czwartek, 5 czerwca 2014

Krew, pot i łzy (cz. 2) / Swans - "To Be Kind"

SWANS - "To Be Kind" / 2014 / Young God Records


Na wstępie muszę przyznać, że nigdy nie należałem do psychofanów Swans, podobnie jak do dziś nie jestem fanem gitarowych brzmień. Nie jest jednak możliwością obojętnie przejść obok takiego muzycznego kolosa jakim jest "To Be Kind". Grzechem byłoby zignorować wizję tak totalną i bezkompromisową, jaką funduje nam Michael Gira z ekipą.

Owa bezkompromisowość ujawnia się nie tylko w ekspresji i charyzmie lidera, oraz ekstremalnym brzmieniu zespołu, ale choćby w samej idei nagrywania albumów wyzywająco długich, będących próbą i wyzwaniem dla współczesnych odbiorców. W działaniach Giry imponuje zaciekłość i dyscyplina w realizowaniu artystycznej wizji, bez cienia ustępstw wobec przemysłu muzycznego, słuchaczy, lecz przede wszystkim wobec samego siebie. Kogo obecnie byłoby stać na wydanie dwugodzinnej płyty zawierającej kilkunasto i kilkudziesięciominutowe kompozycje. Kto zrobiłby to w tak brawurowy sposób, aby w trakcie stu dwudziestu minut nawet na chwilę nie stracić atencji słuchacza? Odpowiedź może być tylko jedna. 

Scenariusz realizacji monstrualnego materiału Swansów jest niezwykle finezyjny począwszy od wyważenia proporcji i rozplanowania ich w dwóch godzinach materiału. "To Be Kind" brawurowo splata ze sobą najbardziej skrajne elementy; potęgę gitarowego grania, industrialnego brzmienia i punkowej energii, z niezwykłym flow, unoszonym bluesowym i quasi funkowym groovem. Wpadające w ucho kaznodziejskie deklamacje Giry, wyliczanki, nawiedzone zaśpiewy, oraz wytrwałe budowanie kulminacji, repetytywny trans i psychodeliczne odjazdy zakomponowane radykalnym noisem gitar i brutalną, choć dynamiczną perkusją przybierają wręcz przebojowy sznyt; łatwo wpadając w ucho pomimo destrukcyjnego brzmienia i obfitych, agresywnych aranży. To wszystko gotowane w jednym kotle tworzy dzieło skończone, domknięte w każdym detalu, i przedstawione w okazałą, monumentalną całość. Nawet pomimo ekstremalnie rozbudowanych kompozycji, nie doświadczamy dłużyzn i nudy. Każda "rozwlekła" kompozycja jest uwarunkowana emocjonalnie, oraz prowokuje stan fizycznego wręcz, odczuwania muzyki. Bo "To Be Kind" to krew, pot, łzy, oraz katharsis.

Gira niczym genialny, acz przerażający demiurg z wyrachowaniem i doświadczeniem planuje dźwiękową egzekucję, wywołując wcześniej gorączkę i obłęd. Niespiesznie i z pełną kontrolą prowadzi narrację nie oszczędzając siebie i słuchacza. Kiedy w niewielu przypadkach pozwala sobie wyciszyć i spuścić z tonu robi to tylko po to aby po chwili dokręcić śrubę i ścisnąć za jaja.
Trzeba przyznać, ze bezbłędnie panuje nad dramaturgią i emocjami słuchacza. Uwodzi ("Kirsten Supine"), odurza ("Some Things We Do"), hipnotyzuje i omamia ("Just A Little Boy" - jakby żywcem wycięty z repertuaru Angelo Badalamentiego; "Bring The Sun / Toussaint L'Ouverture " - przejście po między częściami tej najdłuższej kompozycji zaaranżowane psychodelicznymi plamami pianina fendera sprawia, że zamiast demonicznego Giry spodziewam się głosu Jima Morrisona deklamującego słowa "Father (...) I Wan't To Kill You"), wprowadza w trans ("A Little God In My Hands"), aby wreszcie pobudzać ("Screen Shot"), przerażać i wywoływać ekstazę ("She Loves Us", "Oxygene"). Warto jednak zaznaczyć, że wszystkie te elementy potrafią oddziaływać również wewnątrz pojedynczych kompozycji. Zwaliste, bluesowe ballady, natchnione muzycznym spleenem przepoczwarzają się w psychodeliczny odjazd, aby eksplodować industrialnym skowytem pełnym gniewu i furii. Swans jednak nie epatują zgiełkiem bezmyślnie, każde użycie najcięższe artylerii jest w pełni zaplanowane i uzasadnione dramaturgicznie, przydając albumowi dynamiki, barwnych kontrastów i niezwykłej witalności.

Artysta o takiej charyzmie jakiej posiadaczem jest Michael Gira, wolałby spłonąć w piekle niż zadowolić się kompromisem. Wolałby milczeć, nie mając nic do powiedzenia. Gdyby nie był pewny, że jego dzieło nie spełni jego własnych ambicji nigdy nie doszłoby do wznowienia działalności Swans. Dlatego nie powinno dziwić, że po powrocie do nagrywania zespół nadal rzuca na kolana swoimi dokonaniami, bez odwoływania się do muzycznej historii jaką stworzyli przez ponad trzydzieści lat swojego istnienia Gdyby ich działalność rozpoczęła się w 2010 albumem "My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky" dziś również zostaliby ochrzczeni muzycznymi gigantami. Jednak bez takiego bagażu doświadczeń, żaden zespół nie byłby w stanie wykreować epickich spektaklów na miarę "The Seer", czy "To Be Kind". Stąd 60cioletni dziadkowie z pełnym animuszem kopią zadki kolejnego pokolenia, oczarowując słuchaczy i zawstydzając muzyków wyhajpowanych zespolików w stylu Arcade Fire. 

Gira uwarzył dzieło idealne i w pełni skończone. Jako 60cioletni artysta dokonał wnikliwej autoanalizy swoich muzycznych doświadczeń i po egzorcyzmach "The Seer" skomponował dzieło świetnie wyważone i urozmaicone. "To Be Kind" osiąga sakralność hałasu, ujarzmiając chaos i zaprzęgając go w linearne struktury, bez utraty drapieżności i nieokiełznanej energii. Z tego muzycznego kotła nie warto uronić choćby kropli. 

Nie ma zatem wstydu rozpoczynać swojej przygody ze Swans od ich najnowszych albumów "The Seer" i "To Be Kind". Trzeba być jednak przygotowanym, że odwrotny kierunek w podróży po dyskografii zespołu jawi się niczym zmierzanie prosto do jądra ciemności, w krainę autodestrukcji, chaosu, brutalności, do pierwotnego zewu instynktów i namiętności. 

Ps. Po wielokrotnej lekturze "To Be Kind" w mojej wyobraźni zrodziło się muzyczne marzenie, które połączyłoby twórczym radykalizmem drapieżność i bezkompromisowość Swans z temperamentem Matsa Gustafssona. Zawsze kiedy na "To be Kind", zgiełk wznosi się o kilka poziomów nad powierzchnię narracji, konwulsyjnie wybuchając mocą swojej ekspresji, w spiętrzonej ścianie gitar, perkusji i syntezatorów dostrzegam idealne miejsce dla rzeźnickiego saksofonu Szweda. Jedynie taki zestaw muzyków zasługiwałby na określenie "męskie granie".



*** 

Choć doświadczenie, różnica wieku i wielkość dokonań na to nie przystoi, to z pewną dozą dobrych chęci można uznać że Swans (Gira) i Ben Frost grają w tej samej lidze. Z pewnością filozofia ich twórczości jest bardziej zbieżna ze sobą niż przeciwstawna. Obaj muzycy ujarzmiają chaos sprowadzając jego nieprzewidywaną moc w sidła kompozycji. Testosteron, temperament i rozmach jest wyznacznikiem ich ekspresji, dzięki czemu ich dzieła są skrajnie emocjonalne i euforyczne. Emanacja hałasem, zgiełkiem, brudem, brutalnością, mimo swej opresywności ma działanie oczyszczające. Szokuje i podnieca zarówno w formie cyfrowej Frosta, jak i gitarowej Giry, (choć instrumentalne podziały między artystami są co raz mniej widoczne). Obaj muzycy jednakowo nie uznają kompromisów i nie przebierają w środkach, aby ich muzyka stała się doświadczeniem jak najbardziej fizycznym. Jak dotąd obaj swymi najnowszymi albumami brutalnie (dosłownie i w przenośni) znokautowali cała stawkę muzycznych wydawnictw mających premierę w 2014 roku i stali się inspiracja fali młodych (głównie elektronicznych) brutalistów, którzy zdominowali ostatnie miesiące na międzynarodowej scenie niezależnej.

Część 1 "Krew, pot i łzy" / Ben Frost "A u r o r a"

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza