środa, 26 lutego 2014

Łyżka dziegdziu w beczce miodu / Hatti Vatti - "Worship Nothing"

Piotr Kaliński (Hatti Vatti) ma teraz bez wątpienia świetny czas. Właśnie ukazał się jego drugi solowy album "Worship Nothing" zgarniający zewsząd lawinę zachwytów i komplementów. Całkiem słusznie bowiem pod wieloma względami album ten jest niemal doskonały. W uszy rzuca się przede wszystkim kapitalne ciepłe, głębokie brzmienie, szeroka selektywność dźwięków, wyszlifowana produkcja i płynny miks, które tworzą koherentną i atrakcyjną całość. 

Muzyka Hatti Vatti zarówno na najnowszym albumie, jak i na ubiegłorocznej "Algebrze" ma swoje źródło w atmosferycznym, melancholijnym ambiencie. Przestrzenne rozmyte plamy syntezatorów, na które nawlekane są wszechobecne pogłosy, trzaski, oraz skromna, wyważona artyleria bitów przyjmują dubowo-trip hopowy klimat. W klawiszowych akordach usłyszeć można echa pionierów elektronicznego ambientu z lat 90tych; Orbital, Future Sound OF London, ale przede wszystkim duetu Boards Of Cannada głównie poprzez częste użycie dynamicznych, okrytych analogową patyną syntezatorowych arpeggiów. Opartą na szlachetnych, retro brzmieniach aurę trójmiejski producent udanie transponuje w stylistykę chilloutowego dub stepu. Zaś z wydatnym udziałem wokalistów (Sara Brylewska, Lady Katee, Cian Finn) tą urokliwą retro-futurystyczną mieszankę udaje się wypełnić zmysłowym soulowym nastrojem. 

Dlaczego zatem tak zmyślnie zaaranżowany album, o rzadko spotykanym w Polsce brzmieniu i unikalnej produkcji, tak bezkrytycznie zachwalany wydaje mi się irytująco nużący i wtórny. Umówmy się, że nie mam zamiaru wbijać hejterskiej szpili  i szczerze doceniam zdolności producenckie Kalińskiego zwłaszcza jego dobry smak do tworzenia ciekawych, przyjemnych dźwięków, kompozytorską oszczędność i świetne proporcje jakimi wyważone są jego kompozycje, ale nie mogę wyjść z przekonania, że "Worship Nothing" jest niczym więcej jak muzyczną konfekcją. 

Po tak dobrym roku jakim dla muzyki niezależnej i elektroniki w Polsce był 2013, gdzie na "rozrywkowej / tanecznej" scenie prym wiodły produkcje U Know Me Records, które nie tylko nawiązywały do aktualnych światowych trendów, ale i te trendy antycypowały, poprzeczka oczekiwań została podniesiona do kryterium, w którym nie można zadowolić się już tylko świetnym warsztatem. Tym czego zaś najbardziej mi brak na "Worship Nothing" to przysłowiowa iskra boża, która pozwoliłaby zaznaczyć twórcy osobista sygnaturę dźwiękową w tym materiale. Kaliński nie wychyla się jednak zza ogranych już i twórczo wyeksploatowanych estetyk. Jego schematycznie konstruowane utwory pozbawione są wigoru, oraz elementu zaskoczenia. Niebezpiecznie zlewają się w jedną całość, zaś dramaturgia wydaje się być kompletnie przewidywalna. Leniwe, rozmarzone pasaże, sztampowe melodie i jednostajne tempo pozwala nasycić się tym materiałem na długo przed jego końcem. Gdyby producentowi udało się przenieść nieco energii i rozmachu z muzyki macierzystej formacji Gówno mógłby natchnąć ten album żywym elementem, który by nie pozwolił oceniać "Worship Nothing" jedynie w roli muzycznej tapety.

Niewątpliwe walory tego albumu niestety nie są w stanie przesłonić mi jego mankamentów, przez co wszelkie tak bezkrytycznie pochlebne opinie i zachwyty nad nim jawią się jako adekwatny do tytułu kult niczego.




HATTI VATTI - ""Worship Nothing"
2014, New Moon Recordings

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza