czwartek, 29 września 2016

Fajerwerki / Kristen "Las"

Na wstępie postaram się ująć to bez kwiecistych metafor, w krótkich żołnierskich słowach, bo i opisywana płyta jest konkretna. "Las" to najlepsza płyta w szesnastoletniej dyskografii Kristen. Pięć utworów w trzydzieści pięć minut wystarczyło aby wydobyć esencję stylu i ukazać ją w zupełnie nowej, świeżej formie.

Od pierwszych taktów pachnie tu nowością. Bo i "Salto" to utwór, który dotąd nie zdarzył się zespołowi. Przebojowość nie jest wzięta tu w cudzysłów, a fizycznie wręcz emanuje z tego tanecznego otwarcia. Mocny motyw przewodni, oparty jest na krótkiej pętli wytyczonej basowym nerwem Michała Bieli, oraz wyrazistej (zarówno w brzmieniu jak i w artykulacji) perkusji Mateusza Rychlickiego. Zilustrowany zostaje migotliwymi klawiszami ARP Odyssey, obsługiwanymi przez nowego członka zespołu Macieja Bączyka i oszczędnym gitarowym motywem Łukasza Rychlickiego. Ramię "melodyjne" Kristen ogranicza się tu jedynie do nanoszenia na surową partię rytmiczną, szkicowych wątków melodycznych, oraz przestrzennych, zwiewnych teł wyjętych żywcem z kosmische musik, bądź (jak zauważył przytomnie w swojej recenzji Grzegorz Tyszkiewicz) z kompozycji Coila (wszak i oni mieli mocny odlot na punkcie ARP Odyssey). Mocno transowe "Salto" zagrane jest bardzo przestrzennie i z wyczuwalnym funkowym groovem, co mnie osobiście skojarzyło się z muzyką amerykańskich dance-punkowych wykrzykników !!! (Chk, Chk, Chk). Kristen otarli się o podobną estetykę na poprzedniej płycie "The Secret Map", w utworze, "Music will soothe me". Teraz jednak uprościli kompozycję i dodali jej tempa, uzyskując spektakularny rezultat.

Rytm nadaje rozmach również dwóm innym kompozycjom z "Lasu". W "Amrze" opartej na krautrockowej pulsacji i "Tonach", które przywołują w pamięci post-rockowe wspomnienie sprzed niemal dwóch dekad. W tych kompozycjach szala gatunkowa przesuwa się wyraźnie w stronę transu i hałasu czyli estetyk, które zespół ochoczo eksploatował w całej swojej karierze. To również moment, w którym Łukasz Rychlicki zagęszcza szkice melodii w przeszywające noisowe formy, sięgając po wyimki ze swojej wirtuozerskiej solowej twórczości. W tym momencie dochodzimy, do jakże adekwatnie zatytułowanej kompozycji, która stanowi na płycie wyraźną opozycję do reszty materiału. Pozbawiona rytmu "Wyspa" to znakomity przykład samoświadomości muzyków, którzy sięgając po eksperyment na styku noisu i ambientu, ekstrahują z niego esencję, przycinając otwartą formę do drugiego najkrótszego na płycie utworu, który (co również dostrzegł Tyszkiewicz) mógłby w rozwiniętej formie stanowić nawet oddzielną płytę.

Jeśli cztery pierwsze kompozycje nie postawiły Was na baczność to z pewnością zrobi to utwór finałowy. Jest on pod wszelkimi względami wyjątkowy. Po pierwsze to jedyny utwór na płycie w którym pojawia się wokal. Po drugie jest to bodaj pierwszy w historii zespołu tekst zaśpiewany po polsku. Po trzecie sam tekst i jego sposób artykulacji robią piorunujące wrażenie. Lakoniczne słowa, cedzone przez Bielę półgłosem, zlewają się ze ścieżkami instrumentów sprawiając, że nadstawiamy ucha łowiąc je z napięciem. Ich osobisty charakter ściska za gardło. To prosta, acz przeszywająca historia, w której nie zapodziało się choćby jedno zbędne słowo. (To skrupulatne dozowanie słów odświeżyło mi w pamięci wrażenia jakie odniosłem po seansie, mojej ulubionej IV część "Dekalogu" Kieślowskiego, gdzie mimo mocnego tematu i skomplikowanej relacji bohaterów, w dialogach również nie pada nawet jedno niepotrzebne słowo). Monologowi Bieli wiernie towarzyszy Łukasz Rychlicki, podkreślający dramaturgię tekstu przeszywającym rykiem gitary. Kompozycja zachowana jest w miarowym tempie, a narracja z wolna gęstnieje, aż do stonowanej kulminacji, którą muzycy przytomnie utrzymują w ryzach unikając przy tym zbędnego efekciarstwa.

Nigdy nie byłem fanem Kristen, przyznaję. Dlatego być może tak łatwo mi wyrokować o "Lesie" jako najlepszej płycie grupy. Mam jednak nieodparte wrażenie, że po niemal dwudziestu latach istnienia zespół pokusił się o spektakularną ewolucje. Zupełnie jakby członkowie grupy drobiazgowo zrewidowali swoje dokonania, odsiali z nich to co niepotrzebne, pozostawiając to co najlepsze. Uprościli formę, zarówno zespołowej jak i solowych ekspresji. Odchudzili kompozycje z pobocznych wątków. A przy tym zachowali najbardziej wyraziste elementy będące sumą ich muzycznych doświadczeń; umiejętność błyskawicznego przechodzenia do meritum (właściwie każdy utwór z płyty od pierwszych taktów jest wejściem w centrum kompozycji), budowania i zagęszczania atmosfery, czy umiar w eksperymentowaniu i szafowaniu ekstremalnymi wątkami. Z nowych elementów zyskali lekkość w rytmice, przebojowość (to doprawdy novum bo Kristen do tej pory uchodzili jako grupa zdecydowanie anty-przebojowa), oraz klawiszowca, który nawet z drugich planów ma wyraźny wpływ na nowe brzmienie zespołu.

To już kolejna w tym roku, najlepsza polska płyta. Trudno jest mi znaleźć w "Lesie" choćby jeden słaby moment. Wszystko wydaje się być tu skrojone z lekkością i na miarę. Płyta jest zwarta i brzmieniowo i narracyjnie, pomimo tego że estetyka poszczególnych utworów jest dość różnorodna. Na tle dotychczasowych dokonań zespołu, brzmi świeżo i ożywczo. I zaskakuje na każdym kroku. Eksplodujące na okładce fajerwerki to bardzo trafiona metafora tej płyty. Prawdziwy instant classic.

 

KRISTEN - "Las"
2016, Instant Classic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza