piątek, 29 sierpnia 2014

M/I Kwartalnik Muzyczny

W marcu tego roku miałem przyjemność uczestniczyć w dyskusji na blogu Ziemia Niczyja, wywołanej wpisem gospodarza Mariusza Hermy, o upadku prasy muzycznej. Czułem się wtedy jak ostatni Mohikanin stojący w obronie papierowego medium i zasadności jego fizycznej egzystencji. Jednak w obliczu pragmatycznych i jak najbardziej trafnych argumentów kontrdyskutantów, moja argumentacja mogła zostać oparta jedynie na osobistych słabościach, sentymencie i nostalgii.

Ten sentyment jest ogromny i ciąży, gdyż sporą część moich muzycznych doświadczeń, eksploracji, poszerzania horyzontów zawdzięczam właśnie prasie. Kiedy na początku lat 90tych w polskich gospodarstwach domowych pojawiły się kablówki, światem dziesięciolatka zawładnęła MTV, otwierając młodemu człowiekowi wyobraźnie równie szeroko co Albertowi Hofmannowi odkrycie LSD. Niemal równolegle z ekspansją nowych telewizyjnych idoli lady kiosków zalały tabloidowe pisma pokroju "Bravo" i "Popcorn" - jedyne pomosty łączące kolorowy świat MTV z szarzyzną betonowych osiedli i podwórek. Z atrakcyjnych "muzycznych" magazynów oprócz sylwetek popowych ikon, plakatów gwiazd euro dance, można było między innymi nauczyć się słów anglojęzycznych piosenek, a także zadrżeć w trakcie lektury rubryki "Mój pierwszy raz". Jakkolwiek, dziwnie by to nie zabrzmiało, to właśnie z Popcornu po raz pierwszy dowiedziałem się o istnieniu czegoś takiego jak techno. Wszystko to działo się na fali popularności utworu "Das Boot" niejakiego U96 oraz debiutanckiej płyty Prodigy "Experience". Do dziś zapamiętałem widok kilku stronicowego artykułu, w którym autor z pełną powaga wymieniał podgatunki techno stopniując ich moc wedle zasady im więcej "k" tym mocniej. Techno, tekno, tekkno, tekkkno! Zdaję sobie sprawę, że moja obecna znajomość meandrów muzyki elektronicznej rozpoczęła się w możliwie najgorszym punkcie, jednak, jakby nie było, apetyt na ten gatunek został wzbudzony właśnie lekturą "Popcornu".

Kolejnymi przystankami prasowymi, wraz ze zmieniającymi się upodobaniami muzycznymi były pierwsze numery "Brum", czy "Tylko Rock", do których jednak nigdy nie zapałałem pełnią miłości i zaufania. I podobnie jak przygodę z "Bravo" i "Popcornem" traktuję z perspektywy czasu jako humorystyczny epizod mojej muzycznej edukacji. 

Dziś, jeśli myślę o latach świetności polskiej prasy muzycznej, przed oczami (dosłownie) stają mi zgromadzone na półkach roczniki "Machiny", "Fluidu", "XL", "Aktywista"; efemeryczne numery "Kaktusa", "Anxious", czy "Zero" ale przede wszystkim wydania "Plastiku" i "Anteny Krzyku". Mam wrażenie, że w tamtym okresie doszło do totalnej synergii między autorami, którzy bez pomocy internetu dogłębnie, przystępnie i z pasją prezentowali swoją wiedzę na temat awangardy muzycznej i kontrkultury a czytelnikami, którzy obdarzyli swoich wybrańców pełnym zaufaniem, co do ich wiedzy i estetycznych wyborów. Wybitni redaktorzy na czele z Rafałem Księżykiem, Dariuszem Misiuną, Jackiem Staniszewskim i Kamilem Antosiewiczem otaczani byli nie mniejszym kultem niż zespoły, o których pisali. Swoimi autentycznymi i bezkompromisowymi sądami wywoływali niejedną kulturową i muzyczną dyskusję. Nazwiska ich były sygnaturą fachowości i erudycji dziennikarskiej, i nie bez przyczyny stały się ikonami inspirującymi całe kolejne pokolenie krytyków. Magazyny zaś w dużej mierze kupowane były właśnie ze względu na skład redakcyjny.

Internet zakończył złote lata rodzimej prasy muzycznej i mocno rozproszył uwagę dotychczasowych czytelników i fanów muzyki. Owo rozproszenie trwa do dziś orbitując między blogami, portalami, oraz okazjonalnymi artykułami ukazującymi się w prasie najczęściej nieskoncentrowanej na muzyce. 
Do dziś jednak pozostało mi przyzwyczajenie, że kiedy wchodzę do dużego salonu prasowego, pierwsze kroki stawiam w kierunku sekcji z prasą muzyczną. Nawet pomimo świadomości, że poza anglojęzycznym "The Wire", oraz pismami mocno wyspecjalizowanymi: akademickim "Glissandem" i "Ruchem Muzycznym", oraz folkowym magazynem "Gadki z Chatki" oferta ogranicza się jedynie do kilku tytułów "metalowych". Brzmi to o tyle paradoksalnie, że gdybym wyselekcjonował z prasy społeczno-kulturowej, czy lajfstajlowej pojedyncze muzyczne i okołomuzyczne artykuły, bez trudu mógłbym skompilować z nich solidne średnioformatowe wydanie dobrego periodyku. 

Zdaję sobie sprawę, że w czasach pełnego dostępu do kulturowych źródeł, istnienie drukowanego, płatnego magazynu zakrawa na kaprys zamożnego idealisty. Papier to fetysz. Grafika, projektowanie, skład, zapach druku. Drogi zbytek, rodzaj nobilitującego dodatku, suplementu do rzeczywistości wirtualnej. Wszakże informacja, której jest nośnikiem w momencie ujrzenia światła dziennego bywa już najczęściej prehistorią. Tak jak recenzje wakacyjnych premier przygotowywanych do jesiennego numeru mogą we wrześniu trącać myszką. Ciężko pragmatycznymi argumentami bronić takiej inicjatywy.

Niemniej jednak, potrzeba istnienia dobrego magazynu o muzyce alternatywnej jest na tyle obecna w środowisku polskiego niezalu, że z inicjatywy kilku osób związanych z labelem Monotype Rec. powstała - zakrawająca na utopijny gest - idea stworzenia kwartalnika w wersji fizycznej. Na dobrym papierze, ze świetną grafiką oraz przede wszystkim z interesującą treścią zagwarantowaną przez najciekawszych muzycznych dziennikarzy w kraju. Na pokładzie M/I Kwartalnika Muzycznego znaleźli się: Dominika Węcławek, redaktor naczelna, publikująca m.in na Foch.pl, będąca w stanie napisać pasjonujący felieton o wbijaniu gwoździa w ścianę,  Olga Drenda, która z Duchologii uczyniła wręcz dyscyplinę naukową, Rafał Księżyk ojciec chrzestny wszystkich piszących o muzyce w tym kraju, Bartek Chaciński bodaj najlepszy i najbardziej wpływowy obecnie dziennikarz muzyczny Polsce, kontrowersyjny i idący pod prąd Filip Szałasek, hiperaktywny Jakub Knera, dociekliwy i wnikliwy Jakub Bożek, wątpiący, ale niezwykle wszechstronny Mariusz Herma, będący zawsze na dystans przed wszystkimi Warna, a także poczytni i wpływowi, Piotr Tkacz, Jan Topolski, Natalia Sosin, Michał Wieczorek, Andżelika Kaczorowska, Sebastian Rerak, Joanna Kurkowska, Piotr Weltrowski, Marceli Szpak, Marcin Flint, Anna Rogal, Tomek Mirt. Ten świetnie zapowiadający się skład ma szansę stworzyć charakterną obsadę na miarę legendarnej redakcji "Plastiku" czy "Anteny Krzyku".

W czerwcu okazało się, że we wspomnianej na wstępie dyskusji na łamach Ziemi Niczyjej, bezwiednie antycypowałem powstanie tego magazynu, oraz bezbłędnie wytypowałem jego współpracowników! Moje czytelnicze marzenie o profesjonalnym magazynie traktującym o muzyce niezależnej, w którym znów będzie można zaczytać się od deski do deski jest więc o krok od realizacji. W tym celu potrzebne jest tylko finansowego wsparcie na wydanie dwóch pierwszych numerów. DOTUJĄC M/I Kwartalnik Muzyczny wybraną kwotą nie dość, że wspieracie świetną ideę, oraz inwestujecie w rzetelną redakcję, to jeszcze czekają na Was dźwiękowe suweniry od wydawcy - Monotype Rec. 

Namawiam Was gorąco do współfinansowania tego obiecującego projektu zważywszy na jeszcze jeden fakt. Jak się niespodziewanie okazało M/I nie tylko spełnia moje marzenia jako czytelnika, ale też w ramach współpracy pozwoliło mi na swoich łamach sprawdzić się w roli recenzenta. Specjalnie dla czytelników premierowego wydania przygotowałem analizy najnowszych albumów: Bruno Pronsato, Fhloston Paradigm, Fire! Orchestra, Fischerle & Micromelancolie, Goat, Jacaszka & Kwartludium, Kamila Szuszkiewicza, Kucharczyka, Lee Gamble, Motion Sickness of Time Travel, Mszy Świętej w Altonie, Pokorskiego & Fischerle, Talk West, WIDT, oraz kompilacji Conglomerate 1. (Teraz już wiecie skąd taka słaba blogowa aktywność w ostatnich tygodniach). Polecam z całego serca!

(szczegóły akcji)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz