środa, 14 marca 2018

Wciągnięta taśma / Rzecz o polskiej scenie kasetowej



Kaseta magnetofonowa. Przez jednych traktowana pobłażliwie jako hipsterska fanaberia, jeszcze przez innych lekceważona, jako przedmiot niepraktyczny i zjawisko marginalne. Jeśli jednak z perspektywy ostatnich kilku lat spojrzymy na polską muzykę eksperymentalną, to jako element ją formujący, w pierwszej kolejności powinniśmy wskazać aktywność wydawniczą i kuratorską kasetowych labeli, które stały się inkubatorem dla licznych awangardowych zjawisk muzycznych.


Do napisania niniejszego tekstu zainspirował mnie 4 odcinek „Antyfoni”; cyklu realizowanego przez Jacka Staniszewskiego i Andrzeja Załęskiego na antenie TVP Kultura, dokumentującego zjawiska z rodzimej sceny eksperymentalnej. Bohaterami odcinka są Adam Frankiewicz (Grupa Etyka Kurpina / Pionierska Rec.); Emil Macherzyński (Palcolor / Jasień), oraz Kaśka Królikowska i Darek Pietraszewski (Pointless Geometry), którzy opowiadają o fenomenie rodzimej sceny kasetowej. Poniższy wpis jest próbą syntezy tego zjawiska, oraz zagadnień z nim związanych. Co jest unikalnego w kasecie magnetofonowej i dlaczego akurat tę formę nośnika upodobali sobie wydawcy związani ze sceną eksperymentalną? Czy muzyka zyskuje coś będąc wydawana na kasecie? Czy jest jakaś forma muzyczna, która może być wyrażona jedynie za pomocą kasety (taśmy)?  Jak ten archaiczny dziś format odnajduje się w czasach galopującego postępu technologii cyfrowych?  Rozważę kulturotwórczy potencjał tego nośnika, oraz zastanowię się nad etyką słuchania kasety. Niniejszą refleksję opieram jedynie na fenomenie rodzimej sceny, którą staram się śledzić i wnikliwie opisywać od kilku lat.

[Ten akapit możecie pominąć jeśli chcecie od razu przejść do analizy zjawiska. Uważam jednak za wskazane, aby dookreślić moje osobiste doświadczenia z tym nośnikiem. Kaseta od dzieciństwa była jednym z najważniejszych obok piłki do nogi atrybutem mojego życia. Pierwszymi kasetami w mojej kolekcji były „True Blue” Madonny i „Bad” Michaela Jacksona. Od tego czasu zacząłem zbierać kasety i naciągać na nie rodziców. Zajmowały one honorową półkę nad moim łóżkiem, od której dzieliło mnie zaledwie wyciągnięcie ręki. Przed każdym weekendem starałem się mieć w zapasie czyste kasety. Zarywałem noce aby nagrywać ulubione piosenki z list przebojów (LP3, „Top 30 Dance Chart” Bogdana Fabiańskiego (!), notowania Billboardu retransmitowane przez Program 1 Polskiego Radia o godzinie 3 nad ranem (!) w niedzielę. Wszystkie znane mi zestawienia prezentujące w całości, zapowiedziane wcześniej piosenki). Miałem wtedy 7-8 lat, a magnetofon taszczyłem ze sobą nawet do łazienki. No właśnie, magnetofony! Było ich kilka; pierwszy który pamiętam to Unitra Automatic Ic Kapral. Następnie Manuela, dwukasetowy jamnik Unitry, zabierany do podstawówki w celu puszczania muzyki na przerwach w korytarzach (dziś pewnie byłby to głośnik bluetooth). Wreszcie wymarzona dwukasetowa wieża Aiva z odtwarzaczem CD. Jednak oryginalne płyty CD w połowie lat 90. były luksusem więc pożytek z CD playera miałem niewielki. Dodatkowo walkmany zabierane wszędzie. Niestety nie nadawały się do swojego głównego przeznaczenia, czyli chodzenia i słuchania (nagrania falowały, baterie się szybko rozładowywały). Kasety grały u mnie mniej więcej do czasu pierwszego peceta z nagrywarką i podłączenia Neostrady ok. 2002. Ostatnimi tytułami z mojej kolekcji były kasety To Rococo Rot i Ovala wydawane przez Gusstaff i Sound Improvement. Kiedy bez żalu likwidowałem swoją kolekcję łącznie z wieżą, w której w pierwszej kolejności padły właśnie oba kasetowe decki, nawet nie śmiałem przypuszczać, że kiedykolwiek ten nośnik się odrodzi. A jednak kasety wróciły i odmienił krajobraz polskiej muzyki eksperymentalnej.]

Kiedy bez żalu likwidowałem swoją kolekcję łącznie z wieżą, w której w pierwszej kolejności padły właśnie oba kasetowe decki, nawet nie śmiałem przypuszczać, że kiedykolwiek ten nośnik się odrodzi. A jednak kasety wróciły i odmienił krajobraz polskiej muzyki eksperymentalnej.




HISTORIA

Rolę pośredniczącą między czasami łączącymi „pierwotny“ obieg kaset, i obieg „revivalowy” odegrały, prowadzona do dziś przez Janusza Muchę oficyna Gusstaff Records, oraz wrocławska Antena Krzyku. Przeniosły one ten nośnik przez pierwszą dekadę XXI wieku. Nie brały jednak udziału w ponownym formowaniu się zjawiska po 2010. Wydawanie muzyki na kasetach przez oba wspomniane labele było naturalną konsekwencją, wynikającą z dopasowywania nośnika do aktualnie popularnego na rynku. Zarówno Gusstaff, jak i Antena mają na tyle długą tradycję wydawniczą, że ich działalność pokrywa się z ewolucją nośników muzycznych. Warto jednak jeszcze na wstępie wspomnieć o wydawnictwie Triangle, prowadzonym od 2005 w Warszawie przez Sergeja Hannolainena (MAAAA), które zaczęło od 2007 publikować swój noizowy repertuar także na kasetach. Kroczy ono jednak swoją autonomiczną niszą i pozostaje poniekąd z boku fenomenu „nowych” kasetowych wydawnictw, o których chcę napisać. Nie wspominam natomiast ze względów repertuarowych na scenę hip-hopową, gdzie na początku lat 00. kaseta była najpopularniejszym nośnikiem.

W niniejszym tekście interesuje mnie polska muzyka eksperymentalna wydawana na kasetach. Dla opisu zjawiska wyznaczyłem sobie cezurę czasową rozpoczynającą się od powstania labelu Sangoplasmo założonego w 2011 przez Lubomira Grzelaka. Było to pierwsze stricte kasetowe wydawnictwo w Polsce. W jego katalogu znalazło się wielu artystów zarówno z Polski, jak i z zagranicy, którzy odgrywają dziś ważną rolę na międzynarodowej scenie eksperymentalnej, by wymienić choćby Lutto Lento, Ensemble Economique, czy Félicię Atkinson. Sango zapoczątkowało kiełkowanie kolejnych kasetowych oficyn. Od 2012 na kasetach zaczęły się ukazywać nagrania z katalogu Oficyny Biedoty Michała Turowskiego (począwszy od splitu Arkona / Kolektyw Ebola, m.in. The Kurws, kIRk, Krojc, Pustostany). W 2013 dołączyło Wounded Knife prowadzone przez Janka Ufnala i Paulinę Oknińską. Pojedyncze kasety do repertuaru dołożył Instant Classic (The Dead Goats, Belzebong, The Stubs) i Few Quiet People, protoplasta Latarni, odpowiedzialny za debiut Starej Rzeki „Cień chmury nad ukrytym polem”, który w pierwszej kolejności ukazał się na taśmie. W 2014 pierwsze kasety pojawiły się w katalogu Pawlacza Perskiego. Narodziły się Jasień i Super, a działalność zakończyło Sangoplasmo. W kolejnych latach dołączyły Pointless Geometry (2015), Magia (2015), Złe Litery (2015), Czaszka (2016), Plaża Zachodnia (2016), DYM Records (2016), outlines (2016) oraz w ubiegłym roku (2017) Szara Reneta. Najmłodszym wydawnictwem na krajowej scenie jest Mondoj stworzony jako następca zamkniętego w 2016 Wounded Knife. W międzyczasie wydawnictwa na taśmach magnetofonowych okazjonalnie pojawiały się w różnych rodzimych labelach (m.in. w Latarni, czy Monotype Rec.).


OBIEKT

„Kaseta cieszy oko” - tłumaczy Emil Macherzyński w wywiadzie dla Estrady i Studio. Tezie tej wtóruje Janek Ufnal (Wounded Knife, Mondoj) w wywiadzie z 2014 - „Jest to format bardzo wdzięczny, pozostawia dużo możliwości w kwestii rozwiązań graficznych i opakowaniowych. Mamy w domu kilkaset kaset, wiele z nich to po prostu bardzo ładne przedmioty”. Wizualna osobliwości nośnika stanowi pewien swoisty paradoks związany ze sceną kasetową. Niemal w każdej wypowiedzi na jaką trafiłem, bądź w rozmowach jakie przeprowadziłem z wydawcami i twórcami muzyki wydawanej na kasetach, argument odnoszący się do wizualności tego dźwiękowego nośnika padał w pierwszej kolejności.

Unikatowe artefakty jakimi są wydawane dziś kasety powinny cieszyć się powodzeniem wśród miłośników dobrego projektowania. Ogromną uwagę labele poświęcają na wizualną reprezentację, która poszerzałaby oddziaływanie estetyczne poza recepcję słuchową. Na okładkach kaset często pojawiają się surrealistyczne kolaże i odręczne rysunki, dołączane są nawet stare fotografie (Szara Reneta). Każda z oficyn ma swoją rozpoznawalną linię graficzną, za którą odpowiedzialni są współpracujący z labelami artyści. Tak jest choćby w Pawlaczu Perskim, gdzie o spójność szaty graficznej dba Laura Kudlińska i Gosia Słomska; w Wounded Knife / Mondoj (Paulina Oknińska - współzałożycielka labelu), czy w outlines (Iwona Jarosz). Same kasety przybierają najróżniejsze odcienie tęczy; bądź też w formie nadruku, lub naklejki nawiązują bezpośrednio do motywu z okładki.Także opakowania poza standardowymi plastikami (także wielobarwnymi) bywają popisem projektowania, jak w przypadku specjalnie zaprojektowanych ochronnych kieszeni z wydawnictwa Złe Litery. Poręczność kasety odgrywa dużą rolę w postrzeganiu jej jako użytkowy obiekt. Nic dziwnego, że przedmioty te stają się obiektem fetyszyzacji, a obcowanie z nimi może stać się przeżyciem wręcz cielesnym.

Wizualny fenomen kasety wnikliwie zgłębia Dariusz Brzostek w publikacji dla Glissanda; „Cechą która w sposób niewątpliwy określa kulturowy charakter kasety magnetofonowej i determinuje jej funkcjonalność jest jej materialność. Zwykle marginalizowana lub ignorowana jako nazbyt oczywista, ożywa dopiero w konfrontacji z amatorskimi, dyletanckimi twórczymi praktykami codzienności, owocując wówczas pięknem zdumiewającym i nieoczekiwanym, którego doświadczył każdy, kto choć raz zetknął się z kasetowymi wydawnictwami nieoficjalnych twórców. Psychodeliczne kolory, kolażowe okładki, surowa, punkowa produkcja w duchu „zrób to sam”. Dawno zapomniana dziś sztuka zdobienia i opisywania kaset, znaczenia pudełek i zabezpieczania nagranego materiału przed przypadkowym zmazaniem, technika klejenia, rozplątywania i wygładzania taśmy, a nawet ekwilibrystyczna umiejętność przewijania kasety za pomocą ołówka.” Słowa Brzostka nie powinny dziwić nikogo kto z pasją kaligrafował tytuły własnoręcznie skomponowanych mikstejpów, wzmacniał opakowania tekturą, zdobił rysunkami, bądź adaptował ilustracje z gazet pod klimat muzyki.


MODA

Moda, to jeden z częstych zarzutów i form umniejszania znaczenia z jakimi spotyka się zjawisko wydawnictw kasetowych. Tymczasem trudno mówić o modzie, kiedy przeciętny nakład jednego kasetowego tytułu wynosi około kilkudziesięciu sztuk, które często rozchodzą się środowisku wiernych fanów. „Najbardziej męczy mnie to, że wszystko się kręci wokół tej samej grupy ludzi. Taki zaklęty krąg. Chciałbym, żeby kasety trafiały do przypadkowych osób” — szczerze punktuje Mateusz Wysocki z Pawlacza Perskiego, dodając pragmatycznie; „Może wystarczy, że zacznie się nimi interesować 10 razy więcej osób i to ożywi cały biznes”. Autentyczna moda na kasety, bezpośrednio przełożyłaby się nie tylko na samą sprzedaż, ale i na zainteresowanie niszowymi zjawiskami muzycznymi, a co za tym idzie poprawiła frekwencję na koncertach, na których występują artyści związani z kasetowymi wydawnictwami. Póki co pozostaje to jednak zaklinaniem rzeczywistości. 


EKONOMIA

Jedną z motywacji przyświecającą publikowaniu muzyki w formacie kasetowym jest fakt, że kaseta jest najtańszym nośnikiem zarówno w procesie wydawniczym, jak i w duplikacji. „Tanie przy zakupie, są też stosunkowo niedrogie w produkcji” — stwierdza w rozmowie z Emilią Stachowską Michał Fundowicz prowadzący w Edynburgu wydawnictwo Czaszka Rec. 

Za nakład 50 sztuk jednego tytułu, trzeba zapłacić średnio 500 złotych. W tej kwocie mieści się nośnik fizyczny, czyli przycięta do określonej długości taśma sprowadzana z zagranicy (wraz z opakowaniem), tantiem dla grafika, a także wydruk okładki (chyba że jest tworzony chałupniczymi metodami). Koszty znacząco podnosi mastering, jednak często wydawcy robią go po znajomości, lub samodzielnie wykorzystując studyjną wiedzę i umiejętności nabyte podczas nagrywania autorskich projektów. Należy doliczyć również jednorazowy, wydatek na duplikator taśm. Zwyczajowo zamiast honorarium autor nagrania otrzymuje część nakładu, którym może dysponować wedle uznania. Analizując bilans wydatków i potencjalnych zysków, (cena kasety waha się od kilkunastu do 30 PLN) nietrudno dostrzec, że prowadzenie labelu bywa przede wszystkim połączeniem hobby i mecenatu. „W Pawlaczu finanse wyglądają tak, że jak dobrze pójdzie, to po sprzedaży jednego tytułu, po dwóch miesiącach mamy na produkcję kolejnego. I tak w kółko” — zdradza Wysocki. Paradoksalnie jednak cena kasety nie odbiega znacząco od CD wydanego w digipacku, przez rodzimy label. Dlatego z perspektywy kupującego koszt nie odgrywa głównej roli przy decyzji o zakupie kasety. Z kolei bilans zysków i strat jaki ponosi wydawca pozwala mu na w miarę regularne publikowanie, oraz ułatwia podejmowanie odważnych decyzji repertuarowych (czytaj: REPERTUAR).


NOSTALGIA / SENTYMENT

Lata świetności kasety magnetofonowej przypadły na lata 80. ubiegłego wieku. Dekadę, która jak bodaj żadna inna cieszy się do dziś nieustającym revivalem. Zgodnie z tym nostalgicznym nurtem ze  szczególnym sentymentem we współczesnej popkulturze traktowane są nośniki analogowe; klisza fotograficzna i papier, polaroid, kaseta vhs i oczywiście kaseta magnetofonowa. Wśród założycieli rodzimych oficyn oferujących muzykę na tym nośniku, większość urodziła się właśnie w latach 80 i podobnie jak Ja wychowała się w epoce magnetofonów. Wnioskuję zatem, że również sentyment za nośnikiem z dzieciństwa, związany z pierwszymi muzycznymi odkryciami, tworzeniem własnych kolekcji i kompilacji, a wreszcie celebracją odsłuchu z materialnego, analogowego nośnika mogą mieć istotny wpływ na chęć wydawania muzyki na taśmie. W „kasetowym” odcinku „Antyfonii” zwraca na to uwagę Kaśka Królikowska z Pointless Geometry.

„Sentyment za nośnikiem z dzieciństwa, związany z pierwszymi muzycznymi odkryciami, tworzeniem własnych kolekcji i kompilacji, a wreszcie celebracja odsłuchu z materialnego, analogowego nośnika mogą mieć istotny wpływ na chęć wydawania muzyki na taśmie”.




IDEA

Jakikolwiek sentyment niknie jednak wobec idei przyświecającej inicjatywom związanym z kasetowymi labelami. Mowa o etosie DIY, utożsamianym z promowaniem sztuki bez oglądania się na zysk, wzajemnym wsparciem w obrębie sceny, czy osobistym zaangażowaniem na wszystkich etapach wydawania muzyki. Anty konsumpcyjnemu obiegowi kultury towarzyszy jak twierdzi Mateusz Wysocki; „Pokora, ciekawość, otwartość, brak uprzedzeń, spokój i cisza. Usunięcie na daleki plan aspektu finansowego i skrócenie dystansu słuchacz - wydawca /muzyk”. Premiera wydawnicza jest często zaledwie inicjacją szerokiego kulturotwórczego procesu, w skład którego wchodzi wiele towarzyszących multidyscyplinarnych działań (wykłady, warsztaty, występy, giełdy) mających konsolidować środowisko twórców i odbiorców.

W ciekawy sposób etos DIY zapośrednicza Paweł Dunajko z footworkowej oficyny outlines, której działalność nawiązuje koncepcyjnie do źródłowych praktyk chicagowskiego undergroundu tanecznego — „taśma uwypukla pewien fakt z historii footworka — mówi Dunajko. „Chciałem w luźny sposób odwołać się do tradycji z początku lat 90. i czasu, kiedy najważniejsi DJ’e ghetto house’owi (protoplaści mającego się pojawić kilka lat później footworka) sprzedawali miksy ze swoimi (ale nie tylko) numerami na kolorowych kasetach. W zasadzie, poza imprezami i audycjami w radiu, tylko za sprawą tego nośnika można było usłyszeć swoich ulubionych producentów i ich najnowsze numery.”


