poniedziałek, 18 września 2017

Tajne komplety / Hańba! „Będą bić!”

Wiele wskazuje na to, że po tegorocznej reformie edukacji ponownie będzie trzeba sobie przypomnieć o formule tajnych kompletów. W ramach lekcji języka polskiego i historii (zdecydowanie niewygodnej) proponuję nową płytę Hańby!

„Pochodząca z Krakowa zbuntowana orkiestra podwórkowa Hańba! to wehikuł czasu. Zabiera słuchaczy w lata 30-ste do międzywojennej Polski, aby środkami artystycznej rekonstrukcji wyrazić burzliwy okres w historii kraju (kryzys demokracji, niepokoje polityczne, ksenofobia, imperialne ambicje). Międzywojenna kreacja Hańby! jest kompletna, począwszy od zbuntowanych tekstów autorstwa głównie przedwojennych poetów, przez sceniczną charakteryzację, aż po instrumentarium (tuba, bęben, bandżo akordeon, klarnet). Muzyka, to ultra energetyczny miks punkowego wigoru, z klezmerską charyzmą folkową skocznością i niepoprawnością polityczną w tle. Mimo wyraźnych apolitycznych deklaracji zespołu, ich sięgająca niemal stu lat wstecz inscenizacja, nabrała niezwykłej aktualności w Polsce AD 2016” – tak przed rokiem pisałem o debiucie Hańby! w podsumowaniu rocznym Beehype. Dodając jeszcze na blogu że: „Członkowie grupy w brawurowym stylu przypominają czym w muzyce powinien być bunt; energetycznym, punkowym (w wyrazie) manifestem; z brawurowymi, nośnymi i przenikliwymi tekstami; błyskotliwym komentarzem rzeczywistości, ujętym w formie ciętej metafory. Hańba! ma to wszystko”. Minął rok, a krakowska grupa zdyskontowała swój sukces z nawiązką. I jedyne co się zmieniło to fakt, że już tak bardzo nie kryją się za sztafażem historycznej rekonstrukcji.

Za sprawą „Będą bić!” przenosimy się rok dalej, do 1937 roku, w którym nadchodząca wojna wisi w powietrzu, wrogowie sanacji gniją w „Miejscu Odosobnienia” (cudzysłów zdecydowanie zamierzony) w Berezie Kartuskiej, ciemiężeni chłopi podnoszą bunt, żydzi padają ofiarą nagonek i bojkotów, zaś sanacja snuje rojenia o Międzymorzu i zamorskich koloniach. Brzmi znajomo? No właśnie. Scenariusz z lat 30-tych i jego aktualny wydźwięk sprawia, że trudno o przyszłości myśleć w różowych barwach. Z tego powodu słucham Hańby z dreszczem na plecach. I nie jest to jedynie dreszcz ekscytacji. Niepokojąco brzmią błyskotliwe i celne metafory Ziemowita Szczerka („Polak zbrojny”), Lucjana Szenwalda („Wojenka”; „Płać, chłopie!), Jerzego Jurandota („Puste samoloty”), Władysława Broniewskiego („Jeść i pić”), Leona Pasternaka („Wojenka”), Marka Nowickiego („A+B”), czy głównego wokalisty zespołu Andrzeja Zagajewskiego vel. Zamenhofa („Racyje”). Otuchy dodają jedynie słowa Juliana Tuwima zamykające płytę („Hoży i świeży”); „Ledwo słoneczko uderzy / W okno złocistym promykiem, / budzę się hoży i świeży / z antypaństwowym okrzykiem. / Zanurzam się aż po uszy / W miłej moralnej zgniliźnie / I najserdeczniej uwłaczam / Bogu, ludzkości, ojczyźnie”.

Zapadające głęboko w pamięć słowa piosenek i ich energetyczna interpretacja, jak żadne inne potrafią doprecyzować (przy jednoczesnym posługiwaniem się metaforą o mocy bokserskiego ciosu) istotę mrocznej strony polskiej mentalności. Przy tym znakomicie potrafią skanalizować frustrację niezadowolonych obecną sytuacją polityczną. Pomaga w tym pełna furii, wyrazista i komunikatywna muzyka Hańby! Skrzyżowanie punk, ska, muzyki podwórkowej i klezmerskiej z błyskotliwym wplataniem muzycznych cytatów z repertuaru innych kompozytorów (muzyka ze „Skrzypka na dachu” w „A+B”) nie pozwala na spokojny odsłuch; wyrywa z marazmu niczym tytułowa zapowiedź rękoczynów. Sińce i guzy gwarantowane; w końcu to płyta o biciu; „Lejtmotywem płyty jest przemoc w różnych postaciach: bicie jako uliczne rozróby, bicie jako pacyfikacja demonstracji, ale też bicie na większą skalę – wojna” stwierdza w rozmowie z Jędrzejem Słodkowskim Zamenhof.

„Będą bić!” ma wszystkie cechy płyty ponadczasowej, nie tylko z racji równoległej narracji prowadzonej w 1937, a odbijającej się głośnym echem w 2017. Krzykliwe i przebojowe aranżacje; proste, wpadające w ucho melodie; szybkie tempa, wigor, osobliwe instrumentarium, znakomita kwerenda tekstów, satyra i cięte w nich metafory o walorze edukacyjnym. To kipiąca frustracją i niepokojem bomba, spełniająca wszelkie znamiona muzyki zbuntowanej i rozbójniczej. Z pewnością trudno będzie usłyszeć ważniejszą polska płytę w 2017.

***

Jest jednak rzecz, która nie pozwala mi w pełni cieszyć się tą znakomitą płytą. Haniebna jakość nagrania (zła produkcja i fatalny miks). Zdaję sobie sprawę, że to punk, muzyka podwórkowa, i rok 1937, ale bez przesady. Tak skarlały dźwięk nie może być spowodowany stylizacją. Doprawdy, mimo wspaniałego repertuaru ciężko słucha się tej płyty, bez względu na nośnik (słyszałem CD i stream, nie słyszałem winyla). Zerowa selektywność skleja dźwięki w brudną i zbitą pulpę, dudniącą w środkowych rejestrach. Właściwie nie słychać tu żadnych wyższych częstotliwości, wśród których mógłby wybrzmiewać klarnet, bandżo i wokal. Ten ostatni zaś momentami ginie w mętnym brzmieniu instrumentów. Można było to z pewnością zrealizować lepiej, bez tracenia retro-garażowego charakteru muzyki (Michał Kupicz, dlaczego cię tu nie było!?). Pod względem jakości dźwięku „Będą bić!” nie jest w stanie dosięgnąć debiutanckiej płyty. Szczytem tych niedociągnięć jest dźwięk zakłócenia telefonem komórkowym urządzeń elektrycznych słyszalny w „Polaku zbrojnym” (między 30 a 40 sekundą). Szkoda tego niedbalstwa, bo psuje dobre wrażenie i zdecydowanie odbija się na przyjemności słuchania.

 

HAŃBA! „Będą bić!”
2017, Antena Krzyku / Karoryfer Lecolds

środa, 13 września 2017

Słońce Hellady, blues Ameryki i bydgoska melancholia / Alameda Duo „The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo” /

W 2014 za sprawą płyty „No New Age” duetu Kapital odkryłem twórczość Richarda Pinhasa. Teraz przy okazji premiery duetu; Alameda Duo, zachwycam się muzyką innego znakomitego gitarzysty Robbiego Basho. Wszystko za sprawą Kuby Ziołka, chętnie dzielącego się swoimi muzycznymi inspiracjami, których wpływ możemy później weryfikować w nagraniach artysty.

„The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo” nagrana przez Ziołka i Mikołaja Zielińskiego (Alameda 3) sięga po twórczość amerykańskiego gitarzysty Robbiego Basho, czerpiąc bezpośrednio z jego muzyki, osadzonej w tradycji amerykańskiego bluesa i wzbogaconej o inspiracje indyjską ragą, muzyką japońską, czy starogrecką, oraz ich systemami modalnymi. Amerykanin jest także pośrednikiem w odkrywaniu przez Ziołka i Zielińskiego muzyki antycznej. Bezpośrednią motywację do podążania w stronę starożytnej Hellady, nasunął jednak Rafał Iwański (m.in. X-Navie:et, Hati, Kapital, Alameda 5, Innercity Ensemble) podrzucając Ziołkowi kasetę „Music of Ancient Greece” Christodoulosa Halarisa, badacza i restauratora greckiej muzyki antycznej. Jestem pod ogromnym wrażeniem inspirującego dialogu, który z tą piękną i dostojną muzyką nawiązali muzycy Alamedy Duo.

Koncepcja czterech rozbudowanych suit, opartych na brzmieniu akustycznych strunowców; gitary dwunastostrunowej, klasycznej i bouzouki (instrument wywodzący się ze środkowej Azji, zaadaptowany przez greków w XIX wieku) tylko w teorii wydaje się surowa i pozbawiona namiętności. W rzeczywistości obcujemy z materiałem bogatym artykulacyjnie, gęstym od rozbudowanych gitarowych instrumentacji. Kompozycje ciągną się długimi, wielowątkowymi i zaklinającymi czas pasażami. Muzycy unikają typowych spiętrzeń i kulminacji. O dramaturgi decydują zaś podejmowane i porzucane w obrębie jednego utworu motywy melodyczne, dzielące suity na wewnętrzne podrozdziały. Fragmenty transowe są tu mniej wyraźne niż na większości projektów Ziołka. Mimo to nad kompozycjami roztacza się barwna psychodeliczna poświata.

Rejestracji nagrań Alamedy Duo dokonano we wnętrzu kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Bydgoszczy, co wpłynęło na wyeksponowanie klarowność gitarowego brzmienia. Dodało też dostojności greckim akordom bouzouki, które w zastanej akustyce zyskały posągowości i werwy. Tak wyrazista ekspresja przyjmuje jednak łagodną i nostalgiczna naturę, dzięki towarzystwu subtelnej elektroniki, śladów terenowych nagrań, lecz przede wszystkim za sprawą licznych melodyjnych motywów jak i zjawiskowych wokali Ziołka i gościnnie Joanny Bielawskiej („Laurel”). Zamglone i hipnotyczne głosy stają się medium dla intymnych tekstów piosenek. Te, podejmujące tematykę rozstania, przemiany i mentalnego odrodzenia, są pełnym goryczy i zadumy rozliczeniem z miłosnymi doświadczeniami obu muzyków.

Rozsmakowuje się w „The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo” z prawdziwą rozkoszą, dodatkowo dostępując absolutnego olśnienia w kilku skrzętnie wynotowanych subtelnościach. Tak jak w krótkim fragmencie „Laurel” gdzie wokal Bielawskiej dostaje wsparcie drugiego męskiego głosu. Zachwycam się niemal wszystkimi momentami, w których gitarowy stelaż kompozycji zostaje przełamany greckimi impresjami. Jestem pod wrażeniem mnogości wątków i dramaturgią w „Ming & Days of Yore”, artykulacją bouzouki w tym utworze; dialogiem miedzy americaną, a grecką melodią zagraną na klarnecie przez Mateusza Szwankowskiego. Ten niezwykły utwór okazuje się nawiązywać do niektórych cech antycznej tragedii; utrzymany w podniosłym nastroju z prologiem w postaci gitarowego intra, wejściem chóru w postaci deklamującego tekst Zielińskiego aktora Tomasza Nosińskiego, aż po wyzwalający finał w postaci głównej melodii.

Staram się nie szafować arbitralnymi wnioskami, ale im dłużej (z wciąż rosnącą przyjemnością) słucham „The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo” tym coraz poważniej traktuję myśl, że jest to najbardziej spójne i kompletne ze wszystkich muzycznych wcieleń Kuby Ziołka. Z pewnością to jego najlepsza płyta zespołowa. To muzyka harmonijnie łącząca tradycje; grecką, amerykańską i tę najnowszą pochodzącą z muzycznego bydgoskiego tygla. Znakomicie zagrana, i zrealizowana; urzekająca w skali makro i w detalach. Delikatna i zmysłowa, choć zgorzkniała i pogrążona w zamyśleniu. A przy tym wyzwalająca, bez pretensji do bycia krzykliwą.

 

ALAMEDA DUO „The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo”
2017, Instant Classic

czwartek, 7 września 2017

Stare instrumenty z nowym nastawieniem / Mapa „No automatu”

„No i doczekaliśmy się pierwszej rodzimej formacji post rockowej. I to znakomitej, utworzonej przez muzyków z kręgu... stricte rockowego: Marcina Dymitera, gitarzysty Ewy Baraun, oraz perkusisty Paula Wirkusa z niemieckiej grupy Spokój...” – donosiła Machina w lipcu 1998 roku, recenzując piórem Marcina Huberta debiutancką płytę Mapy.

Cóż to były za czasy, kiedy to do rangi wydarzenia wynoszono okoliczność, w której rodzimi artyści próbowali uchwycić ducha czasów i nawiązać dialog (w przypadku Mapy udany) z tym co w muzycznym świecie aktualne. A że koniec lat 90-tych to w zachodniej muzyce wrzenie nowych gatunków i trendów nietrudno się dziwić, że prasa z wytęsknieniem czekała na podjęcie rękawicy przez rodzimych artystów. Nie powinno zatem dziwić, że o Mapie pisano na łamach popkulturowego periodyku jakim była „Machina”. Nie miało to co prawda wpływu na sprzedaż muzyki, również wtedy Polacy woleli bowiem Kult i Kasię Kowalską, ale grono dziennikarzy potrafiło dostrzec i docenić każdą taką inicjatywę jak duet Mapa. I mimo że dla czytelnika Machiny była to muzyka niełatwa, nie wahali się aby o niej pisać. Dziś, o nowej płycie duetu, która pojawiła się zupełnie niespodziewanie, bo przez niemal dwie dekady nic nie wskazywało że projekt będzie kontynuowany, pisze się niewiele, choć miejsc ku temu (choćby w internecie) więcej, a i zainteresowanie rodzimą alternatywą muzyczną zdaje się rosnąć. Znamienne jest, że o „No automatu” napisali jak dotąd tylko Jacek Skolimowski (tutaj), który (o ironio!) bodaj pod koniec lat 90-tych współpracował już z rzeczoną „Machiną”, oraz niezastąpiony Jakub Knera, czyli (bez urazy) starzy wyjadacze. Na usta samo ciśnie się więc pytanie; gimby nie znajo? 

19 wiosen minęło od wydania „Fudo” debiutanckiej płyty duetu Wirkus - Dymiter. W międzyczasie, który w tym przypadku okazał się naprawdę długi, artyści realizowali się na wielu muzycznych i dźwiękowych polach; od nagrań zespołowych, przez solowe eksperymenty, nagrania terenowe, realizacje teatralne (po szczegóły odsyłam do znakomitego tekstu Jakuba Knery na portalu Nowe Idzie Od Morza).

„Przez ten czas mieliśmy ze sobą sporadyczny kontakt, ale i były okazje do spotkań, rozmów, graliśmy też improwizowane koncerty dobrych parę lat temu” – zdradza specjalnie dla 1/u/1/o kulisy ponownego zejścia muzyków Marcin Dymiter. „W ubiegłym roku jesienią Paul przyjechał ze swoją nową płytą, a wcześniej mailowaliśmy no i obaj byliśmy na tak, żeby zagrać też wspólnie koncerty. Muzyka przekonała nas, że trzeba pracować nad płytą. I tak po korespondencji, próbach i sesji powstał album "No automatu".

A jednak nowa płyta Mapy, mogłaby spokojnie zostać nagrana przed 19-stu laty, bądź ukazać się tuż po „Fudo” i zostać dopiero teraz zaprezentowana słuchaczom. W podejściu do kompozycji u Dymitera i Wirkusa nie wiele bowiem się zmieniło, poza proporcjami w jakich dozują elementy swojej muzyki. W porównaniu z debiutem automaty perkusyjne mocno ograniczyły dominację gitary i wyparły żywe bębny. Wraz z zepchnięciem gitary na dalszy plan i przypisaniem jej innej roli zniknęły wszelkie melodie, zastąpione na „No Automatu” elektronicznymi i elektroakustycznymi impresjami. Nadal jednak słychać tę samą ascetyczność w komponowaniu i to samo zamiłowanie do dźwięków surowych i kostropatych. No i przede wszystkim czuć ów post rockowy sznyt końca lat 90-tych, według którego reguły gatunkowe zostają poddane dekonstrukcji, a estetyki wzajemnie się infekują. W przypadku Mapy gitary nie grają zatem rock'n'rolla, ale budują tekstury i wylewają z siebie dronowe pomruki („Fudo”), a w przypadku „No automatu” pojawiają się jako chropowata ornamentacja, artykułowana pofragmentowanymi skrawkami sprzężeń. „Chociaż przerwa miedzy "Fudo" i "No automatu" była długa to pewnie można też zauważyć pewną kontynuację. Przełom milenium, czy post rock nie były dla nas odniesieniem, no ale być może Ciebie jako słuchacza ta muzyka doprowadziła do takich odniesień. Dla nas istotny był ruch, punk, energia bluesa- transowość i nonszalancja. To wyzwanie rzucone zbytniej cyfryzacji.” – tłumaczy w korespondencji Dymiter.

Niezwykle interesujące w wykonaniu Mapy i kluczowe w kontekście nowej płyty jest zarządzanie planami. W większości kompozycji dominuje monotonny bit prymitywnego automatu perkusyjnego, który w pierwszej kolejności skupia uwagę słuchacza. Jednak to co najciekawsze odbywa się w tłach. Tam muzycy uzyskują ciekawe współbrzmienia i napięcia pomiędzy pojedynczymi dźwiękami. Następnie kreują z nich elektroakustyczne słuchowiska („Bez EQ”; „Antibiotikum”), które wprost odsyłają do eksperymentów Eugeniusza Rudnika z muzyką konkretną, z początkowego okresu jego działalności w SEPR. Czasem porozrzucane dźwięki Wirkusa i Dymitera zmierzają do intensywnych klminacji ujawniając swój transowy potencjał („Nigdy tam nie byłem”, „Bunt tragiczny”). Momentami zaś uwaga zostaje zatrzymana przede wszystkim na ascetycznej dynamice, dyktowanej archaicznym brzmieniem automatu perkusyjnego („Heute tanz A”; „No automatu”). Przy dominacji chłodnej palety brzmień opartej na prymitywnej elektronice, gęstych, chropowatych strukturach i surowej rytmice niezwykłe wrażenie robią nieliczne momenty kontrastowe. Jak w „Bez EQ” gdzie po gęstej siatce odgłosów, mozolnie przewala się hipnotyczna melodia o wyrazistej barwie i ciepłej temperaturze, nasycająca kompozycję powiewem psychodelii.

O „No automatu” można powiedzieć, że jest zapatrzona w przeszłość, na co wyraźnie wskazuje paleta użytych brzmień. „Sercem tego brzmienia jest automat bossa z lat 80 XX w. i generator fal sinusoidalnych, oraz proste synthy Korga - to jest baza. Rzeczy które mają już jakiś kontekst czasowy, zdążyły się  wpisać w kulturę muzyczną. Jednak z perspektywy i namysłu nad rozwojem instrumentów, nabrały pozytywnego charakteru, nieprzewidywalności i mają pazur, co stanowiło dla nas ciekawy punkt wyjścia.” – wyjawia Dymiter. Jednak ów spojrzenie w przeszłość nie jest nawet w najmniejszym stopniu modną stylizacją na retro, vintage, czy lo-fi. Ten repertuar nie dźwiga bowiem ciężaru nostalgii i melancholii. Sprawia raczej wrażenie, jakby artyści chcieli unaocznić słuchaczom, że muzyka elektroniczna mimo obowiązującego paradygmatu świeżej i aktualnej w rzeczywistości jest estetyką starą, sięgającą już niemal pół wieku wstecz. Marcin Dymiter ma na to nieco inny punkt widzenia, który notabene stanowi najlepszą puentę tej recenzji; – „Udało nam się złożyć konfigurację, która ma ciekawe brzmienie, i to brzmienie pozwoliło nam odkryć metodę jak grać. No a poza tym w moim odczucie - te "stare" rzeczy wciąż są ciekawe np: tape music, czy muzyka konkretna. Na pierwszej płycie stosowaliśmy tzw. "nowoczesne" rozwiązania; był komputer, sekwencer, sampling, itp. W czasie tej sesji, komputer spełniał głownie rolę rekordera, a brzmienie wyszło z naszej manualnej gry - ta organiczność w stosowaniu starych instrumentów, ale i element zaskoczenia są w wielu wypadkach bardziej kreatywne niż laboratoryjne środowisko komputera. To co razem brzmiało, to było jak sound system. Płytę nagraliśmy w piwnicy zaprzyjaźnionego sklepu. Żadne tam klarowne designerskie przestrzenie. Kategoria tzw, świeżości jest  podstępna - wymiar jaki dają nieustanne newsy oraz ilość wszystkiego, mogą  sprawić, iż ogarniający świat ma charakter "przeszłości". „No automatu”  to płyta nagrana na starych instrumentach ale z nowym nastawieniem”.


MAPA „NO AUTMATU”
2017, Gusstaff Records

wtorek, 5 września 2017

Zakręcone melodie / Zebry a Mit „Laumes”

Tradycję pochodzących z Litwy wielogłosowych pieśni sutartinės, jakiś czas temu przybliżył polskiemu słuchaczowi zespół Sutari. Niestety ich nowy album „Osty” rozmywa nieco czar i intensywność owych inspiracji. Na szczęście tematem zainteresował się Kamil Szuszkiewicz, który z niezwykłą inwencją zmaterializował fascynacje sutartinės w ramach autorskiej formacji Zebry a Mit.

W skład zespołu, który miał dotąd na koncie krótką epkę „16'25”, oprócz lidera wchodzą; basista Wojciech Traczyk i perkusista Hubert Zemler. Na nowej, wydanej przez Fundację Kaisera Söze płycie „Laumes” do składu został dokooptowany również Olgierd Dokalski, który zmienił perkusjonalistę Piotra Dąbrowskiego. Obecność drugiego, obok Szuszkiewicza trębacza nie jest przypadkowa i wynika bezpośrednio z potrzeby dostosowania środków wyrazu do koncepcji albumu. Ta zaś podparta jest regułami starych uroczystych pieśni litewskich sutartinės.

Wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa Unesco tradycja wielogłosowego śpiewania pochodzi z północno-wschodniej części Litwy i w wersji wokalnej wykonują ją tylko kobiety. Mężczyźni, zaś dopuszczeni są do instrumentalnych odmian, w których grają na fletniach pana, rogach, podłużnych drewnianych trąbach, czy też fletach. Nazwa pochodzi od słowa sutarti co oznacza zgadzać się; tworzyć harmonię; dostroić się. Sutartinės składają się z prostych linii melodycznych śpiewanych przez dwie pieśniarki równolegle, przez trzy w kanonie, lub grupowo. Głosy i melodie krążą kolejno między wykonawczyniami i stopniowo nakładają się na siebie. Nawarstwiające się wokalizy zagęszczają strukturę pieśni wybrzmiewając barwnymi harmoniami. Obecność na nowej płycie Zebry a Mit dwóch trębaczy jest zatem konieczna, do osiągnięcia poszukiwanej wielogłosowości i odpowiedniego współbrzmienia.

Dziewięć rozdziałów „Laumes” opartych zostało na kilku bardzo do siebie zbliżonych, prostych motywach melodycznych, powtarzanych i subtelnie modyfikowanych w trakcie gry. Szuszkiewicz i Dokalski grają ten sam materiał i tak samo głośno, sumiennie odnosząc się do reguł wziętych z wokalnych sutartinės lub emulując polifonie z instrumentalnych odmian. Z każdym powtórzeniem melodii muzyka gęstnieje. Można odnieść wrażenie że została zamknięta w studni, której pełna pogłosu akustyka odbija każdą ścieżkę, multiplikując jej obecność i wprowadzając w ruch wirowy. Ten niezwykły efekt migotania i krążenia instrumentów jest wynikiem intensywnych zabiegów produkcyjnych, za które odpowiada lider przedsięwzięcia. „To jest nagrane jak zespół rockowy, czyli materiał na setkę, a potem produkcja. Tylko że ja używam do produkcji takich metod, jak przy robieniu muzyki na taśmę. To znaczy, że nie ma pluginów i efektów - pogłos osiągam przez powielanie ścieżki i przesuwanie, jak w latach 50. „Laumes” było nagrane na kilka mikrofonów, plus dyktafon i ważny jest miks, czyli zarządzanie proporcjami, wyciszanie niektórych mikrofonów etc. W paru utworach mikrofony trąbkowe są wycięte, słychać tyle, ile weszło z przesłuchu do perkusji” – tłumaczy Szuszkiewicz. Nie tylko ścieżki dęciaków zostają wsparte edycją. Również bas i metalofony zostały wzbogacone o „doklejki”. Słychać to bardzo wyraźnie w wieńczącym płytę „Chapter IX”, gdzie za pomocą nałożonych na siebie ścieżek, dźwięk mocno zatraca swoje krawędzie i rozpływa się w potężnej rezonacji.

Równie ciekawy efekt uzyskuje Szuszkiewicz w momentach kiedy instrumenty są rozbite, bądź przeskakują miedzy kanałami. Z premedytacją piszę o przeskakiwaniu, bo rozłożenie ścieżek między kanałami nie ma tu nic wspólnego z banalnym efektem przepływania dźwięku z jednej słuchawki do drugiej. Zwróćcie uwagę na perkusję w „Chapter II”; nadążenie zmysłami za uderzeniami i ich pogłosem, śledzenie ich wzajemnych relacji akustycznych jest nie lada wyzwaniem dla wyobraźni i wywraca do góry nogami logikę linearnego słuchania.

„Laumes”, podobnie jak ostatnie solowe dokonania Szuszkiewicza („Istina”, „Robot Czarek”) jest w głównej mierze pracą koncepcyjną, niż zapisem gry. Stachanowska, ręczna praca montażowa, okazała się wymagająca, choć jak przyznaje muzyk – „po sklejeniu „Robota Czarka” nuta po nucie to już mnie nic nie przerazi”. Równie wiele uwagi co edycji Szuszkiewicz poświęca pracy nad niuansami brzmieniowymi. Mamy zatem do czynienia z barwą dęciaków korespondującą z trąbką Jona Hassella („Chapter I, III”); brzmieniem przesterowanych instrumentów, pochodzącym prawdopodobnie bezpośrednio ze wspomnianego dyktafonu (chropowaty i surowy „Chapter V”). Do tego dochodzą spektakularne dubowe inklinacje, jakby za konsoletą zasiadł sam Lee Scratch Perry (fenomenalny „Chapter VI”).

Rezultaty jakie udało się uzyskać muzykom są absolutnie olśniewające. Wśród meandrujących i piętrzących się motywów; miedzy dźwiękami i ich pogłosami bezustannie gubi się percepcja słuchacza. Granice miedzy melodyjnymi ścieżkami rozmywają się, zaś hipnotyczne repetycje nadają ruchu kompozycjom. Instrumenty rozchodzą się i łączą w somnambulicznym cyklu. Tradycja zaczerpnięta z folkloru przybiera transowe, psychodeliczne oblicze.

„Laumes” to muzyka prowokująca słuchacza do aktywnego słuchania. Stanowi wyzwanie dla jego ucha, percepcji i błędnika, tak intensywnie zwodzonych meandrującymi melodiami. Jednocześnie to materiał przyjemny w słuchaniu, unikający eksperymentalnego zadęcia. Działa zarówno odtwarzany w tle jak i podczas intensywnego studiowania jego struktury. A przy okazji Płyta Zebry a Mit jest także nowym wcieleniem minimalistycznego trendu, który w ostatnich latach znacząco wyróżnił się na rodzimej scenie niezależnej. Wskazuje, że źródeł inspiracji muzyką repetytywną można poszukiwać znacznie bliżej niż u amerykańskich minimalistów, bo tuż za wschodnią granicą naszych sąsiadów.

 
Zebry a Mit „Laumes”
2017, Fundacja Kaisera Söze

sobota, 2 września 2017

Nie zasłaniać oczu - 19 Wiosen „Cesarstwo zwierząt”

Licząc od pierwszej próby (jesień 1992) łódzki zespół 19 Wiosen już o sześć lat przekroczył swoją tytularną metrykę i może hucznie świętować swoje srebrne wesele. Przez ćwierć wieku, nie stracić wigoru, a przede wszystkim nie przehandlować artystycznej niezależności... zasługuje to na docenienie.

W centrum miasta pojawia się truchło wieloryba. Wiadomość roznosi się w błyskawicznym tempie. Ciekawska gawiedź gromadzi się wokół, aby nasycać swoją próżność widokiem gargantuicznego truchła. Ten opis nie jest migawką ze stojącej nierządem Niniwy, i nowym wcieleniem przypowieści o Jonaszu. To również nie deskrypcja „Harmonii Werckmeistera” Beli Tarra. To fabuła „Jednoryba”, piosenki otwierającej „Cesarstwo zwierząt”. Jednak wspomniane wyżej przykłady zdradzają, że tam gdzie pojawia się wielka ryba, tam swój woal roztacza widmo katastrofy. Traf chciał, że owo widmo spektakularnie wieńczy również najnowszą płytę łodzian. Zanim jednak do tego dojdzie zaznamy iście karnawałowego danse macabre, seansu zepsucia i nieprawości, zwątpienia i afirmacji. A wszystko w scenerii rozgwieżdżonego firmamentu, przy zgiełku gitar i rozbuchanych klawiszy. I pamiętajcie aby „po usłyszeniu nadciągającego huku nie zasłaniać oczu”.

Zrealizowana z cegiełek fanów płyta ma wielu bohaterów, a każdy z nich przy realizacji materiału popuścił lejce fantazji, nie ograniczając zbytnio swojej ekspresji. Imponująca jest energia jaka promienieje z tego nagrania. Dwanaście kompozycji 19 Wiosen to w znacznej większości utwory o wartkiej narracji, gęstych, pełnych przepychu aranżacjach i wyrazistej produkcji. Utrzymane w szybkich tanecznych tempach, oparte są co prawda, na nieco leciwych rockowych akordach (choć pojawiają się echa i punk, i ska), ale gitarową ociężałość sprytnie maskuje fantazyjna artykulacja klawiszy i ogólna melodyjność repertuaru, za który w głównej mierze odpowiedzialny jest Grzegorz Fajngold; klawiszowiec, filar zespołu, a obok wokalisty jedyna postać w obecnym składzie, towarzysząca zespołowi nieprzerwanie od początku istnienia.

Fajngold, czyli popularny Fagot jest postacią, o której przy odsłuchu „Cesarstwa zwierząt” nie sposób choćby na chwilę zapomnieć. Jego klawisze spektakularnie panoszą się w nagraniach, przepełniając je na wskroś swoją obecnością. Odnaleźć je można we wszystkich planach kompozycji. W jednej chwili eksponują swoje bombastyczne rozdęcie, uderzając ścianami syntezatorowych progresji, aby następnie wić cienkie stróżki klawiszowych melodii, będących dedykacją dla twórczości Kapitana Nemo, czy Marka Bilińskiego. Syntezatory rzadko kiedy milkną na „Cesarstwie”. Przy ich pomocy Fajngold bawi się dramaturgią i dynamiką materiału, co przynosi efekty w postaci przebojowych refrenów i zamaszystych kulminacji.

Równie radosną ekspresją może poszczycić się Paweł Cieślak, producent i realizator płyty, a także kompozytor dwóch dźwiękowych miniatur. W rzeczywistości jego obecność jest równie słyszalna i efektowna co klawiszowy akompaniament Fagota. Dzieje się tak za sprawą rozpoznawalnych patentów produkcyjnych, z którymi mogliśmy osłuchać się przy okazji płyt; „Dziwo” duetu 11, a także ubiegłorocznych „Kopyt zła”. Nakładki wokali, zniekształcone chórki, szemrzące w tłach glitchowe tekstury, oraz dopracowane detale pojawiają się na „Cesarstwie” równie radośnie co bezpretensjonalnie. Jego produkcyjne zabiegi nadają instrumentom, ziarnistego brzmienia zostawiającego charakterystyczny chropowaty ślad słyszalny najbardziej w „Jednorybie”,  „Człowieku pingwinie”, czy „2036”. Autorstwa Cieślaka są dwa osobliwe tematy; „Bracia Dylanowie II” będący pastiszem estetyki gospel, oraz utwór tytułowy będący surrealistycznym kolażem zwierzęcych odgłosów.

Od strony muzycznej zabrakło płycie jedynie większego zniuansowania materiału, wyraźniejszych pauz i kontrastów. Nietrudno odnieść wrażenie, że aranżacje piosenek są na tyle gęste że nawet gdyby ktoś chciał jeszcze coś dodać, to nie ma na „Cesarstwie zwierząt” miejsca, na choćby jeden dodatkowy dźwięk. To bogactwo co prawda olśniewa swobodą ekspresji i imponuje rozmachem stylizacji, jednak chwilami wydaje się przytłaczające i zbyt jednorodne. Na korzyść zespołowi wyszłoby również odświeżenie brzmienia gitary, chyba że to zakorzenienie w klasycznej rockowej artykulacji leży w programowej wizji dziewiętnastek, a jego zadaniem jest równoważyć nieokiełznane epifanie klawiszy Fajngolda.

Aranżacyjnemu rozbuchaniu, partneruje równie okazała warstwa literacka Marcina Pryta. To doprawdy niebywałe, w jaki sposób pozbawione rymów, rozbudowane i opisowe teksty mieszczą się we frazach akompaniamentu. Wydaje się, jakby piosenki 19 Wiosen były w stanie zawrzeć więcej słów niż jest dla nich miejsca. Weźmy za przykład dwa wersy z utworu „Porozumienie stron”; „Stoję przy taśmie kompletacyjnej, jak zwykle układam według specyfikacji produkty.” – trzeba to usłyszeć zamknięte w 16-stu taktach, aby docenić tę osobliwość. Wszędzie indziej, zwłaszcza w rapie, ów efekt nadganiania rytmu przez wokalistę sprawiałby wrażenie karkołomnego i amatorskiego, jednak nie w przypadku Marcina Pryta, u którego zostaje przekształcony w stylistyczny atrybut, a jego użycie zdeterminowane jest rozwojem fabuły. Ta krąży zaś wokół dawno już określonej tematyki. Pojawiają się zatem na „Cesarstwie” wątki kosmiczne („Hau Hau”; „Firmament”), ale też relacje bliskie zwykłej codzienności i historii prywatnych („Porozumienie stron”; „Bracia Dylanowie”). Pryt obdarzony błyskotliwym zmysłem obserwacji, celnie puentuje otaczającą rzeczywistość, demaskując mapę cywilizacyjnych zagrożeń („Honor kapituły”; „LCD”). Kiedy zaś wypowiada się na inny z dyżurnych tematów; o apokalipsie, wojnie i braku perspektyw, to w jego słowach pobrzmiewa zwątpienie – „... mogę zapewnić, że nawet na milimetr ku dobru ten świat bliżej nie przeniesie się”) („Bracia Dylanowie I”) W kontekście katastrofy zdaje się poszukiwać jednak postaw mających zachować resztki człowieczeństwa, chroniących przed pogrążeniem się w „odwiecznym szambie ludzkich nieprawości”. Śpiewa zatem: – „Wszystko jest bez znaczenia. Wszystko jest nadaremno i jeszcze nigdy nie znaczyło tyle co nic.” – aby po chwili dodać – „Ale wchodzę w to wszystko, jak w masło i w ciemno, bo naprzeciwko możesz być Ty” („Bracia Dylanowie”). Teksty Pryta implikowane humanistyczną zadumą, nie stronią jednak od ciętych punkowych bon motów; wśród których moim faworytem pozostaje ironiczne: „Nasze życia nabrały sensu przy urnach niedaleko kredensu" („LCD”). Głównym bohaterem płyty pozostają jednak zwierzęta („Jednoryb”; „Człowiek Pingwin”; „Ptaszki za oknem”), obdarzone przez autora świadomością istnienia i potrzebą wolności silniejszą niż u osobników „ludzkiego getta”.

Śpiewającemu, deklamującemu, i wrzeszczącemu Prytowi towarzyszy Dziewczyna Rakieta (Demolka), dzieląca z nim wokale w wybranych piosenkach. Jej chłodny, niski, zdystansowany a przy tym melodyjny wokal wyśmienicie wpasowuje się w post-punkową estetykę. Swój głos w dwóch fragmentach użyczyła również Felicja Fajngold, córka Grzegorza, zwiastując tym samym nadejście drugiego pokolenia w szeregach 19 Wiosen. Z resztą „Cesarstwo” to w ogóle familijny album. W jego realizacji wzięli udział także Karolina Kościelecka-Cieślak - ptasi chór w „Ptaszki za oknem”, oraz Marlena Gemel (syntezator w „Ptaszki za oknem”).

„Cesarstwo zwierząt” to tuzin przebojowych nawałnic, gwarantujący skok endorfin. Może być dawkowane zamiast kofeiny, tauryny, nikotyny, i tym podobnych, lub razem wziętych. To absolutny pocisk. I mimo że muzycznie nie odkrywa nowych horyzontów, pozostając przywiązanym do arsenału około punkowych ekspresji, to trudno usiedzieć w miejscu przy takiej dawce energii jaką serwuje zespół.

Słucham kolejnej płyty 19 Wiosen i mam wrażenie, ze twórcy mają pełną świadomość tego, że po ćwierć wieku działalności nie muszą nic nikomu udowadniać. Można kochać ten zespół albo nienawidzić, żadna pośrednia perspektywa się tu raczej nie sprawdzi (stąd też zastępy wiernych psycho-fanów). Ale pokażcie mi drugi band z ćwierćwieczem na karku, który nigdy nie popełnił rozboju na sztuce, wciąż trzyma fason, i mimo lecących lat zdaje się być ponad obiegiem czasu.

 

19 WIOSEN „Cesarstwo zwierząt”
2017, Kosmopolitania Medjateka

poniedziałek, 24 lipca 2017

Burzliwa muzyka na burzliwe czasy / FOQL „Lower Your Expectations”

Aby docenić klasę nowej płyty Justyny Banaszczyk (FOQL), wcale nie trzeba zaniżać swoich oczekiwań. No chyba, że tytuł kasety zawiera przesłanie na nowe, burzliwe czasy.

Pochodząca z Łodzi artystka coraz śmielej poczyna sobie na scenie techno i okolic. Jej wydawnictwa cyklicznie ukazują się w zagranicznych wytwórniach, a utwory pojawiają się w djskich setach, coraz bardziej wpływowych twórców. Banaszczyk z polotem porusza się w międzygatunkowej materii mocnych tanecznych estetyk, wiele czerpiąc ze spuścizny techno, electro i acid, oraz kilku dekad muzyki elektronicznej od lat 80 do współczesnych. Również jej „Lower Your Expectations” wydana dla amerykańskiego labelu Always Human Tapes, to energetyczna fuzja transowej motoryki, syntezatorowych akordów, i kwaśnych arpeggiów, na której słychać zarówno wpływy holenderskiego electro, dynamikę techno z Detroit, czy inspiracje sceną EBM.

