Ależ strzał! Pierwsza na blogu recenzja tegorocznego wydawnictwa, a już mocny kandydat na płytę roku 2016!
Muzyki Bartka Kujawskiego nie sposób zaszufladkować. Od momentu oficjalnego debiutu jako 8rolek ("Ptak mechaniczny" 2001) nagrania łódzkiego producenta są naznaczone jedynym w swoim rodzaju autorskim sznytem i sprawnie umykają wszelkim stylistycznym klasyfikacjom. Warsztatowo, to bardzo indywidualnie postrzegana elektronika, celebrująca wszelkiego rodzaju dźwiękowe skazy i ubytki. Abstrakcyjna narracja, wespół z glitchową estetyką, to ledwie część tego co stanowi o unikalnym języku łodzianina. W równie istotnym stopniu wpływ na muzykę Kujawskiego ma jego mentalne podejście do tworzenia, naznaczone ogromnym dystansem i osobliwym humorem, które umożliwiają mu nieskrępowaną wolność artystyczną i brak ograniczeń przed realizacją najbardziej wizjonerskich dźwiękowych pomysłów.
Od 15 lat, Kujawski pozostaje wierny swojemu twórczemu etosowi, nie wykazując przy tym nadmiernego zainteresowania dotarciem do szerszego grona słuchaczy. Ale los bywa przewrotny, nawet w takich sytuacjach. Najnowszy materiał "A kto słaby niech jada jarzyny" wydany dla Mik.Musik.!. pomimo faktu, że nadal pozostaje bezkompromisowym zapisem muzycznej wizji łodzianina, ma szanse wpisać się w szerszy kontekst, jakże aktualnej postklubowej estetyki, której kręg zataczają święcący obecnie tryumfy artyści tacy jak Oneothrix Point Never, Holly Herndon, Arca, a jeszcze chwilę temu Jam City. Ujmując rzecz skrótowo; nowe nagrania Bartka dość wyraźnie korespondują z muzyką wyżej przywołanych twórców, którzy w swoich śmiałych i efektownych, (choć momentami przegadanych i hałaśliwych) eksperymentach na polu muzyki elektronicznej, sięgają po elementy kultury masowej, aby nadać im zupełnie nowy kontekst. Punktem wyjścia dla postklubowej estetyki jest kultura klubowa, a efektem twórczej interpretacji, jej futurystyczna, zdehumanizowana, wizja pozbawiona elementu użytkowego - taneczności. Kujawski podąża tym tropem w sposób równie błyskotliwy i świeży co wymienieni twórcy. Jednak w przypadku rodzimego producenta, eksperyment nabiera dodatkowo ożywczej lekkości, głównie za sprawą zdrowego dystansu i poczucia humoru jego twórcy. Taka mieszanka konceptualnego podejścia i anarchii bliska jest z kolei twórczości amerykańskiego duetu Matmos, i w ich muzyce również upatrywałbym wpływów jakie echem odbijają się na "A kto słaby niech jada jarzyny".
Cała zjawiskowość płyty Kujawskiego opiera się na opozycjach i ich często groteskowym, a z pewnością szalenie intrygującym zestawianiu. Na nowym materiale szranki toczą ze sobą motywy eksperymentalne z klubowymi, a co za tym idzie ciche z głośnymi, abstrakcyjne, z przebojowymi, atmosferyczne z podniosłymi. Fundamentem jest eksperymentalna w brzmieniu i narracji elektronika zbudowana na glitchach, szumach, odgłosach. Na niej wykwitają wątki klubowe (dropy, uderzenia, hałaśliwe kulminacje, rave'owe riffy wyszarpane wprost z eurodance'owego kotła) o soczystym, nasyconym brzmieniu (często o metalicznym, industrialnym kolorycie) przeznaczone wprost na mocne basowe soundsystemy. W samej warstwie melodycznej można natknąć się z kolei na bujne syntezatorowe melodie niczym z horrorów Johna Carpentera ("Kapar ciernisty", "Fasola wielokwiatowa", "Burak ćwikłowy"), które niezauważalnie przeobrażają się w gromką i pełną rozmachu dyskotekową kulminację ("Pieprznik Jadalny","Koper Ogrodowy", "Kozibród porolistny").
Wszystkie te motywy zestawione ze sobą w dużej dynamice tworzą błyskotliwy
muzyczny kalejdoskop, zaskakujący co rusz zmianami tematu, brzmienia, nastroju.
Prowadząc quasiklubową narrację Kujawskiemu często udaje się unikać
symetrii typowej dla tanecznych estetyk, opartej na regularności pętli i
uderzeń. Tym samym ujmuje on w nawias zasady "dyskotekowej" geometrii.
Wyekstrahowane zaś z muzyki klubowej motywy (zarówno brzmieniowe, jak i
dramaturgiczne), oderwane od swojego kontekstu i wyeksponowane w
kompozycjach niczym obiekty galeryjne, brzmią monumentalnie i emanują
niezwykłą wręcz świeżością.
Przenoszenie form popularnych na warsztat eksperymentu to strategia, która może się sprawdzić, (jak w przypadku Kujawskiego) potraktowana bez konceptualnej nabożności. "A kto słaby niech jada jarzyny" to przyjemna odskocznia od konwencjonalnego myślenia o muzyce klubowej. Płyta wizjonerska, oryginalna i świetnie brzmiąca. Mam nadzieję, że kanały dystrybucyjne Mik.Musik.!. nie zawiodą i płyta ta odbije się szerszym, niż tylko lokalnym echem. Już dawno bowiem, żadna rodzima jarzyna nie smakowała aż tak świeżo.
BARTEK KUJAWSKI - "A kto słaby niech jada jarzyny"
2016, Mik.Musik.!. / AltaNova Press
niedziela, 17 stycznia 2016
piątek, 8 stycznia 2016
Suita na dwa szarpnięcia struny i jedno pociągnięcie smyczkiem / Mike Majkowski "Bright Astonishment of the Night"
Mike Majkowski podąża drogą ascetycznych poszukiwań rozpoczętych na "Why is there something instead of nothing?" (Bocian Rec.) i kontynuowanych na "Neighbouring Objects" (Astral Spirits).
Cisza. Muzyk. Kontrabas. Smyczek. Struna. Akustyka. Rezonans. Kontrabas. Cisza. Muzyk. Struna. Rezonans. Akustyka. Smyczek. Struna. Rezonans. Cisza... . Wariacyjne zestawienie tych kilku haseł byłoby chyba najbardziej fortunnym opisem płyty "Bright Astonishment of the Night", która pod koniec ubiegłego roku ukazała się w katalogu Bocian Rec. Każde słowo więcej, będzie już bowiem zakrawać wobec tak ascetycznego nagrania o nadinterpretację.
Ponad godzinny materiał został ograniczony zaledwie do kilku powtarzających się dźwięków. Szarpnięcie struny, momentami spiętrzone w masywną wibracje, oraz pociągnięcia smyczka, to cała ingerencja kontrabasisty w instrument. Reszta rozgrywa się w ciszy, w której wybrzmiewają dźwięki. Wymowne pauzy pomiędzy kolejnymi gestami obecności instrumentu stają się obszarem akustycznego oddziaływania i dramaturgicznego napięcia. I choć przestrzeń akustyczna (krótkie odbicie sugeruje dość niewielkie pomieszczenie) nie zmienia się ani na chwilę, można odnieść wrażenie, że każda rezonacja niknie w ciszy nieco inaczej.
Minimalistyczny gest artysty, kompozycyjna wstrzemięźliwość, brak melodii (fabuły), transowość powtórzeń, oraz sama tonacja dźwięku skłaniają do kontemplacyjnej formy recepcji. "Bright Astonishment of the Night" to rodzaj dźwiękowej mantry, gdzie kolejne powtórzenia, przerywane są oczyszczającym oddechem, a żarliwość medytacji wzbudza intensywną wibrację. Prostota i surowość formy każe wnikać i kontemplować każdy sączący się dźwięk; jego wybrzmiewanie, rytm powtórzeń, wreszcie, samo źródło tego dźwięku i jego charakter. Intensywne zasłuchanie pozwala odczuć ciężar i zwalistość instrumentu. Suche, drewniane i lekko wulgarne brzmienie pudła rezonansowego kontrabasu potrafi zarówno wzbudzić respekt, jak i hipnotyzować.
Asceza "Bright Astonishment of the Night" ma ograniczoną paletę odcieni, jednak bije od niej niespotykany magnetyzm, pozwalający bez pamięci zatopić się w cyklu niemających końca powtórzeń.
MIKE MAJKOWSKI "Bright Astonishment of the Night"
2015, Bocian Rec.
Cisza. Muzyk. Kontrabas. Smyczek. Struna. Akustyka. Rezonans. Kontrabas. Cisza. Muzyk. Struna. Rezonans. Akustyka. Smyczek. Struna. Rezonans. Cisza... . Wariacyjne zestawienie tych kilku haseł byłoby chyba najbardziej fortunnym opisem płyty "Bright Astonishment of the Night", która pod koniec ubiegłego roku ukazała się w katalogu Bocian Rec. Każde słowo więcej, będzie już bowiem zakrawać wobec tak ascetycznego nagrania o nadinterpretację.
Ponad godzinny materiał został ograniczony zaledwie do kilku powtarzających się dźwięków. Szarpnięcie struny, momentami spiętrzone w masywną wibracje, oraz pociągnięcia smyczka, to cała ingerencja kontrabasisty w instrument. Reszta rozgrywa się w ciszy, w której wybrzmiewają dźwięki. Wymowne pauzy pomiędzy kolejnymi gestami obecności instrumentu stają się obszarem akustycznego oddziaływania i dramaturgicznego napięcia. I choć przestrzeń akustyczna (krótkie odbicie sugeruje dość niewielkie pomieszczenie) nie zmienia się ani na chwilę, można odnieść wrażenie, że każda rezonacja niknie w ciszy nieco inaczej.
Minimalistyczny gest artysty, kompozycyjna wstrzemięźliwość, brak melodii (fabuły), transowość powtórzeń, oraz sama tonacja dźwięku skłaniają do kontemplacyjnej formy recepcji. "Bright Astonishment of the Night" to rodzaj dźwiękowej mantry, gdzie kolejne powtórzenia, przerywane są oczyszczającym oddechem, a żarliwość medytacji wzbudza intensywną wibrację. Prostota i surowość formy każe wnikać i kontemplować każdy sączący się dźwięk; jego wybrzmiewanie, rytm powtórzeń, wreszcie, samo źródło tego dźwięku i jego charakter. Intensywne zasłuchanie pozwala odczuć ciężar i zwalistość instrumentu. Suche, drewniane i lekko wulgarne brzmienie pudła rezonansowego kontrabasu potrafi zarówno wzbudzić respekt, jak i hipnotyzować.
Asceza "Bright Astonishment of the Night" ma ograniczoną paletę odcieni, jednak bije od niej niespotykany magnetyzm, pozwalający bez pamięci zatopić się w cyklu niemających końca powtórzeń.
MIKE MAJKOWSKI "Bright Astonishment of the Night"
2015, Bocian Rec.
środa, 6 stycznia 2016
Zimowe igraszki Jerzego Igora / Jerz Igor "Zimą"
Lepi bałwany, gra na soplach, przełamuje lody i topi śniegi. Ze śnieżnych kurzawek i spod puchatych zasp, w zimowej odsłonie powraca Jerz Igor. Nowa płyta "Zimą" to najlepszy sposób na rozgrzanie w przykre styczniowe mrozy.
Na wstępie muszę nieco ukorzyć się przed czytelnikami, nie lada bowiem problem miałem z przyswojeniem pierwszej płyty Jerzego. Wynikał on głównie z niemożności przełamania stereotypowego obrazu rodzimej piosenki dla dzieci, zakorzenionego we mnie od pacholęcia. Osłuchany w baby bangerach Andrzeja Korzyńskiego, z filmów o przygodach Pana Kleksa, a także naznaczony repertuarem Fasolek, nieprędko dałem się przekonać, przede wszystkim, do kołysankowej formy zaproponowanej przez Jerzego Igora, a także do nostalgicznych, smutnych i mało "przebojowych" tekstów. Dopiero kiedy zaczęliśmy co raz częściej przemieszczać się samochodem, wraz z towarzyszką w tylnym foteliku, "Mała płyta" zagościła w odtwarzaczu na stałe. Zarówno jako drogowy soundtrack do usypiania córki, jak i balsam kojący nerwy ojca - kierowcy. Ale tak naprawdę na dobre zauroczyłem się Jerzym Igorem dopiero w momencie, gdy odkryłem samego siebie jako adresata tych piosenek, oraz kiedy odrzuciłem istnienie granicy między wrażliwością dorosłą a dziecięcą.
Zimowa odsłona Jerzego Igora, jest rozwinięciem muzycznych wątków z pierwszej płyty. Podaną w formie jeszcze bardziej wysmakowanej i urokliwej, nie stroniącej tym razem od szybszych temp i wpadających w ucho "przebojów". Ciepło jakie towarzyszy nagraniom Jerzego nie wynika jedynie z familijnego charakteru materiału, ale obecne jest również za sprawą egzotycznych brzmień i zamorskich inspiracji, w któreobfituje zimowa płyta. "Co robił śnieg?" i "Ryby" to leniwe kompozycje, oparte na wiodącej gitarze akustycznej, otulonej bogatą aranżacją teł, oraz swingującą sekcją rytmiczną. Przywołują echa americany, podanej w najsmaczniejszej interpretacji bliskiej dokonaniom Lambchop, czy piosenkom Jim'a o'Rourke. W południowoamerykańskie tropiki przenosi nas z kolei... "Mróz", kołysząc słuchaczy melancholijną bossa novą, która mogłaby pochodzić z repertuaru Astrud Gilberto. (Swoją drogą zadziwiające jak wiele piosenek o zimie posiada tak ciepłe i delikatne aranżacje). W bigbitowy karnawał zabierają nas singlowe "Sanki", które przebojem dołączają do żelaznego repertuaru piosenki zimowej, tuż obok takich szlagierów jak "Kulig" Skaldów, "Kiedy pada śnieg", T-Raperów Z Nad Wisły, czy "Zimy żal" z Kabaretu Starszych Panów. "Dzień" brzmieniem klawiszy, przywołuje wspomnienie avant popowych produkcji Stereolab. Z resztą, cały materiał można odczytywać przez pryzmat tej eklektycznej i melodyjnej estetyki, odciskającej swój koloryt na przełomie lat 90-tych i zerowych. Na sam koniec, Jerz Igor zaprasza na karaoke, pozostawiając słuchaczom tekst piosenki i wolną rękę do wymyślenia do niego melodii (przyznam szczerze, że ze zwrotką jakoś poszło, ale już na refrenie niechybnie poległa moja muzykalność).
O unikalności nagrań Jerzego Igora niech świadczy muzyczna elegancja, skrojona z szerokich inspiracji, oraz treść pozbawiona infantylizacji, czy dydaktycznych pretensji. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że teksty piosenek pozbawione są fantasmagorycznych, baśniowych odlotów, pozostając blisko realności widzianej przez pryzmat dziecięcej wrażliwości. W parze z nieskomplikowanymi tekstami i przejrzystą fabułą, podąża niezwykła melodyjność materiału, bogactwo aranżacji, szerokie instrumentarium i doświadczenie muzyków (głównie z kręgu Lado ABC). Mając w perspektywie tak udaną, zaplanowaną z najmniejszymi detalami produkcję, kontekst wiekowy dla odbiorców muzyki Jerzego znika całkowicie.
"Zimą" to po prostu znakomita muzyka rozrywkowa, bez względu na wiek. Tak jak mnie inspiruje do poszukiwania w niej estetycznych odniesień, czy aranżacyjnych smaczków, tak pierwsze takty "Sanek" inspirują moją córkę do tanecznego podrygiwania.
JERZ IGOR "Zimą"
2015
Na wstępie muszę nieco ukorzyć się przed czytelnikami, nie lada bowiem problem miałem z przyswojeniem pierwszej płyty Jerzego. Wynikał on głównie z niemożności przełamania stereotypowego obrazu rodzimej piosenki dla dzieci, zakorzenionego we mnie od pacholęcia. Osłuchany w baby bangerach Andrzeja Korzyńskiego, z filmów o przygodach Pana Kleksa, a także naznaczony repertuarem Fasolek, nieprędko dałem się przekonać, przede wszystkim, do kołysankowej formy zaproponowanej przez Jerzego Igora, a także do nostalgicznych, smutnych i mało "przebojowych" tekstów. Dopiero kiedy zaczęliśmy co raz częściej przemieszczać się samochodem, wraz z towarzyszką w tylnym foteliku, "Mała płyta" zagościła w odtwarzaczu na stałe. Zarówno jako drogowy soundtrack do usypiania córki, jak i balsam kojący nerwy ojca - kierowcy. Ale tak naprawdę na dobre zauroczyłem się Jerzym Igorem dopiero w momencie, gdy odkryłem samego siebie jako adresata tych piosenek, oraz kiedy odrzuciłem istnienie granicy między wrażliwością dorosłą a dziecięcą.
Zimowa odsłona Jerzego Igora, jest rozwinięciem muzycznych wątków z pierwszej płyty. Podaną w formie jeszcze bardziej wysmakowanej i urokliwej, nie stroniącej tym razem od szybszych temp i wpadających w ucho "przebojów". Ciepło jakie towarzyszy nagraniom Jerzego nie wynika jedynie z familijnego charakteru materiału, ale obecne jest również za sprawą egzotycznych brzmień i zamorskich inspiracji, w któreobfituje zimowa płyta. "Co robił śnieg?" i "Ryby" to leniwe kompozycje, oparte na wiodącej gitarze akustycznej, otulonej bogatą aranżacją teł, oraz swingującą sekcją rytmiczną. Przywołują echa americany, podanej w najsmaczniejszej interpretacji bliskiej dokonaniom Lambchop, czy piosenkom Jim'a o'Rourke. W południowoamerykańskie tropiki przenosi nas z kolei... "Mróz", kołysząc słuchaczy melancholijną bossa novą, która mogłaby pochodzić z repertuaru Astrud Gilberto. (Swoją drogą zadziwiające jak wiele piosenek o zimie posiada tak ciepłe i delikatne aranżacje). W bigbitowy karnawał zabierają nas singlowe "Sanki", które przebojem dołączają do żelaznego repertuaru piosenki zimowej, tuż obok takich szlagierów jak "Kulig" Skaldów, "Kiedy pada śnieg", T-Raperów Z Nad Wisły, czy "Zimy żal" z Kabaretu Starszych Panów. "Dzień" brzmieniem klawiszy, przywołuje wspomnienie avant popowych produkcji Stereolab. Z resztą, cały materiał można odczytywać przez pryzmat tej eklektycznej i melodyjnej estetyki, odciskającej swój koloryt na przełomie lat 90-tych i zerowych. Na sam koniec, Jerz Igor zaprasza na karaoke, pozostawiając słuchaczom tekst piosenki i wolną rękę do wymyślenia do niego melodii (przyznam szczerze, że ze zwrotką jakoś poszło, ale już na refrenie niechybnie poległa moja muzykalność).
O unikalności nagrań Jerzego Igora niech świadczy muzyczna elegancja, skrojona z szerokich inspiracji, oraz treść pozbawiona infantylizacji, czy dydaktycznych pretensji. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że teksty piosenek pozbawione są fantasmagorycznych, baśniowych odlotów, pozostając blisko realności widzianej przez pryzmat dziecięcej wrażliwości. W parze z nieskomplikowanymi tekstami i przejrzystą fabułą, podąża niezwykła melodyjność materiału, bogactwo aranżacji, szerokie instrumentarium i doświadczenie muzyków (głównie z kręgu Lado ABC). Mając w perspektywie tak udaną, zaplanowaną z najmniejszymi detalami produkcję, kontekst wiekowy dla odbiorców muzyki Jerzego znika całkowicie.
"Zimą" to po prostu znakomita muzyka rozrywkowa, bez względu na wiek. Tak jak mnie inspiruje do poszukiwania w niej estetycznych odniesień, czy aranżacyjnych smaczków, tak pierwsze takty "Sanek" inspirują moją córkę do tanecznego podrygiwania.
JERZ IGOR "Zimą"
2015
środa, 30 grudnia 2015
Wyschnięte źródło / Stara Rzeka "Zamknęły się oczy ziemi"
Druga i ostatnia płyta Starej Rzeki rzuciła na kolana całe zastępy polskich i zagranicznych recenzentów. Niestety, nie potrafię szczerzę zachwycić się pożegnaniem Ziołka z jego flagowym projektem. Tym bowiem co konstytuuje to dwupłytowe wydawnictwo jest kompromis, którego próżno dotąd szukać w słowniku artysty.
Muzyk, którego całą postawą twórczą kieruje ciągła ewolucja, którego nuży stanie w miejscu, i który wybiega swoimi pomysłami poza przewidywania słuchaczy i krytyków, postanawia zakończyć działalność swojego najbardziej rozpoznawalnego i cenionego przez publiczność projektu, wydając płytę utrzymaną w stylu... the best of... . Artysta, który dwa lata temu pobudził wyobraźnie odbiorców, uruchamiając całą mitologię znaczeń wokół chwytliwej koncepcji "brutalizmu magicznego", teraz serwuje materiał będący niczym więcej jak autocytatem, suplementem debiutu. Zaskakujące, jak szybko projekt Stara Rzeka zdołał wypalić się z unikalności. Jak szybko zestarzały się patenty na brzmienie i aranżacje, i jak mocno rozczarowują na nowej płycie wyszlifowane i umizgujące się do słuchacza wątki znane z "Cienia chmury nad ukrytym polu".
Wielce symptomatyczne dla płyty "Zamknęły się oczy ziemi" jest fakt, że mamy do czynienia w dużej mierze z dziełami zebranymi. W zestawie bowiem znalazły się utwory, które nie przeszły selekcji aby znaleźć się na debiucie, jak i późniejsza kompozycja "W szopie gdzie były oczy", wydana na kasecie dla Wounded Knife. Rdzeniem "nowej" płyty jest repertuar oparty na brzmieniu gitary akustycznej. Piosenki okrojone z nieprzewidywalności, skomponowane według tego samego schematu (od lirycznego wstępu, przez spiętrzanie wątków, aż do hałaśliwej kulminacji), obdarte z metalowego ciężaru i transowej pulsacji przybierają często mdły, balladowy fason. To co w debiucie tak imponowało; drapieżność ekspresji, szerokie odniesienia estetyczne (folk, alt country, krautrock, ambient, kosmische musik, black metal), oraz trzymająca w napięciu dramaturgia, znikło obnażając sam akustyczny fundament Starej Rzeki, który momentami przybiera karykaturalną formę piosenki śpiewanej przy ognisku ("W sierpniową noc"). Wśród starych-nowych kompozycji próżno szukać tak charyzmatycznych, nieprzewidywalnych i w pewnym sensie przebojowych utworów jak "Przebudzenie boga wschodu", czy "Tej nocy / Broń nas od złego". Paradoksalnie, na tegorocznym wydawnictwie najciekawszym utworem jest znana fanom Ziołka kompozycja "W szopie gdzie były oczy", o której szerzej (i w superlatywach) już się rozpisywałem. W tym jednym utworze artysta był w stanie zawrzeć całą esencję Starej Rzeki, aranżując jej najbardziej charakterystyczne wątki w niesłyszany wcześniej sposób. Melancholijne solówki na gitarze, improwizacje utrzymane w duchu free, ciężar gitarowego dronu i elementy kosmicznej elektroniki meandrują w dość luźnych ambientowych ramach, ujawniając się w pozbawionej linearności narracji. Z perspektywy esencjonalności tego jednego nagrania, rozwlekanie "Zamknęły się oczy ziemi" do dwóch płyt wydaje się typowym przerostem formy nad treścią. Im dłuższe bowiem kompozycje tym bardziej przewidywalna narracja i dramaturgia. Ciekawie wypadają fragmenty powstałe w kooperacji z innymi muzykami. Przykładem niech będzie gościnny udział Wojciecha Jachny, który puentując "Małe świerki" rozmarzoną trąbką (żywcem wyjętą ze znakomitego wydawnictwa "Night Talks") jest w stanie, typową ziołkową balladę nasycić nieznanymi emocjami.
Z perspektywy czasu "Cień chmury nad ukrytym polem" wydaje się początkiem wszystkiego, bo choć nie była to pierwsza płyta Ziołka, to jednak stała się bazą i rozdzielnikiem inspiracji, które ewoluowały już w innych formach i składach personalnych. Właśnie stąd wykluła się kosmiczna pulsacja T'ien Lai, ciężar i motoryka Alamedy 5, ambientowy anturaż Kapital. Po wydrenowaniu najbardziej esencjonalnych wątków, ze Starej Rzeki pozostał jedynie urokliwy ruczaj, który jak się okazuje potrafi niemal bezkrytycznie zachwycić słuchaczy.
Biorąc pod uwagę z jaką kategorią artysty mamy do czynienia, tegoroczna produkcja SR wywołuje u mnie poczucie wielkiego niedosytu. Choć "Zamknęły się oczy ziemi" nie jest, jak mogłoby się wydawać z treść tej recenzji, płytą złą, to jednak nie ma już na niej czego odkrywać. Odbiorca osłuchany z muzyką Starej Rzeki zna już wszystkie elementy układanki. Taki scenariusz nie miał jak dotąd miejsca w żadnej innej kooperacji Ziołka. Każda kolejna płyta Alamedy, T'ien Lai, Kapital, a nawet Innercity Ensemble była krokiem w nieznane, wyraźnym odcięciem od wcześniejszych wydawnictw. Stara Rzeka to w moim mniemaniu jedyny projekt bydgoskiego artysty, który tak szybko się zdewaluował. Jednak powszechne uznanie jakim cieszy się płyta "Zamknęły się oczy ziemi" sprawia, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakoby przyczyną tego spadku kreatywności było wyjście naprzeciw oczekiwań słuchaczy. Ziołek stał się niewolnikiem mitu, który nieopatrznie stworzył. Decyzja o zawieszeniu działalności Starej Rzeki sugeruje jednak, że muzyk był doskonale świadomy wyczerpania formuły. Być może sumą tych zdarzeń musiało być tak zachowawcze i sentymentalne pożegnanie.
STARA RZEKA "Zamknęły się oczy ziemi"
2015, Instant Classic
Muzyk, którego całą postawą twórczą kieruje ciągła ewolucja, którego nuży stanie w miejscu, i który wybiega swoimi pomysłami poza przewidywania słuchaczy i krytyków, postanawia zakończyć działalność swojego najbardziej rozpoznawalnego i cenionego przez publiczność projektu, wydając płytę utrzymaną w stylu... the best of... . Artysta, który dwa lata temu pobudził wyobraźnie odbiorców, uruchamiając całą mitologię znaczeń wokół chwytliwej koncepcji "brutalizmu magicznego", teraz serwuje materiał będący niczym więcej jak autocytatem, suplementem debiutu. Zaskakujące, jak szybko projekt Stara Rzeka zdołał wypalić się z unikalności. Jak szybko zestarzały się patenty na brzmienie i aranżacje, i jak mocno rozczarowują na nowej płycie wyszlifowane i umizgujące się do słuchacza wątki znane z "Cienia chmury nad ukrytym polu".
Wielce symptomatyczne dla płyty "Zamknęły się oczy ziemi" jest fakt, że mamy do czynienia w dużej mierze z dziełami zebranymi. W zestawie bowiem znalazły się utwory, które nie przeszły selekcji aby znaleźć się na debiucie, jak i późniejsza kompozycja "W szopie gdzie były oczy", wydana na kasecie dla Wounded Knife. Rdzeniem "nowej" płyty jest repertuar oparty na brzmieniu gitary akustycznej. Piosenki okrojone z nieprzewidywalności, skomponowane według tego samego schematu (od lirycznego wstępu, przez spiętrzanie wątków, aż do hałaśliwej kulminacji), obdarte z metalowego ciężaru i transowej pulsacji przybierają często mdły, balladowy fason. To co w debiucie tak imponowało; drapieżność ekspresji, szerokie odniesienia estetyczne (folk, alt country, krautrock, ambient, kosmische musik, black metal), oraz trzymająca w napięciu dramaturgia, znikło obnażając sam akustyczny fundament Starej Rzeki, który momentami przybiera karykaturalną formę piosenki śpiewanej przy ognisku ("W sierpniową noc"). Wśród starych-nowych kompozycji próżno szukać tak charyzmatycznych, nieprzewidywalnych i w pewnym sensie przebojowych utworów jak "Przebudzenie boga wschodu", czy "Tej nocy / Broń nas od złego". Paradoksalnie, na tegorocznym wydawnictwie najciekawszym utworem jest znana fanom Ziołka kompozycja "W szopie gdzie były oczy", o której szerzej (i w superlatywach) już się rozpisywałem. W tym jednym utworze artysta był w stanie zawrzeć całą esencję Starej Rzeki, aranżując jej najbardziej charakterystyczne wątki w niesłyszany wcześniej sposób. Melancholijne solówki na gitarze, improwizacje utrzymane w duchu free, ciężar gitarowego dronu i elementy kosmicznej elektroniki meandrują w dość luźnych ambientowych ramach, ujawniając się w pozbawionej linearności narracji. Z perspektywy esencjonalności tego jednego nagrania, rozwlekanie "Zamknęły się oczy ziemi" do dwóch płyt wydaje się typowym przerostem formy nad treścią. Im dłuższe bowiem kompozycje tym bardziej przewidywalna narracja i dramaturgia. Ciekawie wypadają fragmenty powstałe w kooperacji z innymi muzykami. Przykładem niech będzie gościnny udział Wojciecha Jachny, który puentując "Małe świerki" rozmarzoną trąbką (żywcem wyjętą ze znakomitego wydawnictwa "Night Talks") jest w stanie, typową ziołkową balladę nasycić nieznanymi emocjami.
Z perspektywy czasu "Cień chmury nad ukrytym polem" wydaje się początkiem wszystkiego, bo choć nie była to pierwsza płyta Ziołka, to jednak stała się bazą i rozdzielnikiem inspiracji, które ewoluowały już w innych formach i składach personalnych. Właśnie stąd wykluła się kosmiczna pulsacja T'ien Lai, ciężar i motoryka Alamedy 5, ambientowy anturaż Kapital. Po wydrenowaniu najbardziej esencjonalnych wątków, ze Starej Rzeki pozostał jedynie urokliwy ruczaj, który jak się okazuje potrafi niemal bezkrytycznie zachwycić słuchaczy.
Biorąc pod uwagę z jaką kategorią artysty mamy do czynienia, tegoroczna produkcja SR wywołuje u mnie poczucie wielkiego niedosytu. Choć "Zamknęły się oczy ziemi" nie jest, jak mogłoby się wydawać z treść tej recenzji, płytą złą, to jednak nie ma już na niej czego odkrywać. Odbiorca osłuchany z muzyką Starej Rzeki zna już wszystkie elementy układanki. Taki scenariusz nie miał jak dotąd miejsca w żadnej innej kooperacji Ziołka. Każda kolejna płyta Alamedy, T'ien Lai, Kapital, a nawet Innercity Ensemble była krokiem w nieznane, wyraźnym odcięciem od wcześniejszych wydawnictw. Stara Rzeka to w moim mniemaniu jedyny projekt bydgoskiego artysty, który tak szybko się zdewaluował. Jednak powszechne uznanie jakim cieszy się płyta "Zamknęły się oczy ziemi" sprawia, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakoby przyczyną tego spadku kreatywności było wyjście naprzeciw oczekiwań słuchaczy. Ziołek stał się niewolnikiem mitu, który nieopatrznie stworzył. Decyzja o zawieszeniu działalności Starej Rzeki sugeruje jednak, że muzyk był doskonale świadomy wyczerpania formuły. Być może sumą tych zdarzeń musiało być tak zachowawcze i sentymentalne pożegnanie.
STARA RZEKA "Zamknęły się oczy ziemi"
2015, Instant Classic
sobota, 19 grudnia 2015
Przyjemność zrodzona z bólu / TRUPA TRUPA „Headache”
Płyta trójmiejskiej Trupy Trupa ma w sobie wszystkie znamiona płyty genialnej. Męczy, irytuje, wodzi słuchacza za nos, płata figle, jest nieokiełznana i nieprzewidywalna. To prawdziwa droga przez ciernie, po której niczego bardziej nie pragniemy jak odbyć ją po raz kolejny.
Zjawiskowość tego materiału, tkwi w jego zaskakującej
konstrukcji, polegającej na mozolnym budowaniu dramaturgii, spiętrzaniu i
ujarzmianiu emocji, w drodze do upragnionego zwieńczenia. „Headache”, w niczym zatem nie przypomina poprzedniego albumu „++”
skonstruowanego naprzemiennie z ballad i kulminacji. Na nowej płycie zespół
wprowadza autorytarne rządy i dyscyplinę, trzymając za twarz słuchacza od
początku do końca tego misterium. Proces przechodzenia od irytacji i znużenia,
przez co raz większa ekscytację, aż po katharsis, towarzyszy, każdemu kolejnemu
przesłuchaniu „Headache” Jest to
bowiem znakomicie skomponowany i zaskakujący spektakl upodlenia i odrodzenia. Traumatyczny,
otumaniający i oczyszczający zarazem. Złożony z bólu i cierpienia, gdzie
satysfakcją nie jest kojący dźwiękowy balsam, a rozpaczliwy wybuch furii,
perwersyjnie odwlekany przez muzyków.
Album rozpoczyna się mozolnie, kilkoma kompozycjami odbijającymi
dalekie echa beatlesowskich ballad. Początkowo, zachodzimy w głowę gdzie
podział się brud, hałas i gniew, tak mocno wyrażony na „++”. Jednak z każdym
kolejnym utworem, materiał zaczyna obrastać mroczną i depresyjną materią.
Atmosfera tężeje, a smoliste melodie co raz intensywniej mieszają udręczenie z
satysfakcją. Im bardziej nietypowa linia melodyczna, tym obraz robi się co raz
ciekawszy i bardziej niepokojący. Utwory zanurzone w opiumowej atmosferze snują
się ociężale wciągając w hipnotyczną narrację. W końcu czara przepełnia się, a „Rise and fall” staje się epicentrum albumu,
eksplodując falą skomasowanych emocji. To właśnie ten utwór stanowi punkt
konstrukcyjny całej płyty, konstytuując obecność wszystkich poprzedzających go i
następujących po nim kompozycji.
Droga od początku do finału tej płyty, najeżona jest wieloma
fałszywymi tropami. To ewolucja przebyta od banału do genialności. Nie świadczy
to, przy tym, o słabości utworów początkowych, wskazuje za to na osobliwy
charakter fabuły, w której, każdy kolejny utwór rozwija dramaturgicznie
poprzednika, przez co wstęp wydaje się w pełni ekscytujący jedynie z
perspektywy finału. Aby całkowicie rozsmakować się w tej płycie z pokorą musimy
przejść przez każdy kolejny opresyjny moment, niejednokrotnie podczas tego
seansu tracąc grunt pod nogami. To jednak cena obcowania ze zjawiskowością „Headache”, którą za każdym
przesłuchaniem warto zapłacić.
Trzeba docenić wysiłek Trupy Trupa, z jakim próbuje
zaznaczyć swój oryginalny ślad gitarowej ekspresji leżący gdzieś pomiędzy
grunge’m, a shoegaze’ową psychodelią. Na „Headache”
strzałem w dziesiątkę okazało się nietuzinkowe myślenie o całościowej koncepcji
albumu i aranżacji tracklisty. Zespół okazał się również mistrzem budowania
nastroju, całkowicie determinując proces recepcji albumu i udanie manipulując
emocjami słuchacza. „Headache” to
ekscytujący bad trip, z gwarantowanym bólem głowy i estetyczną satysfakcją
wysokich lotów, oraz jeden z pierwszych kandydatów do płyty roku AD 2015.
TRUPA TRUPA „Headache”
2015 / Blue Tapes and X-Ray Records
niedziela, 13 grudnia 2015
Nów / Księżyc "Rabbit Eclipse"
Księżyc, jedna z najbarwniejszych baśni polskiego undergroundu, po 19 latach hibernacji prezentuje swą drugą płytę "Rabbit Eclipse".
Niemal dwie dekady. Tyle upłynęło od czasu kiedy w barwach OBUH Records światło dzienne ujrzał debiut Księżyca. Od tego czasu, krążący w drugim obiegu (głównie wśród wtajemniczonych użytkowników serwisów P2P) materiał zyskiwał co raz liczniejsze grono zaczarowanych słuchaczy. Kulminacją rosnącej popularności kapeli okazał się ubiegły rok, kiedy na fali obuhowych inspiracji Księżyc wyciągnięty został z zaświatów, a reedycje materiału ukazały się zarówno na winylu, jak i na CD. Właśnie w związku z zeszłorocznymi wznowieniami szeroko rozpisywałem się o unikalności księżycowej muzyki, brawurowo splatającej dość rozpięte inspiracje; od ascezy minimal music, przez koturnowość muzyki dworskiej, aż po folk. Ten ostatni z przypomnianych elementów okazał się kluczowym dla zaświatowej, na poły romantycznej, na poły surrealistycznej, atmosfery emanującej z muzyki zespołu. Zakotwiczona w obrzędowości rodzimej kultury ludowej, okazała się wybrzmiewać niezwykle uniwersalną nutą, o czym świadczą zachwyty dochodzące również spoza granic.
Okoliczności w jakich Księżyc powrócił na usta krytyków i słuchaczy, oraz do czynnej muzycznej aktywności okazały się dla zespołu wręcz wymarzonym (jak chyba nigdy w ciągu tych 19 lat) pretekstem do realizacji nowego materiału. W oryginalnym składzie, wzbogaconym o gościnny udział Pawła Romańczuka z Małych Instrumentów, Księżyc zarejestrował swój premierowy repertuar podczas tegorocznej, letniej sesji w łazienkowskiej Królikarni.
Dziewiętnaście lat w muzyce, to epoka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę lata 1996 (data wydania kasety "Księżyc") - 2015. Rewolucje, które zaszły w metodach i filozofii tworzenia muzyki, napędzane co raz powszechniejszą dostępnością do sprzętu i globalnej dystrybucji, spowodowały prawdziwą akcelerację nowych gatunków, jednocześnie drastycznie skracając ich żywotność. Podejrzewam, że świadomość tej muzycznej kawalkady mogła stanowić dla muzyków pewne wyzwanie. Nowa płyta pokazuje jednak całkowite obejście tego tematu, pozwalające zespołowi na zachowanie artystycznego status quo. Dla Księżyca punktem odniesienia pozostała bowiem własna twórczość.
Podczas nagrywania "Rabbit Eclipse" muzycy ograniczyli swą artykulację głównie do dronów, flażoletów i pogłosów, które posłużyły do kreacji onirycznych ambientowych krajobrazów. Zaowocowało to uspokojeniem dramaturgii, przy jednoczesnym zachowaniu rozpoznawalnego nastroju unoszącego się nad muzyką Księżyca. Było to możliwe za sprawą użycia niemal niezmienionego instrumentarium, opartego w głównej mierze na dźwiękach akordeonu, klarnetu i syntezatorów. Metamorfozie uległa jedynie dynamika utworów, do czego wymiernie przysłużyła się obecność liry korbowej, nowego instrumentu w repertuarze zespołu. Wszystkie kompozycje "Rabbit Eclipse" zostały osadzone na rozwlekłych dronach, snując się melancholijnymi tempami. Nie usłyszymy zatem zamaszystych, barokowych melodii, czy charyzmatycznych, nawiedzonych piosenek. Jedynym wspomnieniem po nich jest "Mglista", niespełna czterominutowa zaświatowa kołysanka, gdzie raz jeszcze zasmakujemy w surrealistycznej poezji Remigiusza Mazur-Hanaja, wyartykułowanej głosem Agaty Harz. W pozostałych kompozycjach wokal został zredukowany jedynie do widmowych zaśpiewów, osadzonych w minimalistycznych aranżacjach bliskich "Accordion & Voice" Pauline Oliveros.
Równie bezstratne (jak w przypadku dynamiki nagrań) dla zachowania księżycowej aury, okazało się przesunięcie głównego akcentu stylistycznego. Tak wyraźny dotąd element folkowy niknie na rzecz naleciałości jazzowych, o wyrazistej, ilustracyjnej narracji utrzymanej w tonacji noir. Skojarzenia z Angelo Badalamentim, czy muzyką Bohren & der Club of Gore, to głównie zasługa splecenia ze sobą mrocznych ambientowych aranżacji z dekadenckim klarnetem Roberta Nizińskiego
Nagrywając "Rabbit Eclipse" Księżyc nie pokusił się o woltę artystyczną, pozostając w bezpiecznych dla siebie rejonach. Nie stracił swojej tożsamości, choć z nagrań zespołu ubyło szaleństwa i wyrazistości. Charyzma, rozmach, groteska, wszystkie elementy księżycowego teatru absurdu uległy czarowi posępnej melancholii. Wygładzenie repertuaru i przesunięcie akcentów sprawiły natomiast, że kosztem zachowania artystycznego status quo, zespół utracił nieco ze swojej oryginalności, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę ogromną kreatywność współczesnej sceny eksperymentalnej, poszukującej sakralnych uniesień na skrzyżowaniu ambientu, jazzu, folku i elektroakustyki (Jacaszek, Stefan Wesołowski, Danka Milewska, Alchimia, Kwadrofonik i Adam Strug).
Księżyc AD 2015 przechodzi z pełni w fazę nowiu. "Rabbit Eclipse" jest zaś melancholijną ilustracją tego procesu zanikania. Na szczęście podobnie jak księżycowy cykl, baśń wciąż trwa i nadal potrafi uwodzić.
KSIĘŻYC - "Rabbit Eclipse"
2015, Penultimate Press
Niemal dwie dekady. Tyle upłynęło od czasu kiedy w barwach OBUH Records światło dzienne ujrzał debiut Księżyca. Od tego czasu, krążący w drugim obiegu (głównie wśród wtajemniczonych użytkowników serwisów P2P) materiał zyskiwał co raz liczniejsze grono zaczarowanych słuchaczy. Kulminacją rosnącej popularności kapeli okazał się ubiegły rok, kiedy na fali obuhowych inspiracji Księżyc wyciągnięty został z zaświatów, a reedycje materiału ukazały się zarówno na winylu, jak i na CD. Właśnie w związku z zeszłorocznymi wznowieniami szeroko rozpisywałem się o unikalności księżycowej muzyki, brawurowo splatającej dość rozpięte inspiracje; od ascezy minimal music, przez koturnowość muzyki dworskiej, aż po folk. Ten ostatni z przypomnianych elementów okazał się kluczowym dla zaświatowej, na poły romantycznej, na poły surrealistycznej, atmosfery emanującej z muzyki zespołu. Zakotwiczona w obrzędowości rodzimej kultury ludowej, okazała się wybrzmiewać niezwykle uniwersalną nutą, o czym świadczą zachwyty dochodzące również spoza granic.
Okoliczności w jakich Księżyc powrócił na usta krytyków i słuchaczy, oraz do czynnej muzycznej aktywności okazały się dla zespołu wręcz wymarzonym (jak chyba nigdy w ciągu tych 19 lat) pretekstem do realizacji nowego materiału. W oryginalnym składzie, wzbogaconym o gościnny udział Pawła Romańczuka z Małych Instrumentów, Księżyc zarejestrował swój premierowy repertuar podczas tegorocznej, letniej sesji w łazienkowskiej Królikarni.
Dziewiętnaście lat w muzyce, to epoka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę lata 1996 (data wydania kasety "Księżyc") - 2015. Rewolucje, które zaszły w metodach i filozofii tworzenia muzyki, napędzane co raz powszechniejszą dostępnością do sprzętu i globalnej dystrybucji, spowodowały prawdziwą akcelerację nowych gatunków, jednocześnie drastycznie skracając ich żywotność. Podejrzewam, że świadomość tej muzycznej kawalkady mogła stanowić dla muzyków pewne wyzwanie. Nowa płyta pokazuje jednak całkowite obejście tego tematu, pozwalające zespołowi na zachowanie artystycznego status quo. Dla Księżyca punktem odniesienia pozostała bowiem własna twórczość.
Podczas nagrywania "Rabbit Eclipse" muzycy ograniczyli swą artykulację głównie do dronów, flażoletów i pogłosów, które posłużyły do kreacji onirycznych ambientowych krajobrazów. Zaowocowało to uspokojeniem dramaturgii, przy jednoczesnym zachowaniu rozpoznawalnego nastroju unoszącego się nad muzyką Księżyca. Było to możliwe za sprawą użycia niemal niezmienionego instrumentarium, opartego w głównej mierze na dźwiękach akordeonu, klarnetu i syntezatorów. Metamorfozie uległa jedynie dynamika utworów, do czego wymiernie przysłużyła się obecność liry korbowej, nowego instrumentu w repertuarze zespołu. Wszystkie kompozycje "Rabbit Eclipse" zostały osadzone na rozwlekłych dronach, snując się melancholijnymi tempami. Nie usłyszymy zatem zamaszystych, barokowych melodii, czy charyzmatycznych, nawiedzonych piosenek. Jedynym wspomnieniem po nich jest "Mglista", niespełna czterominutowa zaświatowa kołysanka, gdzie raz jeszcze zasmakujemy w surrealistycznej poezji Remigiusza Mazur-Hanaja, wyartykułowanej głosem Agaty Harz. W pozostałych kompozycjach wokal został zredukowany jedynie do widmowych zaśpiewów, osadzonych w minimalistycznych aranżacjach bliskich "Accordion & Voice" Pauline Oliveros.
Równie bezstratne (jak w przypadku dynamiki nagrań) dla zachowania księżycowej aury, okazało się przesunięcie głównego akcentu stylistycznego. Tak wyraźny dotąd element folkowy niknie na rzecz naleciałości jazzowych, o wyrazistej, ilustracyjnej narracji utrzymanej w tonacji noir. Skojarzenia z Angelo Badalamentim, czy muzyką Bohren & der Club of Gore, to głównie zasługa splecenia ze sobą mrocznych ambientowych aranżacji z dekadenckim klarnetem Roberta Nizińskiego
Nagrywając "Rabbit Eclipse" Księżyc nie pokusił się o woltę artystyczną, pozostając w bezpiecznych dla siebie rejonach. Nie stracił swojej tożsamości, choć z nagrań zespołu ubyło szaleństwa i wyrazistości. Charyzma, rozmach, groteska, wszystkie elementy księżycowego teatru absurdu uległy czarowi posępnej melancholii. Wygładzenie repertuaru i przesunięcie akcentów sprawiły natomiast, że kosztem zachowania artystycznego status quo, zespół utracił nieco ze swojej oryginalności, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę ogromną kreatywność współczesnej sceny eksperymentalnej, poszukującej sakralnych uniesień na skrzyżowaniu ambientu, jazzu, folku i elektroakustyki (Jacaszek, Stefan Wesołowski, Danka Milewska, Alchimia, Kwadrofonik i Adam Strug).
Księżyc AD 2015 przechodzi z pełni w fazę nowiu. "Rabbit Eclipse" jest zaś melancholijną ilustracją tego procesu zanikania. Na szczęście podobnie jak księżycowy cykl, baśń wciąż trwa i nadal potrafi uwodzić.
KSIĘŻYC - "Rabbit Eclipse"
2015, Penultimate Press
niedziela, 6 grudnia 2015
Słuchanie ciałem / zeitkratzer "Saturation"
Dwa lata temu, 12 grudnia zmarł enfant terrible muzyki współczesnej - Zbigniew Karkowski. Kompozytor otoczony zagranicą kultem, w Polsce doceniany głównie w środowiskach związanych z kontrkulturą. Rocznica śmierci artysty zbiegła się w czasie z premierą winylowego wydawnictwa, (wydanego wspólnie przez Bocian Records i Musica Genera), dedykowanego jemu i Iannisowi Xenakisowi. Oba utwory zostały napisane przez Reinholda Friedla (w przypadku "Monochromy" wspólnie z polskim kompozytorem) i wykonane przez jego legendarny ansambl zeitkratzer, zajmujący się akustyczną interpretacją muzyki eksperymentalnej. Obie kompozycje zostały zarejestrowane w 2004 na festiwalu Archipel w Genewie.Geneza powstania "Monochromy" naznaczona jest bólem i krwią, sam zaś utwór zapisem twórczego kompromisu dwóch bezkompromisowych osobowości artystycznych. Tym co połączyło obu kompozytorów w procesie wspólnej kreacji, była niezwykła świadomość muzycznej ekspresji i determinacja w jej realizacji. W 2000 roku na prośbę Friedla, Karkowski skomponował dla zeitkratzer 35 minutową kompozycję, która okazała się wyzwaniem przerastającym fizyczne możliwości ansamblu. Zanim Friedl skapitulował przed dewastującym ciężarem utworu i wraz z Karkowskim podjął się prac nad przearanżowaniem i skróceniem kompozycji, polała się krew, a każdy z członków zeitkratzera fizycznie odchorował próby mierzenia się z oryginałem. Pocięty język, krwawiące palce, to cena jaką przyszło zapłacić muzykom za ambicję zmierzenia się z ekspresją totalną.
Cielesna absorpcja dźwięku, będąca nieodzownym elementem recepcji muzyki Karkowskiego, to nie tylko rany instrumentalistów zeitkratzera, ale przede wszystkim fizyczne doznanie słuchacza. Właśnie tak zapamiętałem moją (niestety) jedyną konfrontację z muzyką Karkowskiego na żywo, w 2004 w Łodzi, gdzie wespół z Peterem Rehbergiem (występując pod nazwą POP), przy użyciu jedynie dwóch laptopów zaaplikowali publiczności soniczny atak, pod którego ciężarem zapadły się przepony i klatki piersiowe słuchaczy. Wstrząsające i pasjonujące doświadczenie obcowania ciała z intensywnością i wszechobecnością dźwięku, gęstością struktury, i surowością brzmienia. Jego źródłem były możliwości transmitowania dźwięku przez systemy nagłaśniające, które jak zauważył Daniel Brożek w tekście towarzyszącym"Saturation" były głównym instrumentem Karkowskiego.
Może właśnie z tego powodu muzyka Karkowskiego najbardziej znana ze swojego noisowego oblicza, dość pochopnie traktowana jest jako harsh noise wall. Tymczasem wziąwszy pod uwagę "Monochromy" o ścianie hałasu nie może być mowy. Jest to głównie zasługą instrumentalistów zeitkratzera, że za pomocą ich organicznej ekspresji możemy dość swobodnie poruszać się miedzy fakturami, odkrywając niezwykłą przestrzenność i selektywne rozplanowanie poszczególnych ścieżek utworu. Tym samym słowo "hałas" wydaje się zupełnie nieadekwatne dla wielopoziomowej kompozycji Friedla i Karkowskiego. Zwłaszcza wykonanie z 2004, które znalazło się na wydawnictwie Bociana i Musica Genera, jest kompozycją na tyle czytelną, że nawet mniej osłuchane ucho zdoła usłyszeć mnogość faktur i ich wzajemne oddziaływanie na siebie.
Spełnienie marzeń Russola o sztuce hałasu, ślad Varèse'a i ukłon w stronę Pendereckiego? Jako zupełny laik wobec muzyki współczesnej próbuję odczytać współpracę Friedla i Karkowskiego raczej w kategoriach muzycznego naturalizmu, eksponującego brutalność dźwięku, przy jednoczesnym zachowaniu pełnego szacunku dla formy i kompozycji. Manifestację orkiestrowego rozmachu, utrzymanego w kolorystyce brzmienia typowej dla estetyk industrialnych,
Jednak reakcje jakie towarzyszą lekturze "Monochromy" to nie tylko intelektualny zachwyt nad tradycjami XX-wiecznych awangard, które harmonijnie koegzystują ze sobą w nagraniu, czy zdumienie kiedy przypomnimy sobie o akustycznym pochodzeniu generowanych dźwięków. Emocje są również zasługą budowanej stopniowo dramaturgi, opartej na powolnym spiętrzaniu dźwięków i zagęszczaniu wątków prowadzących do zamaszystych orkiestrowych kulminacji.
Po drugiej stronie krążka znajduje się utwór Friedla zadedykowany i zainspirowany twórczością Xenakisa. Kompozycja równie gęsta i nasycona dźwiękami, nieco mniej selektywna i zdecydowanie mniej dynamiczna od "Monochromy". Czytelniejsze są z pewnością techniki sonorystyczne jakimi posługują się muzycy zeitkratzer, co ułatwia identyfikacje poszczególnych instrumentów. Dronujące klarnety, dźwięczące perkusjonalia, jęczące talerze piłowane perkusyjnymi pałkami, przeszywające flażolety skrzypiec i wiolonczeli. Wszystko osobliwie zaaranżowane przez Friedla w oparciu o koncepcję "ludzkiej maszyny", ograniczającej możliwości ekspresji do ściśle przypisanych ruchów i zależną od wytrzymałości fizycznej muzyków. Zdecydowana przewaga długich, płynących dźwięków, kumuluje całą narrację w rozedrganym dronie, który przywołuje wspomnienie "Persepolis". Ta chłodna, statyczna konstrukcja potrafi wybrzmieć z niezwykle intensywną dramaturgią.
Spotkanie z dwoma wybitnymi XX-wiecznymi kompozytorami, jest tylko z pozoru trudne i obarczone intelektualnym ciężarem. Oczywiście, będąc osłuchanym z awangardą słuchaczem, lekturę "Saturation" z pewnością da się postrzegać w bardziej analityczny sposób. Jednak sam Karkowski, wraz ze swoim antyakademickim, punkowym etosem, bliższy był jak mniemam "przeciętnemu" słuchaczowi chłonącemu otwartą głową rzeczy, które nie koniecznie potrafi nazwać i umiejscowić w odpowiednim kontekście. Tak właśnie trafił do mnie.
zeitkratzer - "Saturation"
2015, Bocian Rec. / Musica Genera
Subskrybuj:
Posty (Atom)