DOBRE MANIERY / WOLNE SŁUCHANIE

Dobrym standardom wydawniczym powinny towarzyszyć dobre maniery słuchania, do których skłania funkcjonalność kasetowego nośnika. Joanna Świderska, współzałożycielka labelu Jasień w rozmowie z Filipem Kalinowskim przekonuje, że; „kaseta jest nośnikiem narzucającym jeszcze trochę skupienia, dyscypliny przy słuchaniu. Trzeba zmienić stronę, trzeba posłuchać całego albumu w tej, a nie innej kolejności. To taki ostatni nośnik z dobrymi manierami”. Wtóruje jej Mateusz Wysocki z Pawlacza, który twierdzi, że kaseta przywraca wyjątkowy status muzyce — „Pieprzyć skipowanie tracków i chęć poznania wszystkiego (ale po łebkach). Kaseta to pokora wobec dźwięku, ćwiczenia z cierpliwości.” Na fizyczne obcowanie z materialnym nośnikiem zwracają uwagę również Kaśka Królikowska i Darek Pietraszewski z Pointless Geometry, wspominając w „Antyfoniach” o etyce słuchania kaset, tak nie przystającej do nawyków jakie wywołują praktyki streamingowe.


BRZMIENIE

Kaseta nie tylko posiada swoje brzmienie w postaci ciepłego, jednostajnego, analogowego szumu, ale również określoną charakterystykę przenoszenia częstotliwości. „Pasuje mi to charakterystyczne brzmienie – proporcja między szumem a sygnałem, to że ścięte jest górne pasmo ale i dół też, więc wszystko bardzo się zmiękcza. W ten sposób zapamiętałem brzmienie muzyki z dzieciństwa i to brzmienie jest dla mnie punktem wyjścia” - tłumaczył Wysocki Filipowi Kalinowskiemu w wywiadzie dla Estrady i Studia. Zarejestrowany cyfrowo materiał zostaje zatem przetransferowany na taśmę, oraz zmultiplikowany z myślą o dynamice brzmieniowej analogowego nośnika. „Jest bardzo wiele wytwórni, które starają się nagrywać swoje kasety na naprawdę dobrym sprzęcie. Jeśli będziemy odtwarzać te taśmy na sprzęcie podobnej jakości, to nie ma powodu, dla którego nie miałyby one dobrze brzmieć (...) Do tego dochodzi jeszcze cała masa innych rzeczy, jak kompresja, która w przypadku taśmy jest bardzo specyficzna i na przykład nagrywanie niskich częstotliwości z użyciem regulacji prądu podkładu BIAS daje ciekawe możliwości operowania temperaturą brzmienia. - tłumaczył na łamach EiS Adam Frankiewicz z Pionierskiej Rec.

Same właściwości brzmieniowe kasety mogą mieć niebagatelny wpływ na percepcję materiału nagranego na nią. Świadomie użyte przez twórcę, bądź wydawcę stają się istotnym artystycznym gestem. Tak było w przypadku kasety Calineczki „Wydatek neutronów...”, która ukazała się w oficynie Szara Reneta. Założyciel labelu Maciej Wirmański tak opisuje ów doświadczenie; „Postawiłem się przed nie lada wyzwaniem i kłopotem, bo było to jak dotychczas najbardziej wymagające pod względem produkcji wydawnictwo. Jednolitego szumu kasety w duplikacji naturalnie się nie pozbyłem, niemniej po odsłuchach kontrolnych stwierdziłem, że materiał ten jest nieco różny od materiału wyjściowego przesłanego mi przez Calineczkę. Nośnik, ze swą niezmienną naturą i niezmiennym szumem, dodaje to coś od siebie do "Wydatku neutronów...". To coś zdaje się być niedookreślone, niewypowiedziane. W digitalu muzyka ta wybrzmiewa z cyfrowej ciszy; na kasecie wyłania się niepostrzeżenie z właściwości szumowych nośnika.”

Jeszcze innym osobliwym aspektem brzmienia taśmy jest jej starzenie się. Z biegiem czasu i pod wpływem użytkowania, taśma rozciąga się, ściera, bądź ulega procesowi rozmagnesowania. Powolna degradacja nośnika zmienia jego brzmienie w stosunku do materiału pierwotnego. To istotny w moim mniemaniu przykład, że mamy do czynienia z nośnikiem żywym. Nagrana na nim muzyka nigdy nie jest dziełem skończonym. Przeciwnie, ulega ciągłemu procesowi formowania, zwieńczonemu dopiero w momencie całkowitego zniszczenia obiektu. To autonomiczny akt twórczy, pozbawiony autorskiej ingerencji, oddany na pastwę czasu i przypadku. Tę właściwość nośnika szczególnie ceni sobie Maciej Wirmański; „kasetę lubię nie tyle z uwagi na jej zalety, co wady. Wszystkie szumowo-nojzowe rzeczy zawsze mi były bliskie, a kaseta wydaje się być odpowiednia dla muzyki, która nie dość że sama jest śmieciowa to jeszcze na nośniku, a tym bardziej na nośniku używanym, prędzej eroduje”.

„Kasetę lubię nie tyle z uwagi na jej zalety, co wady. Wszystkiego szumowo-nojzowe rzeczy zawsze mi były bliskie, a kaseta wydaje się być odpowiednia dla muzyki, która nie dość że sama jest śmieciowa to jeszcze na nośniku, a tym bardziej na nośniku używanym, prędzej eroduje” - Maciej Wirmański








REPERTUAR

Głównym czynnikiem wpływającym na repertuar prezentowany na kasetach wydaje się być ekonomia. Wykluczenie z działalności labeli modelu biznesowego i zawężenie jej do roli hobbystycznej zajawki daje swobodę w podejmowaniu wydawniczych decyzji i ogranicza ryzyko finansowe. Jedyne ryzyko jakie pozostaje,dotyczy wartości artystycznej prezentowanej muzyki. Kasetowi wydawcy ręczą za nią swoją wiarygodnością kuratorską, której utrata w środowisku DIY byłaby nie do zaakceptowania. Kredyt zaufania jaki swoimi decyzjami repertuarowymi budują szefowie kasetowych labeli sprawia, że częstym modelem jest kupowanie kolejnych tytułów przez słuchaczy i kolekcjonerów w ciemno. Niewielkie ryzyko finansowe, oraz lojalność na linii muzyk - label - słuchacz sprawia, że oficyny nie boją się poszukiwać i stawiać na formy eksperymentalne, nierzadko radykalne.

Pojawienie się na przestrzeni kilku lat wydawnictw takich jak Pointless Geometry, Pawlacz Perski, Pionierska, Wounded Knife, Plaża Zachodnia, Super czy Jasień, dostarczyło rodzimej scenie nieprawdopodobny zastrzyk świeżej krwi. Kaseta okazała się być akceleratorem wielu awangardowych zjawisk w polskiej muzyce eksperymentalnej i improwizowanej. Odegrała ważną rolę w odrodzeniu się formy słuchowiskowej („Droga do Tarszisz”„I wtedy ukazało się, że umarłem”, „Wsie”„Robot Czarek”), plądrofonii (Grupa Etyka Kurpina, Micromelancolie, Lutto Lento), ambientu (Sangoplasmo) elektroakustyki (Bouchons d’oreilles, Łukasz Kacperczyk, Lech Nienartowicz), drone music (Calineczka, DMNSZ), improwizacji (Paper Cuts, Bachorze, Cukier), field recordingu (Szara RenetaSuper), eksperymentów gitarowych (Jasień, Złe Litery), post-klubowych (outlines, Pointless Geometry) i pozagatunkowych (Super Label). Nośnik kasetowy przypomniał również o instytucji bootlegu (Lounge Ryszards, sumpf, ADPC) Warta wspomnienia jest różnorodność gatunkowa będąca domeną wielu kasetowych labeli. Niszowa muzyka zyskała równie niszowy nośnik.


TWORZYWO

Scena kasetowa i jej otwartość na eksperyment kumuluje wokół siebie twórców, którzy nie dość że związani są z nośnikiem jako artyści, czy wydawcy, to eksperymentują z nim i jego fizycznymi właściwościami. Do antenatów taśmowych preparacji należy zaliczyć plądrofoniczny duet sultan hagavik tworzony przez kompozytorów muzyki współczesnej; „Wszystko zaczęło się od Philipsa AQ5150. Jego działanie jest bardzo proste. Po pierwsze można odtwarzać kasetę dociskając przycisk „play” w różnym stopniu. Po drugie – można to połączyć z pauzą przyciśnięta w różny sposób. Po trzecie – z przewijaniem do przodu i do tyłu, też w różnym stopniu. Zmienia się i prędkość odtwarzania i barwa dźwięku (w zależności od tego w jaki sposób odczytuje go głowica). To daje już całkiem duży zestaw możliwości, który akurat w tym magnetofonie jest mniejszy niż w pozostałych” — opisywał swoja pracę z magnetofonami Mikołaj Laskowski w wywiadzie udzielonym Michałowi Fundowiczowi.

