetycznego repozytorium muzyki elektronicznej.
 

 FISCHERLE + MICROMELANCOLIÉ


Również kooperacja z Mateuszem Wysockim (Fischerle) oparta została na dźwiękowych różnorodnościach i eklektyzmie. Jednak dynamika prowadzenia narracji jaką panowie preferują jest zdecydowanie bardziej statyczna. Słabości do elektronicznych gatunków jakimi posługują się Wysocki i Skrzyński zrealizowana została w formie koncept albumów, dalekich od kolażowego rozmachu.

I tak na przygotowanej dla Chemical Tapes kasecie "Moulding" wiodącym tematem stała się inspiracja click&cuts, estetyką, która na początku pierwszej dekady XXI wieku dokonała rewolucyjnych zmian w postrzeganiu i komponowaniu muzyki elektronicznej. Z muzycznych skrawków całkowicie zacierających tożsamość materiałów źródłowych, melodyjnych plam wybrzmiewających instrumentów, hałasów, glitchów i trzasków powstała nastrojowa kompozycja zaaranżowana z elementów ignorowanych, bądź niepożądanych w tradycyjnych procesach produkcji muzycznej. W "Moulding" ukryty jest sentyment za zamkniętym w hipnotyczne pętle zdekonstruowanym jazzem Jana Jelinka, i innych  twórców spod znaku Mille Plateaux. (Więcej o tym projekcie przeczytacie w mojej recenzji na łamach reaktywującego się M/I Kwartalnik Muzyczny).

Z kolei wydana dla warszawskiego labelu Wounded Knife kaseta "Two Recipes Like Grandma Used to Make" nosi znamiona ciekawie rozplanowanej impresji, w której kostropate odgłosy, podskórne melodie, subtelny rytm wraz z zaburzającymi harmonię elementami szumów i hałasów tworzą dronującą magmę. W przypadku tego wydawnictwa różnorodność dźwięków zostaje zakomponowana ciasno i mało przejrzyście tworząc jednostajny, rozwlekły tumult, w którym każdy pojedynczy odgłos, melodia, czy dźwięk tracą swój indywidualny rys na rzecz jednolitego współbrzmienia. 


MICROMELANCOLIÉ


Sztandarowy projekt Roberta Skrzyńskiego (Micromelancolié) wyraża zamiłowanie do muzycznej ascezy i mrocznych narracji. Maestria budowania nastroju i grania dramaturgią, oraz elegancja z jaką producent reżyseruje swoje opowieści pełne grozy i melancholii to wizytówka jego solowych nagrań. Przykładem niech będą kasety "Ensemble Faux Pas" i Order of  Disappearance"

Pierwsza z nich to stylowy ambient pokryty szumiącą patyną, pod którą połyskują szlachetne prepary fortepianu i wibrafonu, oraz profanujące je atmosfery i "dźwiękowe usterki". Micromelancolié ze swojej dość oszczędnej palety dźwięków ekstrahuje hipnotyczne właściwości drone music. Ewokuje muzykę mrocznego rytuału z pełną nabożnością i powagą. Ta intensywna materia zbudowana z falujących potężnych dronów i szumu odgłosów przyrody kreuje sugestywny nastrój horroru.

Z kolei Order of Disappearance" uwodzi równie minimalistycznymi środkami, bazując na dźwiękach muzycznego recyklingu. Delikatność terenowych odgłosów sprawia, że słuchacz zadaje sobie pytanie, o ich faktyczną obecność w nagraniu. Zasadne będą w tym przypadku podejrzenia, czy aby to nie sam umysł wyposzczony monolitycznym brzmieniem dronu kreuje sobie dźwiękowe fantomy. Materiał zarejestrowany na tej kasecie ma bowiem właściwości mirażu, wciąga, mami i otumania swym nastrojem. Odrywa od rzeczywistości pozwalając snuć w wyobraźni własną fabułę. Zamglone fale akustyczne wciągają wewnątrz struktury, zanurzają w medytacyjnym skupieniu ukazując naturę znikania. Order of dissapearance" powstało z odrzutów z sesji nagraniowej dla Centrum Kultury i Sztuki "Wieża Cisnień" w Koninie. Metodą redukcji, wyciszania i przepuszczania przez taśmę kolejnych ścieżek, udało mi się uzyskać ciepłe, minimalistyczne utwory - stąd też pochodzi tytuł albumu. Wiele miesięcy później, odpowiedział mi Gunter Schlienz. Napisał, że nagrania bardzo mu się podobają i że chciałby je opublikować jesienią tego roku w swoim labelu Cosmic Winnetou.


 
Natchnione i zamyślone mikromelancholie są nośnikiem szerokiej muzycznej wyobraźni Roberta Skrzyńskiego, który zaprasza swoich słuchaczy do intensywnej kontemplacji, oraz ekscytującego odkrywania jego szerokich inspiracji. Porozrzucane po zakamarkach niezależnych kasetowych wytwórni słuchowiska, niczym puzzle składają się w wyraźny obraz producenta świetnie sprawdzającego się w różnych estetykach i formach współpracy. Skrzyński poszerza definicje ambientu udanie flirtując z elementami techno, industrialu, idm, czy click&cuts, a zamiłowanie do field recordingu, czy dronów, nie ogranicza bynajmniej jego muzyki. Unika muzycznych ekstremów, dzięki czemu jego skromne kasetowe miniatury podane są w sposób subtelny i elegancki. A jak przystało na melancholika, intrygująco operuje nastrojem swoich kompozycji. Nic dziwnego, że rodzime i zagraniczne oficyny tak chętnie wydają jego muzykę.