
Mammoth Ulthana to duet stworzony przez Rafała Kołeckiego - multiinstrumentalistę operującego we wszelakich odmianach instrumentów perkusyjnych, członka składu toruńskiego Hati, oraz Jacka Doroszenko - artystę audiowizualnego i producenta dźwięku. Razem stworzyli dźwiękowy mikrokosmos utkany z pełnego symbiozy przenikania się struktur akustycznych i elektronicznych.
Album "Mammoth Ulthana" to udana alchemiczna próba przemiany metalu w złoto. To obfitość i bogactwo składników, które ulegają metamorfozie w szlachetny kruszec. To wydawałoby się niemożliwe połączenie mnogości dźwięków, instrumentów, inspiracji i pomysłów w skromnym minimalistycznym dziele.
Na "Mammoth Ulthana" imponuje już samo instrumentarium i jego wykorzystanie. Po stronie Kołeckiego są to gongi, śpiewające misy, rogi, rury, dzwonki, kołatki, wszelkiej maści perkusjonalia, muszelki, skorupki z których poprzez uderzanie, pocieranie, szeleszczenie, zderzanie, wyginanie, czy postukiwanie wydobywa cały wachlarz dźwiękowych tekstur. Zostają one zrównoważone subtelną nawiązującą do estetyki clicks and cuts elektroniką Doroszenko, oszczędną i nietuzinkową sampodellią, oraz elementem melodycznym w postaci ciepłego brzmienia cyfrowego pianina. Panowie doskonale uzupełniają się w swej współpracy mając jasno określony cel - muzyczny kompromis, w którym żaden z instrumentów i żadna z koncepcji nie dominują nad pozostałymi, harmonijnie współtworząc elegancki, surrealistyczny kolaż. Kaskady krystalicznych "szklanych" dźwięków, metaliczne pogłosy, donośne gongi, wibrujące drony, hałaśliwe muszle, organiczne odgłosy (np oddychanie przez nos w "Interludium") plemienne melodie fujarek rodem ze ścieżek dźwiękowych do filmów Herzoga autorstwa Popol Vuh, celnie i oszczędnie pointowane klikającą elektroniką i hipnotycznymi pasażami pianina tworzą elektroakustyczne słuchowisko, które pasjonuje swą obfitością, oraz zachęca do zabawy w identyfikowania odgłosów.
Niezwykłym jest fakt, ze w tym dźwiękowym królestwie mikro-detali Mammuth Ulthana nie powtarzają swoich patentów, żonglując wręcz nieskończoną ilością aranżacyjnych pomysłów.
"Mammoth Ulthana" z każdą minutą zaskakuje zwrotami akcji, pojawiającym się instrumentarium i nawiązywaniem dialogu z muzyką elektroniczną, elektroakustyczną, ambientową, rytualną, klasyczną, a także minimal music La Monte Younga. To muzyka, która jednocześnie intryguje, hipnotyzuje i co ciekawe relaksuje, gdyż mimo zakorzenienia w mrocznych estetykach nie niesie ze sobą ciężaru gatunkowego upodabniając się do zwiewnej muzyki medytacyjnej. Ma ona w sobie niespotykaną przy takich produkcjach lekkość spotykaną głównie w banalnej i kiczowatej, relaksacyjnej muzyce new age, choć "Mammoth Ulthana" nie jest ani trochę kiczowata, czy banalna.
Na podstawie mojej ulubionej kompozycji "Interludium" z wypiekami na twarzy można śledzić jak łagodna melodyjność, czy ćwierkający ptasi gwizdek, zostaje skonfrontowany z rytualnym gongiem, wibrującym dronem żywcem wyjętym z dźwiękowych instalacji Zygmunta Krauzego i elektroakustycznymi odgłosami rodem z taśm Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia.
Wielkości tego materiału upatrywałbym właśnie w takich opozycjach i paradoksalnych zestawieniach, które z pełną twórczą świadomością muzycy doprowadzają do alchemicznego kompromisu.
Łącząc ze sobą muzykę syntetyczną z akustyczną, a także wiążąc wątki ezoteryczne, folkowe, elektroniczne i industrialne w jedyną swojego rodzaju jakość Mammoth Ulthana jawią się jako kolejni na polskiej scenie niezależnej duchowi spadkobiercy tradycji Obuha.
Łącząc ze sobą muzykę syntetyczną z akustyczną, a także wiążąc wątki ezoteryczne, folkowe, elektroniczne i industrialne w jedyną swojego rodzaju jakość Mammoth Ulthana jawią się jako kolejni na polskiej scenie niezależnej duchowi spadkobiercy tradycji Obuha.
Na marginesie recepcji albumu "Mammoth Ulthana" należy zwrócić uwagę, że z równą pieczołowitością, i poczuciem estetyki Kołecki i Doroszenko przykładają wagę do wizualnej oprawy swojej muzyki. Począwszy od hipnotycznych wizualizacji, poprzez efektowną stronę internetową, na minimalistycznym, stylowym wydaniu płyty kończąc.
Wszystkie elementy muzyczne zawarte na płycie jak i towarzyszące jej fizycznemu wydaniu, jej koncepcja i arcy-udana realizacja sprawiają wrażenie dzieła w pełni przemyślanego i skończonego. Wycyzelowanego z największa starannością, wyobraźnią i umiarem. Będąc najzupełniej szczery trudno mi znaleźć jakiekolwiek negatywne strony tego wydawnictwa. Czyżby zatem polska płyta roku 2013?
MAMMOTH ULTHANA - "Mammoth Ulthana"
2013 Zoharum / Huta Artzine
Mógłby Pan polecić warte odsłuchania niezależne polskie płyty z tego roku? Bo jestem zainteresowany, a często łatwo coś przeoczyć.
OdpowiedzUsuńOczywiście i bardzo chętnie! Po prawej stronie tego bloga są etykiety, a wśród nich link pt. Polska muzyka, po jego rozwinięciu ukaże się kilkanaście polskich wydawnictw, które w tym roku wywarły na mnie największe wrażenie. Zapraszam.
Usuń