Manualne modyfikacje przeprowadzane bezpośrednio na magnetofonowej taśmie odświeżają na rodzimym gruncie praktyki tożsame z działalnością Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Do tego fenomenu wielokrotnie nawiązywał Lubomir Grzelak jako Lutto Lento. Na łamach M/I Magazynu (3/2015) tak tłumaczył Małgorzacie Halber działanie swojego warsztatu; „W niektórych utworach nagrywam partie i robię z nich loopy, potem wyciągam taśmy, kroję, rozciągam, zdzieram ich fragmenty i sprawdzam jak brzmią po takim zabiegu… rozbieram kasetę i wycinam 20 cm. Nie wiem co jest na tej taśmie. Sklejam, składam i słucham” — kontynuując wywód muzyk zwraca uwagę na istotny element improwizacji — „Robiąc pętlę taśmową, w żaden sposób nie mogę przewidzieć, co z tego będzie”

Improwizacja i plądrofonia patronują również twórczości Grupy Etyka Kurpina projektu Adama Frankiewicza z Pionierskiej. Jego metody twórcze wydają się niezwykle dopracowane; „najbardziej jara mnie technika cięcia i zbitek, mushupu, glitchu (głównie tape hiss-u [szumu własnego taśmy]), mam masę loopów (przypadkowo pocięte taśmy) z których grałem niegdyś w projekcie Ojun i ZXSinclair to są sample które przez granie w klubach zostały już tak dojechane, że ich brzmienie to już unikatowa sprawa. Pamiętam jak po soundchecku na Unsoundzie siedziałem w hotelu i ratowałem niektóre pętelki, bo były już tak zużyte, że trzeba było je skracać i przekładać do innych pudełek, ale zawsze byłem przygotowany. Bez zestawu do cięcia i sklejania taśmy nie wyjeżdżałem w trasę. Uwielbiam taśmy z oprogramowaniem w różnych systemach i tak zwane tape marki, oczywiście w całej tej zabawie najważniejsze są magnetofony. Niektóre są czyste z systemami DOLBY, dbx i tu ładuję sample które mają być sterylne i punktowo zagrane. Inne magnetofony te które brumią i brudzą z wbudowanych transformatorów mają podpięte kostki efektowe z fuzzem, żeby to dodatkowo wyciągnąć, albo grać już tylko na tym. Gdy gram impro to właściwie korzystam z dwóch magnetofonów Philipsa, które łączę w pętle i gram na sprzężeniach pomiędzy nimi. Podłączam to do pieca lampowego i mam gotowy ciekawie brzmiący zestaw do hałasowania. Najważniejsze są różne mechanizmy zwalniające przesuw taśmy, a przytrzymywanie palcem silnika, żeby robić cuty i inne efekty, no to zawsze wychodzi i zawsze brzmi przedobrze. Na koncertach zawsze lecę na żywioł, mam kilka swoich ulubionych kaset około 12 (oryginalnych, nie modyfikowanych w całości), 6 kaset na których nagrane są improwizację (różnie od syntezatorów na których miałem przyjemność grać czyli Aelita, Poly po systemy modularne) i 3 kasety gotowe Grupy („Bedlam”, „VHS”, „Revolutionnnaire”), no i w zależności od koncertu nagrywam sobie coś nowego, przygotowuje jakiś kolaż, żeby sprawdzić jak działa na sali… lubię przesuwać sobie granicę tego co tam wklejam. Wielu kaset nawet nie przewijam po prostu reaguję na to co na nich jest. Wszystkie koncerty nagrywam, potem słucham i zdarza się, że w ten sposób z tych bootlegów powstają nowe utwory które potem słychać na wydawanych przeze mnie kasetach” — wyjawia tajemnice swojego warsztatu Frankiewicz, który także miksuje muzykę z taśm jako (Tape Jockey) Tj Dolby. (Fragment kasetowego performansu Grupy Etyka Kurpina możecie obejrzeć pod tym linkiem)

W przypadku nagrań realizowanych przez wydawnictwo Szara Reneta mamy z kolei do czynienia z formą palimpsestu. Taśmy, na których rejestrowany jest materiał zostały znalezione przez Macieja Wirmańskiego i poddane twórczemu recyklingowi. Na pierwszej stronie kasety „Burza i gradobicie” znajduje się nagranie terenowe. Na drugiej pozostał pierwotnie zarejestrowany audiobook „Kapitan i Wróg”. Mamy zatem do czynienia z gestem zaczerpniętym wprost z koncepcji ready made; zagospodarowaniem gotowego artefaktu w nowy kontekst, w którym możliwe jest śledzenie wzajemnego oddziaływania na siebie obu nagrań i dramaturgii.