Już od otwierającego płytę „Sky high bridges of dreams” mamy do czynienia z potężnym brzmieniem opartym na zestawie automat perkusyjny (Elektron Rytm + Elektron Analog 4) - syntezator (Dave SMith PRO 2 + Arturia Mini Brute). Ów hardware'owy fundament emituje dźwięki ciężkie, gęste i drapieżne. Powstają z nich monumentalne i energetyczne, a przy tym niepozbawione przestrzeni kompozycje. Banaszczyk główny nacisk kładzie na współbrzmienie wielu wygenerowanych warstw, spiętrzających się w hałaśliwych rezonansach. Rola uderzeń w nagraniu została potraktowana przez autorkę nieszablonowo i niewiele ma wspólnego z regularnością parkietowego rytmu. Mocne stopy automatu dość często, zostają pochłonięte przez wzbierające tekstury („Sizzle sizzle little baby”), bądź tworzą brutalną ścianę dźwięku („Disgusting human being”). Towarzyszą temu wijące się w psychodelicznych spazmach melodie, kojarzące się z kwaśnymi pętlami Legowelta. W dalekich planach rozłożyste syntezatorowe plamy pobłyskują widmowymi poświatami. Wszystko to odbywa się na granicy przesteru, emanując dźwiękowym brudem i brutalnością. Materiał wrze od nagromadzonego na nim napięcia, a towarzyszący muzyce podskórny niepokój, przeszczepiony mam wrażenie bezpośrednio z nagrań Ostów (tria Banaszczyk), dopełnia atmosfery tego ekscytującego nagrania.

Wysokooktanowe „Lower Your Expectations” imponuje energią, polotem w mieszaniu estetyk, rozmachem aranżacyjnym i autentyczną pasją autorki. FOQL buduje repertuar wyrazisty i kąśliwy. Dokręca śrubę, tam gdzie wydaje się, że bardziej już jej dokręcić nie można. Utrzymuje przy tym szczyt wyrafinowania, panując nad formą, dramaturgią i czytelnością kompozycji, której nie przytłacza ani ciężka brzmieniowa architektura, ani gęsta struktura utworów.

W ostatnich dniach muzyka FOQL doskonale sprawdziła się w roli panaceum, skutecznie zagłuszając mój gniew, frustracje i poczucie bezradności, będące reakcją na bieżące wydarzenia na politycznej arenie. Słuchałem zatem „Lower Your Expectations” często i głośno (jak najgłośniej), bo już w żaden inny sposób nie radziłem sobie ze słabością, jaką jest tłumiony w środku gniew. Utożsamiłem się zatem z tym energetycznym, pełnym wewnętrznych napięć, hałaśliwym materiałem, zaciskając zęby i pięści w pełnych pasji kulminacjach. Pomogło! Jednak nawet pozbawiony tego, miejmy nadzieję tymczasowego kontekstu materiał, nie traci na wartości, ponieważ w mojej opinii to zdecydowanie najmocniejsze, najciekawsze i najbardziej wyraziste wydawnictwo techno jakie w tym roku słyszałem w wykonaniu rodzimych twórców.



FOQL „Lower Your Expectations”
2017, Always Human Tapes

środa, 19 lipca 2017

Utracone historie / Radosław Kurzeja „Noce”

Radosław Kurzeja - kolejny muzyk wśród rysowników, tudzież rysownik wśród muzyków.

Postać tego artysty pozostawała mi dotąd całkowicie nieznana. Jak się jednak okazuje, wydana w BDTA płyta „Noce” jest dla Kurzeji wydawnictwem jubileuszowym. Swoją przygodę z elektroniką autor rozpoczął bowiem dekadę temu, a w jego dyskografii odnaleźć można trzy wcześniejsze albumy.

„Noce” to muzyka osobliwa, a przy tym nienachalna. Interesująco wychodzi poza schematy ambientowego grania. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że poza ów schemat wybiega dość przebojowo i z otwartością na inne gatunki. Czuć tu podskórne zauroczenie lżejszymi estetykami. Może nawet muzyka popularna kładzie się echem na nastrojowych i subtelnych kompozycjach autora, stonowanej melodyce, bezpretensjonalnym czarze. Już pochodzące z archiwów domowych nagranie przedstawiającego się publiczności 5-letniego Kurzeji, wmontowane w somnambuliczny ambient („Wenecja”) sygnalizuje, że mamy do czynienia z muzyką stworzoną z dystansem, lekką ręką i otwartą głową. Bo choć nie brak tutaj mocnych syntetycznych brzmień, dronów, szumiących warstw, a estetyka hałaśliwego lo-fi dość często uwypukla się w kolejnych kompozycjach, to spomiędzy mrocznych fragmentów wyziera łagodność. Jej symptomami mogą być stonowana narracja, melancholijny nastrój, opasająca całość poetyka snu, przystępność formy, czy kojące melodie nagrane na syntezatorze Casio, otrzymanym w prezencie komunijnym w 1996 roku. Tam gdzie dronujące sekwencje zostają zdominowane wyrazistym bitem i melodią tam ambient zaczyna flirtować z muzyką popularną, synth-popem, czy idm. Oczywiście proszę potraktować ów „pop” nieco umownie, wciąż mamy bowiem do czynienia z wydawnictwem sygnowanym logo nadpsutego zęba, zatem również i pop to mocno nadpsuty.

Obok syntezatora Cassio, (o którego historii dowiedziałem się z wywiadu jaki z muzykiem -rysownikiem na łamach swojego bloga przeprowadził Jan Prociak), Kurzeja korzystał w trakcie nagrań z gitary, wokali, wspomnianych archiwalnych taśm rodzinnych, czy nagrań terenowych. Przetwarzając je uzyskał miękkie i ciepłe brzmienie działające inspirująco na wyobraźnię. A jak czytamy we wspomnianym wywiadzie, to właśnie ludzka wyobraźnia najbardziej interesuje muzyka – „(...) nie brudny „realizm”, świat sporu i polityki, a mity, historie, które gdzieś w cywilizowanym świecie utraciliśmy.”

To niepozorne nagranie zauroczyło mnie swoją subtelnością, inwencją autora, jak również organizacją materiału. Z ciężkiej materii ambientowego sukna udało się Kurzeji wykroić dopasowany, wygodny fason. Nie jest to wprawdzie Haute Couture, ale skromny, urokliwy i elegancki casual wear. No i zupełnie nieoczekiwanie mamy do czynienia z jedną z ciekawszych tegorocznych premier.


Radosław Kurzeja „Noce”
2017, BDTA