wtorek, 16 kwietnia 2013

Coachella sprzed fotela czyli migawki ze streamu.

Rok temu największą gwiazdą Coachelli okazał się wyciągnięty zza grobu 2Pac Shakur, którego hologram dziarsko towarzyszył na scenie Snoop Dogg'owi i Dr. Dre. Za te bluźniercze konszachty z zaświatami w tym roku na kalifornijskim festiwalu pojawił się diabeł wcielony, który rozsiał swoje złe nasiona w pijanych słońcem, muzyką i alkoholem głowach festiwalowiczów, a młodszym adeptom z branży muzycznej i swym rówieśnikom pokazał czym jest sceniczny szyk i charyzma. Diabeł ten nazywa się Nick Cave i objawił się na Coachelli 2013 dwa razy. W piątek z ciężkim i brudnym setem jako Grinderman, który okazał się jedynie preludium do niedzielnego pandemonium, które zgotował słuchaczom wraz z Bad Seeds. 
Już od pierwszych minut Jubilee Street wiadomo było, że Cave'wowi za nic w głowie festiwalowa wstrzemięźliwość i kunktatorstwo, i że równie poważnie oraz intensywnie podchodzi do występów festiwalowych jak do indywidualnych koncertów. 
Przez cały 40-sto minutowy set Australijczyk wirował w spazmatycznym tańcu, którego choreografia będąca skrzyżowaniem egzorcyzmów z ruchami Elvisa Presley'a była równie imponująca, co jego obłąkańczy głos. Swoim szaleństwem równie mocno chciał się podzielić z publicznością, wśród której spędził niemal pół koncertu, krocząc po ich rękach, głowach i ramionach niczym prorok-kaznodzieja wśród grzeszników. 
Jego imponujący show nawet przed monitorem był najlepszą reklamą nadchodzącego Openera, na którym już w lipcu wystąpi Australijczyk. Obserwując w jakiej jest formie można śmiało przypuszczać, że może być to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy występ w historii gdyńskiego festiwalu. 
Tym bardziej, że charyzmą dorównywał mu Warren Ellis, który z porównywalnym animuszem dyrygował pełnym składem Bed Seeds.
Ten nieprawdopodobny występ przerósł swoją ekspresją wszystkie pozostałe koncerty Coachelli transmitowane przez YT. Szczególnie słabo przy Cave'ie wypadli jego rówieśnicy z New Order, OMD czy Dead Can Dance. Niewiarygodne jest, że Ci wszyscy wykonawcy rozpoczynali kariery mniej więcej w tym samym momencie. Różnica między diabelskim show Cave'a a reanimowanymi kukłami ze wspomnianych kapel była tak przepastna, że śmiało można było podejrzewać diabła o jego szatańskie sztuczki. 
Po koncertach New Order i OMD moje wrażenie, że Blue Monday i Enola Gay nigdy nie zabrzmią lepiej niż puszczone z płyty niestety potwierdziło się brutalnie.

Oczywiście na Coachelli jak co roku toczy się umowny konkurs na najbardziej prestiżowy featuring festiwalu. W 2012 roku laureatem "bez cienia" wątpliwości został trup, czyli hologram aka 2Pac. W tym znów bezkonkurencyjny okazał się Cave w towarzystwie dziecięcego chóru. Widzieć kilkudziesięciu maluchów ubranych w koszulki Bed Seeds - bezcenne. Na całe szczęście radosny chórek tylko rozpoczynał i wieńczył występ Cave'a, w przeciwnym razie dzieciaki obserwując poczynania swojego lidera już na zawsze mogłyby pozostać po ciemnej stronie mocy. (Swoją drogą mam nadzieję, że Australijczyk zasiał również w ich głowach choć garść swoich talentów)
Z pozostałych featuringów dobre wrażenie sprawili The XX wykonując wraz z Solange Knowles (siostrą Beyonce) cover Aalayah Hot Like Fire oraz Wu Tang Clan z Redmanem choć to oczywiście naturalna kooperacja. Natomiast wspólny utwór Phoenix z R. Kelly'm jak i samo uczynienie z francuskiej grupy sobotniego headlinera było mocno naciągane. 

Świetne wrażenie festiwalowe zrobił The XX, co jest zdecydowanie dobrym prognostykiem dla wybierających się na warszawski koncert. Mimo nastrojowego i wyciszonego charakteru ich muzyki udało im się zaczarować widownię głównej festiwalowej sceny. Z ich delikatnymi piosenkami stroił nawet szum wiatru wiejącego nad Kalifornią.
Skromie i czarująco pomimo dziennej pory występu wypadła również Bat For Lashes, choć zdecydowanie widziałbym w jej składzie chórki, które byłyby świetnym uzupełnieniem głosu Natashy. 
W przeciwieństwie do niej dosyć blado wypadł występ Jessie Ware zupełnie pozbawionej blasku i zmysłowości godnej divy, którą ją ochrzczono po ubiegłorocznym albumie. To czego zabrakło Jessie, przypadło Jamesowi Blake'owi, który z dużym luzem połączył swe klubowe i song-writerskie fascynacje w zadowalającą wszystkich całość.
Serce rosło w trakcie 40 minutowego koncertu, na którym młokosy z Tame Impala bez jednego zająknięcia przewalali historię muzycznej psychodelii gitarowej od The Beatles aż po rave.
Cloud Nothing z kolei pokazał chłopaczkom z zespołów bujających się z gitarkami niewinnie jak pensjonarki  (Vampire Weekend, Twoo Doors Cinema Club, Phoenix i Franz Ferdinand), że dźwięk gitary bardziej służy do punkowego rozpierdolu i pogowania niż do tańczenia i lansowania się w modnych kubach.
Major Lazer pokazał zaś jak można zawładnąć imprezową publicznością karmiąc ją z ręki momentami największą parkietową masakrą. W przeciwieństwie do Mobyego, którego widok ubranego w koszulkę punkowej legendy Black Flag, puszczającego eskowe "bangery" sprzed kilku lat zapamiętam jako największą żenadę festiwalu.
Wielkie propsy za to dla Wu Tang Clan za spektakularny powrót na scenę zwiastujący nową płytę. W trakcie ich występu na scenie gotowało się dosłownie jak w ulu zabójczych pszczół. Świetny kontakt z publicznością.
Oglądanie festiwalu w internetowym streamie ma wiele niezaprzeczalnych plusów. Oszczędność kasy, komfort słuchania (bez względu na pogodę) oraz możliwość przewijania streamu, dzięki czemu w dowolnym momencie można obejrzeć nakładające się na siebie koncerty lub przewinąć, by jeszcze raz zobaczyć zachwyt kolesia, podtrzymującego własnym ciałem nogę wędrującego po nim Nicka Cave'a. Podobnego zdania musi być ponad 5 milionów widzów, które śledziło tegoroczną Coachellę na YT.
Brakuje jedynie atmosfery, współuczestnictwa i prawdziwego przeżycia, którym niewątpliwie byłaby ustawka z Cavem twarzą w twarz, bądź choćby trzymanie jego nogi ;) 
Na szczęście jest na to realna szansa już w lipcu, a dla wybranych już za tydzień na kalifornijskiej powtórce z rozrywki.

środa, 10 kwietnia 2013

Światu nie mamy czego zazdrościć / UL/KR - Ament

Na początek fakty. 

Jest hajp - na dwa tygodnie przed premierą wytwórnia Thin Man Records poinformowała, że po przeliczeniu wszystkich zamówień na nową płytę UL/KR okazało się, że cały nakład wyprzedał się na pniu! Choć nieznana jest zwykłym śmiertelników pula, to wydawnictwo zdradziło tylko tyle, że jest to nakład czterocyfrowy. Zapadła więc męska decyzja o tłoczeniu nakładu drugiego. Ponadto patronat medialny nad płytą objęły grube ryby jak na tak niszowe wydawnictwo; Trójka i TVN. To wszystko obrazuje z jak wielkimi oczekiwaniami wypatrywany jest drugi album gorzowian. A poprzeczka przecież została postawiona bardzo wysoko po ubiegłorocznym Ul/Kr który przez wielu recenzentów i słuchaczy został okrzyknięty najważniejszym debiutem polskiej fonografii ostatnich lat.

Jest więcej - W porównaniu do niezwykle krótkiej długości debiutanckiego albumu (22 minuty), Ament jest o 6 minut i dwa utwory dłuższy. Promujący album w sieci kawałek Anonim jest zaś najdłuższym w oficjalnej dyskografii UL/KR (4.37). Proporcjonalnie do debiutu jest również więcej słów, a co za tym idzie i piosenek w stosunku 6:7 dla Ament. Więcej jest również szybszych temp i "tanecznych" quasi klubowych klimatów.

Jest mniej - drugi album nie jest tak nasycony charakterystycznymi mocami, które stanowiły o sile debiutu UL/KR. Amentowi ubywa przede wszystkim na psychodelii, charyzmie, napięciu i chwytanych dotąd w mig tekstach. Ubywa również kulminacji, które wynosiły takie kawałki jak Tuż nad głowami, czy Ruiny na rzadko spotykane na polskiej scenie wyżyny ekspresji zarówno muzycznej jak i tekstowej.

Po tak charyzmatycznym i skondensowanym debiucie, jakim był ubiegłoroczny album Błażeja Króla i Maurycego Kiebzaka-Górskiego, szalenie trudno myśleć o podbiciu stawki lub choćby o próbie zdyskontowania sukcesu. Trudno będzie również uniknąć porównań do tak błyskotliwej i niełatwej do zaszufladkowania płyty.
Tym razem pozbawieni jesteśmy (choć to tylko 28 minut) głodu kolejnych odsłuchań. Mało tego, te niespełna półgodziny momentami zdaje się nieznośnie wydłużać. W czym więc tkwi różnica pomiędzy tymi albumami. 
Przede wszystkim nowy materiał jest odczarowany z psychodelicznej gęstwiny brzmień i tekstów, a hipnotyczna atmosfera rozpływa się za sprawą przewidywalności kompozycji. Odnoszę również wrażenie jakby Ament był materiałem bardziej uładzonym i przystępnym, by nie użyć określenia radosnym. Brak na nim charakterystycznego mroku i dekadencji, które budowały całą atmosferę debiutu. Co prawda w warstwie instrumentalnej niewiele uległo zmianie, ale wyraźnie brakuje tutaj iskry bożej, która napełniła by Ament duszą.
Niewątpliwie imponuje mi jednak odwaga i swoista bezczelność zespołu, która objawia się w szczególny sposób, bo w bardzo krótkich utworach. Ich lapidarne wypowiedzi zawierają samą esencję, bez niepotrzebnego rozwadniania. Ten świetny i w pełni świadomy zabieg wypada lepiej niż granie pod publiczkę zwrotek i refrenów, choć początkowo trudno jest zmienić swe słuchowe nawyki i oswoić się z nierzadko bezceremonialnymi i brutalnymi zakończeniami. Takie łamanie schematów i oferowanie słuchaczom czystego konkretu, bez niepotrzebnej nadbudowy, jest w mojej wiedzy zjawiskiem bezprecedensowym nie tylko dla muzyki polskiej. Jeśli zaś komuś jest za krótko, może nastawić te same utwory dwa razy z rzędu. Uzyskany efekt repetycji będzie typowy dla miażdżącej części muzyki popularnej.

Po kilkukrotnym przesłuchaniu Ament nie jestem rozczarowany, ale daleko mi do zachwytu z jakim od pierwszych taktów przyjąłem debiut. I choć pierwsza płyta działała jak w pełni uzależniający narkotyk, a Ament zaledwie jak suplement diety, to polskiej muzyce potrzeba takiej oryginalności i bezkompromisowości jaką reprezentują Król i Górski, którzy nie oglądając się na obowiązujące światowe trendy sami je kreują. Ament!


UL/KR - Ament
Thin MancRecords - 2013

wtorek, 9 kwietnia 2013

Rozważny i romantyczny / James Blake - Overgrown

Tym co dotąd najbardziej irytowało mnie w twórczości Jamesa Blake'a jest główny element, czyli jego głos. Głos momentami tak rozpaczliwie rozemocjonowany jak zaśpiewy księdza na ambonie bądź zamulający jak sir Elton John po 60-tce. Ten pierwszy przykład nie jest może tak krzywdzący i oderwany od rzeczywistości jakby się wydawało, Blake bowiem z namiętnością spogląda z perspektywy swej wokalistyki w kierunku muzyki gospel.
Byłem fanem Blake'a do wydania przez niego pierwszej płyty, a więc fanem postdubstepowych patchworków inspirowanych eksperymentalną elektroniką spod znaku click'n'cuts (epki The Bells Sketch, CMYK, Klavierwerke).  Jednak swoim debiutem momentalnie zdruzgotał on oczekiwania swoich fanów, którzy licząc na eksperymentalną wypadkową nowych brzmień i muzyki pop, otrzymali pościelowe, przekombinowane mazgaje. Faktem jest, że poza męczącym pojękiwaniem Blake'a nic więcej z tamtej płyty nie pozostało w mojej pamięci. Jednak poza czepialstwem nad irytującym mnie wokalem pierwszy album nosił poważniejszy zarzut dotyczący samej jego konstrukcji. Mianowicie, w tak silnie wyeksponowanych na debiucie pauzach Blake nie potrafił zbudować dramaturgii, która tłumaczyłaby ten dziwny produkcyjny zabieg. W wyniku tego większość utworów zdaje się być niedopracowanymi szkicami, wprowadzającymi zamęt i ciężar w minimalistyczne z pozoru kompozycje.

Do nowego albumu moje pierwsze podejście również nie było zbyt udane. Odsłuchując Overgrown w samochodzie na dość miernym sprzęcie i przy szumie opon znów nie byłem w stanie wyłowić czegokolwiek
poza wokalem Brytyjczyka. Dopiero po przejściu na system słuchawkowy, odkryłem cholernie intrygującą i zgrabnie skomponowaną całość na tyle absorbującą, aby odciągnąć nieco uwagę od samego wokalu i bardziej wyrównać proporcje pomiędzy muzyką a głosem.

Największe wrażenie na Overgrown robią przede wszystkim wysmakowane, choć lakoniczne melodie. Zbyt mroczne i niejednoznaczne, aby móc ponownie uwieść fanów konfekcyjnych chilloutów (To The Last, Overgrown, I Am Sold, Life Round Here, Retrogarde). Z kompozycji Blake'a przebija wręcz nieprawdopodobna dojrzałość artystyczna. Dojrzałość, którą tak usilnie próbował zaakcentować na debiutanckim albumie, ale przeszarżował. 
I choć w dalszym ciągu pozostaje wierny piosenkowej i nieco nadwrażliwej stylistyce, to potrafi tak porozkładać akcenty, aby stworzyć zwartą i zaskakującą całość. Z pozoru konwencjonalne i osłuchane fragmenty, rozwijają się w kierunku jakiego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, owocując niezwykle ambitną i oryginalną wizją futurystycznego popu, czego sztandarowym przykładem może być utwór nagrany wspólnie z Brianem Eno.

Wydaje się, że właśnie ten album może w końcu spełnić oczekiwania fanów elektroniki,  która staje się znaczącym, jeśli nawet nie wiodącym elementem płyty. Są klubowo brzmiące basy skryte głęboko pod nurtem melodii, są cykające hihaty, taktujące clapy, kwaśne syntezatory, dubowy pulsujący rytm, a nawet basic channelowy szum (Our Love Comes Back). Jest Take a Fall For Me wykonywany wspólnie z RZA oraz  hyperdubowy Ever Day I Ran, który brzmi jakby palce maczał w nim The Bug, albo Kode 9. Jest również zaskakujący hitchcockowskim suspensem Digital Lion z Brianem Eno i wreszcie Vouyer o zdecydowanie największym klubowym potencjale na płycie.

Na Overgrown James Blake rozwija swoją prywatną wizję muzyki soul i r'n'b, jako kolejny wykonawca udowadniając, że od kilku sezonów najbardziej wyszukane i wyraziste efekty na scenie niezależnej przynosi elektronika użyta w służbie "czarnym" gatunkom. 

Niezrozumienie muzyki Jamesa Blake'a wynika z tego, że chcielibyśmy aby był on taki, jakim go sobie wymarzyliśmy słuchając jego wczesnych epek; bezkompromisowym, łamiącym standardy eksperymentatorem i wizjonerem klubowych brzmień. I choć absolutnie nie można odmówić mu jego muzycznej błyskotliwości i oryginalności, to sprawia on przede wszystkim wrażenie niezwykle wrażliwego chłopaka, który swe młodzieńcze namiętności lokuje w nostalgicznych i romantycznych balladach a eksperymentowanie jest dla niego jedynie środkiem wyrazu a nie celem samym w sobie.
 



JAMES BLAKE - Overgrown
Atlas Recordings 2013

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Zagraj to Neskim* / Baaba, Michał i Gabriela

To nie opatrzność czuwa nad warszawskim Lado ABC, tylko dobry duch Franka Zappy musi zsyłać natchnienie na zdolne głowy nagrywających dla niej artystów. Ten samonapędzający się all stars stać bowiem nie tylko na zamykającą usta krytykom wyrafinowaną muzyczną wirtuozerię, ale i na ogromny dystans do swojej muzyki wypływający bezpośrednio z nieskrępowanej radości tworzenia. Inspiracje reprezentantów Lado nie mają żadnych granic czerpiąc z opasłego rezerwuaru polskiej i zagranicznej kultury popularnej i "wysokiej". Z jednakową ekscytacją i zaangażowaniem w najprzeróżniejszych składach, sięgają zarówno do muzyki klasycznej, improwizowanej czy rozrywkowej, nie mając także oporu do dumnego przekraczania granicy kiczu.

Jednym z kół zamachowych warszawskiego wydawnictwa jest Baaba, która w imponującym stylu zafundowała nam na rozpoczęcie wiosny epkę zatytułowaną po prostu Baaba, Michał i Gabriela. 
Tym razem pod bacznym uchem Macieja Cieślaka; Weber, Zabrocki, Moretti i Duda z towarzyszeniem Gaby Kulki i Michała (Bunia) Skroka porywają słuchaczy w czasy realnego socjalizmu, aby wspólnie piłować dancingowe parkiety. W repertuarze czarującego big bandu znalazły się wyciągnięte ze starej meblościanki przykurzone perełki polskiej muzyki rozrywkowej lat 60-tych (Dzikusy, Wodecki, Stowarsi, Porum).  
Zdecydowanie poraża i olśniewa ogromne zaangażowanie muzyków do odtworzenia zarówno muzycznie jak i wizualnie epoki socrealizmu w Polsce. Nie ma tutaj mowy reinterpretacji czy zaadaptowaniu jakiś poszczególnych elementów do własnej koncepcji. Baaba całkowicie przywdziewa na siebie skórę bigbitowego bandu w taki sposób, że odnieść można wrażenie iż za pomocą wehikułu czasu w XXI wiek przeniesiona została restauracyjna orkiestra grająca szlagiery pomiędzy kotletem a wódeczką.

Ta jeszcze jedna udana próba pastiszu w wykonaniu ekipy z Lado ABC przywołująca w pamięci wspomnienie o szerokich dzwonach, bistorowych falujących spódnicach, wirujących marynarach, wąsach, pekaesach i długich herach wywołuje szczery i szeroki uśmiech na twarzy. A radosna forma piosenki  i bigbitowy rytm nie pozwalają  usiedzieć bezczynnie w miejscu.

Ale gdyby głębiej zanurzyć się nad recepcją tej dancingowej przygody może okazać się ona dość ambiwalentna. Z jednej bowiem strony epka ta może być hołdem dla determinacji i talentu polskich artystów (muzyków, filmowców, plakacistów, projektantów graficznych) z lat 60-tych, którzy pozbawieni wymarzonych sprzętów i dysponujący bardzo ograniczonym dostępem do zachodnich inspiracji swoją wyobraźnią i determinacją potrafili osiągnąć niezwykle oryginalne efekty. Z drugiej zaś strony podobnie jak inne stylizacje na socreal bierze udział w zaciemnianiu społeczno - politycznego obrazu PRL prezentowanego jako kraina beztroskiej atmosfery i  nieustającej zabawy.



* Neskim - słowo klucz wśród dansingowych muzyków, a zarazem pewien stopień wtajemniczenia i zarzyłości. Branżowe słowo określające muzyka jazzowego, rozrywkowego, bigbitowego, kumpla z kapeli itp. (za Jerzy Kaźmierczyk - "Były dancingi i grały orkiestry w mieście Łodzi")

BAABA, MICHAŁ I GABRIELA - Baaba, Michał i Gabriela
Lado Abc - 2013

piątek, 5 kwietnia 2013

Na skróty / Bonobo - The North Borders

Właśnie ukazał się nowy album ubóstwianego i wynoszonego w Polsce pod niebiosa Simona Greena szerzej znanego jako Bonobo. Album który sprawi nam przyjemną, ale w pełni przewidywalną porcję muzycznej uciechy.
Paradoks The North Borders polega na tym, że jest to dobra płyta, ale nic więcej nie można już o niej powiedzieć. Przynajmniej nic co nie zostało powiedziane przy poprzednich produkcjach Greena.
Nowy album Bonobo zawiera przede wszystkim muzykę szalenie tymczasowa; łącząca jego dotychczasowe, ograne patenty z aktualnie modnymi trendami tanecznej elektroniki. To wciąż utwory które najlepiej sprawdzą się w kawiarniano-loungeowej atmosferze, ewentualnie w trakcie swobodnego biforka niż w trakcie parkietowych szaleństw. Co prawda Bonobo poruszył swoje numery z fundamentów downtempo w bardziej ruchliwe klimaty UK Garage i bass music, ale tak jak dotychczas pozostają one w rytmach przeznaczonych do kiwania biodrami niż do tanecznych ekstaz.

Po przesłuchaniu The North Borders pozostaje nam wciąż ten sam dobrze znany wizerunek solidnego rzemieślnika, perfekcyjnie spajającego ciepłą chilloutową elektronikę z jazzującymi żywymi instrumentami, którą tym razem postanowił sprzedać w nieco innym opakowaniu. Nadal kochamy się w jego acidjazzowym, klimatycznym plumkaniu, które kapitalnie wypada zwłaszcza w trakcie występów na żywo w pełnym orkiestrowym składzie (vide Tauron Nowa Muzyka 2010). Możemy również tradycyjnie liczyć na świetny dobór wokalistów (wcale nie na czele z Erykah Badu), którzy jednak podtrzymują muzyczne status quo Brytyjczyka.

Jestem w stanie po raz kolejny łyknąć poddanego delikatnemu liftingowi Bonobo, bo najzwyczajniej w świecie jego muzyka sprawia mi czystą, niezobowiązującą przyjemność i świetnie mnie relaksuje. To doskonałej klasy galanteria muzyczna, której słuchanie momentami wprawia w zachwyt, ale jest niczym więcej jak tylko pięknym dodatkiem.


BONOBO - The North Borders
Ninja Tune 2013

środa, 3 kwietnia 2013

Bez kiksów / Kixnare - Red

Jeśli nadal pokutuje w was przeświadczenie, że to Kamp! wprowadził naszą polską muzykę na światowy poziom klubowy to znaczy, że o muzyce dowiadujecie się albo z Teleexpressu, albo z Trójki i długa droga jeszcze przed wami do muzycznego oświecenia. Na szczęście dostajecie szansę, aby ten dystans radykalnie skrócić. Wystarczy sięgnąć po czerwony album częstochowskiego producenta Kixnare, aby usłyszeć to, co aktualnie bryluje na londyńskich danceflorach. Z góry też możecie pomiędzy suchary wrzucić przykre i oklepane stwierdzenie o świetnym brzmieniu "jak na polskie warunki" O nie! Muzyka Kixa sprawdziłaby się na każdym miejscu na świecie, na co z resztą wskazuje solidny support jaki dostaje ten album od naprawdę poważnych graczy (Phonica Records, Xlr8r).

Zarówno na Red jak i na poprzednim albumie Digital Garden Kixnare z czułością barometru reaguje na obowiązujące trendy w niezależnej muzyce tanecznej. Czerwonym albumem doskonale trafia w modę na bass music - wypadkową instrumentalnego hip hopu, pościelowych wokaliz, house music i resentymentu za jej odmianą UK garage. Znakomicie współbrzmiące ze sobą głęboki bas, wszechobecne clapy i cykacze, syntezatorowe melodie oraz chwytliwe wpadające w ucho wokale wypadają na Red niezwykle świeżo i przebojowo. Głównym atutem Kixa od czasów kultowego Najebawszy z 2005, aż do Red jest bowiem niezwykła melodyjność jego produkcji. Czy to tworząc podkłady dla polskiego rapu, czy też jarając się muzyką z wysp z wielką pieczołowitością dba o brzmienie i chwytliwość swoich melodii. Nawet wtedy, gdy wybrzmiewają one gdzieś w tłach nie trudno wyłowić ich przebojowy potencjał.
Maszczyński (Kixnare) nie sili się na tworzenie bangerów, które z subtelnością kopniaka torują sobie drogę do djskich kejsów (vide Harlem Shake). Jego muzyka uwodzi raczej finezją i klimatem, roztaczając w powietrzu erotyczny feeling niczym w klasycznym r'n'b.

Kixnare jest skazany na sukces międzynarodowy. Przy ponad 150 tysiącach wyświetleń Gucci Dough na YT i przy tak mocnych rekomendacjach nie widać już przeszkód do szturmowania parkietów całego świata.


KIXNARE - Red
U Know Me Records - 2013


wtorek, 2 kwietnia 2013

Na skróty / Olafur Arnalds - From Now I Am Winter

Czy można mieć alergię na śnieg? Większość z nas już chyba ma pierwsze jej objawy, ale jak się okazuje nie wszyscy znoszą ją tak źle. Oto na przykład takiemu Olafurowi Arnaldsowi nie dość, że nie spowszedniały jeszcze permanentnie zimowe krajobrazy Islandii, to jeszcze deklaruje ochoczo, że From Now I Am Winter.
I faktycznie na najnowszej płycie Olafur jest zimą. Ale w przeciwieństwie do tej burej, wilgotnej do której pałamy teraz niechęcią i nienawiścią, Arnalds maluje słuchaczom krajobraz iście baśniowy. I jeśli jest to zima, to tylko po islandzku.
Ileż to już razy czytając recenzję islandzkich płyt mogliśmy dowiedzieć się tyle samo o muzyce, co o pogodzie, klimacie i aurze tam panującej. Musicie kojarzyć tą uparcie powtarzaną przez krytyków, ale równie chętnie chętnie eksploatowaną przez samych muzyków kliszę o śnieżnej krainie, zbitej lodem, pod której powierzchnią buzują gorące źródła i magma.
Tą samą widokówkę z dalekiej wyspy wysyłali nam już niejednokrotnie Bjork, Sigur Ros, Mum czy Jonsi.
Baśniowe orkiestracje, rzewny fortepian, zatopione w melancholii smyki, chłodna elektronika dynamizująca kompozycje oraz delikatny zmysłowy wokal budują ten niezwykły krajobraz, po którym tym razem oprowadza Arnalds. Jednak nawet gdy nie ruszamy się z domu w wojaże po świecie, momentalnie rozpoznamy znajome miejsca, w których już niejednokrotnie bywaliśmy.
Homogeniczność islandzkiej sceny jest niewątpliwie fenomenem, który uformował sobie szeroką niszę wśród zachodnich słuchaczy. Sięganie po większość płyt z lodowej wyspy jest o tyle bezpieczne, że nie grożą nam przy tym żadne niespodzianki. Zawsze bowiem możemy liczyć, że utrafimy w ten specyficzny islandzki klimat, na który właśnie mamy ochotę. Geograficzna izolacja, która tak mocno filtruje wpływy z zewnątrz, pozwala budować muzyczną mitologię Islandii na jednym tylko fundamencie.
Podobnie jest na płycie From Now I Am Winter, która pod względem muzycznym nie przynosi naturalnie, żadnych wyjątków od islandzkiej normy. Nastrojowe, kameralne kompozycje, zaaranżowane na fortepian i kwartet smyczkowy, anielski śpiew Arnaldsa i momentami niemalże klubowa elektronika skutecznie zrzucają na nas odium wyspiarskiego smutku i melancholii, warstwą emocjonalną zbliżając w rejony bliskie patosu i nadmiernej egzaltacji, które niepokojąco zbliżają się w stronę kiczu. Z resztą do takiego balansowania między dystansem i bliskością, żarem i chłodem, oraz szczerością i naiwnością również przyzwyczaiła nas muzyka z fiordów.

Ale jeśli to prawda, że od teraz Olafur jest zimą, to jest to zima śnieżna, nieprzejednana, zanurzona w głębokiej melancholijnej bieli, której końca nie widać i można odnieść wrażenie, że trwać będzie już zawsze.

Muszę przyznać, że moją główną intencją sięgnięcia po tą płytę jest jej tytuł, który pięknie i perwersyjnie odzwierciedla to, co dzieje się teraz za naszymi oknami. Jednak aby poczuć klimat islandzkiej wyidealizowanej, baśniowej zimy, sięgnijcie spokojnie po którąkolwiek z płyt wyżej wymienionych wykonawców... producent zobowiązał się bowiem do pokrycia różnicy, do was więc należy zadanie aby ją odnaleźć.


OLAFUR ARNALDS - From Now I Am Winter
2013 Mercury Classics