„Pamiętam jak po soundchecku na Unsoundzie siedziałem w hotelu i ratowałem niektóre pętelki, bo były już tak zużyte, że trzeba było je skracać i przekładać do innych pudełek, ale zawsze byłem przygotowany. Bez zestawu do cięcia i sklejania taśmy nie wyjeżdżałem w trasę” - Adam Frankiewicz





RÉSUMÉ

Jaka przyszłość czeka rodzimą sceną kasetową? Statystyki przeprowadzane za granicą donoszą o rosnącym zainteresowaniu tym nośnikiem, graniczącym wręcz z wydawniczą nadpodażą. W 2017 na Bandcampie lądowało 50 kaset dziennie. Nie natknąłem się niestety na żadne statystyki z Polski, ale wśród rodzimych wydawców zdania są podzielone co do koniunktury tego nośnika.

Główny problem w popularyzacji kasetowego nośnika upatruję w zupełnie nieadekwatnym mechanizmie percepcji kasety do dzisiejszych nawyków konsumowania kultury. Kultura słuchania, o której przypominają kasetowi wydawcy i którą sama kaseta implikuje, jest podobnie jak sam nośnik przeniesiona jeszcze sprzed internetowej epoki. W XXI wieku uczestnictwo w kulturze muzycznej jest bezpośrednio związane z popularnością serwisów streamingowych. Klęska fonograficznego urodzaju, łatwość w dostępie do cyfrowej muzyki, jej dystrybucji i tworzenia sprawia, że na tym tle kaseta funkcjonuje głównie w kontekście sentymentalnym i kolekcjonerskim, czyli w kontekście osobistym. Jednak ludzie związani ze sceną kasetową twardo stąpają po ziemi. Cieszą zatem inicjatywy świadczące o świadomości wychodzenia z nośnikiem poza barierę sentymentu w obieg codziennej praktyki (choćby próba wprowadzenia kasety w kontekst dj'ski i klubowy przez Adama Frankiewicza i Justynę Banaszczyk). Tymczasem próby poszerzenia terytorium odbioru, o co zabiegają kasetowi wydawcy, często kończą się niezrozumieniem, wzruszeniem ramionami, bądź zarzutami; od hipsterskiej fanaberii rozpoczynając, na snobizmie i sekciarstwie kończąc. To jednak co niektórzy określają mianem snobizmu, w moim mniemaniu jest w rzeczywistości idealistycznym zrywem, jednym z tych o jakich przestaliśmy pamiętać w tych odbiegających od ideału czasach.

Jakkolwiek sporo szumu wywołują kasety w mediach społecznościowych, tak ich regularna obecność w mediach głównego nurtu bywa marginalna. Tymczasem mamy do czynienia z istotnym fenomenem kulturowym jaki objawił się w rodzimym dyskursie muzycznym na przestrzeni ostatnich lat. Składają się na niego; setki kasetowych premier, dziesiątki wydarzeń, kooperacji, giełd fonograficznych, stylistyk i zjawisk dźwiękowych, a także budowanie (a właściwie to odbudowywanie) więzi i relacji miedzy wydawcami, autorami i słuchaczami. Reasumując zawdzięczamy temu zjawisku wymierny wkład w rozwój wielowątkowej muzyki eksperymentalnej w naszym kraju. Wszystko za sprawą zaledwie kilku labeli, za którymi stoi niespełna kilkanaście osób. Kuratorów i artystów nienastawionych na zysk, którzy bez żadnego instytucjonalnego wsparcia zaangażowani są w propagowanie i wspieranie oddolnych inicjatyw twórczych, robiąc to w przerwie od obowiązków zawodowych, rodzinnych; poświęcając na to własny czas i pieniądze.

O ile wiele argumentów przemawiają za opinią, że kaseta jest medium niepraktycznym, to jednak warto zdać sobie sprawę, że w pokonywaniu przeszkód hartuje się postawa słuchacza, a nie konsumenta. Obcowanie z kasetą, wymaga zaangażowania, przypomina, o tym że kultura to nie jest to samo co rozrywka i wymaga własnego wkładu w interakcję. Kultura i higiena słuchania muzyki z kaset jest oczywista dla każdego kto zakosztował powolnego słuchania. Jest ona obarczona pewną fetyszyzacją, ale stoi za tym także jeszcze jedna okoliczność. Owo słuchanie jawi się czynnością niezwykle intymną. Otacza nią nimb eteryczności, spokoju, kontemplacji. I choć odsłuchuję, póki co ,swojego skromnego zbioru jedynie na starym kaseciaku Thomsona,  to stwierdzam że dawno z taką przyjemnością i swobodą nie słuchałem muzyki. Możliwe, że od lat 90 kiedy każdą złotówkę kieszonkowego wydawałem na kasety, aby później przesłuchiwać je tyle razy ile nigdy nie przesłuchałem muzyki zassanej z sieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz