poniedziałek, 7 stycznia 2013

Kamp! - Kamp! / Spóźniony debiut


Długo oczekiwany i wypatrywany z wielkim zniecierpliwieniem debiut łódzko-wrocławskiego tria Kamp! zawodzi proporcjonalnie do nadziei jakie w nim pokładano. Niezależnie od kontekstu, w jakim byśmy postawili ten album do oceny; czy z perspektywy krajowego podwórka, czy też rzucając go na głębokie wody kosmopolitycznej sceny tanecznej elektroniki - materiał zawodzi.
Już sama próba umiejscowienia Kamp! na polskiej scenie klubowej bywa krzywdząca, gdyż muzyka którą grają jest odpowiedzią na inspiracje spoza naszej granicy. Inspiracje, które mimo że często już osłuchane i nie wywołujące takiego zachwytu jak kilka lat temu, nie miały dotąd w naszym kraju żadnych odpowiedników. Owszem na krajowej scenie  entuzjastyczne, otwarte podejście chłopaków z Kamp! oraz ich  niezaprzeczalny talent do produkcji muzyki tanecznej, nie ma raczej konotacji, ale ambicje wychodzą daleko poza domowe podwórko.
Inaczej, lecz równie nieciekawie debiut Kamp! wypada na tle dzisiejszej sceny klubowej na świecie, bo te trzy - cztery lata latencji znaczy tyle, co wieczność.
Okres, w którym debiutowali był idealny, bo zbiegł się jeszcze z ogólnoświatowym zachwytem nad tanecznym sythpopem. Natomiast chwilę po, świat podążył dalej a nasze trio okupuje wciąż tą samą pozycję. W rezultacie ich album nie trzyma zachodnich trendów jak na dynamicznie zmieniającą się muzykę taneczną przystało, a ich muzyka dla wielu jest już demode
Proweniencje tej płyty w linii prostej możemy odnaleźć oczywiście w latach, kiedy członkowie grupy pojawiali się na świecie. Jednak bezpośrednią inspiracją były kapele, które kilka lat temu odnosiły spektakularne sukcesy interpretując na nowo muzykę lat osiemdziesiątych. Hurts, LCD Soundsystem, Phoenix i przede wszystkim Cut Copy, bo to właśnie echa twórczości tego australijskiego tria odbijają się na płycie Kamp! najmocniej. Jest to podobieństwo niestety tak intensywne i dosłowne, że powoduje niesmak. Choćby singlowy Distance Of The Modern Hearts, który gdyby tylko lepiej brzmiał mógłby znaleźć się na płycie In Ghost Colours np. zamiast Hearts On Fire. Wokal, brzmienie syntezatorów, konstrukcja zwrotka - refren, pogłosy i chórki - wypisz wymaluj Cut Copy i pierwsze miejsce na świecie za naśladownictwo tego zespołu. Czysta muzyczna symulakra.
Symptomatyczny dla odniesień i inspiracji chłopaków z Kamp! jest fakt, że w czasie jakim wydają swój debiut ich idole, albo już nie istnieją, albo powoli zwijają żagle, bo na kursie którym kilka lat świetnie płynęli przestaje dmuchać wiatr.
Kolejnym zadziwiającym, obok zbyt dosłownego naśladownictwa, dysonansem tego wydawnictwa jest fakt, że pomimo bardzo długiego oczekiwania sprawia on wrażenie nagranego w pośpiechu. Niechlujnie i niestarannie. Co prawda kolejne numery świetnie są ze sobą zmiksowane tworzą koherentną i  przemyślaną całość, ale brzmienie ich jest płaskie, przytłumione i mało dynamiczne.
Również w warstwie poligrafii i wydania wydawnictwo zaskakuje ubóstwem. Dystrybuowana przez Agorę płyta wydana w standardowym pudełku CD, posiada jedynie mało atrakcyjną wkładkę z podziękowaniami i tekstami piosenek, a samo srebrne CD z kiepską typografią przypomina najtańsze wersje składanek sprzedawanych za 9,99 w serii "kultowi wykonawcy dla sześćdziesięciolatków".
Ta uboga oprawa to dla mnie kolejne duże rozczarowanie, gdyż taka muzyka sprzedaje się na świecie w parze ze świetnymi pomysłami graficznymi i typograficznymi.

Fani tych młodych i jednak bardzo zdolnych chłopaków musieli zweryfikować swoje oczekiwania wobec ich debiutu, bo Kamp zaprezentował na swoim debiucie delikatniejsze oblicze, od tego dobrze już znanego z energetycznych koncertów.
Ten elegancki electro pop pozbawiony parkietowych killerów delikatnie łasi się do słuchacza i wymaga od niego niemało cierpliwości, gdyż bardziej nadaje się na chilloutową niedzielę w łóżku, niż na karnawałowe tańce.

W debiucie Kamp! mamy klasyczny przykład świetnej kapeli koncertowej, która w warunkach scenicznych z wielką swobodą jest w stanie porwać festiwalowe tłumy, ale w okolicznościach studyjnych traci całą swą werwę, obnaża słabości i niedociągnięcia oraz razi swoją muzyczną wtórnością.


KAMP! - Kamp!
2012 

1 komentarz:

  1. Niestety cała prawda o KAMP! pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń