sobota, 27 stycznia 2018

Film bez obrazu / Rafał Kołacki + Mirt


Przełom roku przyniósł dwa udane wydawnictwa field recordingowe, w postaci płyt Rafała Kołackiego i Tomka Mirta. Słuchanie tych nagrań w środku polskiej zimy jest wręcz surrealistycznym przeżyciem. Zwłaszcza, kiedy czekasz na przystanku przestępując z zimna z nogi na nogę, a w słuchawkach słyszysz plemienne zaśpiewy z Addis Abeby, czy ptasie trele z Nagarkot. Za sprawą pasji obu autorów i ich subtelności opowiadania wystarczy przymknąć oczy by odbyć podróż do innego świata.

Nagrania terenowe to dziedzina, której do tej pory nie poświęcałem na blogu szczególnie wiele uwagi. Stosunkowo dużo też jej dotąd nie słuchałem, przynajmniej jeśli chodzi o wydawnictwa w całości prezentujące krajobraz dźwiękowy danego miejsca. Jednak jak chyba żadna z dyscyplin muzycznych field recording inspiruje mnie do rozważań dotyczących jego wieloaspektowej istoty.  Stąd też z wytęsknieniem i dużymi nadziejami oczekuję książki „Nagrania terenowe” Filipa Szałaska, licząc na wnikliwe potraktowanie przez autora tematu i wzbogacenie go o nowe konteksty.

Niewiele już chyba na ziemi miejsc nieskalanych cywilizacją, uchowały się natomiast jeszcze te, gdzie lokalność wciąż opiera się postępującej globalizacji. To miejsca, w którym kultura lokalna jest tkanką żywą, na co dzień towarzyszącą egzystencji mieszkańców. W dużej mierze są to lokalizacje zamieszkałe przez społeczności głęboko wierzące, w których praktyka religijna jest głównym nośnikiem tradycji. Do takich miejsc trafili Rafał Kołacki i Tomek Mirt, i sportretowali je z niesłychaną wrażliwością.

Zarówno w „ A'zan. Hearing Ethiopia” Kołackiego, jak i w „Songs and Prayers from the Kathmandu Valley” Mirta, w centrum zainteresowania są ludzie. Zarówno jako społeczności jak i jednostki. Obaj autorzy nagrań płynie przemieszczają się miedzy audiosferą publiczną i prywatną; między zgiełkiem a wyciszeniem; także miedzy cywilizacją a folklorem. Stąd obecne w nagraniach zarówno miejski gwar, wrzask targowiska, unoszące się ponad ulicami modlitwy, obrzędowe zaśpiewy, występy lokalnych artystów, jak i intymny nastrój domowej krzątaniny, czy pełne wytchnienia odgłosy podwórek i przedmieść. Niezwykle istotną rolę zajmuje również lokalna muzyka, najczęściej emitowana z głośników, będąca tłem towarzyskich spotkań i modlitw. Kołacki w didaskaliach towarzyszącym płycie wspomina że; „Etiopczycy są narodem bardzo dumnym, również ze swojej kultury dźwiękowej. Pielęgnują swoje tradycje muzyczne na różnych szczeblach aktywności. Dlatego nie spotkamy tu muzyki znanej ze światowych list przebojów, słucha się przede wszystkim etiopskich wykonawców”. W tym kontekście Addis Abeba mocniej opiera się zachodnim wpływom muzycznym, niż Nepal z nagrań Mirta, gdzie często słyszymy regularne taneczne bity.

W przypadku Kołackiego rejestracja ma charakter dokumentalny i etnomuzykologiczny. Autora mniej interesuje natura bardziej zaś lokalna kultura i religia obecna tu niemal na każdym kroku. Kołacki wchodzi miedzy autochtonów aby zarejestrować ich rozśpiewaną, niezwykle muzyczną ekspresję. W całości nagrywa i emituje pieśni etiopskich artystów zarówno świeckie, jak i religijne. Mirt z kolei zdaje się nasłuchiwać. W jego nagraniach słychać dystans, chęć pozostania w ukryciu i nieingerowania swoją obecnością w zachowanie tubylców i audiosferę. Przyciąga go również muzyczność natury, w której zdaje się poszukiwać rytmu i tekstury (choć wrażenie to jest wyraźniejsze na jego wcześniejszych płytach z katalogu saamleng). Równie często inspiruje Mirta dźwiękowy detal, którego audialną obecność stara się w skupieniu kontemplować. Audiosfera jego nagrań zyskuje przez to niezwykłą nastrojowość, a dramaturgia wydarzeń toczy się niezwykle subtelnie. Obu autorom zależy jednak przede wszystkim na uchwyceniu duchowości, stanowiącej integralną część krajobrazu dźwiękowego tamtejszych społeczności.

Jaka jest zatem Addis Abeba i Nepal widziane oczami i słyszane uszami autorów. Nagrania uchwycają niezwykły... koloryt obu miejsc. Wydają się przepełnione folklorem, tradycją i religią. W obu relacjach zarówno Etiopia, jak i Nepal sprawiają wrażenie raju na ziemi. Krajobraz dźwiękowy pozbawiony jest jakiegokolwiek ciężaru, gwałtowności, czy cywilizacyjnego pośpiechu. Chwilami przypomina widokówkę z folderu biura turystycznego. W przypadku płyty Rafała Kołackiego owa łagodność płynąca z nagrań napotyka jednak na pewien dysonans, którym jest okładka albumu, a konkretniej rzecz ujmując zdjęcia na niej zamieszczone. Zaledwie kilka fotografii z Addis Abeby ukazuje surowość, biedę i chaos miejskiego krajobrazu. Nie epatują nimi, choć czerń i biel uwypukla wrażenia, których próżno szukać w nagraniach. Z tekstu towarzyszącemu płycie można wywnioskować, że Kołacki skoncentrował się na ukazaniu stolicy Etiopii jako miejsca tolerancyjnego, gdzie religie żyją obok siebie w ekumenicznej wspólnocie, co też jasno wynika z nagrania. Skupiwszy się na materiale dźwiękowym autor być może przeoczył, że zdjęcia mające ilustrować nagranie zamiast harmonizować z jego treścią wprowadzają poznawczy dysonans. Można wręcz odczuć jakby to dwie osoby o różnej wrażliwości spoglądały na to samo miejsce, a ich relacje nie były w pełni kompatybilne i nie opowiadały tej samej historii. (Ale żeby było jasne, nie wpływa to przyjemności słuchania.) Podobnego problemu nie mam w przypadku płyty „Songs and Prayers from the Kathmandu Valley” Mirta, opatrzonej barwnymi, egzotycznymi fotografiami i takimi samymi nagraniami.

Oba wydawnictwa zostały doskonale zrealizowane. Ich słuchanie jest prawdziwą przyjemnością, pozwalającą coraz głębiej wnikać w świat przedstawiony. Zwłaszcza rejestracja Mirta, pod względem dźwiękowym wydaje się być chwilami aż hiperrealistyczna, ze względu na niezwykłą klarowność nagrań i soczyste, nasycone brzmienie.

Jednym z najbardziej intrygujących mnie zagadnień związanych z rejestracją krajobrazów dźwiękowych jest następujący paradoks. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ów fenomen zwracający nam uwagę na obecność dźwięku w świecie i mówiący o jego kulturowym znaczeniu, rykoszetem wzmacnia naszą wyobraźnię w i z u a l n ą. Słuchając terenowych rejestracji w pierwszej kolejności w i d z ę. Wizualizuję sobie obrazy, kadry, sceny, sekwencje obrazów. W tym kontekście rejestrator, którego warsztat wydaje się mieć więcej wspólnego ze sztukami wizualnymi i filmem, niż z muzyką, staje się operatorem i reżyserem w jednym. Kadry, ujęcia, plany, montaż, fabuła. Terenowe rejestracje zwłaszcza te z kręgu audioturystyki i etnomuzykologii, jak w przypadku nagrań obu autorów to gotowe fabuły; filmy bez obrazu. Obaj autorzy, skupiając się na audiosferze Addis Abeby i Nepalu za pomocą starannie wyselekcjonowanych nagrań prowokują wyobraźnię słuchacza. Dostarczany do mózgu dźwięk pobudza, naszą wiedzę i pamięć generując wizualną narrację, projekcję odbywającą się pod przymkniętymi powiekami. Im więcej detali tym bardziej sugestywna wydaje się wizualizacja. Kołacki i Mirt poświęcili dużo uwagi i wrażliwości, aby oddać esencję i tożsamość odwiedzanych miejsc. Dźwięk, po dźwięku i warstwa po warstwie. Pokazany przez nich świat wydaje się pełnokrwisty, autentyczny (w przypadku Mirta chwilami, wręcz hiperrealistyczny) i wielowymiarowy, choć przecież stanowi tylko wycinek rzeczywistości, arbitralnie skadrowany według prywatnych preferencji autorów. Field recording podobnie jak fotografia są bezradne w opowiadaniu prawdy o świecie. Widać to dobrze w przypadku płyty Kołackiego i dysonansu jaki powstaje między warstwą audialną i wizualną. W obu nagraniach tkwi jednak niezwykła ciekawość świata, oraz pragnienie uwiedzenia słuchacza nie tyle egzotyką, co samą opowieścią. Pozostaje słuchać i ulegać estetycznym fascynacjom.

 
RAFAŁ KOŁACKI „Ā’zan. Hearing Ethiopia” / 2017 / Zoharum
MIRT „Songs and Prayers from the Kathmandu Valley” / 2018 / saamleng

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza