wtorek, 8 stycznia 2013

2012 - Podsumowanie muzyczne


Rok 2012 zdaniem wielu krytyków i recenzentów był rokiem niezwykle udanym i bogatym w premiery płytowe. Jednocześnie oceny jego na większości popularnych portali są zaskakująco jednorodne i nie przynoszą żadnych niespodzianek. Wyjątkiem zdaje się być FACT Magazine, który przyzwyczaił już do umieszczania na szczytach podsumowań mało znanych wynalazków o nierzadko dyskusyjnym potencjale muzycznym.
Mnie jednak ten rok pozostawił z lekkim niedosytem. Pomimo całej masy udanych wydawnictw wydał mi się dosyć ubogi, oszczędny i nużąco jednakowy. Gdybym w tym poście pisał o kinie na pewno użyłbym zwrotu o wielkim comebacku kina gatunków. Bo w 2012 rządziły właśnie klasyczne gatunki zunifikowane wokół szlachetnej muzyki środka.
Był to rok, w którym eklektyzm i epickość obrodziły najmocniej na kanwie muzyki popularnej. Używając dalej kontekstu filmowego, ubiegły rok obfitował w wielkie Oscarowe produkcje z Hollywood, natomiast kino autorskie straciło nieco na sile przebicia. Zaznaczam od razu, że nie jestem zatwardziałym radykałem i podobnie jak awangardowymi produkcjami, uwielbiam raczyć się przepychem mainstreamu, jego wysmakowaniem, dbałością o detale, klasyczną i piękną konstrukcją.
I tak właśnie wyglądał 2012 w muzyce, gdzie klasyczne gatunki na piedestał wyniosła reprezentacja świeżej krwi debiutantów prawdziwych, bądź takich dla których był to debiut na głębokich wodach. Dalej używając odniesienia do filmu jako ilustracji; europejski (kontekst geograficzny zupełnie dowolny) uznany artysta - reżyser dociera do Hollywood, by odnieść spektakularny sukces artystyczny i przede wszystkim komercyjny.
W 2012 królował pop (Jassie Ware), hip hop i r&b (Kendrick Lamar, Frank Ocean) i rock (Swans, Tame Impala, a w Polsce choćby Kim Novak).

Był to też rok, w którym muzyka popularna odniosła niezaprzeczalny tryumf nad produkcjami niszowymi, a muzycy niszowi pozwolili sobie na intensywny flirt z muzyką mainstreamową.
Klasyczna piosenkowa forma, jej melodyjność, chwytliwość, kompozycja zwrotka - refren, dopieszczona produkcja i unikanie radykalizmu stała się kusząca i inspirująca dla producentów kojarzonych dotąd z alternatywą, często dosyć radykalną. 
Jak Crystal Castles, którzy pomimo sprawiania pozorów antysystemowych buntowników brzmią momentami jak alternatywna wersja Kylie Minouge. Jak John Talabot, Kindness, czy Twin Shadow, których produkcje mogłyby, a nawet powinny być grane w komercyjnych stacjach radiowych stanowiąc wzór lekkiej, chwytliwej i dobrze skrojonej piosenki. Jak How To Dress Well, który swoje pasaże pojękiwań zamienił w bardzo zgrabne r&b. Jak Andy Stott, i Flying Lotus, którzy swoje radykalne oblicze udekorowali przystępnymi wokalami, aby pokokietować i zachęcić szerszą publikę do zmierzenia się z trudniejszymi dla niej gatunkami.
Pomimo mniejszych czy większych wolt większość z wymienionych wyżej wykonawców nie straciła swojej wartości artystycznej i estetycznej, udowadniając, że komercjalizacja nie jest koniecznie pejoratywna.

Jednak zauważalna w tym roku homogenizacja muzyki, zwężających się do środka gatunków muzycznych miała miejsce nie tylko w obrębie całej muzyki popularnej i niezależnej, ale też i w samych niszach, czego najlepszym dowodem jest renesans klasycznego techno i house. 
Nie sposób zauważyć muzycznego exodusu dotychczasowych dubstepowców, którzy coraz chętniej zmieniali akcent z trzech na cztery zerkając w kierunku inspiracji pochodzących z legendarnych stolic
światowego techno - Berlina i Detroit. Klasycy połamanych brzmień pozostali sami, a ich produkcje przeszły praktycznie bez echa (Mala in Cuba). Natomiast młodzi adepci dudnili już solidnym 4/4 wyrażając jego cały radykalizm (Sigha, Ikonika), jednocześnie unaoczniając jak blisko siebie znajdują się te dwa zdawałoby się odmienne gatunki.

Znamienny dla 2012 jest również fakt, że nie wydał on żadnego nowego, mocnego, alternatywnego trendu, który przetrwałby dłużej niż kilka miesięcy. Mimo, że prędkość ogłaszania i lansowania nowych zjawisk przypomina promocję w markecie. Jeśli wypromowany nowy produkt został skonsumowany, drążymy go dopóty sam nie umrze; jeśli nie został skonsumowany w odpowiednio zadowalającej ilości, wymyślamy nowy i wytwarzamy potrzebę. A sezonowe mody są zmienne i równie nieprzewidywalne jak pory roku w Polsce.
Ileż to pasjonatów muzycznych (nie wspominając już o tych mniej zorientowanych) nie zauważyło nawet takich efemerycznych zjawisk jak footwork, witch house czy chillwave, które fetowane jeszcze pół roku temu zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Niewielu pewnie zauważy również nieśmiało wykluwający się e-nurt zwany vaporave, czyli surrealistyczny i mocno kiczowaty kolaż podkradzionych sampli z lat 80-tych, muzyki new age i dźwięków użyteczności publicznej podparty futurystyczną ideologią antykonsumeryzmu (sic!). Jak zatem wobec takich hybryd nie docenić klasycznych gatunków :)

Muzyczny sezon 2012 był rokiem, w którym poszukiwania, eksperymenty i awangarda pozostały zmarginalizowane i przyćmione blaskiem świetnie skrojonego pop. Narodziny takich gigantów jak divy Jessie Ware, zbawiciela klasycznego hip hopu Kendrica Lamara, czy beatlesowsko raveowej Tame Impala odwróciły uwagę od autorskich, oryginalnych, koncept albumów Shackletona, Actressa, czy naszego Piotra Kurka. I choć ich znakomite albumy również znalazły się w szerokich ramach rocznych plebiscytów, to uwaga im poświęcona była niewspółmierna z ich zawartością muzyczną.

Ubiegły rok był łaskawy nie tylko dla młodych (nie gniewnych) gigantów, ale i dla tych co powracali z zaświatów. Spektakularne powroty choćby Swans, czy Dead Can Dance również zdają się potwierdzać moją tezę o dominacji klasycznych gatunków muzyki popularnej w 2012.
Nieobecni przez kilka, kilkanaście lat muzycy kultowych przecież kapel utrafili ze swoim powrotem w idealny czas. Jak wybudzeni z hibernacji utrzymali swoją charakterystyczną stylistykę sprzed lat i nagrali płyty, które trafiły nie tylko do wiernych fanów, ale niosąc się na fali renesansu muzyki pop dotarli do nowych odbiorców. Tym genialnym poczuciem intuicji kapele te za jednym razem utrzymały swój status quo w historii muzyki i zgarnęły bonus w postaci nowej puli fanów. Mistrzostwo!
Dla mnie jednak najciekawszym powrotem roku był zaskakujący album Neneh Cherry. Wraz ze skandynawskim trio The Thing postanowiła poddać (nomen omen) klasyków punk rocka i jazzu freejazzowej, bezkompromisowej interpretacji. 
Neneh Cherry, jako jedyna gwiazda sprzed lat, powracająca w 2012 zdecydowała się stanąć w opozycji do ubiegłorocznej popowej tendencji, jak i do własnej dotychczasowej twórczości. Opłaciło jej się pójść pod prąd, aby tym wydawnictwem osiągnąć tak niekwestionowany sukces artystyczny.
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy w muzyce zabrakło mi najbardziej właśnie takich zdecydowanych, zadziornych postaw, które rozbiłyby ten popowy monolit AD 2012, któremu zresztą sam w wielu przypadkach i z nieukrywaną przyjemnością uległem.   


*

Odkrycia i namiętności AD 2012


Do moich największych objawień w mijającym roku należało odkrycie dla swoich uszu muzyki polskiej, która jak nigdy dotąd wydała mi się nadzwyczaj świeża, oryginalna i utrzymująca kontakt ze światowymi trendami.
Do tej pory największym zainteresowaniem darzyłem polską muzykę niszową (głównie - zawsze dobry jazz oraz momentami naprawdę świetną elektronikę), ale w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy największą frajdę miałem z odkrywania dla siebie głównego nurtu muzyki niezależnej (granej w bardziej niezależnych rozgłośniach bezpiecznych od promowania masowej muzyki festyniarsko - rozrywkowej).
Dużo czasu minęło zanim dałem szansę polskiej muzyce niezależnej (nie mylić z niszową), którą do tej pory traktowałem z uprzedzeniami podobnymi tylko do tych skierowanych w stronę współczesnej rodzimej kinematografii. Przewidywalnej, banalnej, pozbawionej lekkości i nieudolnie kopiującej światowe konwencje.
Założenie tego bloga przyszło jednak wespół z postanowieniem odrzucenia dotychczasowych uprzedzeń, co pozwoliło mi zachwycić się ogromnym potencjałem polskiej muzyki niezależnej, która obrodziła głównie pod koniec ubiegłego roku. Z ciekawością i niekiedy z ekscytacją zasłuchiwałem się w szeroko komentowanych płytach Marii Peszek, Hey, Kamp!, Kim Novak, Incarnations, Kapeli Ze Wsi Warszawa,  nie zapominając jednak o intrygujących projektach niszowych Sing Sing Penelope, Paula i Karol, UL/KR, Innercity Ensemble, Małe Instrumenty, The Saintbox i przede wszystkim zachwycając się autorską wizją muzyki Piotra Kurka.

Odkrycie numer dwa również wiąże się z przełamywaniem pewnego rodzaju uprzedzeń. Tym razem do muzyki gitarowej, której nie jestem największym fanem. Jednak każdego roku lubię wyłowić sobie kilka wydawnictw, które przez kilka miesięcy trzymają mnie za gardło i wywołują silne muzyczne uniesienia.
W tym roku przypomniałem sobie, czym jest grunge i dobre energetyczne punkowe jebnięcie (Cloud Nothings). Odleciałem przy dźwiękach epickiej hipisowsko-raveowej psychodelii (Tame Impala) mrocznego, hipnotycznego i orientalnego doom metal (Om).
Frajdę miałem również słuchając płyty Kim Novak, odnajdując w niej konotacje breakoutowskie i zeppelinowskie z moim ulubionym polskim kawałkiem tego roku na czele - genialnym Prosto w ogień wykonywanym wspólnie z Izabelą Skrybant-Dziewiątkowską z Tercetu Egzotycznego.

Z produkcji prawie nieznanych i nie wyhajpowanych przez zachodnie, czy rodzime media, które wyszperałem w tym roku, największe wrażenie zrobiły na mnie dwa wydawnictwa.
Pierwsze z nich to wydany dla Digitalis projekt enigmatycznego Jana Svensona ukrywającego się pod nazwą Frak. Jak się okazało pomimo aktywności muzycznej, którą prowadzi już od 1987 roku, znajomość jego projektów jest w internecie znikoma, a największym sukcesem komercyjnym tego jak mniemam zapracowanego (kilkanaście wydawnictw i kilka aliasów)  Skandynawa jest wydany w pierwszej połowie 2012 album dla Digitalis Recordings.
Album Muzika Electronic jest po brzegi wypełniony analogowym electro rozegranym tylko na modularnych syntezatorach. Niesamowicie głębokie i pełne brzmienie przywołuje na myśl kosmische music i krautrockowe eksperymenty Kraftwerk i Cluster.
Drugie moje prywatne odkrycie również dotarło do mnie ze Skandynawi. To projekt pochodzącej z Islandii Kristín Björk Kristjánsdóttir występującej jako Kira Kira.
Ubiegłoroczny album Feathermagnetik to oniryczna mieszanka dark ambientu, muzyki filmowej i teatralnej, z muzyką elektroakustyczną. Oczywiście co znamienne dla Islandzkich produkcji nad materiałem unosi się melancholia zorzy polarnej, skandynawska asceza i izolacjonistyczny klimat dalekiej północy.

 Reasumując. Dla mnie był to rok nieco słabszy od 2011, gdzie prym wiodły elektroniczne i awangardowe eksperymenty, które poszerzały horyzonty muzyczne. Ten rok był natomiast rokiem bardziej rozrywkowym i jednak mocno zunifikowanym wokół muzyki pop.
W roku 2011 moimi faworytami byli The Haxan Cloak – The Haxan Cloak, Nicolas Jaar – Space Is Only Noise, John Maus – We Must Become The Pitiless Censors Of Ourselves, Lucy – Wordplay For Working Bees, Oneohtrix Point Never – Replica, Art Department – The Drawing Board, Jacaszek – Glimmer, Zomby – Dedication , Metronomy - The English Riviera, Bon Iver - Bon Iver i przede wszystkim PJ Harvey - Let England Shake
W tym  roku poza nielicznymi płytami, aż tak mocnych pozycji dla siebie nie odnalazłem.

*

Ulubione płyty AD 2012 (kolejność alfabetyczna + linki do klipów)


 actress - r.i.p
cloud nothings - attack on memory
dean blunt and inga copeland - black is beautiful
flying lotus - until the quiet comes
grimes - visions
jam city - classical curves
jessie ware - devotion
julia holter - ekstasis
kira kira - feathermagnetik
laurel halo - quarantine
liars - wixiw
neneh cherry and the thing - the cherry thing
piotr kurek - edena
ricardo donoso - assimilating the shadow
tame impala - lonerism



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza