W sportowej nomenklaturze funkcjonuje określenie "grać swoje". To moment w
grze kiedy można być spokojnym o wynik i przebieg rozgrywki w oparciu o
umiejętności i doświadczenie zawodników, którzy sprzyjający
rezultat dowiozą do końca meczu. Grając swoje zawodnik, posługuje się tym co
potrafi najlepiej. Nie kombinuje nie upiększa, nie udziwnia. To element
rutyny zapewniający zawodnikowi i kibicom spokój przy jednoczesnej satysfakcji z korzystnego wyniku. Taka gra wymaga zarówno talentu, oraz opanowania i doświadczenia. Jeśli przeniesiemy tą terminologię do
współczesnej tanecznej elektroniki to po raz kolejny "swoje" po mistrzowsku
rozgrywa Robert Hood.
Legendarny producent kolejny raz pokazuje że wie jak
zagrać klasykę, tak aby nie straciła ona nigdy na świeżości. Klasykę
Techno rzecz jasna! Hood po raz nasty w swojej karierze nagrał album używając tych samych brzmień i schematów
będących wizytówką detroit techno, gatunku, którego jest jednym z pionierów. I mimo wykonywania
od trzech dekad wciąż tej samej roboty po raz kolejny spod jego rąk dostajemy album fenomenalny.
Jeden z ojców amerykańskiego techno jak zawsze stawia przede wszystkim na klarowność
materiału i prostotę konstrukcji swoich muzycznych budowli. Paradise to czysty
parkietowy konkret, bez udziwnień i kombinowania. To kawał ultra tanecznego techno
i house. Pozbawiony ambicji dostosowywania stylu do
współczesności, nie romansuje, z żadnymi współczesnymi nurtami, wątkami, czy gatunkami, paradoksalnie zachowując przy tym niesamowitą świeżość i żywotność
swojej nuty. Jedyny flirt w jaki wdał się przy nagrywaniu Paradise to gospel, który stanowi wokalny fundament tego kapitalnego albumu.
MODERAT - II / Monkeytown Records 2013
Wciąż zastanawiam się skąd tyle zachwytów pod tym albumem. Przecież mierzyć oba albumy Moderat to jak porównywać okazałe strusie jajo do kurzej wydmuszki.
Brzmieniowa i kompozycyjna
formuła debiutu z 2009 osiągnęła absolutny szczyt i jednocześnie została
całkowicie wyeksploatowana przez swoje charakterystyczne, skończone brzmienie. Emanowała własnym niepowtarzalnym stylem i
świeżą, przebojową wizją. Na Moderat II nie dostaję nic czego bym już
wcześniej nie usłyszał, a zespół bardziej przypomina innych wykonawców
niż samych siebie (Burial, Phon.o, The Field, solowe nagrania Apparat) oraz czyni nieznośnie kiczowate i pretensjonalne wycieczki w klimaty elektroniki spod znaku New Age z
lat 90tych („Therapy” „Gita”)
Unieść ciężar tak mocnego debiutu i zdyskontować jego sukces to w muzyce rzecz rzadka i ocierająca się o geniusz. Dlatego nie spodziewałem się fajerwerków, a jedyną zagadką dla mnie było czy trio jeszcze raz nagra kopię debiutu, czy podąży w innym kierunku. Doceniam to, że członkowie zespołu nie chcieli jednak odcinać kuponu od "jedynki", ale rezultaty ich nowego albumu mimo wszystko zawodzą.
Kompozycje z II są do bólu
przewidywalne, sztampowe, mało dynamiczne i paradoksalnie jak na pop za
mało przebojowe. Jeśli więc na Moderat I panowie pokazali, że z
prostych elementów są w stanie stworzyć zupełnie nową, znakomitą jakość,
to przy nagrywaniu II musieli być całkiem wyprani z pomysłów i kurczowo
trzymali się sprawdzonych, wyeksploatowanych już we współczesnej elektronice patentów.

µ-ZIQ - Chewed Corners / Planet Mu 2013

Michael Paradinas podobnie
zresztą jak Boards Of Canada, którzy do produkcji swych nagrań nie użyli żadnych
patentów produkcyjnych i kompozycyjnych z ostatnich dwóch dekad, przerażają i zarazem urzekają swoim muzycznym hiperrealizmem. Co prawda album µ-ZIQ nie ma takiej mocy jak Tommorow's Harwest ale stanowi równie interesujący flirt z retromanią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz