piątek, 22 września 2017

Kameralne tête-à-tête / Rybicki + Kozera „Xu”

„Xu” to płyta tak subtelna i kameralna, że musicie czuwać, aby nie ominęła was w zalewie jesiennych premier. Pozwólcie poddać się czarowi klarnetu i kontrabasu.

Kiedy potrzebuję oderwać się od rozwichrzonego free improv, odsapnąć od kulminacji, rywalizacji i dominacji, od totalnej ekspresji, krwi, potu i testosteronu, a nie chcę marnować czasu na ugrzecznione i poprawne lanie wody, sięgam po muzykę środka. A leży on u mnie tam, gdzie nie dobiega ani głośny zgiełk awangardy, ani umizgi mainstreamu. Tam znajduję też płytę Zbigniewa Kozyry i Mateusza Rybickiego.

Nazwiska muzyków mogą nie być jeszcze rozpoznawalne wśród szerszej jazzowej publiczności, choć obaj artyści są postaciami aktywnymi na scenie rodzimego free i dość regularnie występują u boku pierwszoplanowych reprezentantów tego gatunku. Z pewnością debiutancki album „Xu”, który ma dziś premierę w barwach Multikulti, pozwoli artystom znaleźć się w pierwszym szeregu, rosnącej w siłę młodej, polskiej sceny jazzowej.

Rybicki (klarnety) i Kozera (kontrabas) mimo terminowania w składach eksperymentujących i o wyrazistej sile ekspresji (M.A.T.A, Core 6), swoim premierowym wydawnictwem podążają w kierunku zwartej artystycznej wypowiedzi, opartej na klarownej narracji, stonowanych harmoniach, nastrojowej melodyce i intymnej muzycznej relacji budowanej między solistami. „Xu” to wydawnictwo kameralne, pozbawione wszelkiej drapieżności, skupione na brzmieniu jego kolorycie i jakości. Usłyszymy zatem wspaniale nastrojony i nagłośniony kontrabas, pozostawiający po sobie pieszczące uszy wybrzmienie. Subtelnie przydymiony, odrobinę zagadkowy i natchniony melancholią, rozbudza wyobraźnię snując kolejne „filmowe” fabuły utrzymane w klimacie kina noir. Wtóruje mu klarnet basowy Rybickiego, który odgrywa w tym scenariuszu rolę chropowatego amanta uwodzącego swą gwałtownością i pozorną oziębłością. Obaj muzycy mają na swoim koncie współpracę z teatrem, być może to stąd wzięło się wyczucie delikatności w budowaniu sugestywnego klimatu.

W ten nieco ilustracyjny charakter muzyki wpisują się rzadkie, ale sugestywne odgłosy przypadkowo złapane w zasięg mikrofonów. Trzaski, czy skrzypienie drewna przyciągają uwagę słuchaczy, zaś pauzy i wyciszenia budują suspens kompozycji. Kiedy do głosu dochodzą kalimby („Drifting twig”, „Luminous rain”) muzyka nabiera egzotycznego posmaku, nie tracąc przy tym nic ze swojej kameralnej formy. Z kolei gdy muzycy decydują się poszerzyć artykulację o eksperymentalne techniki, nagranie z miejsca zmienia swój charakter; jak w utworze „Matting Dance” opartym na repetycyjnych motywach i jak mi się wydaje cyrkularnym oddychaniu. Wraz z tym zabiegiem kompozycja zagęszcza się, nabierając transowej dynamiki. Ten udany epizod nie rozbija jednak spójności narracji.

Niezwykle przyjemnie jest zanurzyć się w tej pozbawionej pretensji muzyce. Tematy zachęcają nastrojem i subtelnością, ale bez nadmiernego stylizowania, bez sentymentalizmu, kompozycyjnej rozlazłości, patosu, ciężaru i smuty. Imponuje poczucie estetyki, spójność brzmieniowa i narracyjna, zmysł kompozycji, skupienie, a zarazem lekkość instrumentów, przekładająca się na lekkość całego materiału. To wszystko składa się na niezwykle dojrzały i zapadający w pamięć debiut.

Dodatkowy plus należy się za oprawę graficzną płyty, której autorem jest Otecki – artysta, grafik, autor wysmakowanych i oryginalnych (podobnie jak muzyka Rybickiego i Kozery) murali.

 
RYBICKI / KOZERA „Xu”
2017, Multikulti Project

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza