czwartek, 11 czerwca 2015

"Jestem małą myszką" / Rozmowa z estetycznym awanturnikiem Wojtkiem Kucharczykiem

W tym roku mija dwadzieścia lat od założenia Mik.Musik.!., jednego z najbardziej zasłużonych rodzimych labeli. Burzliwe lata działalności Mika postanowiłem uświetnić rozmową z charyzmatycznym i hiperaktywnym szefem wydawnictwa Wojtkiem Kucharczykiem. Wcale nie wydaje mi się, żeby Wojtek udzielał zbyt wielu wywiadów, zważywszy na to, że to co ma do powiedzenia i żarliwość z jaką mówi o rzeczach ważnych, to słowa człowieka przepełnionego pasją i wiarą w swoją misję. Jego kilkudziesięcioletnia obecność na scenie polskiego (i nie tylko) niezalu, zaowocowała doświadczeniem, które mogłoby stanowić kanwę poczytnej kroniki. Wojtek jednak nie zamierza jej napisać, koncentrując się na sprawach aktualnych (jako muzyk, szef labelu, kurator). Stąd jestem rad, że udało mi się wyszarpnąć od niego choć garść refleksji o ideach, postawach twórczych, „młodych-gniewnych”, krytyce i oczywiście o samej muzyce.




Kiedy i w jakich okolicznościach rozpoczęła się historia Mik Musik!? Pamiętasz swoje motywacje, które towarzyszyły Ci 20 lat temu, czy nadal są aktualne?

WK. Ech, zacznę najkrócej jak mogę - było Mołr Drammaz, była nagrana muzyka, nikt jej nie chciał wydać, więc wydaliśmy ją w końcu sami. Potem jeszcze kilkakrotnie ta sama sytuacja, aż stwierdziliśmy, że nam nikt inny nie jest potrzebny, że świetnie sobie radzimy, więc zaczęliśmy także pomagać przyjaciołom. I się zrobił boom. Od pierwszych kaset Mołrów do pierwszej płyty kogoś spoza zespołu upłynęło jakieś pięć lat.

Czy przez te 20 lat spędzonych w polskim niezalu nie znudziła Ci się jeszcze ta ciągła walka o przetrwanie? W pewnym momencie Mik zawiesił swą działalność. Pojawia się czasem zwątpienie?


WK. Och, niebywale mnie ona nudzi! Ale mimo tego, że całkiem sporo moich różnych płyt i nagrań w tym czasie było wydanych także w różnych labelach, w zasadzie na całym świecie, nie zmieniło tego, że abym mógł działać tak jak potrzebuję, z taką intensywnością i częstotliwością, to muszę to robić sam dla siebie i moich najbliższych współpracowników. Zwątpienie pojawia się codziennie, może tylko na trasach koncertowych jak jest fajnie czasem się o tym nie myśli, bo podróże podniecają i kształcą, i dają nadzieję. Ja jednak z muzyki od dłuższego dość czasu żyję, choć może brzmieć to jak absurd. Pomagają w tym nie tylko koncerty, a tych raz mało, raz dużo, często w ogóle, ale także moja działalność kuratorska dla kilku festiwali, a jak już się dam skusić na zrobienie jakiegoś dizajnu, to są to głównie okładki płyt. I tak się to kręci, ale musiałem zaakceptować fakt, że czasem jest mówiąc wprost biednie, że trudno związać koniec z końcem. Jednak żeby to wszystko robić jak należy, to nie mogę tego traktować jako hobby po robocie w dzień, i tak pracuję na dwie szychty na ogół. Na szczęście od czasu do czasu przychodzi moment prosperity i można chwilę odpocząć. Jest to nieustanne balansowanie na ostrej krawędzi. Ale to mobilizuje i czyni życie kreatywnym. Wiem, brzmię jak idealista, sorry.

Mika zawiesiłem, bo miałem dość. Z różnych powodów. Ale potem miałem dość tego, że nie dzieje się tak jak chcę i go zrestartowałem. To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Restart zdarzył się dość nieświadomie w momencie, kiedy polski tzw. niezal zaczął rozkwitać. Przy okazji staram się nie popełniać starych błędów, działać dojrzalej, z inną wiedzą i świadomością, co oczywiście jest raczej trudne, bo świat to świat.

Jak na przestrzeni dwóch dekad, zmieniała się niezależna scena w naszym kraju z perspektywy Wojtka Kucharczyka - wydawcy, muzyka, słuchacza?


WK. Tutaj akurat trzeba by napisać książkę. Czy zdajesz sobie sprawę, jak ogromny i złożony to obszar? Przy okazji, od braku telefonów na sznurku i internetu w filmach science-fiction, do internetu w każdym telefonie, od komuny po dekadencki kapitalizm, to przecież są zmiany tego rzędu, jakie zajmowały kiedyś tysiąclecia między erami dajmy na to kamienia łupanego a brązu, to jest cała wieczność. Cieszę się, że dane jest mi być na Ziemi w takich czasach, działać i robić swoje, ale czasem to jest nie do ogarnięcia o analizie nie wspominając.

To w takim razie co się nie zmieniło?

WK.  Zmieniło się wszystko, poza kilkoma uniwersalnymi i ponadczasowymi kwestiami typu, że liczą się oryginalność, cierpliwość, uczciwość i jakość, że im bardziej jesteś charyzmatyczny i jesteś sobą, tym lepiej. Mik działał zawsze na uboczu wielkich zdarzeń i dlatego przetrwaliśmy. Zawsze przychodzi mi na myśl przy tej kwestii, że to nie dinozaury przetrwały kataklizmy, tylko małe myszki. I to jest moje credo. Jestem małą myszką. Fajnie, bo widzę, że tych myszek, muszek i innych niewielkich muszelek ostatnio przybyło. Kiedyś wydawanie to był „biznes“, teraz to jest sposób na życie, z wszystkimi tego konsekwencjami. Zauważyłem ostatnio coś ciekawego - kiedyś DIY labele były zakładane przez samców alfa samotników, owszem czasem się pojawiał w niektórych w miarę rozwoju zespół biurowo-magazynowy itd., ale to była i jest rzadkość, a obecnie jako rodzaj panującej zasady widzę, że nowe wytwórnie są prowadzone przez pary chłopak i dziewczyna, nawet jeśli oficjalnie tego nie widać a widzialnym „szefem“ pozostaje ten czy tamten, to wystarczy nieco bliższy kontakt i widać, że bez drugiej połowy to nie byłoby to samo. To piękne, bliższe życia, egalitarne, utylitarne i sympatyczne. Przykłady? BDTA, Wounded Knife, Jasień, Audile Snow…

Zarówno Ty jak i Mik nigdy nie szliście na układy z publicznością, a jednak zawsze odnajdywałeś się w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie. Wciąż trzymasz rękę na pulsie. Instynkt?

WK. Instynkt i zainteresowanie światem. Uważam też, że poszukujący muzyk, a za takiego się uważam i takich do współpracy dobieram musi także rozumieć, że tworzy swój własny kontekst, więc to także działalność edukacyjna. Trzeba innym tłumaczyć, dlaczego coś się robi, a pytania są często o wysokim poziomie niedorzeczności, np.: „przecież takiej muzyki nie ma, czemu to robisz?“. No kurde jak nie ma, jeśli ją słyszysz? Zatem nie tylko edukacja na zasadzie poznaj nowe, dowiedz się, ale po prostu otwieranie ludziom uszu i oczu na światy o których istnieniu wcześniej nie wiedzieli. Wielu się oswoi, kilku zostanie przyjaciółmi i fanami, jeszcze więcej odwróci się od razu lub za chwilę, ale ja wiem, że zrobiłem swoje.

Co do trzymania ręki na pulsie - bawi mnie testowanie we własnym studio pomysłów innych, badanie co ja mogę z nich sam dla siebie wyciągnąć pozostając sobą, powiedzmy że to taki poszerzony rodzaj plądrofonii, w te klocki Mik akurat jest naprawdę sprytny. Do tego dochodzi aktywność, bycie w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie jak zauważyłeś, definitywnie. Nie jesteśmy także leniwi, jesteśmy tytanami pracy. Więc jak mogłoby nie być efektów?!
Ale podkreślę - Mikowi świetnie jest na pozycji outsidera, troublemakera, czasem może nawet estetycznego awanturnika. Nie jest ważne, czy fanów jest 10 czy 10000, ważne, że wiedzą i chcą wiedzieć o co nam chodzi i mają z tego przyjemność. TO NIE JEST BIZNES.

Kucharczyk dzisiaj to bardziej wydawca, twórca, czy animator? Co jest dla Ciebie bardziej inspirującym wyzwaniem?


WK. Nie rozdzielam tego, robię co jest do zrobienia. Tak jak olewam stylistyki, style, mody, dominujące trendy i inne pierdoły, nie dzielę sztuki na dziedziny, tak się nie zastanawiam kim jestem, poza tym, że robię wszystko w zgodzie ze sobą i moim dość pokręconym w świetle ogółu lewicowo-darwinistyczno-sciencefiction światopoglądem. Robię, pracuję, myślę, poszukuję, popełniam błędy, odnoszę mniejsze i nieco większe sukcesy, nie stoję w miejscu. Nie idę na układy, idę na sojusze a nade wszystko na przyjaźń i kreatywność.

Awangardowe techno z Mika, w mojej opinii posługuje się na tyle oryginalnym językiem, że urasta do rangi zjawiska, na tle tego najbardziej kreatywnego obecnie nurtu muzyki elektronicznej. Produkcje RSS B0YS, Kucharczyka, Wilhelma Brasa, Iron Noir charakteryzujące się mocną repetycją, brudnym, surowym brzmieniem, tworzą odrębny, unikalny, choć niełatwy w odbiorze język. Wydaje mi się, że od lat 90 i erupcji yassu, polska muzyka nie mówiła tak oryginalnym językiem.

WK. Prawdę mówiąc nie sądzę, żeby to w ogóle było techno. A że zawiera ta muzyka elementy tego czegoś? Zawiera także wiele innych pierwiastków, każdy z wymienionych artystów na dodatek realizuje to kompletnie inaczej. Technowe elementy były już w starych nagraniach Mołr Drammaz, czy w moim solowym Retro*Sex*Galaxy czy w Complainerze, ale wtedy na to się nie zwracało takiej uwagi, bo techno było w pełnym odwrocie, było wręcz obciachem. Potem jak się stało znowu popularne nagle te sprawy wypłynęły na wierzch. Więc na wspomnianej powyżej zasadzie żonglerki trendem podkręciliśmy niektóre warstwy przy okazji mając z tego przyjemność, publika zaczęła w tym pływać, więc podkręciliśmy dla zabawy to jeszcze bardziej, żeby wykrzesać dużo więcej energii, sprzężenia zwrotnego, jeszcze więcej tańca, bo taniec jest bardzo ważny w życiu. Tak patrząc jeszcze na kwestie ewolucji stylu, to RSS B0YS w Miku wdepnęli w to najwcześniej, mam na myśli to całe „nowe techno“, tak naprawdę zanim w ogóle stało się popularne, wydaje się, że w ogóle wpłynęli nawet trochę na tą popularność, krzewili taką stylistykę. Teraz tego pełno, więc oni oczywiście skręcają w inną, jeszcze bardziej nieoczywistą stronę.

Dzięki za tak pozytywną ocenę, wspominasz oryginalność, to ważna dla mnie sprawa bardzo, bycie osobnym. To trochę masochizm i utrudnianie sobie życia, ale też tylko dlatego od lat jeździmy po świecie, bo jesteśmy „precyzyjnie wyraźni“, nikogo nie kopiujemy, a jeśli cytujemy, nawiązujemy, przerabiamy to po swojemu, dla podkreślenia kontekstu oryginalności. No i jeszcze poczucie humoru. Nie cierpię polskich kabaretów, ale śmiać się ze świata muszę. Dlatego też nie lubię, gdy pewne sytuacje rzucone w eter przez Mika są traktowane śmiertelnie poważnie. Nawet śmierć nie jest śmiertelnie poważna. Jesteśmy tu tylko przez chwilę i całe szczęście. Zacytuję klasyka: Zdarza się.

Wymyślony przez Ciebie slogan „Do Techno się kurde nie siedzi” wdarł się do niezalowej nomenklatury. Pojawiają się jednak zarzuty, że Mikowcy wcale nie grają techno.

WK. Jak wyżej - no bo nie gramy. Gramy swoje. Nie tworzymy scen, kręgów, lóż. Jesteśmy wolni. I zbyt szybcy, żeby się zasklepić w jakiejś stylistyce. Czasem używamy normalnych słów, żeby w ogóle móc pogadać, bo nasza cywilizacja uwielbia schematy i uśrednienia. Z niewieloma osobniczkami i osobnikami można mieć łatwy kontakt telepatyczny.

Oprócz tego, jakże oczywistego do wychwycenia fundamentu brzmienia Mik Musik!, jakim jest zadziorna i bezkompromisowa elektronika, drugim niezmiernie istotnym jest … folk. Począwszy od Bębniarzy z Kraju Mołr, aż po RSS B0YS wątki muzyki etnicznej, zwłaszcza afrykańskiej dość wyraźnie poruszane są na kolejnych wydawnictwach. Czy wynika to z fascynacji rytmem, wspólnym rdzeniem tych odległych estetyk?


WK. Jestem ejtis kid, bez syntezatora i drummaszyny nie ma żadnej zabawy. Ale prawdziwy wstrząs i zmianę odczułem dopiero gdy trafiłem na nagrania dokumentalne z Afryki i Ameryki Południowej, dopiero wtedy do mnie dotarło, czym muzyka może być i zaczęło się wychodzenie ze sfery estetyki do sfery komunikatu i energii. I niech to będą te bazy. To całkiem wszystko proste.
Rytm jest ważny, kiedyś był najważniejszy, snułem teorie o tym, że rytm jest pierwotny, a melodia jest wynalazkiem cywilizacyjnym, dlatego jest gorsza, dlatego Mołr ją w zasadzie kompletnie odrzucali. Teraz się tym nie przejmuję. Lubię to po całości, stosuję na co mam w danym momencie ochotę, wszystko zależy nad jakim aspektem się zastanowić. Ale rytm też najlepiej odczuwam, jestem bębniarzem, perkusistą, powoli dochodzimy do takich instrumentów, gdzie to wszystko można pięknie połączyć, możesz zagrać na bębnach piękne harmoniczne drony jeśli tylko chcesz, możesz grać na sekwencerze tak, jakby to był akustyczny bęben. Koło historii się lekko zamyka, nic nie wydaje się być tym czym było. Zacznie się odkrywanie na nowo. Świetnie.

Jestem przekonany, że jesteś zasypywany lawiną demówek. Sam wysłałem Ci takową około 2002 roku. Jeśli jestem w stanie dobrze odtworzyć z pamięci twoją odpowiedź, to brzmiała mniej więcej tak „nie możemy Ci zagwarantować niczego, a jeśli jesteś zainteresowany robieniem kariery to źle trafiłeś”. Mik.Musik.!. od zawsze funkcjonował jak jedna wielka rodzina, skupiona wokół grona zaledwie kilku artystów. Nie jest łatwo trafić tutaj z zewnątrz. Takie ograniczenie to wynik możliwości wydawniczych labelu, czy słabości repertuaru, który dostajesz?

WK. Nie, żadnej lawiny nie ma, bo od dawna pracowałem na to, żeby tej lawiny nie było. Ostatnio zabawnie zdarzyło się, że przyszło coś z Peru i Boliwii i nad tym się pochylę, niekoniecznie żeby to od razu wydać. Ale generalnie DEMOS NOT ACCEPTED tutaj. Mik to rodzaj grupy, zespołu, kolektywu starych kumpli o zbliżonym poczuciu humoru, może właśnie rodziny, braterstwa, którzy zjechali ze sobą w niektórych wypadkach już dziesiątki tysięcy kilometrów po różnych bezdrożach. Do takiej bandy nie można się łatwo wkręcić, to jest specyficzny gang. Próbowałem przyjąć młodziaków, ale to często się nie kończyło ani dobrze, ani sympatycznie, powiedzmy że inna hierarchia wartości i zgoła inne cele w życiu. Więc nie poszukuję, aczkolwiek nie mówię nigdy. Starzy mogą też zdemoralizować młodziaków, dać zły przykład, albo dobry, ale w złym momencie, czyż nie? Niestety ta różnica pokoleń jest już realna, mam dzieci w wieku obecnych debiutantów. Jest też kwestia działania na równych zasadach, a jak można wypłacać i oferować te same warunki komuś, kto działa od ćwierć wieku w „branży“ tyle samo co naburmuszonemu debiutantowi? Nie kuszę losu. Oczywiście gdyby sytuacja finansowa była różowa a wręcz rozwojowa, to łatwiej byłoby pomagać startującym. Obecnie jeśli dobrze idzie to Mik może wydać ze 2-3 tytuły w roku, nie liczę mniejszych online akcji, ale tak na pełnej parze i całą naprzód. Może dojdziemy nawet do jednego tytułu rocznie. Muzyki i tak jest za dużo i ta fala nie będzie maleć. Im jestem starszy tym bardziej łaknę jakości, a że wiem niemało, to praca zabiera mi coraz więcej czasu, bo chcę dokładniej, no a sił jakby mniej, co jest dość oczywiste, więc wszystko trwa. Ale to jest dobre, rozważne, dokąd się niby spieszyć? Jeśli ma powstawać muzyka, która obroni się za kilka lat, to nie można szybko, nie można na już. Takie rzeczy też robimy, są one dawaniem znaku, że jesteśmy, przypominaniem, działaniem PR, ale kamieni milowych nie da się wypuszczać co miesiąc.


Faktycznie, nie jesteś typem wydawcy - łowcy talentów, przez dwie dekady działalności przez Mik przewinęło się niewielu debiutantów. Czyżbyś nie miał zaufania do młodych?

WK. No cóż, mam powoli problem z różnicą pokoleń, bez mała ćwierć wieku to długi okres w historii świata. Główna różnica ideowa między kumplami w moim wieku, a debiutantami, początkującymi, pretendującymi o te 20-25 lat młodszymi jest taka, że my to utopijni ideowcy, a młodzież pragnie szybkiej kasy oraz wygodnego życia. Oczywiście to ogromne uproszczenie na potrzeby tego krótkiego wywiadu i nie mam zamiaru nikogo bezpodstawnie urazić, żebyśmy się tu rozumieli, znam oczywiście kilku wspaniałych młodziaków, także w tej branży, ale nie piszemy tutaj rozprawki poważnej psychologicznej, czyż nie? Znam też niezłe potwory, które z Mika musiały zmykać, bo psuły zabawę, zostało im podziękowanie. Poza tym nie mam siły na niańczenie kogokolwiek, nie prowadzę też szkoły, nie mogę poświęcić odpowiedniej ilości czasu, aby kogoś ukształtować, przygotować do „kariery”, wytłumaczyć na spokojnie na czym to wszystko polega. Oraz nikogo do niczego nie zmuszam. Wolę współpracować we wspólnych projektach z artystami dojrzałymi, bo można pominąć etap szkolenia, dyskusje są wyższego klucza. Ale też nigdy nie mówię nigdy.

Ach, zapomniałbym! Oczywiście w Miku mamy legendarne tytuły z udziałem dzieci: Mołr Drammaz prezentują „to.je.take.co.take.to“ i Asi Mina „Wybiegły“, obydwie są przede wszystkim dziełem mojej siostry Asi Bronisławskiej, czy też wynikiem jej powszedniego życia, ona zajmuje się na co dzień alternatywną edukacją muzyczną dzieci i nie tylko, i robi to wyśmienicie. Ale to dość specyficzny i osobny wątek, ja się na nim znam o tyle o ile. Daję teraz ten przykład po to, żeby powiedzieć, że Mik nie powinien być kojarzony z dziadkami undergroundu tylko i wyłącznie. Nie demonizujmy kwestii wieku aż tak bardzo.

Co do młodzieży jeszcze, to rozgraniczam tutaj kwestie pracy dla Mika i w Miku a mojego zainteresowania ich działaniami. Chętnie wybieram młodych geniuszy w moich działaniach kuratorskich, np.: w moim zestawie wybranym na scenę Carbon Central na Tauron Nowa Muzyka jest Mikołaj Tkacz, Karolina Karnacewicz, Souvenir de Tanger… może nie są to absolutni debiutanci, bo żeby zagrać na dużym, istotnym festiwalu jednak trzeba mieć już jakiś bagaż doświadczeń i wstępne sukcesy, ale nie są to starzy wyjadacze na pewno, dopiero zaczynają być nieco szerzej rozpoznawani. Lubię też młodych wydawców, wnoszą powiew świeżości i pozytywną, mobilizującą konkurencję. Staram się pomagać gdy ktoś poprosi, na różne sposoby.
 
A obserwujesz w ogóle prężnie działającą scenę „klubowego” techno w naszym kraju? Dostrzegasz na niej coś interesującego?

WK. Nie bardzo obserwuję, to dobrego co ma do mnie dotrzeć i tak dotrze. Ostatnio raczej mnie zaczyna martwić, że znowu jakby się zaczyna to wszystko zamykać, że nie ma odpowiednio dużego przepływu. Jedne kluby biorą tych, ale już nie biorą tamtych, podobnie festiwale - zagrasz na Offie, to już nie na Audioriver. Potem część się lubi a część nie, bo ci za mroczni, ci za dziwni, a ci za weseli. A ja strasznie nie cierpię systemu kastowego! Mik ma zupełnie źle w tym kontekście, bo gdzieś tam ktoś pisze, że grają techno, a oni mówią że nie grają, publika nie ma czasu się zastanawiać, więc na koniec ponowne zamieszanie. I jakkolwiek zamieszanie jest dobre, bo najgorsza jest nuda, to łatwa praca to nie jest. A co jest dobrego? Że tego jest naprawdę dużo, na wysokim poziomie, bez kompleksów, w najróżniejszych odmianach, że są w tym starzy i zupełnie młodzi. I że publika już dużo z tego pojęła, również prosty fakt, że należy artystów wspierać na różne sposoby, chociaż oczywiście w raju nigdy żyć nie będziemy. I na szczęście nie o to chodzi. Jest ciekawie. I coś z tego więcej wyniknie.

Ostatnio na bakier Ci z krytyką muzyczną w Polsce. Gdzie widzisz słabości pisania o muzyce? Czy według Ciebie krytycy są przeszkodą, czy ułatwieniem w kontakcie ze słuchaczem? I co z kwestią odpowiedzialności za słowa, jak ją postrzegasz u recenzentów?


WK. Tej odpowiedzialności nie widzę, generalizując. I to właśnie często boli. Krytyk rzuca jakieś słowo, które potem może się latami za artystą ciągnąć, psuć mu kierunek. W mikowej historii czymś z czym chyba do dziś nie wygraliśmy było wrzucenie Mołrów do worka „postindustrial“, a nie mieliśmy i nie chcieliśmy mieć z tym stylem nic wspólnego, z żadnym stylem nie chcieliśmy mieć nic wspólnego. Zatem łatanie indolencji prostymi łatkami, skojarzeniami podstawowymi. A ja wolę „nie wiesz, to się zapytaj“, szczególnie teraz to jest proste, wszyscy siedzą na fejsie. Nie mogę np.: zaakceptować, że o kimś pisze się w recenzji, że gra na instrumencie X, kiedy on gra na instrumencie Z, na którym to gra się absolutnie inaczej niż na tym X, więc np.: pewnych rzeczy się nie da na nim zagrać, a krytyk pisze, że było źle zagrane, kiedy przecież się nie dało zagrać dobrze, bo się w ogóle nie dało, bo tego instrumentu tam nawet nie było. Więc wiesz, takie różne bzdury wynikające z prostej niewiedzy, a bzdury bolą, to są często w zasadzie prawie pomówienia. Krytyk powinien być najpierw kimś, kto wie wszystko, a dopiero potem oceniać innych i jest to wg mnie zupełnie podstawowa logika. Nie tłumaczy kogokolwiek, że „ale on pisze za darmo“, sorry, to już zupełna głupota, niech więc może w ogóle nie pisze, jeśli złe pisanie argumentuje pisaniem za fri, szkodzi sobie i innym. Proste.

Ale nie przesadzałbym ze stwierdzeniem, że mam na bakier, z rzadka się naprawdę uniosę i tylko wtedy jak coś naprawdę zabodzie, wiem, że publiczną kłótnią się niewiele załatwi, jeszcze rzadziej zdarza mi się polemizować z recenzentami prywatnie, też tylko w szczególnych sytuacjach, niekoniecznie jak ktoś coś negatywnego powie, także jak coś ciekawego, co warte jest szerszego wytłumaczenia, jakaś nowa wizja, teoria... Wielu piszących najnormalniej w świecie lubię, także prywatnie, rzucili się na ciężki kawałek chleba podobnie jak ja, ale też nie boję się powiedzieć jak gdzieś coś nielogicznego albo błędnego widzę. W ogóle za mało jest prawdziwej dyskusji a za dużo poklepywania po plecach, więc z przyjemnością czytałbym od czasu do czasu rzeczowe, poparte ciekawymi argumentami recenzje na minus mikowych wydawnictw, bo wtedy można się czegoś dowiedzieć, zatrzymać, przemyśleć. No ale na razie do tego dość daleko chyba, mam też nadzieję, że mikowe płyty zawsze będą choć lekko powyżej średniego poziomu i na wiadro pomyj nie zasłużymy.

Bo to jest też tak, że muzyk nawet w słabą płytę musi włożyć masę pracy, energii, zachodu i pieniędzy, żeby ta czy inna płyta powstała. Więc wymagam od recenzentów i opisujących te płyty i koncerty także pracy i wysiłku, chociaż ta i tak nigdy adekwatnie równa do tej włożonej przez muzyka nie będzie. Dopiero ten kto napisze o artyście tym czy owym książkę, będzie mógł swą ilość pracy porównać. To temat na osobny wywiad, więc proszę o wybaczenie Droga Krytyko, że tak krótko i po macoszemu, myślę że się rozumiemy.

W dość powszechnej opinii, scena niezależna w Polsce rozwija się. Co raz więcej wykonawców wydaje zagranicą; co raz więcej recenzji pojawia się w „zachodnich” opiniotwórczych mediach; w kraju zaś nagrywa się co raz więcej świetnych albumów. Ma się wrażenie, ze Polacy porzucili kompleksy, które przez lata ograniczały ich jedynie, do słabego naśladownictwa zachodnich trendów. Czy skłoniłbyś się do takich hura-optymistycznych opinii, czy byłbyś ostrożny w szafowaniu podobnymi argumentami. Niedawno występowałeś na berlińskim Transmediale, jaki jest odbiór polskiej muzyki zagranicą? Czy fascynacja naszą muzyką wychodzi ponad kategorię „ciekawostki ze wschodu”? A może to zagranicą słuchacze są bardziej gotowi na naszą muzykę niż tu w Polsce? Jakie są twoje spostrzeżenia w tej materii?

WK. Wielowarstwowo. Tylu świetnych wykonawców o widzialnym statusie w PL jeszcze nigdy nie było, wielu z nich ma realne szanse na chociaż niewielką karierę, nawet na tzw zachodzie (o wschodzie nie zapominając). I ta cała zagranica bardzo powoli zaczyna to dostrzegać. Najlepiej jak to się dzieje na zasadzie ewolucji - ja mam kontakty z różnymi organizatorami i promotorami od lat, ale oni musieli zobaczyć nowy etap, odświeżenie, nową jakość, właśnie to absolutne porzucenie kompleksów, żeby w to wszystko wdepnąć głębiej. Więc jak dla mnie nie dzieje się tu żadna rewolucja, to są tylko naturalne efekty ciężkiej pracy po drodze. Hurraoptymistą nie jestem, bo nie mamy teraz 1969 ani nawet 1989, kiedy to wszystko wydawało się możliwe, teraz raczej widzi się upadek szołbiznesu, jakieś agonalne podrygiwania, albo zagarnianie wszystkiego przez niewielki procent największych, którzy dlatego mogą zagarniać, bo zdążyli się dorobić dzięki staremu systemowi, kiedy płyty jeszcze się sprzedawały. Kiedyś była lepsza dystrybucja, pieniądze dzielone bardziej sprawiedliwie, obecnie zapomnijmy o tym. W to weszły także różne instytucje rządowe, a jeśli rządowe, to znaczy upolitycznione, więc będą wybierać tylko tych, którzy im się podobają i dalej gromadzić kasę tylko dla najsilniejszych. Zatem zapomnij o równości, o szansach. Drugich Rolling Stonesów ani nawet Depeche Mode już nie będzie, to jest sytuacja ogólnoświatowa. Ale to też jest świetne pole dla najwytrwalszych i broniących jakości, to zawsze wypłynie na wierzch i wygra, święcie w to wierzę. A żeby w tym być nie trzeba zarabiać milionów.

Póki co nie chcę niczego stwierdzać kategorycznie. Staram się być czujny, obserwować rozwój wypadków w tym samym czasie nie zaprzestając pracy ani na chwilę. Bardzo wierzę w przyszłość, ale z drugiej strony nie zdziwiłbym się, jakbyśmy wszyscy razem zginęli nagle i nieoczekiwanie w jednym wielkim wybuchu, bo nasza cywilizacja i kilka okolicznych raczej nie idą w dobrym kierunku. Wierzę w przyszłość, bo wierzę w moc i siłę przetrwania. Także przyrody.


Chciałbym powrócić do twojego świetnego instynktu muzycznego i zapytać czego będziemy słuchać za 5 – 10 lat?


WK. To moje marzenie, żeby doczekać tego momentu, że usłyszę coś, czego NAPRAWDĘ nigdy wcześniej nie słyszałem. Póki co jest jednak ciągle dreptanie w miejscu, jak już ktoś wymyśli nowy sposób jakiś, to i tak to realizuje na starych instrumentach i retromania i tak się wkrada. Ale tylu ludzi tak ciężko pracuje, że coś z tego musi kiedyś wyniknąć. W tym sensie XXI wiek się jeszcze nie zaczął, ciągle wałkujemy poprzedni, więc chciałbym za te kilka lat usłyszeć coś, co jest z teraz i tylko z teraz, co nie znaczy, że zerwało z przeszłością. Może nawet to coś nowego przyjdzie właśnie z odczytania na nowo historii muzyki, z jej odmitologizowania, wywalenia niektórych starych idoli do kosza. Ja osobiście wierzę, że to przyjdzie z tak zwanego Trzeciego Świata, bo nasza cywilizacja umiera i być może na nic innego nie zasługuje, a tam wzrasta wibracja. Smutna konstatacja na koniec? Czy ja wiem czy smutna? Nawet jakby, to czy ktoś powiedział, że tak nie wolno? Już wyżej wspominałem, że natura zawsze wygrywa. I całe szczęście!

Na zakończenie zdradź zatem, największą tajemnicę polskiego niezalu. Kto oprócz Ciebie tworzy RSS B0YS?

WK. Och, nie uważasz, że to byłoby stanowczo zbyt proste? Więc ani nie potwierdzę, ani nie zdementuję plotek kim jest B0Y 1 czy B0Y 2, bo to sprawa superwysoce skomplikowana kim oni tak naprawdę są i nie mówię tutaj o problemach z tożsamością, bo tych nie mają, chodzą wbrew pozorom twardo po ziemi. Przede wszystkim nie ma to najmniejszego znaczenia, ich nazwiska. Kimkolwiek by nie byli odnieśli sukces muzyką a nie szczerzeniem się do selfie. I z tego co wiem, i co popieram, tak właśnie ma zostać do samego końca. Eresesy to projekt absolutnych frików, ciągle podlegający burzliwej ewolucji, będzie zaskakiwał jeszcze nie raz. Jak uznają, że chcą coś ujawnić, to to zrobią. I nie będzie to moja sprawa. Ja tylko pomagam ile jestem w stanie. Jestem głównym wydawcą ich muzyki, pomagam czasem przy sferze wizualnej, jestem także nieoficjalnym ale pełnomocnym managerem, zdarza się że coś w ich imieniu wrzucę na fejsbukowego profila. I dobrze mi z tym, tym bardziej że siłą rzeczy znam ich plany, a te są cokolwiek szalone, piękne i odważne… 

Dzięki Wojtku za rozmowę i poświęcony czas.

WK. Pozdrawiam i dziękuję za zainteresowanie.

Rozmawiał Bartosz Nowicki

środa, 10 czerwca 2015

Taneczny recykling / Lutto Lento "Whips"

Lubomir Grzelak, znany bardziej jako Lutto Lento to postać nietuzinkowa w świecie muzycznego niezalu. Zarówno jego twórczość jak i działalność wydawnicza (Sangoplasmo, Dunno) daleko wymykają się estetycznym klasyfikacjom, a kolejne ich emanacje zawsze niosą ze sobą element zaskoczenia.

Do niedawna jeszcze Lutto Lento utożsamiany był z muzycznym etnologiem rejestrującym obrzędy wielkanocne Beskidu wyspowego ("Duch gór") i z niestrudzonym grzebaczem (diggerem), zakopanym w stertach kaset znalezionych na opuszczonych strychach i w wilgotnych piwnicach. Poszukiwanie na kilometrach - tych podwójnie anonimowych, bo porzuconych i niezidentyfikowanych - taśm, jedynego fragmentu, pętli, brzmienia w przypadku tego twórcy oznacza zazwyczaj dopiero początek procesu kreacji wyznaczanego, serią mozolnych, ręcznych modyfikacji. Ten obdarzony niezwykle oryginalnym zmysłem estetycznym wydawca, kolekcjonujący w katalogu Sangoplasmo nagrania wymykające się stylistycznym drogowskazom, a czasem i "tradycyjnej" muzycznej narracji, swoje zafascynowanie dźwiękowym recyklingiem z powodzeniem połączył z rolą producenta, sięgając po plądrofonię i deformację w celu realizacji surrealistycznych kolaży. Od pewnego czasu jednak, z ciekawością możemy obserwować jak Grzelak, co raz śmielej podąża w stronę klubowych stylistyk. Kwintesencją tanecznych inspiracji jest epka "Whips" na której muzyk dokonuje zaskakującej estetycznej wolty, pozostając jednocześnie wiernym swojemu warsztatowi pracy.

Zapowiedziany na czerwiec materiał, przygotowany dla brytyjskiego labelu Where to now?, zawiera w głównej mierze kompozycje, które dotąd mogliśmy odsłuchiwać na soundcloudzie artysty, bądź też w nieco zmienionych wersjach na innych wydawnictwach Lutto Lento. Narracja została podporządkowana regułom klubowej dramaturgii i zaaranżowana z parkietowym przeznaczeniem. Nie będzie to jednak parkiet podświetlanych neonami i laserami ekskluzywnych klubów, raczej rozdeptana pofabryczna podłoga, lub piwnica nielegalnego squatu.

Na "Whips" regularność rytmu i mocny taneczny groove idzie w parze z brudnym brzmieniem, koślawymi, analogowymi basami, dudniącymi lubieżnie jak w starych wypalonych głośnikach. Jesteśmy świadkami pozbawionej selektywności dźwiękowej magmy, w której wysokie tony hi-hatów, snare'ów, czy clapów, lepią się do gęstych, rzężących burdonów. Tutaj wycięte pętle z hipnotycznym rytmem spotykają się z rozciągniętymi smykami, kwaśnymi melodiami, zmutowanymi wokalami, szorstkimi przygaszonymi padami, industrialnym chrzęstem ornamentów i charakterystycznymi raveowymi detalami z lat 90tych (gwizdki, pisk opon itp.). W przeciwieństwie do kilku poprzednich wydawnictw, Lento zaprzestał eksperymentów z modyfikacją tempa przez co "Whips" jeszcze bardziej podkreśla swój przebojowy charakter

Dancefloorowy sznyt nagrania został oparty na doświadczeniach producenta z formami eksperymentalnymi. Źródłem inspiracji nadal pozostaje akustyczne śmietnisko, pełne dźwięków porzuconych, niechcianych, ukradzionych, zniszczonych, którym Grzelak nadaje nowe sensy i tworzy dla nich nowe konteksty, nie ukrywając przy tym ich wstydliwego pochodzenia i ułomności brzmienia. Brud, glitch, przester stanowią o wyrazistym charakterze produkcji, której immanentnym składnikiem jest również, traktowany z powagą, dźwiękowy kicz. Lutto Lento jak mało kto jest bowiem otwarty na ułomności dźwięku. Zarówno tyczy się to brzmienia, jak i treści którą ów dźwięk niesie. Warsztat jego pracy nie przypomina gabinetu chirurgii plastycznej, w którym wygładzane są zmarszczki, ukrywane fałdy, odcinane zwały tłuszczu. Artysta bardziej odnajduje się on w roli doktora Frankensteina, zszywającego ze sobą ochłapy i pozostawiającego wyraźnie widoczne szwy i blizny. Lento koncentruje swą twórczość wokół defektu i ułomności, to one są jej filarem. W swoim domowym studio zakasuje więc rękawy i niczym Eugeniusz Rudnik, chwyta za serpentyny niechcianych taśm i z rzeźnicką techniką tnie, zszywa, skleja, rozciąga, zniekształca materiał źródłowy, aż do osiągnięcia pożądanego stopnia zepsucia. Traktuje swój warsztat bardziej jak rzemieślnik, niż współczesny muzyczny producent tworzący w sterylnej przestrzeni softwearu. Praca Grzelaka jest obcowaniem z fizycznymi przedmiotami. Kreatywnym podejściem do materialnej słabości, oraz z oporów jakie sprawia ułomność nośnika. Taka estetyzacja słabości i brzydoty przypomina nieco braci Deuce, bohaterów filmu "Zet i dwa zera" Petera Greenaway'a, odurzonych fascynacją do rozkładu materii i rejestrujących ów proces na taśmie filmowej. Z podobną lubością Lutto Lento dokonuje deformacji, upiększa ją, aby później upajać się jej śmiertelnym powabem.

Gdybym miał gdzieś na osi czasu umiejscowić echa fascynacji muzycznych Grzelaka pojawiających się na epce, to bez wątpienia byłaby to mieszanka wpływów house, techno i acid z lat 90tych. Najbardziej esencjonalnym przykładem będzie z pewnością "Amarena" z charakterystycznym zapętlonym wokalem, pompującym danceflorowym rytmem, skromną melodyką opartą  na rzadkiej zmianie tonacji długiej rozciągniętej plamy. Jednak podobieństw stylistycznych tego bangera, możemy doszukiwać się również dużo później, bo w charakterystycznie skrojonej stylistyce uprawianej przez Amerykanina Alana Abrahamsa, pod szyldami Bodycode i Portable.

"Whips" jest zamkniętą w klubowej formie sumą i naturalnym rozwinięciem dotychczasowych muzycznych doświadczeń Lubomira. Kwintesencją muzycznego recyklingu, w którym producent osiągnął już takie manualne zdolności w operowaniu taśmą, że jego handmade jest już niemal, nie do odróżnienia od maszyny. Tym razem, jego oryginalna estetyczna sygnatura została kompozycyjnie uproszczona, aby cieszyć zarówno uszy, jak i nogi dancefloorowych bywalców.

LUTTO LENTO "Whips"
2015, Where to now?

niedziela, 7 czerwca 2015

Nagi instynkt / Jacek Sienkiewicz "Instynkt"

"Instynkt" to jedna z tych zjawiskowych płyt, które wymykają się opisowi i daleko przerastają wyobraźnię słuchacza.

W niebywałe poruszenie wprawiają mnie ostatnie dokonania Jacka Sienkiewicza, dlatego nie należy się dziwić, że goszczą na łamach 1/u/1/o z taką regularnością. Muzyk nie daje w tym roku o sobie zapomnieć, zaskakując kolejnymi swoimi produkcjami. I bardzo dobrze bo forma artystyczna Sienkiewicza wciąż zwyżkuje, a jego wyobraźnia wydaje się nie być ograniczona żadnymi barierami.

Mimo dorobienia się uznanej pozycji wśród europejskich producentów techno, Sienkiewicz nie odcina kuponów od wcześniejszych wydawnictw i kooperacji, a ponad wszystko stawia sobie rozwój własnego oryginalnego języka i poszukiwanie nowych form dla wyrażenia siebie przez muzykę elektroniczną. Utożsamiany do tej pory głównie z klubową odnogą techno, serią tegorocznych produkcji "Nomatter", "Ridges", producent wytyczył sobie nowy obszar poszukiwań, w którym tworzywem jest język eksperymentalnej elektroniki. Odstawiwszy na bok estetyki wyrażane konkretem repetycji i dyktaturą bitu, Sienkiewicz udanie sięgnął do form improwizowanych. Otwarte pole eksperymentu sprzyjają mu w uwalnianiu pomysłów, zamkniętych do tej pory w sztywnej klubowej pętli taktowanej na 4. 

"Instynkt" jest dość płynnym rozwinięciem dwóch poprzednich wydawnictw ("Nomatter" "Ridges") i pretekstem do kolejnych, co raz śmielszych brzmieniowych i kompozycyjnych ewolucji. Abstrakcyjna ekspresja Sienkiewicza, z jako pierwszą, rozprawia się z linearną narracją. Zdarzenia dźwiękowe zdają się tu ewoluować w czasie rzeczywistym, rozgrywając się równolegle na kilku ścieżkach. Cała gęsta tkanka odgłosów płynie miesza się, rozciąga i kurczy w nieokreślonej przestrzeni bez oparcia w tradycyjnych kompozycyjnych fundamentach. Otwarta forma pozwoliła zrezygnować z symetrycznego podziału kompozycji, wyznaczonego sinusoidą wyciszeń i kulminacji. Sienkiewicz nie posiłkuje się również hałasem, aby zaznaczyć intensywność materiału. Zostaje ona wystarczająco dobrze wyrażona zagęszczeniem faktur i złożonością poszczególnych wątków niesionych abstrakcyjnym pozbawionym podziałów rytmem. Właśnie ów rytm jest sercem całego "Instynktu", choć prawdopodobnie trafniejszym określeniem opisującym strukturę frenetycznych, nieregularnych stukotów i tąpnięć byłaby z pewnością arytmia. Gdyby odnieść się do poprzedniego materiału Sienkiewicza "Ridges" i jego górskich inspiracji, to kostropaty "rytm" "Instynktu" mógłby odpowiadać nieregularności skalnych krawędzi. Podobnie tyczy się to chropowatego, twardego, brzmienia. Ów spękana rytmika podążająca tylko sobie znanym krokiem inklinuje silne skojarzenia z muzyką Autechre. W przeciwieństwie jednak do Brytyjczyków, Sienkiewicz nie kładzie nacisku na klarowność i trójwymiarowość brzmień, chętnie oblepiając je szumem, przeplatając syntezatorowymi nawałnicami świstów, graniastym basem, czy onirycznymi zewami.

Jeśli już porównujemy Sienkiewicza eksperymentującego z abstrakcyjną, improwizowaną elektroniką, do innych artystów - to tylko do tych najlepszych. Tak jak czytelne jest bowiem pokrewieństwo fragmentów "Instynktu" do prac Autechre, tak równie widoczne powinny być analogie z diabelską narracją "Traditional Music Of Notional Species Vol. I" Rashada Beckera. U obu producentów plątanina niezbornych dźwięków i nerwowych sprzężeń tworzy dzieło monumentalne, wielowymiarowe i wielowątkowe, które paradoksalnie zachowuje intymną atmosferę i spójność fabularną.

"Instynkt" to spektakl detali, w którym abstrakcyjna forma idzie wespół z abstrakcyjnym brzmieniem, aranżując przy tym mroczną i niepokojącą atmosferę. To zaproszenie do wnętrza zachwycającego i jednocześnie przerażającego dźwiękowego imaginarium. Jacek Sienkiewicz, z każdym kolejnym swoim wydawnictwem zawiesza poprzeczkę o kilka szczebli wyżej, choć już przy pierwszej tegorocznej produkcji "Nomatter" została ona wywindowana pod nieboskłon. To stopniowanie napięcia kolejnymi nagraniami jest pasjonujące i pozwala ewoluować odbiorcy razem z artystą.



JACEK SIENKIEWICZ "Instynkt"
2015, Bocian Rec. / Recognition Rec.

czwartek, 4 czerwca 2015

Męty, tripy, mutacje i karty microSD / Duy Gebord "Qualm" + Efrēm "Foli"

Narkotyczne wizje, rozszerzone postrzeganie, zaburzenia zmysłów, mikroby, grzyby, pasożyty i ludowa egzotyka. Szerokie i zjawiskowe jest spektrum zainteresowań twórców Audile Snow, a jednak paradoksalnie układa się ono w logiczną, kulturową refleksję.

Niespełna dwa miesiące temu na rodzimej scenie eksperymentalnej objawił się nowy micro-label Audile Snow, założony przez Radosława Sirko (Duy Gebord) i Nerkę Boli. Określenie "mikro" jest w tym przypadku użyte wyjątkowo adekwatnie, bowiem nośnikiem, na którym ukazują się wydawnictwa labelu, jest karta pamięci microSD.

Nazwa Audile Snow jest z kolei nawiązaniem do pojęcia Visual Snow (śnieg optyczny), które w terminologii medycznej oznacza zburzenie widzenia, objawiające się między innymi pod postacią półprzezroczystych plamek, potocznie zwanych mętami, pojawiających się w polu widzenia, na tle dużych, jasnych i jednolitych powierzchni. Konotacje między ową przypadłością, a muzyką osobliwie wyjaśnia współzałożyciel labelu Radek Sirko: "Zawsze interesowały mnie męty w oku, widzisz to, ale wiesz, że tego nie ma i nie za bardzo potrafisz wyjaśnić innym o co chodzi. Albo tarcie zamkniętych oczu, oko jako pędzel. Chciałbym umieć tak działać z uchem."

Aby przybliżyć nieco genezę i plany wydawnicze Audile Snow bezpośrednio z pierwszej ręki, zadałem Radkowi Sirko kilka pytań, które rzucają jaśniejsze światło na działalność jego labelu.

Dlaczego zdecydowaliście się wydawać muzykę na kartach microSD?

RS. Nie dlatego, że tego jeszcze nie było (bo choćby i w raster-notonie), ale chyba nikt nie zdecydował się na wydawanie tylko na tym nośniku. Pomysł na wydawnictwo microSD wyszedł od Nerki, ona też zaprojektowała identyfikację, opakowanie i okładki. Ja chętnie na ten pomysł przystałem, uważam, że to, jakich używamy nośników, jest z jednej strony wynikiem przyzwyczajenia (które samo w sobie nie jest złe), a z drugiej nieuświadamianych czynników politycznych i myślenia trochę magicznego. Każdy nośnik znaczy i oczywiście nie można ich porównywać w kategoriach 'lepszy-gorszy' (ze swojej perspektywy mogę dodać, że wolę cyfrowe od analogowych, ponieważ te pierwsze nie zniekształcają mi materiału brzmieniowo). To, że używamy płyt CD, winyli i kaset, a nie kardridży, DATów i fidelipaców, jest wynikiem wieloletniego lobbingu producentów i ciekawe jest to, że nawet w środowisku niezależnym jesteśmy zależni od formatów, które na naszych oczach z mainstreamowych przechodzą w anachroniczne. Nośniki są przechodnie, ale jesteśmy do nich przywiązani takim właśnie myśleniem magicznym, które traktuje z namaszczeniem praktykę słuchania z konkretnego medium. Gdy spojrzeć z boku, ma to trochę znamiona błędnego koła: chcąc nie powielać oczywistych formatów (CD) sięga się po nośniki z punktu widzenia rynku przestarzałe, a przecież mediów, na których można zapisać dźwięk, jest mnóstwo. My też nie chcemy powielać oczywistych formatów, ale postanowiliśmy pobawić się w inną stronę, nie do końca hermetyczną. Bo microSD są dużo bardziej funkcjonalne - odpalisz je na tablecie i smartfonie, dodajemy do nich adaptery SD, żeby weszły do kompa. I tak jak winyl, kaseta czy CD - one też zakładają pewną proksemikę. Są małe i łatwo je zgubić, więc podchodzisz do nich ostrożnie. Samo opakowanie będzie się zmieniać, mamy sporo pomysłów w co i jak zapakować karty. Lubię, gdy ludzie nie wiedzą co z nimi zrobić, bo nie są przyzwyczajeni do tego pomysłu, że to też może być album; poza tym znam mentalność kolekcjonera płyt, sam nim kiedyś byłem. To takie igranie z tymi, którzy kupują muzykę, żeby im ładnie leżała na półce. No i jeszcze to, że na karcie mieści się mp3, wav i flac, a do tego można tam wrzucić też inne pliki: wizualne, graficzne, tekstowe. Te możliwości też zamierzamy wykorzystywać.
 
Otwieracie katalog Audile Snow dosyć zaskakująco, bo materiałem Efrēm'a, który na tle twoich muzycznych deformacji wypada, bardzo modernistycznie. 

RS. Modernizm jest prometejski i nie strzela sobie w kolano z konstatacją, że wszystko już było. W muzyce Efrēma czuć świeżość, w mojej miejscami można odczuć symptomy zmęczenia tą formułą, dlatego zresztą robię sobie na jakiś czas przerwę od Geborda. Do Efrēma napisałem parę miesięcy wcześniej, gdy znalazłem na soundcloudzie jego dwie epki nagrane jako Volkhvy. Była to muzyka bliższa mojej - różnorodna stylistycznie, unikająca gatunków. Myśleliśmy, że zrobi coś podobnego, a on postanowił nagrać zupełnie nowy materiał i zmienić pseudonim. Bez dekonstrukcji i przeintelektualizowania. No i fajnie, fakt, że działamy niezależnie, wcale nie oznacza, że powinniśmy wydawać tylko muzykę trudną, smutną i eksploratorską. Zresztą też dzięki temu "Foli" i "Qualm" równoważą się. Poza tym nie chciałem jako pierwszego w Audile Snow wydawać siebie, dlatego oficjalnie jestem drugi.

Jakie plany wydawnicze przed wami?

RS. Myślimy już o kilku kolejnych wydawnictwach, są to głównie nasi przyjaciele ze swoimi solowymi projektami, które jeszcze się tworzą. Nie ma sprecyzowanych wytycznych, chcielibyśmy myśleć o Audile Snow jako o labelu, który nas samych kiedyś zaskoczy. Oczywiście nie chcemy wydawać byle czego, żeby tylko mieć pretekst do wydawania, bo taka polityka/filozofia sprawia, że rzeczy, które miały być wydobyte - giną. Lubimy przeczesywać lasta szukając nieznanych twórców. Póki co chcemy wypuszczać albumy w rzutach po 2, tak jak teraz. Będziemy starać się tak je dobierać, żeby korespondowały ze sobą. Nie musi to być za wszelką cenę eksperymentalna elektronika, ważne żeby kontent zgadzał się z naszymi gustami. Może nawet niekoniecznie muzyka. Obecnie sporo naszych znajomych prowadzi labele mogące wydawać podobne rzeczy, więc nie ma co się martwić o sytuację, w której ktoś zostanie niewydany. Nie zależy nam na ściganiu się między sobą o to, kto kogo pierwszy. Będziemy wydawać muzykę, co do której razem z twórcą będziemy zgodni, że chcemy ją wydać, w takiej a nie innej formie. Nic na siłę.

***

Dwa pierwsze wydawnictwa zapisane na kartach micro SD w zero-jedynkowym kodzie, to autorski materiał Duy'a Geborda oraz jednoosobowy projekt Efrēm, za którym stoi Damian Kowal, antropolog, etnolog, poeta. Oba materiały zostały dostarczone w specjalnych kopertach, do złudzenia przypominających dilerskie zawiniątka. Zamknięte w takim anturażu karty pamięci, sugestywnie imitują listki LSD, a grafiki okładkowe są niczym żywcem wyjęte z psychodelicznych wizji Timothy Leary'ego. A muzyka? Dopiero tutaj rozpoczyna się trip. I tylko od słuchaczy zależy czy wybiorą się w mroczną i zawiłą drogę z Duyem Gebordem, czy zagustują w egzotycznych peregrynacjach Efrēma.


DUY GEBORD - "Qualm" / 2015 / Audile Snow

Choroby pasożytnicze, klęski ekologiczne, zanieczyszczenia środowiska, mutacje, wynaturzenia, grzyby, odpady, deformacje. Już po lekturze tracklisty "Qualm" mamy pełny wgląd w materię, która zainspirowała Duy'a Geborda do snucia pokrętnych i jednocześnie osobliwych dźwiękowych narracji.

Jedyne do czego Radek Sirko zdążył przyzwyczaić swoich słuchaczy, to do faktu, że nigdy nie możemy spodziewać się gdzie tym razem zaprowadzi nas jego dźwiękowa, sięgająca daleko poza
muzyczność, wyobraźnia. Eklektyzm, post-gatunkowość, eksperyment, są już na stałe zapisane w etos twórczy Geborda, który z upodobaniem plącze tropy i nawarstwia niedopowiedzenia. Do opisania jego producenckiej działalności można by posłużyć się figurą współczesnego ucha, przebodźcowanego, bezradnego wobec hałasu, inkorporującego wszystkie, bez wyjątku akustyczne ślady. Mało komu udaje się równie dobitnie ukazać ów śmietnik jakim jest wszechsłyszące ucho. Obcowanie z muzyką tego producenta staje się więc w pewnym sensie metanarracją, słuchaniem o słuchaniu. Nie jest to wdzięczna sytuacja dla twórcy, który kosztem przychylności słuchacza, stawia komunikat, ponad "muzyczność muzyki" oraz z uporem maniaka stara się wykazać, że dźwięk jest więcej niż dźwiękiem. "Czasami próbuję myśleć w kategoriach rozszerzonych: tak jak jest expanded cinema, to może też expanded music (?). Dźwięk nie może być tylko dźwiękiem, to by było zbyt nudne" - stwierdza Sirko.

Podobnie jak na poprzednich albumach, Gebord brutalnie mieli gatunki i estetyki dotąd, aż stracą one swój wyróżniający, indywidualny charakter i staną się skarlałą pulpą, powidokiem (posłuchem), wielokrotnie odbitym echem. Muzycznym destylatem tej chłodnej deformacji są amorficzne kolarze, często irytujące swoim niedookreśleniem formalnym i ciągłym zwodzeniem słuchacza, bezustanną grą z jego przyzwyczajeniami do logiki i harmonii. W przypadku "Qualm" punktem wyjścia jest muzyka klubowa, co można zweryfikować choćby za sprawą częstej obecność stopy. Jednak regularny bit, główny nośnik tanecznych estetyk, ugina się tu pod ciężarem narracji i gęstością dźwiękowej zawiesiny. Z kolei goszczące na "Qualm" atonalne gitarowe solówki i widmowe zaśpiewy, idące w parze z unikaniem przez producenta kulminacji - co niesie z kolei niemożność dookreślenia centrum kompozycji - całkowicie wywracają fundament formalny utworów.

Muzyka Sirko meandruje gdzieś w oparach quasi techno, ambientu, trip-hopu, czy industrialu. Jest kwintesencją anty-przebojowości, ciężką, zawiłą, obarczoną (przesyconą) informacją. Podążając w kierunku muzycznego prymitywizmu Duy Gebord beznamiętnie kontestuje wszelkie normy estetyczne i pozbawia konwencje ich pierwotnego kontekstu. W przypadku "Qualm" jawnie deprecjonuje fundament muzyki klubowej, oparty na repetycji i kulminacji.



***

Efrēm - "Foli" / 2015 / Audile Snow

Na tle tak intensywnej i wielokontekstowej wypowiedzi, jaką jest materiał Geborda, otwierający katalog Audile Snow Efrēm jawi się niezwykle łagodnie. "Foli" natchnione afirmatywną energią i modernistyczną formą odświeża mroczne i intensywne krajobrazy rodzimej muzyki elektroniczno-eksperymentalnej, proponując barwną i egzotyczną fabułę. Podpisujący się pod tą produkcją Damian Kowal z etnologiczną wrażliwością sięga po inspiracje muzyką malijską. Ze świetnym wyczuciem rytmu łączy malownicze brzmienia zachodniej Afryki z dynamiką techno, tworząc dostojny i łagodny mariaż, bliski estetyce new age, czy klubowego wydania world music. Jednak pomimo takich konotacji, "Foli" na szczęście nie jest nosicielem pstrokatego kiczu, tak często utożsamianego z wymienionymi estetykami.

Przede wszystkim jesteśmy tu  świadkami prostej i klarownej narracji stroniącej od wszelkiego rodzaju dekonstrukcji. Oparta jest ona na melodyjnych pasażach, dźwięczących, ciepłym brzmieniem przypominających momentami malijski balafon, oraz na skomasowanych syntetycznych perkusjonaliach, subtelnie brzmiących, ale wiążących kompozycje w mocną transową pulsację.

Prostota, egzotyka, świetlistość i lekkość narracji wyróżniają Efrēm'a na tle większości rodzimych produkcji. Niestety te same cechy sprawiają, że za sprawą dość zachowawczej ingerencji twórczej, jego nagrania mogą zostać zignorowane przez bardziej wymagających słuchaczy.


czwartek, 28 maja 2015

Intymność hałasu / Kamil Szuszkiewicz "Istina"

"Istina" to druga po "Bugle Call" (2014) kaseta Kamila Szuszkiewicza, wydana pod kuratelą Wounded Knife. Choć oba materiały znacząco różnią się od siebie, posiadają również zaskakujące punkty wspólne, stanowiące zarys indywidualnego stylu trębacza i eksperymentatora.

Po niezwykle ascetycznym i intensywnym solo na trąbkę ("Bugle Call") zrecenzowanym przeze mnie na łamach pierwszego numeru M|I, tym razem, do czynienia mamy z zaskakującą wręcz erupcją zagadkowych wątków i inspirujących hałasów. Potężna moc ekspresji, której świadkiem jesteśmy na "Istinie" pojawia się wespół z towarzyszącymi nagraniu gośćmi; folkową wokalistką Zuzanną Lelek, oraz znakomitym stołecznym perkusistą i multiinstrumentalistą Hubertem Zemlerem. Co ciekawe, za gościa można również potraktować Szuszkiewicza - trębacza, gdyż jego sztandarowy instrument, występuje w niniejszym materiale okazjonalnie, jeśli wziąć pod uwagę gęstość i zróżnicowanie dźwiękowej narracji. Tym razem autor skupił się bowiem na pętlach, szumach i fakturach wydobywanych z analogowych efektów i instrumentów, budujących muskularną strukturę dwóch kilkunastominutowych kompozycji.

Pierwszy plan "Istiny" należy z pewnością do Zuzanny Lelek, która magnetyczną mocą białego śpiewu bezspornie przyciąga uwagę słuchacza, zachęcając tym samym do poszukiwania etnicznych źródeł jej ekspresji. Przenikliwość owego rozdzierającego głosu pozostaje na tyle intensywna i podniosła, że zdaje się być częścią jakiegoś ludowego rytuału, wyrwaną z pierwotnego kontekstu i zaaranżowaną w równie zjawiskową narrację. Koścem i budulcem owej narracji są z kolei kawalkady elektronicznych szumów, pomruki analogowych burdonów, skrzące noisem syntezatory, mocno modyfikowane gitary, czy mechaniczny stukot perkusjonaliów. Ale to tylko jedna z twarzy "Istiny", drapieżna, transowa i teatralnie wręcz podniosła. Drugie oblicze tego nagrania jest osadzone w głębokich pokładach muzycznej melancholii, wybrzmiewającej dźwięczącymi girlandami dzwonków Huberta Zemera. 

Silnie zarysowana struktura muzyczna "Istiny" jest preludium, a także zwieńczeniem dla, krótkiej, acz niezwykle sugestywnej wypowiedzi Szuszkiewicza - trębacza. Kiedy, bowiem jesteśmy już mocno wprowadzeni w intensywną atmosferę nagrania, akcentowaną z jednej strony szumem i zgiełkiem, z drugiej zaś uwodzącym nurtem melodii metalofonów, wtedy znakomite wejście, niczym deus ex machina, notuje autor nagrania, onieśmielając słuchaczy kilkuminutową davis'owską frazą, wynoszącą całą kompozycję do zjawiskowego poziomu. Po ów kulminacji wszystkie elementy nagrania zaczynają wybrzmiewać jednogłośnie w hipnotycznej mantrze, prowadzone transowym odmierzaniem bębnów, bulgoczącą trąbką, oraz dronującym tłem, momentami postrzępionym chropowatością białego szumu.

Druga z kompozycji zdaje się zaklinać wszystkie zarysowane wcześniej wątki i budować z nich pulsującą strukturę, podporządkowaną regułom repetycji. Bodźce zostają zwielokrotnione i udramatyzowane. Głos Lelek zostaje zamrożony w nieskończonym, przeszywającym wrzasku, i zdynamizowany marszowym rytmem perkusji, oraz deliryczną powtarzalnością elektroniki. Ta część staje się emanacją siły, twórczej euforii, pozbawioną subtelnych akcentów, kontrastów, meandrów kompozycyjnych i narracyjnych, za to silnie osadzoną w motoryce plemiennego transu i pełną ekstatycznego napięcia.

Po lekturze "Istiny" i wspomnieniu "Bugle Call" okazuje się, że niezależnie od twórczej materii, w której porusza się Szuszkiewicz; czy jest to cisza, czy zgiełk, tym co łączy ów skrajne wypowiedzi jest umiejętność budowania sugestywnej atmosfery, nasyconej melancholią i niedopowiedzeniem. Ów stylistyczne bieguny, którymi są oba wydawnictwa, łączy również wykorzystanie w muzycznej narracji elementu ciszy. Otóż na "Bugle Call" została ona użyta w sposób intuicyjny, w procesie postępującej dezintegracji kompozycji. Z kolei w omawianym materiale wyznacza nieprzewidziane i zaskakujące pauzy, niekoniecznie zintegrowane z biegiem dramaturgii.

"Istina" w języku chorwackim oznacza prawdę. W przypadku nagrań Szuszkiewicza prawda wydaje się być obarczona wieloma zagadkami i niedopowiedzeniami, które w muzyce instrumentalisty wydają się najbardziej pociągające.




KAMIL SZUSZKIEWICZ - "Istina"
2015, Wounded Knife

wtorek, 26 maja 2015

Między światami / Danka Milewska "Sonoformy"

Gdyby "Sonoformy" ukazały się dwadzieścia lat temu, bezwzględnie trafiłyby do katalogu Obuh Records, gdzie sąsiadowałyby z wydawnictwami Pathmana, Karpat Magicznych, czy Za Siódmą Górą. Płyta Danki Milewskiej idealnie wpisuje się w mitologię "muzyki jakiej świat nie widzi". Świadczy o tym zarówno ezoteryczny charakter nagrania, elektroniczno-akustyczny sztafaż kompozycji, oparty na etnicznych instrumentach (cytra, dzwonki wietrzne, kalimba), oraz nietuzinkowy koncept.

Milewska, pochodząca z Bydgoszczy artystka, performerka, proponuje słuchaczowi pewien rodzaj ekshibicjonizmu duszy i ciała. Będąc w siódmym miesiącu ciąży postanowiła przy pomocy muzycznej materii "uwolnić to co zapisane w ciele". W rezultacie mamy do czynienia z niezwykle intymną i zmysłową, zanurzoną w zaświatowej poetyce impresją nad stanem, uznanym przez wiele kultur jako silnie tabuizowany. Ciąża, bowiem oznaczała na ogół wykluczenie przyszłej matki ze struktur społecznych. Jak pisał Arnold van Gennep "(...) kobieta jest izolowana z dwóch powodów: dlatego, że jest niebezpieczna i nieczysta, albo dlatego, że ciężarna, z fizjologicznego i społecznego punktu widzenia przejściowo znajduje się w stanie anormalnym (...) i traktuje się ją w taki sposób jaki traktuje się chorych, obcych itp." ["Obrzędy przejścia" PIW 2006]. Nieczystość kobiety i przymus odosobnienia, jak podaje z kolei Piotr Kowalski "motywowane były także przez szczególny status, jaki miało nienarodzone dziecko znajdujące się w jej łonie. Należało ono bowiem do sfery zaświatowej i było istotą hybrydyczną." [Leksykon Znaki Świata - Omen, przesąd, znaczenie" PWN 1998].

Podobnej izolacji poddaje się Milewska, która zamyka się w nagraniowym studio, by poddać się symbolicznym egzorcyzmom. Wsłuchuje się zatem w ciało, a głuchota studia nagraniowego sprzyja temu procesowi. Swój niejednoznaczny, z etnologicznego punktu widzenia, status kulturowy, bliski zaświatom ilustruje muzyką. Narzędziem ekspresji jest tu przede wszystkim głos artystki, równie zaświatowy. Momentami szepczący niejasne mantry, innym razem piskliwy jak u wiedźmy, chwilami kuszący i kołysankowy.

Narracja "Sonoform" jest ascetyczna. Artystka dozuje każdy pojedynczy dźwięk instrumentu, oraz z nabożnością celebruje ciszę pomiędzy nimi. Na sugestywność onirycznego nastroju, wpływ mają również elektroniczne drony, generowane przez goszczącego na płycie Artura Maćkowiaka. Na tym tle oszczędnie, pojedynczymi dźwiękami pobrzękują cytra i kalimba, dopełniając całości obrzędu. Na "Sonoformach" gości jeszcze jeden zjawiskowy głos. To Gracula religiosa, gwarek czczony, ptak mimetyczny, z niezwykłym podobieństwem naśladujący dźwięki otoczenia i do złudzenia imitujący ludzką mowę. To on staje się interlokutorem Milewskiej, powiernikiem jej tajemnic i stronnikiem w mrocznych zaświatach. 

"Sonoformy" są zapisem intymnego rytuału, przybierającym formę poetyckiego rozmarzenia; melancholii obecnej w każdym dźwięku i w każdym westchnieniu. To także magiczny pakt z siłami natury reprezentowanymi tu bardzo szeroko zarówno pod postacią ptaka, żywych instrumentów wykonanych z naturalnych surowców, lecz przede wszystkim tą najważniejszą ukrytą tuż pod skórą, pod sercem. To wszystko, całe to rozdarcie między życiem, a zaświatami zostaje subtelnie zilustrowane muzyką niosącą w sobie jednocześnie mroczną tajemnicę i kojącą słodycz.

 
Danka Milewska "Sonoformy"
2015. Wet Music Rec. 

niedziela, 10 maja 2015

Przemiany / Micromelancolié - "Low cakes"

Świeży i energetyczny "Low cakes", ukazuje konsekwentny rozwój Roberta Skrzyńskiego jako producenta, a nade wszystko ilustruje, jak swoją muzyczną wyobraźnią artysta poszerza ramy estetyk, w których się twórczo porusza.

Niebawem w salonach prasowych, powinien ukazać się trzeci numer Kwartalnika Muzycznego M|I. Znajdziecie w nim mój tekst o muzyce Micromelancolié, wpisujący się w temat przewodni numeru "Wytnij, skopiuj, wklej". Odsłania on tajemnice producenckiego warsztatu Roberta Skrzyńskiego. Tymczasem lada dzień swoją premierę będzie miało nowe wydawnictwo tegoż autora, kaseta "Low cakes" wydana w BDTA. Jej zaskakująca zawartość, wybiega muzycznie i koncepcyjnie daleko poza moment, w którym znajdował się Skrzyński, kiedy na potrzeby artykułu spisywałem jego słowa. W chwili kiedy całą serią swoich ubiegłorocznych wydawnictw, ich autor, sam zaszufladkował się jako twórca mrocznych ambientowych suit, podawanych w anturażu dronów, szumów i nagrań terenowych, producent zdecydował się na dość radykalną i niespodziewaną woltę.

Odnoszę wrażenie, że Robertowi bliski muzycznie jest milenijny przełom lat 90tych w dwutysięczne, naznaczony niezwykle intensywną ekspansja muzyki elektronicznej, zarówno tej użytkowej, klubowej, jak i poszukującej nowych form wyrazu i czerpiących z postmodernistycznych teorii i artystycznych praktyk. Przykładem, że właśnie w tej drugiej opcji Skrzyński lokuje swoje inspiracje, może być nagrany wespół z Fischerle materiał "Moulding" wydany w ubiegłym roku przez label Chemical Tapes. To tam po raz pierwszy tak wyraźnie (szumem i glitch'em) odbiło się echo estetyki click'n'cuts sygnowanej niegdyś logiem legendarnego niemieckiego wydawnictwa Mille Plateaux. Tym razem na przygotowanym dla BDTA materiale Skrzyński przytacza wspomnienie o innym niemieckim labelu ~scape, oraz o artystach (Pole, Kit Clayton), którzy sprawili, że właśnie to wydawnictwo przez pewien czas pełniło wiodącą rolę na scenie poszukującej elektroniki. Micromelancolié wyraźnie sięga do popularnej wówczas dekonstrukcji klubowych gatunków; jak micro-house ("Low cakes"), czy abstract hip - hop ("Punkt", "Tidal flow"). Zwichniętych i przepoczwarzonych w parkietowe antyhity. Obecne są również tak charakterystyczne dubowe pogłosy rozlewające się gęstymi smugami i tworzące stelaż dla nieregularnej rytmiki, która w fantastyczny sposób dynamizuje, te dubowo-ambientowe podkłady ("Mora", "Plinth").

Choć na "Low cakes" obficie pojawiają się poszatkowane klubowe wokalizy, danceflorowe akordy i dropy, nie ma tu dyskoteki. Jest intrygujący eksperyment z tanecznymi inspiracjami, przeprowadzony z iście chirurgiczną precyzją. Po raz pierwszy, w muzyce Micromelancolié pojawia się taka selektywność i sterylność brzmieniowa, wyeksponowanie detali, a nawet ich fetyszyzacja, przez użycie sampli o hi-tech'owej wręcz jakości. Ta smakowitość dźwięków ich plastyczność i komunikatywność znów sięga do przełomu milenijnego i pochodzących z tych lat nagrań amerykańskiego duetu Matmos. Z kompozycji Skrzyńskiego bez echa zniknęły zatem mgławice zaszumiałych burdonów, oraz melancholijne odgłosy miejskich podwórek zlewających się w minorową suitę. W zamian pojawiła się trójwymiarowa głębia muzyki, która wynika, nie jak to często bywa w elektronice z użycia masywnych pogłosów, które tworzą zjawiskowe bryły dźwiękowe (Autechre). U Skrzyńskiego trójwymiar zostaje osiągnięty przez wyraźne rozplanowanie kompozycji na ścieżki ciche i głośniejsze, zaaranżowane w sposób bardzo dynamiczny i tworzące akustyczną głębię typową dla radiowego słuchowiska.

Interesująca aranżacja przestrzeni brzmieniowej, zaskakująca zwłaszcza w dwóch otwierających kasetę utworach ("Mora", "Plinth") nosi nie tylko ślady berlińskiej mikroelektroniki, bowiem równie sugestywnie nawiązuje do współczesnych jeszcze wątków rodem z waporwave. Dzieje się tak głównie za sprawą kwaśnych teł o kiczowatej barwie, oraz mocno modyfikowanych wokali. Jeśli odważylibyśmy się zakotwiczyć "Low cakes" w tą efemeryczną, skądinąd estetykę, to śmiało moglibyśmy mówić o jednej z najciekawszych, (inteligentnych, acz nie przeintelektualizowanych) wydawnictw jakie ukazały się w tym nurcie. Sama okładka, z resztą, sugeruje, aby zawartość kasety odbierać przez pryzmat "oparów".

Częstą słabością równie eklektycznych co "Low cakes" albumów są zbyt mocne kontrasty, sprawiające wrażenie niepanowania nad narracją, rażące chaosem poruszanych wątków zestawionych ze sobą w formie karkołomnego kolażu. U Skrzyńskiego utrzymana jest fabularna całość. Kompozycje, mimo iż zaskakujące niespodziewanymi przemianami są spójne i mają wyraźny tok narracji, choć ich autor umiejętnie zwodzi słuchacza gatunkowym kalejdoskopem. I tak, w jednej chwili Micromelancolié potrafi ukołysać porcją łagodnego ambientu, aby zaraz przearanżować go w tło quasi tanecznego motywu ("Low Cakes"). Kiedy zaś z niedowierzaniem zaczynamy przytupywać nóżką, autor modyfikuje rytm opóźniając akcenty ("Mora"). W innym znów miejscu ("Morient") z hałaśliwego intra zaczynają dobywać się rytmiczne struktury, ujarzmione niespodziewanie za pomocą acid jazzowej (!) perkusji

Czy podejrzewalibyście artystę tak mocno określonego w kategoriach drone, eksperyment, ambient o taką woltę stylistyczną jaka dokonuje się na "Low Cakes"? Właśnie dlatego jeśli miałbym wziąć za kryteria oceny; artystyczny rozwój, śmiałe zakwestionowanie dotychczasowej twórczości,  oraz odwagę w podejmowaniu nowych muzycznych wyzwań, to na rodzimej scenie eksperymentalno-elektronicznej AD 2015 Skrzyński nie ma sobie jak dotąd równych. Efekty jego przemiany są absolutnie znakomite i ukazują producenta jako artystę co raz bardziej wszechstronnego, zaś jego muzykę jako co raz bardziej pasjonującą.

Micromelancolié - "Low cakes"
2015, BDTA