czwartek, 27 kwietnia 2017

Anatomia uczuć, czyli psychodelia i psychodrama / Kobieta z wydm „Bental”

Kobieta z wydm. Klasyczny trójkąt. On, Ona i On. Małżeństwo; Iwona i Błażej Królowie i... ten trzeci Mateusz Rychlicki. A w grze intymna rozgrywka i emocjonalny ekshibicjonizm.

To niesamowite z jaką łatwością Błażej Król zrzuca kolejny naskórek i wymyśla się wciąż na nowo, nie tracąc nic ze swojej artystycznej oryginalności. Kawałek Kulki, UL/KR, Dwutysięczny, Król, Lauda, a teraz Kobieta z Wydm. Za żadnym z tych wcieleń nie pozwolił zbyt długo tęsknić. Jednak do tej pory, nawet jeśli dzielił płytę z innymi artystami, rys jego muzycznej osobowości był dominujący. Kobieta z Wydm zmusiła Króla, może nie tyle do abdykacji ile do podzielenia się władzą. Ze zdecydowanym pożytkiem dla płyty „Bental”.

Zacznijmy od muzyki, bo mimo, że znakomita to w kontekście całego albumu wydaje się nieco mniej przeszywająca od fabuły (choć oczywiście dopiero w pełnym zestawieniu emanują efektowną dosadnością). Warstwa dźwiękowa „Bentala” została skomponowana demokratycznie, ze splotu zamiłowań każdego z muzyków. Mateusz Rychlicki bębni tu ze swadą i lekkością, jak na ostatniej płycie Kristen. Chwyta też za gitarę by zarzucić psychodelicznym, nerwowym motywem, dodać przestrzeni, bądź zaakcentować dramaturgię nagrania gwałtownym przesterem. Błażej Król, tym razem grający na basie, przemyca w swoich partiach dubowe motywy do których nie kryje sympatii jako słuchacz. Z kolei najmniej doświadczona muzycznie Iwona Król, przepasa dynamiczną sekcję, widmowymi pasmami syntezatora, którego brzmień poszukiwać możemy na przełomie lat 70-80 w estetyce kosmische musik. Z resztą to właśnie jej obecność (nie tylko instrumentalną) uznałbym za kluczową dla odbioru tej płyty. Odważając się zabrać głos, mimo braku praktyki, udało jej się uzyskać wyrazisty kontrast dla silnej maniery wokalnej i charyzmy Błażeja. Poetyckie rozmodlenie, ciążące często na płytach solowych Króla, zostaje tu zbilansowane chłodną, chropowatą i wyrazistą wokalizą Iwony.

Przejdźmy jednak do esencji albumu, w miejsce gdzie do muzycznej psychodelii, dołącza fabularna psychodrama. Osią na której została oparta narracja całej płyty, a której nie sposób zignorować (choć wielu piszących nie zwróciło na to uwagi, bądź celowo pominęło) jest pełna napięcia relacja na linii; kobieta-mężczyzna. Relacja skomplikowana, przepełniona zwątpieniem, obcością? Będąca testem weryfikacji uczuć i zaufania. Damsko-męska rozgrywka przybiera chwilami formę niebezpiecznego wyzwania, jak w zapierającym dech w piersiach „Urwisku”. W powtarzanych niczym mantra słowach – „Choć nie możesz być pewny, że z tyłu nie ma urwiska cofnij się o krok, zaufaj. / W gardle krwista flegma w oczach paleniska, zrób krok. Posłuchaj. I pewnie nie minie to i blizny zostaną marzy nam się spokój jak góra.”  czai się ocierający o perwersję obraz; próba wymagająca bezwzględnego zaufania i poświęcenia, nawet za cenę spadnięcia w otchłań. To coś więcej niż deklaracja miłości. To inicjacyjny rytuał; więzy krwi, ostateczny test na lojalność, motyw skądinąd szeroko eksploatowany w kinie, czy literaturze. Cała płyta obfituje w podobne, naznaczone perwersją umizgi. Począwszy od „Straszenia mnie i zabawy ogniem” („Strasz mnie”), przez „Przeciął ściśniętą dłoń, przyjemność obiecał”; aż po „Przyznaję, wolę patrzeć jak padasz /  Przyznaję lubię pod włos”(”Przeciął”). A że finał tych niebezpiecznych gier jest bolesny niech świadczy „Nabrzmiały od ciosów ciemny rumień”, „Krwista flegma” („Urwisko”) „Drapanie do krwi” („Pyk”).  Nie zostaje też bez wpływu na kondycję psychiczną bohaterów, która zostaje naruszona „wstrząsami i kołysaniem” („A co jeśli”). Stąd szlochy („Pyk”, „Nuda”), strach („Amnezja”), skruszenie („Przyjdź”) i wątpliwości („A co jeśli ten smak zostanie na ustach do końca / I budzić będzie w nocy, w dzień psuł będzie apetyt do słońca”) („A co jeśli”).  Za pomocą piosenek odbywa się tu dialog kobiety i mężczyzny, pełen wątpliwości, wyrzutów, traum i nawoływań. Zakończenie jest, jak można się spodziewać, pozbawione happy endu „Nawet nie zauważyłem, że całą drogę jechaliśmy bez świateł / Nawet nie zauważyłem że cała drogę jechaliśmy pod prąd” („Nie dość”).

Słuchanie debiutanckiej płyty Kobiety z wydm jest jak wchodzenie z butami w nie swoje życie. Moja obecność, jako słuchacza poza niekłamaną satysfakcją estetyczną, sprawiła mi również dyskomfort emocjonalny. „Bental” jest wstrząsający. Nie kojarzę, aby tak intymny dialog między kobietą i mężczyzną rozegrał się kiedykolwiek w polskiej muzyce. Słowa, które same w sobie nie są jakimś szczytem poetyckiej metafory, są nośnikiem niespotykanych w muzyce rozrywkowej napięć. I mimo, że bolą i wywołują zakłopotanie, to (obok muzyki) stanowią ogromną wartość tego materiału, który z racji emocji jakie wywołuje powinien wejść do annałów polskiej liryki muzycznej. Chwała należy się również za to, że muzykom udało się zachować balans między tym co niepokojące, a przebojowe, a w zasadzie zmieszać to w jakąś unikalną całość. Słucha się bowiem tej płyty z prawdziwą przyjemnością, co wziąwszy pod uwagę jej ciężar pozamuzyczny, samo w sobie zakrawa na perwersję.

 

KOBIETA Z WYDM „Bental”
2017, Thin Man Records

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza