czwartek, 22 listopada 2012

Mistrz krawiectwa



Patrząc  na obsadę tego albumu dochodzę do wniosku, że  nie sposób było go spieprzyć. A mając jeszcze takie namaszczenie rodzinne, jakie ma dyrygent tego całego projektu Steven Ellison (jest bratankiem Alice Coltrane), niemożliwością było nagranie płyty złej. 

Nie sposób odnosić się do tego albumu, bez nawiązania do wcześniejszej płyty Fly Lo Cosmogrammy, będącej jak dotąd opus magnum autora.
Wiele tak śmiałych wizji artystycznych, jak album z 2010, w swoich kontynuacjach dewaluuje się, będąc pogardliwie nazywana odrzutami sesyjnymi. W tym przypadku jednak nie może być o tym mowy. Until the Quiet Comes jest młodszą siostrą Cosmogrammy, rozwinięciem wizji i ukazaniem jej w bardziej przystępnym kontekście.
Gdyby kolejność tych wydawnictw była odwrotna, można byłoby uznać tegoroczną produkcję za świetne preludium do demiurgicznej, rozbuchanej energią i pomysłami epickiej poprzedniczki. Bardzo pozytywnie owa zmiana kolejności może zadziałać na tych, którzy (przyznaje się z pąsem na twarzy) nie poznali się na śmiałości kosmicznej wizji Cosmogrammy zawczasu.
Wizji, którą jednak można było już usłyszeć w okołojazzowych eksperymentach chicagowskiej sceny postrockowej w szczególności na płytach Izotope 217 i Tortoise. 
Ellison podobnie jak wymienione formacje posługuje się fragmentaryczną kompozycją, uszytą z wycinków psychodelicznego jazzu lat 70. W tej epoce osadzona jest bowiem koncepcja artystyczna Until The Quiet Comes.                                                                         

Metoda twórcza FL opiera się na dekonstrukcji jazzowych fraz i ponownym zszywaniu ich w futurystyczny patchwork. Na nowym albumie kostropata i surowa konstrukcja Cosmogrammy zostaje odziana w subtelniejsze, półprzezroczyste  materiały, przez co po pierwsze nie traci się widoku na szkielet konstrukcji, po drugie zaś całość zostaje ogrzana atłasowym ciepłem klawiszy i wokali. Zmysłowe, soulowe głosy Erykhi Badu i Laury Darlington rozpływają się w snujące się barwne plamy.   
Until the Quiet Comes zdaje się płytą bardziej uporządkowaną, pozbawioną drapieżności i twórczego szaleństwa. Jest zdecydowanie bardziej melodyjna i skupiona na budowaniu nastroju.
Krótkie,  wycyzelowane kompozycje dają wgląd w cały wachlarz patentów realizatorskich i produkcyjnych Stevena Ellisona, który jasno i wyraźnie wyznacza właściwości swojego stylu opartego na drgających, często niesymetrycznych teksturach perkusyjnych, które stają się rusztowaniem do nakładania kolejnych warstw materiału. Syntezatorowych plam, rhodesowego pianina, nerwowego, drgającego metalicznego basu i eterycznych wokaliz.
O geniuszu reżyserii Flying Lotusa niech świadczy fakt, że dobrał on sobie do współpracy artystów cholernie indywidualnych i diabelsko charakterystycznych. Mimo to udało mu się stworzyć niezwykle przemyślaną i koherentną  kompozycję. 
Licznie zgromadzeni goście Fly Lo nie zostali wybrani jako etykieta dla stworzenia medialnego szumu wokół płyty. Ich obecność została zaznaczona w materiale niesłychanie celnie, ale na równi z innymi elementami albumu i nie zdominowała decydującego wkładu Flying Lotusa. 
Królowa soulu Erykah Badu, mistrz gitary basowej Thundercut, genialne dziecko fortepianu Austin Peralta,  Thom York oraz jego kolega z Radiohead John Greenwood (aktualnie obstawiany jako pewniak do Oskara za muzykę do Mistrza), Laura Darlington z obiecującego The Long Lost, czy elektroniczny Dorian Concept, to tylko część znamienitych gości, których featuringi pojawiły się na płycie.
Efekty pracy pana dyrygenta Ellisona są znakomite. To zdecydowanie najbardziej elektroniczna z płyt jazzowych i jazzowa, z płyt elektronicznych jakie w tym roku słyszałem. Jest idealna dla kogoś kto dotychczas nie poznał twórczości Fly Lo, a zarazem pozwala rozsmakować się w niej fanom zdolnego Kalifornijczyka.


Flying Lotus - Until the Quiet Comes 
Warp Records 2012 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza